Kawa zrobiona.
Paruje mi tu cicho i uparcie namawia do jej spróbowania.
I do powspominania.
Za oknem śnieg wali jakby koniecznie chciał pokazać, że do wiosny baardzo daleko i pokory w nas parę gramów wskrzesić przed odwieczną naturą.
Za dawnych czasów 18-go grudnia bywało -30 C i z metr albo więcej śniegu.
Czasem jako bonus stan wojenny i śmieszny Pan w ciemnych okularach niezależnie od tego, czy słońce było czy zmierzch socjalizmu.
Powyższe pomijając, nikt nie jęczał, nie baręczał, brał czapę, rękawice i kożuch góralski z Zakopca i wychodził do pracy godzinę wcześniej, bo autobusy zamarzły.
Szedł tak, przebijając się przez zaspy, odgarniając śnieg z oczu (ócz

), troche pod nosem przeklinał, aż przebił się do roboty.
Zaparzał cienką herbatkę z cytrynką i pracował i pracował nad dobrem ojczyzny, nieważne że socjalistycznej, czy jak to teraz chętnie się mówi-ubeckiej i nie dającej ludziom żyć.
Robiło się swoje, tak po prostu i nigdy nie było tak, aby jakoś nie było.
Teraz spada 3 cm śniegu, autobus spóźni się 3 minuty to huzia na Józia czyli Pana kierowcę, ogrzewanie wszędzie działa, nawet w autobusie, w sklepach poranne bułeczki, chrupiące, w TV Jarkacz albo inny Rydzunio, w okularkach ale bez zaciemniacza, prundu nie brakuje, nie ma 20go stopnia zasilania, wszystko działa w zasadzie bez zarzutu.
I źle jest Panie i Panowie, ciągle źle.
Mnie dobrze. Nie mam wysokich jak Himalaje, aspiracji.
Miło mi tak, kiedy moge nastukać tyle tych czarnych, śmiesznych znaczków, literkami zwanych, pozbijanych w zdania i zwroty a wy mnie nawet zrozumiecie i też rzucicie we mnie paroma takimi kłębkami. Kawę mam. Ciepło w tyłek.
Snieg sobie pada. A niech pada, taka pora, taki czas, od tego zima jest aby było zimno.
Pozdrawiam serdecznie i porannie, trochę mnie wzięło na gadulstwo, ale tak czasem mam, kiedy Morfi przynoszący mi sen, zaginął - chla pewnie do tej pory w jakiejś melinie pijackiej i pewnie przyjdzie koło piętnastej, łazęga jeden.
To tyle.
Idę patrzeć na zimkę.