diabollo
20.03.11, 01:28
Tak trzymać
Tomasz Piątek
Drogie Krytykantki, Drodzy Krytykanci, J-23 znowu nadaje. J-23 to nie papież Jan XXIII, tylko kryptonim Kapitana Klossa. To wyjaśnienie jest konieczne, ponieważ większość z Was wychowywała się w czasach, w których rządził już nie Kapitan Kloss i nawet nie Kapitan Ameryka, tylko Porucznik Katolla. Porucznik Katolla to, można powiedzieć, kolega Kapitana Klossa. W pewnej wersji przygód Kapitana Klossa, Kapitan Kloss zetknął się z Porucznikiem Katollą. Opowiadając wszystko od początku: mam takiego znajomego Maćka, który przez 30 lat nie wstawał z kanapy, tylko powtarzał: „Przyjdzie jeszcze taki czas, tryśnie z cipy solny kwas”. A potem nagle wstał, usiadł przy biurku i napisał wielką książkę o filmie Miś, która była we wszystkich księgarniach na najbardziej eksponowanym miejscu i miała recenzje we wszystkich gazetach. No więc kiedy Maciek jeszcze nie pisał o Misiu, tylko wieszczył żrącą erupcję, to na tej swojej kanapie za pomocą mazaczka, kleju i pasty do zębów przerabiał komiksy z Kapitanem Klossem oraz Kapitanem Żbikiem. W jednym z przerobionych komiksów pojawił się uwodzicielski-diabelski Porucznik Diabolla, który w naszych rozmowach szybko przeobraził się w Porucznika Katollę, diabelskiego, ale już nie uwodzicielskiego, bo całkowicie pozbawionego czaru. Żadnego czaru być nie mogło, bo Porucznik Katolla, jak sama nazwa wskazuje, stał się symbolem rządzącej w naszym kraju formacji mentalno-duchowej, a właściwie antyduchowej. Za jego rządów różni JP2 i B16 wyparli inne gwiazdy pop-kultury, Kapitana Klossa, Kapitana Amerykę i nawet Kapitana Europa (który też ma mroczne koneksje z Misiem, załączam link ze specjalną dedykacją dla Cezarego Michalskiego).
Dlatego przypominam: „J-23 znowu nadaje” to tekst, który pojawiał się w komiksach, kiedy Kapitan Kloss po raz kolejny unikał przypału (zwanego wówczas wsypą) i od nowa rozpoczynał swoją faszystowsko-antyfaszystowską działalność. Żeby już tak do końca i bezlitośnie wyjaśnić, o co chodzi: piszę, że J-23 znowu nadaje, żeby powiedzieć, że T-5 znowu nadaje.
Tyle wstępu, a teraz treść zasadnicza. Drogie Krytykantki, Drodzy Krytykanci walczący o prawa osób z mniej typową orientacją seksualną, piszę ten felieton, żeby Wam powiedzieć: „Tak trzymać”. Kiedy Wam mówią, że źle robicie, że przyjęliście niewłaściwą taktykę, że parady i nakłanianie do comng-outów narażają homoseksualistów na odrzucenie i agresję, że zrażają „normalnych”, że niby starajmy się o niechętną tolerancję, bo chętnej akceptacji nie będzie – nie słuchajcie, kiedy Wam tak mówią. Przez ostatnie pięć lat coś w kraju się zmieniło.
Pięć lat temu byłem w ośrodku dla uzależnionych. Taki ośrodek to jest niezły przekrój społeczeństwa, ponieważ we wszystkich grupach społecznych jest równo 10% uzależnionych. Dlatego w ośrodku leczą się razem policjanci i złodzieje, sportowcy i handlowcy, hydraulicy i rolnicy, przedsiębiorcy budowlani i zwykli murarze. Kiedy leczyłem się pięć lat temu, w ośrodku panowała ostra homofobia. Pacjenci zarzekali się, że nie są antysemitami, że Żydów darzą szacunkiem, ale tych pedałów to by najchętniej rozwałkowali na asfalcie za pomocą kolczastych stalowych narzędzi. Wracali do tego tematu z osobliwym upodobaniem. Mówiłem im, że kiedy rozlegnie się wymarzone przez nich wielkie wołanie „Bij pedała!”, to prawdopodobnie rozlegnie się także okrzyk: „Zabij ćpuna!”, ale wypierali tę refleksję. Aż jedna z terapeutek zwróciła im uwagę: „Pomyślcie, jak by się czuła osoba o odmiennej orientacji, gdyby tu do nas trafiła”. Co ciekawe, ta terapeutka była baptystką, czyli dość fundamentalistyczną ewangeliczką (jakoś tak się składało, że terapeuci byli przeważnie albo buddystami, albo dość fundamentalistycznymi ewangelikami). Ale jak się dalej przekonamy, fundamentalizm niejedno ma imię.
Teraz właśnie zakończyłem powtórną terapię (tak zwaną reanimację) w tym samym ośrodku. Znowu pełen przekrój społeczeństwa. Ale jakoś żadnych tekstów o pedałach. Dziwne… Aż tu nagle jeden ze świeżo przyjętych pacjentów przyznał się do biseksualizmu. Wzbudziło to przerażenie wśród terapeutów (obawiali się o jego los), ale spotkało się z niezwykle serdecznym przyjęciem przez pacjentów. Zaraz potem przyjechała pacjentka, która powiedziała, że jest lesbijką. Przyjęcie było nawet więcej niż serdeczne – także ze strony tych pacjentów, którzy w poszukiwaniu odrodzenia duchowego zwrócili się do Porucznika Katolli (terapeuci ewangelicy i buddyści nie byli nachalnie nawracający).
Taka zmiana nastawienia może mieć wiele przyczyn. Być może, jedną z nich są saksy – co drugi pacjent spędził parę lat w Wielkiej Brytanii i mógł tam zobaczyć trochę tolerancji-akceptacji. Ale nie przeceniałbym tego czynnika (Polacy na Wyspach przeważnie kiszą się w swoim środowisku). Najważniejszy powód, jak sądzę, jest taki, że w Polsce przez ostatnie pięć lat LGBTQ-owcy wychodzą na ulice, czasem wbrew policji, często wbrew kamieniom, zawsze wbrew niechęci. To nie tylko pozwala „zwykłym ludziom” przyzwyczaić się do widoku „odmieńców”. To również budzi szacunek. Często niechętny, nie zawsze uświadomiony, ale szacunek.
I na zakończenie, tak jak obiecywałem, coś o fundamentalizmie. Koleżankę, która zrobiła coming-out, zapytałem, czy teraz, kiedy trzeźwieje, nie chciałaby się zbliżyć do Boga. „Jak mogłabym, skoro sam Kościół mnie wyklucza?” – zapytała. I nie dziwię się jej – tym bardziej, że zaraz po wyjściu z ośrodka dowiedziałem się, iż jakiś ksiądz przy okazji mszy za duszę zmarłej lesbijki postanowił publicznie potępić homoseksualizm (gratuluję wspaniałego pomysłu, to ci duszpasterz, raczej duś-paździerz).
Ale zadałem dziewczynie fundamentalne pytanie: „Który Kościół?”. No bo w Polsce dla większości ludzi Kościół znaczy Porucznik Katolla. Powiedziałem jej, że mój Kościół Ewangelicko-Reformowany jest gay-friendly. Ale to oczywiście nie jest odpowiedź, która rozwiązuje wszystkie wątpliwości. Bo zawsze można powiedzieć, że jakiś mały Kościół ulega pokusom świata, chce być trendy i dlatego jest gay-friendly, podczas kiedy Bóg nie jest gay-friendly. Czy nie tak właśnie powinna brzmieć porządna fundamentalistyczna odpowiedź? Dlatego usiedliśmy z koleżanką do Biblii.
No więc pierwsza nauka, jaką mamy z Biblii, jest taka, że Bóg jest raczej friendly niż nie-friendly. Bóg jest Miłością. Druga nauka jest taka, że my też mamy być Miłością, a przynajmniej się starać. Mamy kochać bliźniego, nie doszukując się źdźbła w jego oku, bo wtedy możemy przeoczyć belkę w naszym oku. Co więcej, z Nowego Testamentu wynika, że nawet jeśli Bóg, w swojej Nieskończonej Mądrości, może kogoś karać czy potępiać, to my nie możemy (List Apostoła Pawła do Rzymian 12:19-20). Więc nawet jeśli uznamy, że Bóg jest homofobem, to nam homofobami być nie wolno. Ale czy Bóg jest homofobem? Powtórzę, odpowiedź zgodna z duchem Ewangelii brzmiałaby: nie, nie jest, Bóg jest Miłością. I taką odpowiedź dają wszystkie liberalne Kościoły ewangelickie. Kościoły fundamentalistyczne odpowiadają na to: nieprawda! Nawet w przepojonym Miłością i Miłosierdziem Nowym Testamencie jest wyraźne i dosłowne potępienie homoseksualizmu! Ten sam List do Rzymian, rozdział 1, wersety od 18 do 28! Na to chrześcijanie liberalni odpowiadają zwykle słowami tego samego znowu Apostoła Pawła: że litera zabija, a duch daje życie i że trzeba trzymać się ducha Nowego Testamentu, a nie martwej litery.
CDN...