Dodaj do ulubionych

W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi

11.02.14, 20:45
Byliśmy głupi

Grzegorz Sroczyński

Musimy się ruszyć, odzyskać ideę równości. Inaczej przyjdzie to "coś" i będziemy wisieć na latarniach - mówi Marcin Król

Grzegorz Sroczyński: Będzie wojna?

Marcin Król: Taka z przemarszami wojsk? Nie będzie.

Rewolucja?

- Coś.

''Istotne zdarzenie o charakterze wstrząsowym'' - tak to ''coś'' nazwał pan w książce ''Europa w obliczu końca''.

- Miała nosić tytuł ''Lepiej nie będzie'', bo jestem skrajnym pesymistą. Na przekór powszechnej beztrosce, że w gruncie rzeczy nie jest źle, kryzys mija, jeszcze raz się udało. Otóż jest źle i prędzej czy później sprawy tego świata zapukają do naszych drzwi. No, może do moich już nie, ale na pewno do pańskich.

O czym wszyscy w Europie marzą? Żeby wrócić do stanu sprzed 2008 roku, czyli że PKB rośnie kilka procent, jednym krajom trochę mniej, innym trochę więcej. Ale nawet jeśli się uda osiągnąć ten miły stan, a pewnie się uda, problemów to nie rozwiąże. Prawie cały wzrost i tak wchłania kasta zamożnych, bezrobocia właściwie to już nie zmniejsza albo zmniejsza nieznacznie i są to miejsca pracy śmieciowe, rozwarstwienie majątkowe sięga rozmiarów, które jeszcze niedawno uznalibyśmy za skandal, a upadek solidarności społecznej jest dramatyczny. My jednak wciąż roimy sobie, że da się ten system jakoś uklepać i będzie dobrze. W pewnym sensie na poziomie europejskim sprawdza się idiotyczna teoria o końcu historii rozpropagowana przez Fukuyamę. Skoro demokracja liberalna to ostateczny etap rozwoju ludzkości, no to będzie trwać sama z siebie, ot tak, nie trzeba sobie tym głowy zawracać. Świat może nie jest idealny, ale jednak znośny, wystarczy go skorygować, posprzątać, tu i ówdzie pogmerać, żeby rosło 4 procent, a nie 3, i jakoś przetrwamy. Nic złego już się nie wydarzy. I to właśnie jest bardzo groźne.

Bo?

- Bo jak się zdarzy to ''coś'', to możemy wisieć na latarniach. Po prostu. Nic nie robiąc, hodujemy siły, które zmienią świat po swojemu. I nie będą negocjować.

Kto?

- Choćby nacjonaliści. Przecież idzie ta fala.

Żeby demokracja liberalna przetrwała najbliższe 50 lat, muszą zajść bardzo istotne zmiany polegające na odzyskaniu idei równości w jakiejś sensownej formie, co nie jest proste i nikt nie wie, jak to robić. Ja w każdym razie nie wiem. Wiem tylko, że żyjemy w świecie, gdzie 85 osób ma majątek większy niż połowa ludzkości, czyli 3,5 miliarda ludzi. Sytuacja absolutnie chora.

Nigdy w czasie swojego życia nie byłem panikarzem, nawet jak mnie Gomułka w 1968 roku wsadzał do więzienia, uważałem, że wszystko się dobrze skończy. A dzisiaj po raz pierwszy czuję strach, że nie będzie happy endu. I napisałem ponurą książkę, żeby tym strachem ludzi pozarażać. Może to kogoś ruszy. Skończymy marnie, jeśli rozsądni ludzie nie podejmą uniwersalnych ideałów - równości i braterstwa.

To coś nowego.

- Nowego? Stare hasła. Wolność, równość, braterstwo.

Tak. Tyle że z tej triady pańskie pokolenie wybrało wolność i głównie o niej nam mówiło. Wolni i przedsiębiorczy ludzie sami sobie świetnie poradzą, byle im nie przeszkadzać. Kwartalnik ''Res Publica'', którym pan kierował, pełen był takich tekstów.

- Głupi byliśmy.

W latach 80. zaraziliśmy się ideologią neoliberalizmu, rzeczywiście sporo się tutaj zasłużyłem, namawiałem do tego Tuska, Bieleckiego, całe to gdańskie towarzystwo. Pisma Hayeka im pracowicie podtykałem. Mieliśmy podobne poglądy z Balcerowiczem, dzisiaj się rozjechaliśmy.

Wygasł we mnie ten zapał dość szybko. Zorientowałem się, że w liberalizmie zaczyna dominować składnik indywidualizmu, który po kolei wypiera inne ważne wartości i zabija wspólnotę. To zresztą łatwo wyjaśnić. Indywidualizm ma bardzo mocne wsparcie ze strony sił wolnego rynku, który na indywidualistycznym modelu życia zbija pieniądze. Natomiast wartości społeczne i obywatelskie, solidarność, współdziałanie nie mają takiego dopalacza. One są ''nieefektywne'' z punktu widzenia ekonomii.

Zapanowało złudzenie, że każdy człowiek może żyć osobno, w ramach swojej osobistej wolności gdzieś tam pracować, zarabiać możliwie jak najwięcej, używać życia jak najwięcej, a ktoś tam będzie nami rządził. Można się zająć własnymi przyjemnościami, a nie zawracać sobie głowy sprawami tego świata.



Przyjemne życie.

- Ma to swoją ideologię od ponad dwustu lat, powstało tysiąc książek na ten temat, tylko nikt nie ma odwagi nazwać tego absolutyzmem oświeconym. Ale tak naprawdę o to chodzi.

Amerykański modny politolog Fareed Zakaria przekonuje, że demokracja przeszkadza dziś w rządzeniu. Politycy marnują energię na umizgi wobec wyborców, a mogliby się przecież zająć poważniejszymi sprawami, dalekosiężnymi reformami najlepiej. Powinno więc być mniej demokracji, a jeszcze więcej liberalizmu. Niech ludzie mają pełną wolność w swoich domach, w łóżkach, przed telewizorami, niech tam robią, co chcą, aby tylko się nie wtrącali do polityki. Bo przecież polityka wymaga ekspertów, sprawy współczesnego świata są okropnie skomplikowane.

Są.

- Pewnie. Nawet tak z pozoru banalna sprawa jak nasze polskie OFE. Nie mam zdania na ten temat. Pan ma?

Mam.

- No to dziwne. Bo rozsądny człowiek nie może mieć zdania o OFE. Można mieć emocje i uczucia z tym związane. I gwałtownie je wyrażać. Ale zdanie to mogą mieć ekonomiści, eksperci. I nie wierzę im jak psom.

Bo?

- Bo jeden pracował w banku, który jest właścicielem OFE, inny po prostu doradza OFE i się bezczelnie wypowiada, a trzeci nie chce sobie robić kłopotów w środowisku i uchodzić za oszołoma, więc mówi to samo co tamci dwaj.

To jest świetny przykład pokazujący główny problem, który kiedyś doprowadzi do rewolucji. Bo już wiele razy doprowadzał. Otóż gdyby było możliwe coś takiego jak demokratyczny absolutyzm oświecony czy też - jak chce Zakaria - liberalizm bez demokracji, to byłoby świetnie.

Czyli że rządzą mądrzy eksperci.

- Tak. Oczywiście głosujemy w jakichś tam wyborach, ale ma to drugorzędne znacznie, bo ktoś tam na górze w instytucjach finansowych, gospodarczych i nadzorujących czuwa. Zresztą przecież w tym kierunku wszystko szło. I by działało, gdyby eksperci mogli być kompetentni, niezawodni i wiedzieli, co trzeba robić. Kryzys nie dlatego wstrząsnął światem, że padły giełdy i przyszła recesja. Wstrząsnął, bo okazało się, że eksperci to jest całkowita fikcja. Najważniejsze instytucje gospodarcze i banki centralne okazały się dziećmi we mgle. Miesiąc przed krachem dawały greckim obligacjom wiarygodność AAA!

Można powiedzieć, że odzyskaliśmy historię. I to jest korzyść.

Czyli?

- Świat nie będzie tak sam z siebie działał, a my w domach pod pierzyną. To jest lekcja z kryzysu.

Zbigniew Brzeziński pisał 30 lat temu bardzo uczciwie: pewnych rzeczy po prostu się nie wie. Nawet jeśli się jest doradcą prezydenta USA i ma dostęp do tajnych źródeł informacji. Czy stawiać na energię odnawialną czy atomową? Czy gaz łupkowy się opłaci i jaki będzie miał wpływ na środowisko? Wie pan to? Nie wie! A czy eksperci to wiedzą? Też nie wiedzą, chociaż udają, że wiedzą.

Jestem pewny, że tacy ludzie jak Jan Krzysztof Bielecki czy inni podobni uważają w gruncie rzeczy, że lepiej by się rządziło, gdyby nikt się im nie wtrącał.

CDN...
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 11.02.14, 20:47
      Pański uczeń. Wierny czytelnik ''Res Publiki''.

      - Kiedyś.

      Zapomnieliśmy, co to jest prawdziwa polityka. Ona nie polega na administrowaniu rzeczywistością przez ekspertów, ale na podejmowaniu decyzji niepewnych. Polityka to sfera ryzyka. Gdy trzeba na coś postawić, ale bardziej kierując się nosem, intuicją.

      Piszę nową książkę, w której próbuję pokazać, na czym polegała umiejętność uprawiania polityki. Prawdziwej polityki. Takiej, która zmieniała świat w kierunku nie do końca jasnym. To będzie o wielkich ludziach, którzy umieli to robić.

      Czyli?

      - Richelieu, Bismarck, Churchill, de Gaulle. Piłsudskiego wykreśliłem.

      Bo?

      - Był geniuszem, ale II RP mu się jednak nie udała. Kraj z dzielnicami robotniczych slumsów, chłopami głodującymi na przednówku i gettem ławkowym na uniwersytetach.

      Weźmy Churchilla. Z najwyższym trudem przewalczył, żeby po klęsce Francji wypowiedzieć wojnę Hitlerowi, bo większość polityków brytyjskich była za zawarciem pokoju. Hitler nie chciał atakować Anglii, kochał ją w gruncie rzeczy. I Bóg raczy wiedzieć, z czego wynikała decyzja Churchilla, przecież nie wiedział, że wygra, miał jedynie swoje intelektualne i moralne preferencje. Postawił na swoim. Ale gdyby słuchał ekspertów, toby zawarł pokój. Tak samo gdyby miał ''demokrację deliberatywną'' - to ostatnio modny idiotyzm - wtedy by zrobił szybkie referendum i też zawarł pokój.

      No ale o czym to ma świadczyć? Że eksperci są be i demokratyczne głosowanie też jest be?

      - Nie. To świadczy wyłącznie o tym, że nie ma polityki bez osób wybitnych. Politykę robią jednostki, które pojawiają się nie wiadomo dlaczego, nie wiadomo skąd i zmieniają bieg historii. Gdyby nie Monnet, który wpłynął na Schumana, toby nie było Wspólnoty Węgla i Stali, a potem zjednoczonej Europy.

      Nie ma nieuchronnych praw historii. Jesteśmy my, ludzie. I jest przypadek.

      Demokracja liberalna to tylko szczęśliwy zbieg okoliczności. I prawa człowieka tak samo. Być może to, że zakazaliśmy tortur, to tylko miły przerywnik w dziejach. Nie jest to zwieńczenie jakiegoś naturalnego procesu rozwoju ludzkości, jak sobie roił Fukuyama i paru innych wcześniej.

      Mało to krzepiące, że prawa człowieka są tylko przypadkiem.

      - Zgoda. Ale jeśli tak pan o tym pomyśli, to przestaje pan siedzieć przed telewizorem i pić piwo. Bo skoro to zbieg okoliczności, a nie nieuchronny etap rozwoju, to może trzeba się zacząć interesować, w jakim to wszystko idzie kierunku, prawda? Nie załatwią tego za pana ani eksperci, ani prawa dziejowe, ani nawet fatum wolnego rynku. Musi pan sam.

      W tym czymś, co dzisiaj nazywamy polityką, nie ma wybitnych jednostek. Z jakiegoś powodu selekcja do polityki jest negatywna, pewnie dlatego, że lubimy wybierać ludzi takich jak my sami. A potem dostajemy od nich dokładnie to, czego nieświadomie pragniemy - dawkę środka usypiającego. No, może nie jest super, ale jakoś tam idzie, ktoś mniej więcej wie, co robić. Otóż przykra informacja na dziś brzmi, że obecnie nikt nie wie, co robić. A już na pewno nie oni.

      Tuska osobiście bardzo lubię i bym żałował, gdyby przegrał wybory, bo jest inteligentny i czyta książki. Co prawda głównie historyczne, no ale jednak czyta, co niewielu politykom się zdarza. Publicyści wciąż narzekają, że on nie ma wizji. Oczywiście. Tak samo nie ma jak Merkel, Cameron, Hollande, to są tej samej klasy politycy. Zarządcy masy upadłościowej, specjaliści od gmerania, a nie żadni wizjonerzy. Na razie są dobrzy, ale jak w końcu przyjdzie to ''coś'', wtedy nas nie uratują.

      ''Coś'', czyli co? Bo ciągle nie wiem.

      - I się pan nie dowie, póki nie nadejdzie.

      Jest granica, której nie da się wytyczyć przy pomocy ekspertów, ale ona co jakiś czas się ujawnia. Granica - najogólniej mówiąc - niesprawiedliwości. I tak to sobie trwa i trwa, aż pojawia się iskra i następuje wstrząs.



      Rewolucja.

      - Zmiana.

      Bunt dużej grupy ludzi, którym niepotrzebnie stworzono nadzieję. Bo społeczeństwo stwarza dziś nadzieję, daje obietnicę i jednocześnie nie umie się z niej wywiązać. Na tak masową skalę nie było tego nigdy wcześniej. Edukuje się miliony ludzi, pokazuje im powab świata, puszcza seriale i wciska do rąk poradniki, które krzyczą: ''możesz więcej'', ''rozwijaj się'', ''ulepszaj'', ''żyj pełną piersią''. A następnie pokazuje im się figę z makiem.

      Dopóki klasy społeczne były otwarte i istniała powszechna szansa na awans, to działało. Ale z tym jest coraz gorzej. Ameryka przez długi czas ratowała się mitem self-made mana. Człowieka, który własną ciężką pracą osiągnął wysoki status społeczny, bogactwo i może się teraz obnosić, jeździć rolls-royce'em, kupować wille i jachty. Nawet jeśli mu zazdroszczę, to nie mam do niego pretensji.

      Bo widzę w bogaczu siebie za lat, powiedzmy, 30.

      - Otóż to. Nadzieja. To był mechanizm, który pozwalał znosić ludziom bez szemrania rosnące rozwarstwienie. Ale on przestaje działać. Bo przepaść stała się tak duża, że choćbym nie wiem jak długi wziął rozbieg, to nie przeskoczę.

      Z pańskiej książki: ''Mamy do czynienia z umiarkowanym kryzysem gospodarczym, poważnym kryzysem politycznym, dramatycznym kryzysem cywilizacyjnym i być może śmiertelnym kryzysem duchowym''. Co to jest śmiertelny kryzys duchowy?

      - Przestaliśmy stawiać sobie pytania.

      CDN...
      • diabollo Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 11.02.14, 20:48
        Jakie?

        - Metafizyczne. Nikt nie rozważa na przykład, skąd się bierze zło. To pytanie było źródłem intelektualnego postępu Europy przez 18 stuleci.

        Przyjaźniłem się z Adamem Michnikiem, potem mieliśmy różne przejścia, no ale teraz znów jest w porządku i rozmawiamy czasem o sprawach ważnych. On jest chyba ostatnim naczelnym w Europie, który próbuje wepchnąć do codziennej gazety czterokolumnowy tekst intelektualisty węgierskiego Jánosa Kisa. Ja to oczywiście czytam, ale łapię się jednocześnie na myśli, że nawet mnie, człowiekowi wychowanemu w świecie pisma, takie rzeczy wydają się w codziennej gazecie nie na miejscu. I to nie jest wina Kisa czy Michnika, tylko moja. Bo po prostu zgłupiałem tak samo jak reszta świata.

        Źródłem wszystkich naszych problemów jest upadek myślenia. W gruncie rzeczy o to chodzi. Myślenia, które traktowało samo siebie nieprawdopodobnie poważnie. Skupić się i przeczytać cztery kolumny czegoś istotnego bez żarcików, przerywników, czegoś, co nie zostało umajone atrakcyjnymi zdjęciami, filmikiem - to jest dziś wyczyn jak wyprawa na Marsa.


        Boicie się populistów, bo dają głos ludziom - Iwan Krastew widział to już dawno: ''Mamy prawo głosu, nie mamy wyboru''

        Moja przewodniczka po życiu duchowym Hannah Arendt uważała, że myślenie to jest najpoważniejsza rzecz pod słońcem i jeśli nie traktuje się go serio, to nie rozumie się świata. A dzisiaj nie traktujemy poważnie myślenia, ono jest jeszcze jedną rozrywką w rynkowej ofercie. Miłym sposobem spędzenia czasu. Dostaję z wydawnictw bezpłatne egzemplarze tych wszystkich książek: a to o tym, jak powstał Singapur, a następnego dnia o pierwocinach jakichś roślin, innym razem tajna historia rosyjskich służb specjalnych, a potem jeszcze jakiś poradnik psychologiczny.

        I co w tym złego?

        - Nic. Tyle że to jest niepoważne. To ma nam jedynie umilić czas - bo może do tego Singapuru pojadę w następne wakacje? A może fajnie się będzie pochwalić znajomym, że znam te dziwne rośliny podwodne albo wiem, dlaczego Lenin dostał wylewu. Plotki i błahostki ubrane w kostium poważnych książek.

        A poważna książka to co by to miało być?

        - Filozofia na przykład. Nietzsche na przykład. Albo dobra powieść, która potrafi odmienić los człowieka: ''Czarodziejska góra'' Manna, ''Lord Jim'' Conrada. Literatura, która konfrontuje pana z fundamentalnym pytaniem: po co żyjesz?

        Jak żyć? - pytanie paprykarza.

        - Nie! ''Jak żyć?'' to właśnie typowe pytanie współczesne. Znajdzie je pan - wraz ze wszystkimi możliwymi odpowiedziami - w tysiącach poradników, które zalegają w księgarniach. Nieustanne pytanie: ''Jak żyć?'', wynika z fałszywego przekonania, że można posiąść instrukcję obsługi życia, w punktach się do niej zastosować i w gruncie rzeczy zwolnić z myślenia. Czyli kolejny raz lądujemy w ramionach ekspertów, którzy mają wziąć od nas ciężar odpowiedzialności.

        Nie pytajmy: ''Jak żyć?'', ale: ''Po co?''. To jest pytanie najbardziej podstawowe, które przestaliśmy stawiać.


        ''Ości'' pan czytał?

        - To, zdaje się, jakaś modna powieść Karpowicza. Cała Warszawa się zachwycała.

        Tam jest opis inteligenckiego domu. Spodoba się panu: ''Na najwyższej półce, do której już się nie sięga, stali Dostojewski i Conrad. Pisarze odpowiadający na pytania, których już nie ma''.

        - To prawda.

        Czym jest honor? Czym jest sumienie? Co to znaczy odpowiedzialność w życiu prywatnym i publicznym?

        Może na te wielkie pytania nie ma odpowiedzi i my to po prostu wiemy?

        - Oczywiście. Odpowiedzi ostatecznych nie da się znaleźć. Ale sens życia na tym polegał, że się ich szukało. Dziś człowiek uważa, że skoro nie ma odpowiedzi, no to co sobie będzie zawracać głowę pytaniem, skąd zło.

        Zawsze tak było. Zawsze większość ludzi krzątała się wokół swoich spraw i nie pytała, skąd zło albo po co żyć.

        - Jest istotna różnica. Zaczęliśmy od Flauberta, którego wziął pan z półki. Dramat Madame Bovary, Juliana Sorela, bohaterów Conrada - w odróżnieniu od naszych dramatów - polegał na tym, że byli ludźmi, którzy zdawali sobie sprawę z konsekwencji swoich czynów. To, czy czynili dobrze, czy źle, słusznie, zgodnie ze zobowiązaniami, jakie złożyli innym, to były dla nich pytania zasadnicze, na które musieli sobie odpowiedzieć, a brak odpowiedzi był źródłem przeżyć i wielkich cierpień. Dzisiaj brak odpowiedzi nie boli.

        Dlaczego stawianie pytań jest takie ważne? PKB od tego nie wzrośnie.

        - Stawianie podstawowych pytań pozwala mi formułować cele, a więc żyć w świecie, który kształtuję, a nie w świecie, do którego się dostosowuję. My się już tylko dostosowujemy, co widać właśnie po rosnącej ilości poradnictwa wszelkiej maści. W możliwość radykalnej zmiany świata przestaliśmy wierzyć. Bezrobocie? Przecież ono jest strukturalne, niewiele się da z nim zrobić. Rozwarstwienie społeczne? To nieodłączny element rynku, trudno, co robić. Niskie płace? No cóż, taki mamy rynek pracy. I tak dalej.

        Naszą niemoc widać też po braku jakiegokolwiek myślenia utopijnego, ideologicznego. Nikt nie projektuje świata na nowo.

        CDN...
        • diabollo Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 11.02.14, 20:49
          Stawianie ważnych pytań. Wymyślanie utopii. Dyskutowanie o ideach. Produkowanie nowych idei. Czyje to jest zadanie?

          - Moje. Psi obowiązek intelektualistów.

          No i?

          - Dlaczego nie spełniamy swojego psiego obowiązku? Bo została zerwana komunikacja między polityką, mediami i światem ducha.

          Przez kogo?

          - Przez wszystkich.

          Nie warto pisać dla polityków poważnych tekstów, bo oni ich nie czytają. Żaden polityk w żadnym kraju nie radzi się filozofów. Michael Sandel opowiadał mi, że Obama go namówił, żeby został doradcą w jakimś gremium, ale potem nie było ani jednego spotkania. Polityka to już nie jest zmienianie świata, tylko bieżące administrowanie i utrzymywanie stanu możliwego do zniesienia dla wyborców. No to po co do tego filozof?

          Media też reagują wyłącznie na rzeczy bieżące, a moje apele, żeby przez rok coś opisywać, kończą się na gadaniu.



          No dobrze. Politycy winni, media winne. A wy?

          - Poczuliśmy się nieważni, więc staliśmy się nieważni. Bo to tak działa.

          Pan też?

          - Też. Marginalizacja myślenia następowała w Polsce w sposób szybki i fantastyczny. Po 1989 roku wystarczyło kilka lat i nikogo już nie interesowały poważne teksty. Widziałem to, redagując ''Res Publicę''.

          Pan pisze tak: ''W wolnej Polsce nie udało nam się ani w Res Publice , ani nikomu innemu w żadnym innym miejscu doprowadzić do ani jednej publicznej debaty, która dotyczyłaby problemów naprawdę istotnych''. Aż tak?

          - Oczywiście. Wszystkie debaty, które nas obecnie rozpalają, kręcą się wokół - za przeproszeniem - dupy i okolic. Dotyczą kwestii związanych z moralnością seksualną. A to nie jest centrum społecznego życia łącznie z taką poważną sprawą jak aborcja. Postępowe elity zajęły się nierównościami płciowymi i seksualnymi, a zupełnie straciły z oczu proste nierówności ekonomiczne, które są skandalem. Bo co się będziemy zajmować jakimiś XIX-wiecznymi kategoriami społecznymi, mamy nowsze, ciekawsze. Zwykłych ludzi z ich zwykłymi problemami oddaliśmy w ten sposób na pastwę zidiociałej prawicy, która obieca im wszystko.

          Pisze pan: ''Żadne analizy, opisy lub wezwania nie sprawiły, żeby jakakolwiek władza jasno dostrzegła ogrom polskiej biedy, rozmiary oszustwa politycznego i gospodarczego, a następnie próbowała podjąć te problemy''. Podtrzymuje pan?

          - Nic się nie zmieniło.

          To dalej: ''Polska jest krajem brutalnych i głębokich różnic. Jak potem włączam telewizor i widzę, o co są spory, to widzę całkowity brak elementarnej ludzkiej solidarności''. Tak?

          - Oczywiście.

          Tę wolną Polskę - z nierównościami społecznymi, zastępczymi sporami, zidiociałymi mediami, głupimi politykami - zbudowało nam pańskie pokolenie. Pan i pańscy koledzy z podziemia. Wstyd?

          - Generalnie nie. Ona nie jest aż taka zła. Powiem inaczej: jest równie zła jak inne demokratyczne kraje.

          Wyszła wam jako tako tylko wolność. Równość i braterstwo żeście sobie odpuścili. Dlaczego?

          - Bo ta pieśń od początku była o wolności.

          Nie należałem do żadnej partii, ale byłem blisko Unii Wolności. Mazowiecki mieszkał za rogiem, przychodził, wypijał kilka whisky, ożywiał się o drugiej w nocy, wychodził o czwartej, ledwie żywi byliśmy z Julią. A on jeszcze na ulicy gadał, bo na rauszu się obaj zamaszyście odprowadzaliśmy. To całe środowisko to byli moi serdeczni przyjaciele, ale jednak... No jak to powiedzieć, żeby nikogo nie obrazić... Myśmy byli oderwani od realnych ludzkich problemów. Z naszego punktu widzenia w tej całej rewolucji chodziło przecież o wolność. Na przykład problemy z cenzurą w Peerelu. Kto je miał? Dla 97 procent Polaków to w ogóle nie była żadna uciążliwość. A dla nas odwrotnie, to był problem podstawowy, że kreślą albo zakazują drukować tego, co się w pocie czoła wyprodukowało.

          Wolność była dla nas najważniejsza, absolutnie. Ona nam wystarczyła. A kwestie solidarności społecznej, biedy na wsi, pegeerów, nierówności... Zabrakło nam wyobraźni.

          CDN...
          • diabollo Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 11.02.14, 20:50
            To chyba podstawowa kompetencja inteligenta, żeby miał wyobraźnię, prawda?

            - Ja się nie tłumaczę, ja wyjaśniam.

            Pegeery rozwiązano w 1991 roku jednym pociągnięciem pióra. Kilkaset tysięcy ludzi z dnia na dzień zostało na lodzie. Kiedyś to będzie podręcznikowy przykład, jak nie powinno się robić reform po trupach. Ale to możemy wiedzieć dzisiaj. A wtedy żeśmy zbiorowo lewitowali na poziomie pewnej fikcji, która zresztą została odziedziczona po literaturze opozycyjnej.



            Fikcji?

            - Fikcji wolnego rynku. Książkowej. Najważniejsze wtedy książki to były dwie: ''Wolny rynek i wolność'' Hayeka oraz ''Społeczeństwo otwarte'' Poppera.

            Pamiętam świetnie wizytę u Tadka Syryjczyka, który był wtedy ministrem przemysłu. Pytam go: ''No a jak tam Nowa Huta?''. On na to z dumą: ''Zbankrutuje w pół roku, bo wolny rynek ją skasuje. I będzie prywatna''.

            Aha. A zapytał pan, co z tymi ludźmi?

            - Nie musiałem pytać. To było dla nas oczywiste, bo działała ta straszliwa fikcja. Przekonanie, że wolni ludzie sami znajdą swoje miejsce. I że wolna gospodarka wchłonie każdą liczbę pracowników, wystarczy ją rozruszać. Co się po części stało.

            Gdzie się stało? W Łodzi na Bałutach? W dawnych pegeerach? Drugie pokolenie żyje z zasiłków.

            - Zabrakło nam wyobraźni.

            Empatii.

            - Wyobraźni.

            Ja w tym widzę kompletny brak wrażliwości na cierpienia innych grup społecznych niż własna. Całkowity brak empatii u polskiego inteligenta. Inaczej nie umiem tego wytłumaczyć.

            - Może pan to nazwać, jak sobie chce.

            Odpuściliście sprawy społeczne. I chcę wiedzieć dlaczego.

            (żona Julia z sąsiedniego pokoju: ''Żeromskiego im zabrakło'' ).

            - Julia ma rację. Naczytaliśmy się nie tych książek.

            Zresztą przecenia pan w tym wszystkim rolę polskiego inteligenta. Nas dość szybko przestano słuchać, przecież myśmy nie rządzili. Co niby mieliśmy robić na przykład w sprawie pegeerów, jak pan to sobie wyobraża?

            Wyobrażam to sobie tak, że w redakcji ''Tygodnika Powszechnego'', gdzie pan pracował, wszyscy się naradzacie, a następnie Jerzy Turowicz bierze telefon, wykręca numer Bieleckiego i mówi tak: ''Chcesz, Krzysiu, likwidować pegeery? Ślicznie, ale najpierw wymyślmy razem program aktywizacji tych ludzi. A dopóki takiego programu nie masz, to pegeery zostaw w spokoju. A jak nie, to koniec sztamy''. Po prostu.

            - No to by nie było sztamy. Po prostu.

            Pan myśli, że z nami się ktoś liczył? Nikt. Turowicza już wtedy nie słuchano. Polski inteligent dość szybko dostał lekcję pogardy, pamięta pan, jak Wałęsa sponiewierał Turowicza na zebraniu Komitetu Obywatelskiego? To poniżenie było signum temporis: ''Panie Turowicz, wstań pan i powiedz, co masz przeciwko Wałęsie i demokracji''.

            Wie pan co? Mnie kompletnie nie obchodzi, co 25 lat temu Wałęsa powiedział Turowiczowi. To są wymówki.

            - To jest kontekst. Bardzo istotny.

            Nie. Kontekst istotny to jest taki, że zostałem wychowany na tych waszych podziemnych gazetkach i manifestach, w których pisaliście, jaka to wspaniała jest solidarność między ludźmi i że w wolnej Polsce wreszcie będzie sprawiedliwie. Jak wolna Polska wreszcie nastała, to miałem 15 lat, biegałem w koszulce ''Jacek Kuroń naszym posłem'' i naiwnie myślałem, że moi idole po całych dniach dumają, jak zrobić, żeby było sprawiedliwie.

            - Przykro mi.

            Wyście w ogóle rozmawiali o kwestiach społecznych? O równości na przykład?

            - Nie.

            Z Kołakowskim, Turowiczem, Michalskim, Karpińskim? Przecież pan się z nimi wszystkimi przyjaźnił.

            - Przyjaźniłem. Ale nie rozmawialiśmy o sprawach społecznych. Wtedy już nie.

            Wtedy?

            - Do 1990 roku, jak się spotkało grono inteligentów, to owszem, prowadziliśmy poważne rozmowy. O tym, jak rozwiązać różne problemy, o priorytetach dla Polski. Potem to zniknęło z rozmów na skutek przeświadczenia, że związek między rozumem a władzą został zerwany. Co się będę zajmował sprawami tego świata, skoro nikt nie słucha - tłumaczyłem już panu ten mechanizm.

            To o czym dziś rozmawia polski intelektualista, jak się spotka z drugim polskim intelektualistą?

            - Teraz? O życiu społecznym zupełnie nie. Czasem o książkach. O żartach się rozmawia. Aha, od kilku lat rozmowy koncentrują się na walce o uniwersytety, gdzie są wprowadzane zasady konkurencji rynkowej, co może nam rozwalić naukę.

            No jasne. Jak miotła wolnego rynku przyszła na uniwersytety, to sobie o tym wreszcie rozmawiacie, bo własny tyłek boli.

            - Coś by wypadało odpysknąć na tę pańską nieprzyjemną uwagę, ale niestety nie odpysknę, bo ma pan świętą rację.

            I o Kaczyńskim.

            - Tak. Rozmawia się. Wdzięczny temat.

            Bo polski inteligent zajmuje się nienawidzeniem Kaczyńskiego. To go uzasadnia.

            - Barwna teza, ale nieprawdziwa.

            CDN...
            • diabollo Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 11.02.14, 20:51
              To jest wasza jedyna pasja. Na dźwięk tego nazwiska budzicie się jak na komendę. Pan też. Najbardziej wściekły pański felieton dotyczy Kaczyńskiego, postuluje pan dla niego Trybunał Stanu i pisze tak: ''Wzywam władze państwa polskiego do twardej reakcji, nawet jeżeli nie będzie ona zgodna z prawem''.

              - Świetny przykład.

              Kaczyński odgrywa istotną rolę, bo strasznie psuje. A nas psuje w pierwszej kolejności, mnie i pana też. Bo poziom przeciwnika bardzo uzależnia. Polemizując z jego bredniami, staję się w pewnym sensie gorszym człowiekiem, co widać w tym felietonie, bo zgodzę się, że to nie są myśli intelektualisty, tylko wściekły tekst obywatela doprowadzonego do szewskiej pasji.



              Nie wściekają was nierówności społeczne, nie piszecie listów otwartych, kiedy w Poznaniu grasują czyściciele kamienic. Moralne oburzenie zarezerwowane jest dla Kaczyńskiego. Wygodne.

              - Proszę pana! Nie da się uwolnić od Kaczyńskiego i nim nie zajmować. On coś powie, Macierewicz coś powie i jak nie reagować? Jak panu w mordę plują, to pan się uśmiecha? Jak panu ktoś chcę ojczyznę podpalić, to pan nie reaguje? Elita nie reagowała na bzdury smoleńskie, i to był błąd, bo się rozpleniły. Inteligent nie może się wiecznie uśmiechać i łagodnie paluszkiem kiwać.

              Oni w końcu przegrają, przegrają na pewno...

              Aha.

              - Zobaczy pan.

              Znałem Jarka i Lecha, to moi dobrzy koledzy. Ale wszyscy jesteśmy generacją niewoli. W Jarku tkwią pokłady niechęci z tego powodu, że był drugorzędnym działaczem opozycyjnym. Taki sam problem ma wielu inteligentów, którzy pojawili się w ''Solidarności''. Przecież myśmy byli tylko doradcami, Wałęsa w każdej chwili mógł każdego kopnąć w tyłek, co zresztą czasem robił. W pewnym sensie polska polityka wciąż jest rozmową sprzed 30 lat o tym, kto jest większym bohaterem, i leczenie tamtych kompleksów.

              Zgadza się. I ja mam dość, że wy tak macie. Wie pan, co pańscy koledzy z opozycji najbardziej pamiętają? Że w 1986 roku zjadł pan z Urbanem kurczaka. I że nie powinien pan tego kurczaka z nim jeść. I że potem Michnik za tego kurczaka wyrzucił pana z imienin. I tak dalej. Gotowi są o tym godzinę rozprawiać. Niepoważne.

              - (śmiech) To był mielony. W stołówce Urzędu Rady Ministrów.

              To było 30 lat temu przede wszystkim!

              - To znaczy Urban, owszem, jadł udko, ale ja mielonego.

              Chodziło o to, że w 1986 roku zdecydowaliśmy, że chcemy ''Res Publicę'' zacząć wydawać legalnie. Kto to może załatwić? Urban. No to jako naczelny poszedłem negocjować, on mnie wziął do stołówki, złote góry obiecywał, tylko postawił warunek, żebym wstąpił do Rady Konsultacyjnej przy Jaruzelskim, oczywiście odmówiłem, no to się nie zgodzili na legalne pismo. I tyle. Dopiero po roku, jak już szła odwilż, dostaliśmy zgodę. Mam do dziś wściekły list od Adama: ''Dla jednych ławy więzienne, dla innych ławy poselskie''. Że niby dla mnie, bo na pewno Jaruzelski zrobi mnie posłem.

              Ale jest pewna nieścisłość w pańskiej relacji, bo nie mnie wyrzucił Adam z imienin, tylko moich kolegów Michała Komara i Tomka Jastruna (śmiech ).

              Mnie to w ogóle nie śmieszy, że wy się tymi historyjkami wciąż zajmujecie.

              - Już niedługo. Mój gatunek raczej na wymarciu.

              Właściwie dlaczego nie zrobił pan kariery politycznej?

              - Nie chciałem.

              Mazowiecki zadzwonił?

              - Tak. Najpierw miałem być ministrem kultury, ale uznałem, że się na tym nie znam. No to zaproponował mi, żebym został szefem telewizji. Też odmówiłem. Bardzo bliski byłem decyzji zostania naczelnym ''Rzeczpospolitej'', która wtedy była państwowa, ale do pokoju wszedł nagle Jacek Ambroziak - u Mazowieckiego był szefem Urzędu Rady Ministrów - i powiedział mniej więcej tak: ''To będziesz teraz, Marcinku, pode mną''. ''A nie, Jacusiu, otóż nie będę pod tobą''. No i tak właśnie nie zostałem naczelnym ''Rzepy''.



              Bo kto pod kim będzie? To ważne?

              - Ależ oczywiście. To się zaraz zaczęło, natychmiast. Ambicje. Nie chciałem w tym uczestniczyć. Wie pan, myśmy w opozycji też mieli te swoje złe charaktery, tylko wspólny wróg jakoś to maskował. No i potem wybuchło. Co może pan obserwować do dziś w polskiej polityce.

              A teraz już jestem w zaniku.

              W zaniku?

              - Można stosować różne techniki, a ja stosuję technikę starą jak świat, znaną od starożytności, to znaczy uciekam. Rozmawiamy w domu na wsi, 160 kilometrów od Warszawy, właśnie dlatego, że uciekam od dolegliwości.

              Jakich?

              - Na przykład spędzania czasu na zebraniach z głupimi ludźmi. Nie muszę na nie chodzić. Byłem długo dziekanem i może się pan moich kolegów zapytać, ale nigdy rada wydziału nie trwała dużej niż pół godziny.

              Ucieczka.

              - Tak. Nie muszę wykonywać różnych rytualnych obowiązków, które bym miał w Warszawie. Co tydzień jakiś znajomy zaprasza na promocję swojej książki, często kiepskiej, a ja nie muszę, bo nie będę dwie godziny jechać. Jestem zwolniony i usprawiedliwiony.

              Co dalej?

              - Planujemy w Instytucie Spraw Publicznych książkę na 25-lecie wolnej Polski. Mam to pod opieką. I wie pan co? Zaprosiłem wyłącznie ludzi z młodego pokolenia, urodzonych w latach 1975-85. Nie że Staniszkis, Krzemiński, Śpiewak i Król jeszcze raz to samo napiszą, tylko 30-latkowie i 40-latkowie. Oni są z innej rzeczywistości. Z nieporównywalnie większą wrażliwością społeczną, to wyraźna różnica.

              CDN...
              • diabollo Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 11.02.14, 20:54
                A my? No jesteśmy, jacy jesteśmy. I tak zostanie.

                Gdyby nie przyszła II wojna światowa, to w 1940 roku odbyłyby się w Polsce wybory do Sejmu. I wie pan, kto miał kandydować? Młodzi ludzie o nazwiskach Kisielewski, Stomma, Giedroyc, Turowicz i Bocheński. Gdyby nie Hitler, to ci młodzi ludzie przejęliby władzę i zmienili Polskę. Byłaby bardziej sprawiedliwa, bez gett ławkowych i z reformą rolną.

                Młody Bocheński pisał o ówczesnych politykach, że niedobrze, jeśli władzę obejmuje pokolenie niewoli. To samo dotyczy nas. Myśmy przeszli przez pralkę. Nawet jeśli weszliśmy do bębna czyści i wyszliśmy czyści, to jednak nas poobijało.

                *Marcin Król - ur. w 1944 r., jest filozofem i historykiem idei. W marcu 1968 roku jako doktorant na UW brał udział w studenckich protestach, został aresztowany. W latach 70. pracował w PAN i redagował podziemne czasopismo ''Res Publica'', pisał też do paryskiej ''Kultury''. W czasie ''Solidarności'' doradca Regionu Mazowsze. W 1989 roku uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu, potem zaangażował się w kampanię prezydencką Tadeusza Mazowieckiego, w końcu jednak zrezygnował z polityki. Był dziekanem na UW, zasiadał w zarządzie Fundacji Batorego. Wykłada, pisze książki - ostatnia to ''Europa w obliczu końca''

                Źródło:
                wyborcza.pl/magazyn/1,136528,15414610,Bylismy_glupi.html

                www.youtube.com/watch?v=Y-059xoOlYk&feature=player_embedded
                www.youtube.com/watch?v=K5zUNrE6XyQ&feature=player_embedded
                www.youtube.com/watch?v=R4LCCttM2nk&feature=player_embedded
                www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=8RZ1WCdn-mo
                www.youtube.com/watch?v=aFFOPOMDhgI&feature=player_embedded
                www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=iehL1ByP1_k
                www.youtube.com/watch?v=iOLdmBd8OuA&feature=player_embedded
                • grzespelc Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 12.02.14, 01:42
                  Gdyby nie Hitler, to ci młodzi l
                  > udzie przejęliby władzę i zmienili Polskę. Byłaby bardziej sprawiedliwa, bez ge
                  > tt ławkowych i z reformą rolną.

                  Taaak, i ze szklanymi domami. Co za naiwność...
                  • diabollo Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 12.02.14, 07:50
                    grzespelc napisał:

                    > Gdyby nie Hitler, to ci młodzi l
                    > > udzie przejęliby władzę i zmienili Polskę. Byłaby bardziej sprawiedliwa,
                    > bez ge
                    > > tt ławkowych i z reformą rolną.
                    >
                    > Taaak, i ze szklanymi domami. Co za naiwność...

                    Taaa...
                    Albo to, że Piłsudski był gorszy od Churchilla, bo w Imperium Brytyjskim nie było rasizmu, niewolnictwa, etc, etc.

                    Kurwa, nawet kiedy nasz "yntelygent" mądrzeje to i tak musi wyjeżedżać z idotycznymi mitologicznymi wizjami od czapy.

                    Kłaniam się nisko
    • oby.watel Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 12.02.14, 00:16
      Jeden z mądrzał i mówi o sobie my?
    • gaika Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 13.02.14, 21:46
      Choć wiele prawdy przebija się z tej rozmowy-o miernocie polityczno-eksperckiej, o kruchości praw człowieczych, o… krzywdzie, to jednak sporo tu popadania w przesadę, bo nigdy nie było czasów tak bezpiecznych, tak spokojnych, tak pełnych dobrostanu. Mimo slumsów, bezrobocia i rozwarstwienia. To nie są czasy, obiektywnie rzecz biorąc, gorsze dla Człowieka, to czasy, mam wrażenie, wielkich pragnień, żeby działo się jeszcze lepiej, sprawiedliwiej, ale dużo szybciej, bo i świat szybciej pędzi.

      To takie refleksje ludzi, którzy są ewidentnie rozczarowani: niesprawdzeniem się ideałów młodości i faktem, że już są w miejscu, w którym nie uda im się wiele więcej osiągnąć, wiele więcej doczekać, a jakaś forma poczucia misji pozostała. Sporo frustracji i chyba za dużo przekonania o potencjalnej mocy w garstce inteligencji (w Królu), biorąc pod uwagę choćby proporcje społeczne. No bo radość, że Tusk w ogóle czyta, jest raczej przygnębiająca.

      Stawianie pytań i celów (o czym mówi Król) to klucz dla budowania poczucia sprawstwa. Najpierw Kościół oduczał (sam nie przeszedłszy reformacji) i oducza, komuna oduczyła, a potem demokratyczna władza nie zamierzała nauczyć- powiedziała, że wie wszystko najlepiej i nie musi się z niczego tłumaczyć.
      Nie sądzę jednak, żeby Polakom było wszystko jedno, że wolą siedzieć pod kołdrą i oglądać obrazki; po prostu nikt nie pokazał im, ani nie wyedukował-nie mieli ważnej figury w swoim życiu, przewodnika, nauczyciela, który wszczepiłby wartość krytycznego myślenia. Turbinowy napisał gdzie indziej o obywatelach i mieszkańcach, ale żeby stać się obywatelem, trzeba mieć wzór.

      Można psioczyć na amerykańską paranoję i idiotyczny podział dóbr oraz skrajności, ale nigdzie na świecie nie spotkałam tak dużego zaangażowania w dobro lokalnych społeczności. Można psioczyć na debilizm, fundamentalizm, ale przy co najmniej 50% społeczeństwa wierzącego w kreacjonizm, rozwój nauki jest wciąż nieporównywalny z żadnym miejscem na świecie. Można psioczyć na polityków, ale to w Polsce posłowie organizują się w 'Parlamentarny Zespół ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski', a kongresmeni amerykańscy lobbują na rzecz finansowania nauki. Słyszał ktoś kiedyś nad Wisłą, żeby jakiś poseł/posłanka emocjonowali się tak koniecznością stymulowania postępu naukowego, jak emocjonują się gender albo próbą zbezczeszczenia?

      Aborcja jest problemem niezwykle silnie związanym z nierównościami społecznymi. Odbija się w nim, jak w lusterku, szczególnie, że nie jest to temat lokalny, marginalny, ale powszechny, masowy. Fakt, że tu się akurat kręcą 'wokół dupy' jest realizowaniem postulatu Króla-zasypywania nierówności-dziwne, że tak prostego obrazka nie widzi. Bezradny bezrobotny jest tak samo słaby jak inne wykluczane mniejszości/grupy. W końcu Król apeluje o warstwę duchową: coś więcej, niż mieć. Chodzi o prawa słabszych i zmarginalizowanych grup-niezależnie od tego czy od dupy, czy od miski-podmiotowość jest na rzeczy. Nie ma mniej ważnych kwestii w budowaniu odpowiedzialnego i 'sprawczego' społeczeństwa-bez jednego nie ma drugiego.
      • diabollo Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 14.02.14, 08:29
        Czcigodna Gaiko,

        Piękne dzięki z Twoje przemyslenia.

        Osobiście staram się patrzeć na takie (chyba ważne) teksty nie przez psychoanalizę autora, ale jako na pewną zagraną przez autora rolę czy też jego pozy.

        Gerneralnie oczywiście bardzo mi się podobało, że "yntelygent" w końcu zabiera się za to, do czego został sworzony, czyli za krytyczną analizę rzeczywistości (najlepiej z wnioskami i zalecaniami, z tym ciągle krucho).
        Przez ostatnie ćwieć wieku "yntelygenci" zajmowaliśmy się ideologiczną propagandą sukcesu, podobnie jak za tow. Gierka.
        Zatem zmiana musi cieszyć.

        Niemniej przeżyłem kilka wkurwów (jak już wyjaśniałem ideolodzy katolickiego zabobonu mnie tak nie wskurwiają, bo wiem że zwyczajnie kłamią i są mi ideologicznie obcy - jak wkurwiają mnie tzw. "liberałowie", "yntelygencja", "liberalne media", po których spodziewałbym się jakieś ideologicznej bliskości).

        Po pierwsze skomentowane przez Ciebie uwaga pana "yntelygenta" jak to się w Polsce wszystko "kręci wokół dupy".
        Po pierwsze słuszna uwaga, że dupościsk to narzędzie jak najbardziej klasowego zamordyzmu... znaczy zadupizmu. To nie żaden wypadek, lecz konsekwencja rzadów ideologii wprowadzonej przez pana "yntelygenta".

        Po drugie te głupoty, które zauważył już czcigodny Grzespelc o wyborach Turowicza i spółki do Sejmu II RP gdyby nie Hitler (kuwa, jak słyszę, "panie, gdyby nie Katyń to Polska byłaby, ze hohoho" to chce mi się płakać nad polską głupotą), o idotyzmach "wybitnych polityków" i wyższości Bismarcka i Churchilla nad Piłsudskim z powodu gett ławkowych na Uniwersytetach, za które akurat pogrobowo odpowiadął trup Dmowskiego (dzisiaj pomnikowany i fetowany nawet przez aktualnego prezia RP) niż trup Piłsudskiego...

        Ale był jeszcze jeden wkurw. Mianowicie pan "yntelygent" nie rozumie całej sprawy OFE...
        Pan profesor. "promotor" Myślenia, rozpaczający nad updakiem Myślenia sam pozuje na głąba.

        Studiowałem akurat kilka semestrów na Akedemii Ekonomicznej podczas moich studiów dziennych na Politechnice. Zaliczyłem podstwowe kursy w tym makro i mikro ekonomię.
        Więc mialem porównianie i stwierdzam z całą odpowiedzialnością: makroekonomia to nie jest fizyka szczególnej teorii względności. To nawet nie jest analiza matematyczna.
        To rzeczy proste jak ruchnie i do ogarnięcia dla średnio rozgarniętego licealisty.

        Ale, kurwa, nie do ogranięcia dla pana "yntelygenta" profesora...
        Dysonans poznawczy: w pale mu się nie mogą pomieść absurdy jakie sam suflował.

        Niemniej cieszymy się, że nawet tak wybitny "yntelygent" pozujący tak wybitnie na głąba jakby zaczynał mądrzeć.
        Sam przechodziłem ten proces, więc rozumię, że jest ciężko.
        Powodzenia, panie Król.

        Kłaniam się nisko.
        • turbinowy Przepraszam, że się wtrącę 14.02.14, 13:29
          diabollo napisał:

          > Studiowałem akurat kilka semestrów na Akedemii Ekonomicznej podczas moich studi
          > ów dziennych na Politechnice. Zaliczyłem podstwowe kursy w tym makro i mikro ek
          > onomię.
          > Więc mialem porównianie i stwierdzam z całą odpowiedzialnością: makroekonomia t
          > o nie jest fizyka szczególnej teorii względności. To nawet nie jest analiza mat
          > ematyczna.
          > To rzeczy proste jak ruchnie i do ogarnięcia dla średnio rozgarniętego licealis
          > ty.
          Co Ty czcigodny Diabollo wiesz o ruchaniu?
          Zerknij, proszę, na poniższe, spojrzenie bardziej uniwersalne, energetyka tu przykładem, że stosowanie jednego podejścia jest bez sensu:
          "Główna linia podziału przebiega między modelami topdown
          i bottom-up. Modele bottom-up koncentrują się
          na odwzorowaniu technicznych aspektów poszczególnych
          opcji. Jest to tzw. podejście inżynierskie oparte
          o tworzenie złożonych symulacji systemu energetycznego
          uwzględniających szeroki zakres opisujących go danych
          (np. o sieci energetycznej, konkretnych technologiach
          produkcji, etapach przetwarzania energii). Pozwala ono
          na dobre odwzorowanie systemu energetycznego, jednak
          słabo radzi sobie z opisem jego powiązań z resztą gospodarki.
          W podejściu tym rezultat makroekonomiczny jest
          prostą sumą efektów mikroekonomicznych, ignoruje
          więc dodatkowe zjawiska związane z istnieniem złożonej
          sieci międzysektorowych i międzyrynkowych powiązań
          w obrębie gospodarki (tzw. rebound effects). Alternatywne
          podejście top-down skupia się na zbudowaniu modelu całej
          gospodarki, w którym sektor energetyczny jest tylko jednym
          z elementów, oddziałującym na otoczenie i odczuwającym
          efekty sprzężenia zwrotnego. Mankamentem tej metody
          jest konieczność uproszczenia modelu samego sektora
          energetycznego i pominięcie szczegółów technicznych,
          które mogą być istotne, szczególnie w krótszym okresie.
          Powyższy podział zaciera się jednak w ostatnich latach,
          gdyż coraz powszechniej wykorzystuje się modele mieszane,
          łączące w ramach jednej analizy moduły top-down
          i bottom-up. Wyniki symulacji bottom-up dostarczają
          wtedy danych dla modelowania top-down i na odwrót.
          Druga linia podziału opracowań dotyczących przyszłych
          mixów energetycznych biegnie między prognozami
          warunkowanymi założeniami wyjściowymi (tzw. forecasting).
          i prognozami poszukującymi najlepszej drogi
          do osiągnięcia z góry postawionego celu (tzw. backcasting).
          Przykładem pierwszego typu są – poza zwykłymi
          prognozami – ocena ex ante propozycji konkretnych polityk
          poprzez sprawdzenie, czy według przewidywań modelu
          dana interwencja publiczna ma szansę spełnić swój
          cel, jak kosztowna będzie i jakie są jej potencjalne skutki
          uboczne. Z kolei backcasting bierze pod uwagę szeroki
          wachlarz scenariuszy, koncentrując się na postawionym
          celu i analizując różne możliwości jego osiągnięcia.
          Przykładem może być poszukiwanie sposobów redukcji
          emisji gazów cieplarnianych o z góry założony procent
          czy też zapewnienia sobie bezpieczeństwa energetycznego
          w określonym horyzoncie czasowym. Pierwsze
          podejście (forecasting) służy więc ocenie istniejących
          i proponowanych polityk, a drugie (backcasting) – poszukiwaniu
          i tworzeniu nowych rozwiązań."
          www.mg.gov.pl/files/upload/10460/Mix_energetyczny_2050.pdf
          Przepraszam za wtręt już, się nie wcieram.
          • diabollo Re: Przepraszam, że się wtrącę 14.02.14, 17:20
            Hehehe, czcigodny Turbinowy, cieszę się, jeżeli najprawdopodobniej spodobały Ci się moje żarty (pomio, że to żarty przez łzy).

            Jeżeli chodzi o makroekonomię i czym ona się zajmuje, to naprościej sięgnąć do wiki:

            pl.wikipedia.org/wiki/Makroekonomia
            Ale i tak pięknie dziękuję i strasznie się Cieszę, z tego zaje-fajowego dokumentu Ministerstwa Gospodarki.
            Pokazuje on przepięknie dylematy ideologiczne, przed którymi stoją biedni urzędnicy MG i instytutów podległych.

            Albowiem jeden z dogmatów naszej ideologii katolicko-turbokapitalistycznej mówi, że Planowanie Centralne jest VERBOTEN.
            Ponieważ Planowanie Centralne wiąże się z reżimem komunistycznym, stalinizmem, gułagami, Katyniem i cierpieniami "Żołnierzy Wyklętych".
            Za promowanie takich "symboli komunistycznych" jest paragraf w KK i kara pierdla.

            (Oczywiście do czasów reaganomiki i turbokapitalizmu kraje kapitalistyczne też prowadziły swoją politykę gospodarczą na podstawie planowania gospodarczego, ale o tym polski "yntelygent" przecież pojęcia nie ma).

            No, ale z drugiej strony planowanie jest niezbędne do banalnego projektu budowy mostu, a co dopiero do prowadzenia polityki energetycznej!
            I to kiedy trzeba dostosować polską gospodarkę do zobowiązań międzynarodowych o emisji CO2, no i jeszcze kiedy ma się do dyspozycji i do wydania miliardy ojro lewackich dotacji z UE.

            Bez planowania gospodarczego i to nie na jedną pięciolatkę ale na całe długie dekady - ni-chuja, po prostu się, kurwa, nie da!

            Co robić?

            Na takie dylematy ideologiczne jak zwykle z pomocą podążają językoznawcy. Dzisiaj mało oryginalni, bo tym razem niczego sami nowego nie wymyślają. Tylko zastępują niesłuszne słowa i pojęcia najlepiej jakimiś szpanersko brzmącymi zwrotami bądź słowami angielskimi, albo tak, przykłady:

            - zamiast "planowanie energetyczne" mamy, cytuję: "oczekiwane przez Ekspertów przyszłe zapotrzebowanie na energię oraz możliwości jej produkcji"

            - zamiast tytułu referatu pt. : "Plan Rozwoju Energetycznego PL do roku 2050", mamy, cytuję: "MIX Energetyczny 2050"...

            A teraz, czcigodny Turbinowy, pozwól, że Ci wyjaśnię dlaczego odniosłeś wrażenie dlaczego ten "mixer" jest taki skomplikowany.
            Otóż generalnie planowanie gospodarcze jest zajęciem ryzykownym podobnie jak np. planowanie pierdnięcia (nawet niewinne pierdnięcie może się nie powieść i przecież może się zakończyć nieprzyjemnie obesraną bielizną). Nigdy nie wiadomo "co będzie".

            To dlatego planiści (którzy muszą nawet ukrywać to, że są planistami) strasznie komplikują swóje Referaty Planistyczne nie tylko językowo, ale zabezpieczają sie co do treści.
            Nie piszą prosto: będzie tak i siak, więc trzeba zrobić to i to. Nie, piszą, że może być tak, ale jak uwzględnimy tamto, bo będzie jeszcze inaczej.

            Ale, czcigodny Turbinowy, makroekonomia, o której pisałem i która tłumaczączy czym jest dochód narodowy, czym są inwestyczje, czym oszczędności a czym transfery publiczne, rzeczy w sumie proste jak ruchanie, to troszeczkę inny temat.

            Kłaniam się nisko.
            • gaika Re: Przepraszam, że się wtrącę 14.02.14, 21:39
              Trochę na to co wyżej, trochę na to, co tu.

              Z ekonomią to jest tak, że trwają nieustanne dyskusje czy to już nauka. I raczej przeważa opinia, że jednak nie-zazwyczaj weryfikacja naukowych przewidywań pali na panewce.

              Tak na zdrowy zwój podczaszkowy prawoskrętny, mamy do czynienia z ogromnie niepewnym i trudnym do zweryfikowania poprawności konstruktem, jak system emerytalny, i ten zwój podpowiada, że rozłożenie na dwie nogi jest bezpieczniejsze, niż stanie na jednej, choćby ze względu na niewielką możliwość kontrolowania wszystkich zmiennych. Czyli, jak mówisz- planowanie.

              Z prywatnego podwórka powiem, że właśnie, oczywiście w dużo mniejszej skali, z powodu postawienia wszystkiego na jednej nodze, konstrukcja skądinąd piękna, ma duże szanse, żeby się zawalić. A przynajmniej czasowo podupaść.

              ***
              I w tym punkcie raczej nie o wstręt do centralnego zarządzania chodzi, bo przecież OFE są sterowane centralnie.

              ***
              Co do inteligencji-było jej za mało przede wszystkim, a teraz to jest i tak too late.
              W narodzie rządzi Oko. I Pawłowicz. I na imię jej było Beata.
              • diabollo Re: Przepraszam, że się wtrącę 14.02.14, 23:24
                Kochana Gaiko,
                Napisałaś same słuszne rzeczy. W pełni się zgadzam.

                Nie zmienia to jednak mojego stanowiska, że tak wybitny 'yntelygent' jak pan Król, który z taką pewnością (there is no alternarive) lansował 'ekonomiczne' odkrycia w stylu 'niewidzialna ręka rynku', zwyczjnie nie może udawać dzisiaj głąba, który nie jest w stanie zająć stanowiska czy opinii w banalnie prostej sprawie jak funkcjonowanie OFE.

                Kłaniam się nisko.
              • oby.watel Meteorologia to też nie nauka 15.02.14, 11:35
                Z ekonomią jest jak z pogodą - trudno przewidywać, ale to nie znaczy, że niemożliwe. Żadne przewidywania i prognozy nie sprawdzą się, gdy w zglobalizowanej gospodarce nie uwzględni się w analizach czynników zewnętrznych. Chociażby podwyżka płac w Chinach odbije się na cenach w Polsce. Poza tym nigdy nie wiadomo co rządzącym do łbów przyjdzie. Zaburza przewidywalny układ i generuje transfer pieniędzy np. pomysł opodatkowania bogatych 75% podatkiem.
            • turbinowy Re: Przepraszam, że się wtrącę 15.02.14, 00:14
              Za definicją z wiki stoją kolejne terminy, kolejne definicje...
              Za tymi terminami są liczby, tysiące liczb w szeregach chronologicznych. Za tymi szeregami są zdarzenia państwa (np.największe emisje CO2 z energetyki miały miejsce w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy w górnictwie z przydatkami pracowało ponad 400 tys. osób a energii elektr. brakowało). To jest historia, o której też należy pamiętać oceniając minione czasy (np. szereg ocen schyłku PRL bez uwzględnienia tych danych IMHO jest bezwartościowa). Tylko to mało, oczekiwania od ekonomii są jeszcze inne - co będzie za 10 lat, 20, 50 (są tacy, którzy kombinują co będzie w 2100r.)
              Gaika zauważyła:
              Z ekonomią to jest tak, że trwają nieustanne dyskusje czy to już nauka. I raczej przeważa opinia, że jednak nie-zazwyczaj weryfikacja naukowych przewidywań pali na panewce.
              Bo wszak nauka weryfikacją stoi. Więc jednokrotnie postawione przewidywania (prognozy) się nie sprawdzają. Natomiast są obszary kiedy coś wiemy już o naszej przyszłości (np. ile elektrowni zostanie zamkniętych w wyniku podpisanych zobowiązań, ile się zestarzeje, jakie wymogi stawia nam UE - w 2020r. ma być 20% OZE a w 2050r. energetyka ma być praktycznie zero emisyjna). Są wyjścia - jak Scarlett O'Hara - pomyślimy o tym jutro, albo zaczniemy myśleć i działać albo udawać, że działamy. Stąd te badania (jeśli nie nauki, jednak wiedzy sporo w nich jest) podpowiadają co będzie jeśli..., jak się i czy to da się zbilansować. Dlatego wrzuciłem ten wpis aby wskazać, że podejście makroekonomiczne jako jedyne prowadzi do szeregu uproszczeń prowadzących błędnych wniosków.
              Nie sądzę aby cytowany tekst wywołał jakiekolwiek dylematy ideologiczne u urzędników - różnego rodzaju Polityki (energetyczne, klimatyczne, transportowe itd., itp.) już przerabiają od szeregu lat, ci z wyższych szczebli na pewno też wiedzą jak wygląda planowanie gospodarcze w innych krajach UE i nie tylko.
              Tylko w tym wszystkim pojawia się element szemrany - politycy, wybrańcy ludu. Tu nie wiem co wiedzą (co innego wie np. pani Kolarska-Bobińska a co innego pan Kurski). Jako zbiorowość charakteryzują się na pewno brakiem myślenia perspektywicznego.
              I tu jest chyba przedmiot mojej niezgody z Tobą - Ty zwalasz wszystko na turbokapitalizm, a dla mnie to nie wybór ideologiczny tylko zwykłe nieuctwo, ciemnota, prowadząca do bałaganu. Gdyby w Polsce wygrał turbokapitalizm, nie byłoby tylu przedsiębiorstw państwowych.
              Co do słowotwórstwa - zapotrzebowanie na energię (współcześnie mówi się o stronie popytowej)- jest stare nawet pamięta czasy Kompleksu Paliwo Energetycznego, możliwości produkcji - wskazują na różne możliwości generacji energii (różne paliwa, różne nakłady inwestycyjne, eksploatacyjne). To są właśnie elementy planowania energetycznego. Miks energetyczny - wynika z żargonu unijnego.
              Reasumując nie wiem co wiedzą polscy "yntelygenci" a czego nie, mogę powiedzieć, że planowanie w każdej gospodarce jest potrzebne (a o tym mogli się co poniektórzy dowiedzieć chociażby ze współpracy z Bankiem Światowym blisko ćwierć wieku temu), tylko niewiele ma ono wspólnego z dawnym PRLowskim planowaniem.
              • diabollo Re: Przepraszam, że się wtrącę 15.02.14, 09:44
                Czcigodny Turbinowy,

                Chociaż tyle dobrze, że się zgadzamy, że planowanie gospodarcze jest niezbędne (a u nas tylko nie można tego nazwać "planowaniem").

                Rzeczywiście nie uważam, że dzisiejsze problemy PL leżą w głupich ludziach.
                Ludzie wszędzie są głupi (w większości).

                Problemy rzeczywiście leżą w wyznawanych ideologiach, czy raczej dominacji ideologii toksycznych. (bo każdy spójny światopogląd jest ideologią, są tylko ideologie lepsze i gorsze).

                Ideologia, która zdominowała polską "yntelygencję" to katolicki turbokapitalizm. I nieszczęście PL polega na tym, że ta toksyna ideologiczna nie posiada żadnej realnej przeciwwagi.
                I to jacy politycy rzadzą ma już drugorzędne znaczenie, bo jak podkreślałem wielokrotnie politycy są jak gówno: płyną z prądem nastrojów tzw. "rynków" (czyli nastrojów tłustych szuj) i szeroko pojętych nastrojów społecznych, czyli płyną z prądem populizmu.

                Podam Ci przykład najprostrzy o katolickim zabobonie.
                Naprawdę myślisz, że pan Tusk, ba, zawodowi polityczni katolicy bardzo chętnie nie kopnęliby w dupy tych aroganckich arcygrubasów? Myślisz, że oni nie mają wewnętrznej ochoty odciąć się od ciemnoty Kościoła Genekologiczno-Katolickiego?
                Czy myślisz, że pan Tusk nie miałby ochotę klepnąć małżeństw homoseksualnych, zliberalizować barbarię antyaborcyjną, etc?

                Miałby ochotkę, ale pan premier zna wyniki badań opinii publicznej, i wie, że "ciemny lud" jeżeli nie lubi arcygrubasów, to uważa, że katolicki zabobon to samo dobro i piękno, gwarancja moralności i ładu społecznego.
                A dlaczego tak "ciemny lud" uważa? A bo mu "ynteligencja" tak sama powiedziała (że np. bełkot intelektualny ś.p. pana Wojtyły to wielkie mądrości prosto od Ducha Świętego).
                Bo owa "yntelygencja" załatwiła miliardy z budżetu państwowego na agitację katolicko-zabobonną "ciemnego ludu" od przedszkola do domu starców.

                Kłaniam się nisko.
        • oby.watel Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 14.02.14, 14:31
          diabollo napisał:

          > Studiowałem akurat kilka semestrów na Akedemii Ekonomicznej podczas
          > moich studiów dziennych na Politechnice. Zaliczyłem podstwowe kursy w
          > tym makro i mikro ekonomię.

          Tez taka ekonomie studiowałem. Była to ekonomia socjalizmu z ekonomią mająca tyle wspólnego ile demokracja socjalistyczna z demokracją.
          • grgkh Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 07.03.15, 13:54
            oby.watel napisał:

            > diabollo napisał:

            > Tez taka ekonomie studiowałem. Była to ekonomia socjalizmu z ekonomią mająca ty
            > le wspólnego ile demokracja socjalistyczna z demokracją.

            Przecież do rozumienia podstaw ekonomii (to też tylko prymitywnie proste reguły matematyczne, trzeba widzieć coś innego - czynniki wpływające na procesy), jak napisał diabollo, nie jest potrzebna zaawansowana ekonomia. Zaawansowana, jak rozumiem, to pełna nieudowodnionych dogmatów. smile
        • grgkh Nie ma tego złego... 07.03.15, 13:50
          diabollo napisał:

          > Ale był jeszcze jeden wkurw. Mianowicie pan "yntelygent" nie rozumie całej spra
          > wy OFE...
          > Pan profesor. "promotor" Myślenia, rozpaczający nad updakiem Myślenia sam pozuj
          > e na głąba.
          >
          > Studiowałem akurat kilka semestrów na Akedemii Ekonomicznej podczas moich studi
          > ów dziennych na Politechnice. Zaliczyłem podstwowe kursy w tym makro i mikro ek
          > onomię.
          > Więc mialem porównianie i stwierdzam z całą odpowiedzialnością: makroekonomia t
          > o nie jest fizyka szczególnej teorii względności. To nawet nie jest analiza mat
          > ematyczna.
          > To rzeczy proste jak ruchnie i do ogarnięcia dla średnio rozgarniętego licealis
          > ty.
          >
          > Ale, kurwa, nie do ogranięcia dla pana "yntelygenta" profesora...
          > Dysonans poznawczy: w pale mu się nie mogą pomieść absurdy jakie sam suflował.

          Czcigodny diabollo, lejesz miód na moje serce. Mam podobne a może identyczne zdanie na ten temat.

          > Niemniej cieszymy się, że nawet tak wybitny "yntelygent" pozujący tak wybitnie
          > na głąba jakby zaczynał mądrzeć.

          I tu też.

          > Sam przechodziłem ten proces, więc rozumię, że jest ciężko.
          > Powodzenia, panie Król.
          >
          > Kłaniam się nisko.

          Dla mnie sprawa z losami naszego świata jest jasna.
          1) Ludzi na świecie jest za dużo i nie ma takiej siły, by pozwolić im na wolność a jednocześnie sprawować nad nimi kontrolę.
          2) Nie potrafiliśmy nigdy zbudować jakiegoś naprawdę dobrego i konsekwentnie wprowadzanego programu edukacji ludzkości.
          3) Nie jesteśmy w stanie zapanować, i chyba w ogóle to nie jest możliwe, nad "sprawiedliwym podziałem dóbr".

          Mógłbym wymieniać podobnych zastrzeżeń jeszcze wiele, dla mnie są one ważne i oczywiste, ale każde z nich jest barierą, której nie da się sensownie przełamać. I nie w ich mnożeniu sprawa.

          Jakie będą losy tego świata? Czy uda się przynajmniej tak tym wszystkim posterować, żeby do głosu nie do doszli jacyś psychopaci, którzy sięgną wreszcie znów po globalne narzędzia zagłady i unicestwienia dobrobytu życia żyjących w dobrobycie? Czy nasz, ludzki świat czeka unicestwienie i czy to jest nieuniknione?

          Czasem chciałoby się zadziałać jakoś pozytywnie, zobaczyć światełko happy endu na końcu tunelu ale przecież wydaje się, że to nie zależy od żadnego z nas. Gdy sobie o tym pomyślę, to trochę mi żal ale przecież i tak każdego człowieka czeka śmierć. Czy jest o co walczyć gdy taka jest perspektywa ostateczna? Ale potem przychodzi nowa refleksja, że przecież ja istnieję (i mam się nieźle) a po mnie będą następni i dla nich też warto by było coś zostawić dokładając do tego swoje działanie, niech nie mają gorzej niż ja.

          Więc co jest najważniejsze na dziś? Chyba to, że ludzi jest za dużo. Może jakaś totalna wojna nie zniszczyłaby cywilizacji ale rozwiązała ten problem? Dziwny pomysł? Oczywiście ja go nie zamierzam wprowadzać w życie, ale chętni do takich rozwiązań są. Jakaś "redukcja ważnego parametru ograniczającego" zmieniłaby kierunek działania programu "świat człowieka".

          Nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło. Sorry, chyba nieco odbiegłem od tematu ale jakoś inaczej nie mogłem.
          • diabollo Re: Nie ma tego złego... 08.03.15, 01:10
            Czcigodny Grgkh,

            Witaj po długim czasie.

            Kłaniam się nisko
    • diabollo Re: W końcu jeden zmądrzał: Byliśmy głupi 17.02.14, 23:42

      m.krytykapolityczna.pl/felietony/20140216/prolegomena-do-warsaw-shore
    • diabollo Co nam zrobił Marcin Król 29.03.14, 21:40
      Grzegorz Sroczyński

      Jeśli Kaczyński twierdzi, że w Polsce są nierówności społeczne, to znaczy, że nie ma. Jeśli mówi o głodnych dzieciach, to na pewno wszystkie dostają w szkołach sute obiady


      Wywiad ''Byliśmy głupi'' - natarczywość moich pytań i brutalność odpowiedzi Króla - wielu uznało za wściekły atak na zdobycze 25-lecia. Usłyszałem też, że obaj zachowaliśmy się ''co najmniej nieelegancko'', bo przecież to rok obchodów polskiej wolności.

      W jednym się zgodzę - to rzeczywiście jest momentami atak pełen pasji i wściekłości, bo taki właśnie jest Król. Wystarczyło czytać jego kolejne, coraz bardziej przerażające felietony, m.in. w "Wyborczej", żeby nie być zaskoczonym. Po ostatnim - o tym, że świata, jaki znamy, naprawiać się już nie da - postanowiłem zrobić tę rozmowę. Jak ktoś ma słabe nerwy i potrzebuje eleganckich opinii, to niech produkcji Króla na wszelki wypadek nie czyta.

      Usłyszałem też, że krytykując transformację i ludzi, którzy ją przeprowadzili, dajemy argumenty drugiej stronie. „Poczytaj sobie, jakiego orgazmu po tej rozmowie dostała » Gazeta Polska «” - mówi znajomy. Dostała, no i co? Inny mówi zgorszony: „To jest przyznawanie racji Kaczyńskiemu”. Tak jakby główną powinnością polskiego intelektualisty - w tym przypadku Króla - miało być nieprzyznawanie w niczym racji Kaczyńskiemu.

      Jeśli Kaczyński twierdzi, że w Polsce są nierówności społeczne, to znaczy, że nie ma. Jeśli mówi o głodnych dzieciach, to na pewno wszystkie dostają w szkołach sute obiady. Jeśli mówi o korporacjach, które unikają podatków, to na pewno płacą gigantyczne itd.

      W efekcie w powszechnym odbiorze to Kaczyński uchodzi za jedynego obrońcę ludu i wykluczonych, bo znajduje język z tymi ludźmi.

      Polska lewica będzie się kiedyś smażyć za to w piekle.

      Antoni Słonimski, który wszystkich nas potrafiłby teraz zabić jednym złośliwym zdaniem, zagroził kiedyś, że każdy felieton o Polsce będzie opatrywał skrótem MŻGSR. Rozwinę: Mimo Że Gdynia Się Rozbudowuje. Wciąż mu bowiem zarzucano, że uprawia krytykanctwo, nie widzi wszystkich pozytywnych zmian II RP, sukcesów narodowych, nowych portów itd. Oczywiście, widział to wszystko. I Król też widzi. A jednak mimo że Gdynia się rozbudowuje, zaniedbaliśmy masę rzeczy. W dodatku przez lata prawie o tym nie mówiliśmy, co jest drugim grzechem.

      W Polsce są nierówności. I są byłe pegeery, z których - głowę wam daję - przyszłe pokolenia nas rozliczą, a w podręcznikach historii za lat sto napiszą, jaki to wstyd i sromota, że elity III RP do tego dopuściły (tak samo jak dziś ze zgrozą czytamy o zaniedbaniach elit II RP). Niedaleko jednego z takich miejsc mieszka teraz Król. Mówił mi, że wyprowadzka z Warszawy na wieś otworzyła mu oczy.

      Król zrobił jeszcze jedną rzecz u nas niewybaczalną. To "byliśmy głupi" powiedział o własnym środowisku i w dodatku zrobił to nie przy wódce, ale publicznie. W Polsce niesłychanie silne jest coś, co można nazwać środowiskową lojalnością. Jak jesteś z nami, to masz mieć takie a nie inne poglądy. Odstajesz? Toś wróg i renegat. Silne jest to na lewicy, na prawicy, w każdym chyba środowisku, łącznie ze środowiskiem "Gazety", co czasem potrafi człowieka doprowadzić do szewskiej pasji.

      Cieszę się, że poznałem renegata Marcina Króla. Czekam na nową książkę.

      www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&vshockqFTPAZs2b0
      wyborcza.pl/magazyn/1,136824,15706672,Co_nam_zrobil_Marcin_Krol.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka