Prawie jak Piłsudski
Cezary Michalski
Bronisław Komorowski definitywnie postanowił nie przenosić się do Pałacu Prezydenckiego, który od czasu Aleksandra Kwaśniewskiego za grube miliony wyposażano, aby Prezydent RP mógł tam pracować i sypiać. Jednak Komorowski postanowił tam jedynie pracować, podczas gdy noce spędzać będzie w Belwederze. W pierwszej chwili pomyślałem, że prezydent boi się ducha Lecha Kaczyńskiego („Ten zegar stary gdyby świat/Kuranty ciął jak z nut… Boisz się?/ Nie/ Zaażyyj taabaaki” - Moniuszko jakoś wyjątkowo do tego prezydenta pasuje). Ale przecież Bronisław Komorowski wie tak samo dobrze jak ja, że Lech Kaczyński już za życia był politykiem groźnym wyłącznie dla siebie, dla własnego politycznego obozu, a czasami dla państwa, którego był prezydentem. Dla politycznych przeciwników Lech Kaczyński był podarunkiem od losu (cyt. za Janusz Palikot), a po swojej śmierci nie mógł się aż tak bardzo zmienić, mimo wysiłków piarowców PiS-u (obecnie w PjN). Ponieważ Bronisław Komorowski też to wszystko wie, sądzę, że postanowił sypiać w Belwederze, bo po pierwsze, jeżdżąc codziennie do pracy może jeszcze skuteczniej blokować ruch uliczny w stolicy, co (po drugie i dla niego ważniejsze) upodabnia go do Piłsudskiego. Pamiętacie, jak w maju 1926 roku Piłsudski zablokował ruch uliczny na Moście Poniatowskiego, a potem na paru innych ulicach Warszawy, położonych także na osi prowadzącej do Belwederu? W tym samym czasie zaprzyjaźnieni z nim kolejarze blokowali ruch PKP (Grabarczyk też był wtedy bezradny). A Komorowski przecież zarówno w harcerstwie, jak też w opozycji demokratycznej, a wreszcie w czasie swoich licznych urzędowań w Ministerstwie Obrony Narodowej zawsze uważał się za piłsudczyka. Tyle tylko, że jako mody człowiek lubił mundurki, a jako dojrzały mundury.
Wygląda na to, że ktoś go wreszcie nadmucha i Donald Tusk będzie miał opozycję. Złożoną z prezydenta i całego tłumu „jaromirów” (jak mówi się w stolicy o coraz szerszym gronie doradców Bronisława Komorwskiego, a nazwa tej kiełkującej politycznej formacji pochodzi od imienia doradcy prezydenta d/s zagranicznych Jaromira Sokołowskiego, człowieka skądinąd sympatycznego, nawet jeśli nie rzucającego się w oczy). Zatem po jednej stronie staną Schetyna, Grabarczyk… a po drugiej „jaromiry”: Nałęcz, Koziej, w przyszłości może jeszcze Goliszewski, paru emerytowanych generałów czy nawet ekonomista Rybiński, bo ten szuka politycznego mecenasa coraz bardziej niecierpliwie. Będzie to wyglądało jak wojna armii białej i czerwonej królowej z „Alicji w Krainie czarów” (puszczonej w Święta na Kanale Plus w wersji Tima Burtona). Nie wiem, kto odegra rolę strasznego Jabberwocky, może postaci aż tak groźnej w ogóle w tej wojnie nie będzie…
Spośród „jaromirów” akurat Jan Lityński na swój los nie zasłużył, zarówno charakter, który posiada, jak też jego burzliwa i fajna biografia predysponowałaby go do funkcji naprawdę dla tego państwa ważniejszych niż bycie doradcą Bronisława Komorowskiego. Już bardziej godnym zajęciem byłoby dla niego doradzanie Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, który jednak był politykiem, potrafił nawet czasami wydawać polecenia Ungierowi czy Dukaczewskiemu, a nie wyłącznie ich słuchać. Podczas gdy już np. profesor Nałęcz na bycie „jaromirem” Komorowskiego w pełni sobie zasłużył. Jako szef komisji rywinowskiej, zamiast bronić Leszka Millera tak, jak Mirosław Sekuła bronił Donalda Tuska w komisji hazardowej (może Nałęcz by nawet za to został prezydentem Zabrza, choć Sekuła też w końcu nie został) on po prostu oddał władzę nad Polską w prezencie Rokicie i Ziobrze (to znaczy ich ówczesnym partiom), co - jak wiemy niestety dopiero z perspektywy czasu - nie było decyzją najlepszą dla resztek tego umęczonego przez tak liczne wieki państwa.
Bez wątpienia jednak Polsce (polskim mediom prywatnym, polskiemu dużemu biznesowi…

potrzebna jest (choć bez przesady) silna opozycja dla Tuska i zrobią ją nawet z „jaromirów”. Będzie ta opozycja żądała od Tuska jednocześnie mniejszego deficytu budżetowego i jednocześnie niższych podatków od wyższych dochodów (wszystko to można osiągnąć, jeśli się tylko wrzuci program takiej opozycji do magicznej skrzynki z napisem „reforma finansów publicznych”

. Do tego owa opozycja zażąda jeszcze od Tuska nieco obfitszych i nieco wcześniejszych emerytur mundurowych, możliwości swobodniejszego łączenia tych emerytur z etatem (bo naprawdę nie chodzi tu o zbliżające się do emerytury ekspedientki z Lidla)… Opozycja „jaromirów” będzie programowo mniej więcej tak konsekwentna jak PjN z Joanną Kluzik-Rostkowską z jednej, a Libickimi ojcem i synem z drugiej strony; partia głosująca w sposób przewidywalny: w jedną stronę Joanna Kluzik-Rostkowska, w drugą reszta partii; partia gotowa twierdzić, że Tusk „trzęsie się ze strachu przed Rosjanami”, a jednocześnie gotowa utworzyć z nim rząd.
Na ideosferze.pl, czyli w miejscu, do którego PjN odsyła wszystkich poszukujących jej spójnego programu, reklamuje się niejaki „Wojciech Zrajko: kontrrewolucjonista, konserwatysta, narodowiec, wolnorynkowiec, neosarmata, monarchista, klasyczny republikanin, panslawista, tradycjonalista”. Myślałem, że niczego gorszego niż imitacyjny neokon Polska (jest najważniejsza) już nie wyprodukuje, a jednak. Neosarmata wolnorynkowy, w dodatku panslawista, to coś, co wylazło z moich koszmarów jak potwór morski. I wymachuje licznymi mackami.
Mam jednak nadzieję, że Bronisława Komorowskiego ostatecznie nikt nie zdoła nadmuchać i prezydent-neosarmata nie ruszy ostatecznie z Belwederu na nieodległą Kancelarię Premiera. Ja na Komorowskiego głosowałem warunkowo, gdyż Tusk publicznie obiecał, że mając w Pałacu Prezydenckim Komorowskiego konstytucyjnie „wygasi” prezydenturę odbudowując w Polsce jedność władzy wykonawczej. Jeśli nie „wygasi”, będzie to prezydentura zmarnowana podwójnie. Neosarmaci wolnorynkowi będą nadal panami w tym kraju, a nam z ABR pozostanie wieczorne czytanie „Obłomowa”.
CDN...