Dodaj do ulubionych

a u mnie jesień piękna...

15.11.05, 12:30
przepiękna i wspaniała. Odeszła depresja, skończyła się mania. Mania dobrze
wykorzystana, pół książki leży już u wydawcy i czeją na ciąg dalszy. Od
następnego poniedziałku zacznę tu publikować swoją dawno zapowiadaną powieść.
Jej tytuł to "Pomarańczowa rewolucja". Jest to rzecz o chorej kobiecie, która
mają do wybory przegraność wybiera coś zypełnie alternatywnego czyli
zwycięstwo. Jest grafikiem więc świat postrzega bardzo wizualnie, wymyśla
systematykę świata. Jest w tej książce i miłość i powrót do starych, dobrych
tradycji. Pokłon w stronę zapomnianych wartości takich jak przyjażń,
zauchanie, piękne czyste życie.

Mam nadzieję, że paru z Was moje pisanie przyniesie ukojenie. Dziś wstęp.

Acha, jak ktoś chciałby mi pomóc w robieniu prezentacji multimedialnych -
zapraszam. Płacę mało na razie ale mam już sponsorów, więc od nowego roku
srart.

pozdrawiam
Obserwuj wątek
    • greta_30 POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 1 15.11.05, 12:33
      Postanowiłam napisać tą powieść w sprzeciwie przeciwko powszechnie panującej
      opinii, że wszystko sie kiedyś kończy a życie to nie zabawa tylko poważna
      sprawa. Mam 35 lat, 16 letnią ćórkę i byłam dwukrotnir żonata. Mam również za
      sobą dość błyskotliwą karierę jako ggrafik komputerowy, mieszkanie, a
      samochodów nawet nie chce mi się wspominać. Wszystko to dzięki uporowi i
      wytrwałości w gromadzeniu danych. Nie jestem mądra, jestem inteligentna. Wiem,
      że w dobie internetu kiedy dostępność informacji mierzy się szybkością klikania
      w klawiaturę i umiejetności operowania kluczowymi hasłami - wiedza nie jest juz
      tak cenna jak kiedyś. Wystarczy mieć komputer i 50 zł na opłaty a wiesz więcej
      niż Bóg, Dalajlama i Hitler razem do kupy. NIe ma już autorytetów budowanych na
      wiedzy. Liczy się teraz inteligentne kreowanie swojego wizerunku i odpowiednia
      postawa. Moralność jest wynaturzona ale wbrew pozorom, w moim świecie
      przynajmniej, sporo jest osób dobrych i prawych. Mam dużo szczęścia, bo zawsze
      kiedy upadam (a zdarza się to często ponieważ choruję na cyklofrenię gdzie
      upadki i wzloty z żadka przeplatane są okresami względnej równowagi) zawsze
      znajduje się ktoś kto poda mi rękę i pomoże utrzymać się przy życiu. Bo życie
      to mój największy skarb. Żyjąc mogę wszystko. Przeczekać złe czasy, zmienić
      siebie, świat wokół siebie. Tak często powracające depresyjne myśli o
      samounicesticeniu siebie są najwiekszym gwałtem jaki zadaje mi matka natura. Bo
      ja kocham życie i kocham ludzi, a depresja to wszystko niweczy, obraca w jakiś
      koszmarnie mało zabawny żart. Nie rozumiem tego, bo nie mam rozszczepienia
      osobowości i nie żyję w dwóch różnych światach. Jestem zawsze taka jaka jestem
      tylko raz bezgranicznie załamana, a raz euforycznie uniesiona. W związku z tym,
      że nie rozumiem depresji, wolę stany maniakalne, tymbardziej, że nauczyłam się
      je kontrolować na tyle, że mogę odpowiednio wcześniej ukierunkować swoje
      szaleństwo i działam bardziej konstruktywnie i w rezultacie coraz piękniej.

      Pomarańczowa rewolucja jest wiernym opisem mojej ostatniej jazdeczki. Ale nie
      będę o tym przypominała bo osobiście uważam, że z manią jest trochę jak z
      alkoholem czy innymi narkotykami.Mianowicie podbijają zawarte w nas samych
      emocje. Podaję przykład: kokaina, jedni po niej nie mogą nic zronbić tylko się
      miotają, inni wykorzystują jej działanie aby na przykład przyswoić sobie
      łatwiej wiedzę lub wykorzystują ją do pewnych zaplanowanych wcześniej działań.
      Moje doświadczenia z narkotykami? Szerokie jak ocean ale w związku z tym, że na
      trzeźwo przeżywam o wiele bardziej odjechane rzeczy, ich działanie nie ma już
      dla mnie takiego smaku jak dawniej. Teraz ograniczam się do marihuany w
      niewielkich ilościach i bardzo regorystycznie określonych okolicznościach. Palę
      tylko w domu, tylko ze swoim facetem i nigdy w towarzystwie osób, których
      intencji nie jestem do końca pewna. Nie chce mi się przeżywać spotęgowanych
      przez dragi stanów lękowych czy bardziej odczuwać czujeś cierpienia czy
      niepewności. NIe chce przez to powiedzieć, że wogóle nie chcę pomagać innym,
      nie. Uważam tylko, że skuteczniej jest robić to na trzeźwo.

      Wracając do tematu: zapraszam Was do mojego maniakalnego świata na krótki film
      o kobiecie, która wymyśliła nową systematykę świata. Jako klucz do jej
      zrozumienia obrała kolor a wszystko zaczęło się od wgapiania się godzinami w
      monitor komputera.


      POMARAŃCZOWA REWOLUCJA

      Każdy kto kiedykolwoek grał w grę turową wie, jak ważny jest stan zdrowia
      naszego bohatera. Zdrowie (życie), mana (magia), morale, ilość amunicji. Te
      wartości w grach przedstawiane są zazwyczaj jako paski koloru, który wraz w
      odniesionymi ranami zmniejsza się, a po zarzyciu apteczki lub jakiś
      czarodziejskiej mikstrury - zwiększa się. Życie zazwyczaj jest kreską czerwoną,
      mana niebieską, morale zieloną.

      Mój facet jest maniakiem komputerowym. Składa komputery i nic nie sprawia mu
      większej radochy jak zastrzelenie jakiś niemców czy pokonanie jakiegoś potwora.
      Najczęściej gra w Diablo, Herosy i Jaggetalians. Ja nie specjalnie kochałam gry
      komputerowe. Uznawałam je za pożeracz czasu i podprogowe działania
      antywychowawcze. Jak można szanować życie, sko tak lelko się umierało?
      Wystarczyło odsejwować się i znów radośnie ruszaliśmy do tego samego zadania.
      Nie lubiłam gier ale lubiłam się uczyć. A kiedy nie miałam nic lepszego do
      roboty siadałam przy Starym i przez ramię patrzyłam jak prowadzi swoje batalie.

      W Diablo grał Palladynem. Najbardziej lubił grać z czarodziejką, królową zimna.
      Ona rzucała czar, zamrażała przeciwników, a mój Palladyn wpadał w środek i
      mieczykiem ciach, ciach. Ta strategia była niezwykle skuteczna i widowiskowa.
      Każdy kto grał kiedyś czarodziejką, wie jakich wspaniałych doznań estetycznych
      dosarcza taka gra. Czarodziejka jest piękna, wiotka i waleczna. Jest
      ucieleśnieniem marzeń każdego faceta, który jedną nogą dalej tkwi w świecie
      fantazji. Ta para była nie do pokonania i bardzo mi się ta opcja walki
      spodobała. Nie bardzo umiałam grać samodzielnie, bo nie potrafiłam opanować
      klawiatury i zazwyczaj ginęłam dosyć szybciutko, a każdy kto grał wie, że nie
      jest fajnie zbierać szczątki swojego bohatera z placu boju. Przynajmniej mnie
      zawsze śmierć czy to Palladyna czy Czarodziejki zawsze głęboko poruszała.
      Dlatego tez dbałam o kreseczki.
      - Daj im pić, weź apteczkę - upominałam Sławkam - Napraw mu zbroję, zainwestuj
      w ciepło. To była moja rola. Dbanie o moich bohaterów i pilnowanie aby mój
      operator za bardzo nie szarżował. Bo facet, zwłacza taki rycerski jak mój
      Stary, nic się nie pękał i ładował się w najtrudniejsze zadania bez zadnych
      zachamowań. Ja prowadziłam bardziej wyważoną strategię, unikałam walki wręcz,
      specjalizowałam się w rozwijaniu talentów magicznych i zdobywaniu
      doświadczenia. Kiedy do wyboru była kasa lub wiedza, zawsze wybierałam
      doświadczenie chociaż nic nie sprawiało mi większej przyjemności niż
      znajdowanie amuletów i magicznych przedmiotów. Uważnie zbierałam też pieniądze.
      Ale tego nauczyłam się z Herosów od Catlin, bohaterki z zamku ludzkiego. Tam
      nauczyłam się, że przy budowaniu królestwa kasa to podstawa i mądre
      gospodarowanie tak zasobami jaki i jednostkami ma wielkie znaczenie. I że w tym
      zamku najbardziej liczą się Archanioły więc wybudowanie Portalu chwały jest
      sprawą pierwszoplanową.
      Catlin była czarodziejką i tu grałam już samodzielnie. Najpierw w sojusze,
      póżniej jako przeciwnicy. Zazwyczaj wygrywałam jakimś dziwnym trafem ale to
      raczej z farta niż rzeczywistych umiejętności taktycznych. Sławek prowadził
      mnie jak dziecko za rączkę i jego rady plus moje farciarstwo zazwyczaj
      powodowały, że byłam lepsza. Co z tego skoro mój najlepszy tytuł to Drzewiec?
      Sami powiedczcie czy Dzrzewiec to gość?

      Dzięki graniu poszerzyły mi się horyzonty, rozszerzyło słownicwto, zmieniła się
      mentalność. Poraz pierwszy spojrzałam na Sławka z uznaniem, bo zrozumiałam, że
      ktoś kto tak wspaniale prowadzi batalie w komputerze, podobnie umiałby zrobić
      to w rzeczywistości. To było niesamowite, w czasie gry byłam adorowana,
      obsypywana prezentami i czyłam się jak najprawdziwsza królewna. Był początek
      jesieni więc zbliżał się trudny dla mnie okres, ale tymczasem byłam bezpieczna.
      Nie pracowałam, nic nie robiłam i grałamze swoim facetem w Herosy. Sporo czasu
      spędzaliśmy razem a ogniwem nas łączącym stał się komputer.

      *

      - Czy zostaniesz moją źoną? - spytał pewneo wieczoru. I zaczęły się schody. A
      ślub to piątego piątego dwytysięcznego piątego i w Meksyku koniecznie (oboje
      nie próbowaliśmy jeszcze peyotla a ślubu w Polsce nie potrzebowaliśmy. Oboje
      mieliśmy za sobą nieudane małżeństwa, duże dzieci niemieszkające uż z nami i
      kariery. Nam nie chodziło już o nic innego jak o spokój). Warunek? Przetrwać
      jesień i zimę bez zepsucia tego co jest. Zadanie trudne, bo mania już wisiała w
      powietrzu i uniknięcie s
      • ilquad Re: POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 1 15.11.05, 12:55
        Greta, masz mejla!
        • greta_30 ok, ide czytac 15.11.05, 13:10
          ilquad napisał:

          > Greta, masz mejla!
      • rzeznia_nr_5 Re: POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 1 15.11.05, 12:56
        greta_30 napisała:

        > Mam 35 lat, 16 letnią ćórkę i byłam dwukrotnir żonata.


        Zamężna.Korekta by się przydała.

        Poza tym witam!Mam nadzieje że pamiętasz.
        • greta_30 Re: POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 1 15.11.05, 13:09
          rzeznia_nr_5 napisał:

          > greta_30 napisała:
          >
          > > Mam 35 lat, 16 letnią ćórkę i byłam dwukrotnir żonata.
          >
          >
          > Zamężna.Korekta by się przydała.


          to prawda. moi przyjaciele ze sczecina maja jeszcze wiecej uwag, ale o tym na
          duplikacie jak mnie wpuscicie
          >
          > Poza tym witam!Mam nadzieje że pamiętasz.
      • ilquad Re: POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 1 15.11.05, 13:17
        Da się radę z wami pograc na Battlenecie?Pliiz...:^P
        • greta_30 Re: POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 1 15.11.05, 13:18
          ilquad napisał:

          > Da się radę z wami pograc na Battlenecie?Pliiz...:^P

          da się jak dostanę rentę czyli ok. 29go listopada. To se neta podłącze
      • greta_30 Re: POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 2 16.11.05, 10:50
        - Czy zostaniesz moją źoną? - spytał pewneo wieczoru. I zaczęły się schody. A
        ślub to piątego piątego dwytysięcznego piątego i w Meksyku koniecznie (oboje
        nie próbowaliśmy jeszcze peyotla a ślubu w Polsce nie potrzebowaliśmy. Oboje
        mieliśmy za sobą nieudane małżeństwa, duże dzieci niemieszkające uż z nami i
        kariery. Nam nie chodziło już o nic innego jak o spokój). Warunek? Przetrwać
        jesień i zimę bez zepsucia tego co jest. Zadanie trudne, bo mania już wisiała w
        powietrzu i uniknięcie szpitala było sprawą priorytetową. Bo szpital to wybicie
        się z życia, pozostawienie bez opieki domu i domowników; a ja przecież byłam
        zakochana i miałam zadanie: 5.5.2005 stanąć na ślubnym kobiercu w Meksyku.
        Zadanie nie było proste, bo nie chciałam brać tego tak po prostu. Dwa
        poprzednie małżeństwa przekonały mnie, ze związki między dwojgiem ludźmi muszą
        być oparte na czymś więcej niż miłość czy chuć fizyczna. Dla mnie komunikat, że
        Sławek chce mnie pojąć za żonę oznaczało, że on uwaz mnie za wspaniałą kobietę,
        a to, że chce jeszcze trochę poczekać - znaczyło, że daje mi czas abym ja sama
        uznała się za na tyle atrakcyjną aby bez żadnych zachamowań oddać mu we
        władanie swoje życie i rękę.

        Zaczęłam przygotowywania.
        • greta_30 Re: POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 2b 16.11.05, 11:02
          Zaczęłąm całkiem niewinnie: od oddgruzowania p[iekarnika. Coś podszeptywało mi,
          że czyste, poukładane życie - to czysta i poukładana dusza. Pomyślałam, że
          jeśli uporządkuję swój dom, uczynię go dobrym i przyjaznym - od razu z
          automatu, poczuję się lepszą. Tak też się stało. Kiedy podniosłam się z klęczek
          i spojrzałam na wyczyszczony, lśniący piekarnik od razu zachciało mi się upiec
          w nim ciasto. A dzięki temu dom napełnił się zapachem jabłek i cynamonu.
          Zamiast zatęchłego zapachu papierosów i piwa - raptem jak za dotknieciem
          czarodziejskiej róźczki dom stał sie apetyczny jak ciastko. Ja też chciałam
          pachnieć jak ciacho. Zrezygnowałam ze swoich cierpkich cytrusowych zapachów,
          otoczyłam się zapachem wanilii i kardamonu. Zaczęłam też pięknieć. Oczy zaczęły
          lśnić, twarz rozpromieniała sie w uniesionym spokojnym uśmiechu. Uśmiechu
          kobiety uszczęśliwonej faktem, że pragnie ją mężczyzna. Że dla tego mężczyzny
          jest onan najlepszą, najpiękniejszą i najmądrzejszą dziewczyną pod słońcem.

          Zaczęłam gromadzić zapasy. Chciałam aby w moim skromnym domku zawsze było coś
          dobrego do jedzenia. Piekłam ciasteczka i gotowałam bigos do słoików, a
          jednocześnie wyobrażałam sobie te wszystkie frykasy w szklanych słojach do
          których kiedyś będą sięgały moje wnuki. Bo stało się coś takiego, że zaczęłam
          widzieć swoją przyszłość. MY, ja i on, razem - my mogliśmy wszystko. Sławek
          wierząc, że można znacznie przedłyżyć życie - zapisała się na zaoczne studia
          biologi, ja zawzięcie uczyłam sie włoskiego, bo winnica i plantacja marihuany
          to było nasze wspólne marzenie. On chciał wyrabiać sery, ja szyć patchorki i
          robić konfitury dla znajomych. A wnuki? Mając 16letnią córkę trzeba być gotowym
          na wszystko, bo mimo że Ryfka była jeszcze dziewicą i nie chciała rodzić tylko
          adoptować Murzynka - ciąża wpisana jest w definicję życia kobiety i należało
          mieć to na uwadze.
          Tymczasem zbliżała się zima
          • greta_30 Re: POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 2c 16.11.05, 12:36
            Spadł pierwszy snieg. Przydały się puchowe kurtki i polary kupowane po 9
            złotych na tanich ciuchach. Było nam ciepło i błogo. W mieszkaniu dogrzewaliśmy
            sobie gazem i było tak cieplutko, że w lutym chadzaliśmy po domy w majtkach.
            Było wspaniale. W spiżarce roiło się od wspaniałych przetworów, codziennie
            celebrowaliśmy wspólne jedzonka i kochaliśmy się jak wariaci.
            To niesamowite, jak dwójka kochających sie osób może uczynić świat wokół siebie
            wspaniałym. Zaczęli odwiedzać nas tłumnie znajomi, bo i ciasto było i zawsze
            jakiś buszek czy naleweczka pomysłu naszego. Stworzyliśmy wokół siebie piękną
            siatkę wspaniałych intencji i to dało nam klucz do przyjaźni naszych znajomych.
            najczęściej odwiedzał nasz Artur. Uwielbiał grać w Needforspeeda, więc kiedy
            chłopaki buchali i scigali się samochodami, ja w kuchni słuchałam Antyradia i
            Radia Grochów i czułam się jak jakiś analizator albo, kiedy audycje były
            ciekawe - jak zwykły zadowolony słuchacz. Bo radio to wspaniała sprawa. Zawsze
            możesz zmienic kana, a informacje wchodzą do ucha tak łatwo że hej. Nie
            mieliśmy wtedy internetu, bo mnie za bardzo wkrecały potyczki na forum i miałam
            zakaz pisania, ale radio stało się dla mnie oknem na świat.

            Niestety choroba nie była dla mnie łaskawa. Był luty a ja za bardzo nakręciłam
            się w Dbniu za Legalizacją Marihuany. Pomyślałam sobie, że skoro jestem w
            Europie i w Amsterdamie na legalu mogę się nanbuchać, to dlaczego w polsce, we
            własnym domu jestem przestępcą? Na znak protestu kupiłam grama i 5 piwek,
            puściłam Marleya i wymalowałam rastafariańską flagę na ścianie. Jak Stary
            wrócił z roboty byłam już uspawana jak lokomotywa i niosło mnie, że hej. Nie
            zrozumcie mnie zle, nie było to nic szkodliwego, po prostu moje polityczno-
            społeczne przeciwstawienie się ustawie o przeciwdziałaniu narkomanii
            zakazującej mi palenia jontów - powodowało, że moje emocje były zbyt waleczne.
            A jak ja walczę - to choruję. I tak właśnie zaczęło się moje zimowe szaleństwo,
            które zakończyło się szpitalem na wiosnę. Ale o tym w następnym odcinku.
            • cyria Re: POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 2c 16.11.05, 12:54
              Nie znamy się Greta ale miło Cię poznawać tak Rewolucyjnie...

              Pozdrawiam;)
              • greta_30 Re: POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 2c 16.11.05, 12:58
                cyria napisała:

                > Nie znamy się Greta ale miło Cię poznawać tak Rewolucyjnie...
                >
                > Pozdrawiam;)

                hehehehehe, śmiesznie ze mnie nie znacie. pałętam się po tym forum od 3 lat i
                mam ze 3 tys. naklikanych postów, hihihihi, ale to nie szkodzi. fajnie, ze
                fajnie Ci się czyta
              • greta_30 podaje Ci linka 16.11.05, 13:27
                cyria napisała:

                > Nie znamy się Greta ale miło Cię poznawać tak Rewolucyjnie...
                >
                > Pozdrawiam;)

                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=99&w=12132278
                • cyria Re: podaje Ci linka 16.11.05, 13:39
                  Dzięki, z pewnością zajrzę;)
      • greta_30 Re: POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 3 19.11.05, 17:51
        Jak już pisałam sporo graliśmy. Zaczął się sezon na Jaggetalians. Byłam
        Stefanią, rebeliantką, ekspertem od zadań nocnych, superskradającą się
        rudzielczyńską żołnierką. Stefania był niesamowicie szysbka, prężna i dobrze
        się skradała. Posłusznie wykonywała polecenia i mimo tego, ze zaczynała jako
        neptek - pod koniec była wspaniałym przywódcą. Gra, oczywiście przeniosła się
        na moje życie: zgromadziłam mundurki, odgruzowałam wojskowe byty z młodzieństwa
        i zaczęłam pakować się na wojnę. Zaczęłam zwyczajowo od kuchni: groch, fasola,
        soja. Zupki w proszku, mleko w proszku, granulki dla kota.
        Zaczęłam pozbywać się niepotrzebnych rzeczy: miksera, starych garnków,
        plastkikowych koszyczków. Chciałam być gotowa do wyjścia z domu w każdej
        chwili. Niosła mnie fala wojennego uniesienia. Walczyłam o legalizację
        maruhuany, musiałam być gotowa do natychmiastowej ucieczki w każdej chwili.
        Spakowałam śpiwory, dwa ręczniczki, prześcieradło i dwa małe jaśki. Wywaliłam
        połowę ciuchów i zostawiłam te najbardziej potrzebne i funkcjonalne. Wszystko
        było malutkie. Małe pojjemniczki na wodę, małe talerzyki, turystyczne konserwy
        i turysrtyczne byty. Za oknem szalała zima a w moim domu gorączka osiągała
        apogeum.
        • greta_30 Re: POMARANCZOWA REWOLUCHA cz. 3a 19.11.05, 18:00
          Nie wiem czy wiecie, ale sympatyzyję z buddyzmem. Podczas wyrzucania tych
          wszystkich niepotrzebnych (moim chorobliwym zdaniem) przedmiotów, wymysliłam
          sobie, że jestem buddą i to właśnie w moim domu jest miejsce gdzi są zniewoleni
          różni inni buddowie. Rozkładałam stołki na czynniki pierwsze aby zobaczyć, czy
          gdzieś w środku nie ma czegoś co mogłoby należeć do jakiegoś oświeconego. To
          było czyste szaleństwo: chodziłam od domu do domu i rozdawałam majątek swojego
          życia myśląc, że jeśli to nie należy do danej osoby - to i tak do mnie wróci.
          Bo w moim swiecie tak właśnie miało być: ludzie mieli dostęp tylko do tego, do
          czego mieli dostęp, a inne rzeczy (jeśli nie były ich własnością, na przykład)
          BYŁY POZA ZASIĘGIEM. Sąsiadce zamiosłam cybuch i encyklopedię oraz ze 30
          pięknych książek. Drugiej zestaw obiadowy i książki kucharskie. I wiecie co? To
          działało. Obie panie wiedząc, że jestem chora pomagałay mi. Jedna przynosiła mi
          jedzenie (w manii, jak po amfie - nie jada się), druga przynosiła papierosy. To
          było wspaniałe. Czułam się jakby wszyscy buddowie świata czuwali nade mną.
          Niestety, kiedy zalałam mieszkanie i zaczęłam wyrzucać przez okno pióra -
          przyjechała policja obywatelska i zabrała mnie do szpitala. Nie broniłam się.
          Wiedziałam, że tak trzeba. Było mi tylko żal, że nie zdołałam skończyć dzieła.
          Ale o tym w następnym odcinku.
    • lucyna_n Re: a u mnie jesień piękna... 15.11.05, 13:01
      Hej:)
      • greta_30 Re: a u mnie jesień piękna... 15.11.05, 13:10
        przejezdzalam kolo ciebie, ale balam sie zadzwonic. skrobnij maila na priva co
        u strego i wogole, bo u mnie ok.
        • lucyna_n Re: a u mnie jesień piękna... 15.11.05, 13:11
          też mialaś się kogo bać:)
          Stary Cię pozdrawia serdecznie.
          • greta_30 Re: a u mnie jesień piękna... 15.11.05, 13:13
            lucyna_n napisała:

            > też mialaś się kogo bać:)
            > Stary Cię pozdrawia serdecznie.


            wysylam Ci fotki na maila
            • lucyna_n Re: a u mnie jesień piękna... 15.11.05, 13:17
              dzięki:)
    • greta_30 Re: a u mnie jesień piękna... 15.11.05, 13:38
      URUCHAMIAM TEZ SWOJ FORUUM. WSZYSTKICH ZAINTERESOWANYCH ZAPRASZAM.

      mam do oddania:
      fotki, obrazki, dużo filmów na DVD i książek, hiphpo u innej muzy w mp3.
      potrzebna mi pomoc, bo nie mam dojścia do internetu. czekam na Was. LOVE

      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=26259
    • mskaiq Re: a u mnie jesień piękna... 16.11.05, 16:06
      Czesc Greciku, jak zwykle jestes pelna planow i dzialania. Dobrze ze jestes.
      Serdeczne pozdrowienia.
      • greta_30 Re: a u mnie jesień piękna... 16.11.05, 17:04
        mskaiq napisał:

        > Czesc Greciku, jak zwykle jestes pelna planow i dzialania. Dobrze ze jestes.

        czesc, tęskniłam za tobą. Ja to tylko tak gościnnie dzisiaj i bedę dopiero w
        poniedziałek, bo nie mam internetu i jestem zajebiście zajętym człowiekiem na
        tej rencie, hehehe

        pozdrawiac
    • greta_30 dlaczego marihuana i poema di cafe? 16.11.05, 16:49
      żyj tak jakby każdy twój dzień był ostatnim
      nigdy nie zapomnij powiedziec tego co chcesz powiedziec przyjacielowi, bo jutro
      może nie nadejść albo się zdewaluuje
      żyj pełną piersią w zachwycie, łap pełnymi garściami, próbuj wszystkiego bo to
      prawo zostało ci dane przez matkę naturę i boga
      masz prawo podejmowania autonomicznych decyzji ponieważ dostałeś w dzierżawę
      najwspanialcze urządzenie na świecie - mózg. To, że jesteś posiadaczem mózgu
      (procesorka) daje ci prawo do użytkowania go zgodnie z tym co ty uznasz za
      stosowne. Bo to twój swiat i ty go kreujesz. Każda twoja decyzja jest
      dokonaniem jakiegoś wyboru i nigdy nie jest "samotną wyspą", bo zawsze kogoś
      dotyczy. Nikt nie jest na swiecie sam. Każda napotkana osoba wnosi coś do
      naszego życia, a nawet jeśli wnosi coś złego - ty masz prawo zapamietać tylko
      nauki wynikające z tego doswaidczenia i nie zadręczać się. jesteśmy ludźmi i
      mamy prawo się mylić. Mamy prawo upadać ale obowiązek PODNOSIĆ SIĘ. Prawo
      ewolucji jasno precyzuje naszą misję: idzcie i rozmnażajcie się. Ale zamim to
      zrobicie upewnijcie się czy jesteście w stanie udźwignąć ciężar wychowania
      potomstwa. Bo twoje dziecko to również twoja przyszłość. Kiedy będziesz już
      stary i nie będziesz miał siły zapie..ć do roboty - twoje potomstwo będzie
      musiało ci pomóc. Ale uwaga! To nie OBOWIĄZEK żeby dzieci nas utrzymywały. Moim
      zdaniem to PRZYWILEJ!!! Bo ja nie chcę żeby Ryfka mnie musiała niańczyć,
      chciałabym do starości zachować sprawność tak umysłową jak i fizyczną, żeby dla
      nikogo nie być ciężarem. Dlatego podjęłam trud wyzdrowienia i trud odrzucenia
      rzeczy, które mnie zatruwały. Piję, ale tylko tyle ile mam ochotę. Palę, ale
      tylko marihuanę, bo ona mn9iej mi szkodzi niż popularne i jak ktoś mi powie, ze
      nie - to mu to udowodnię. I proszę mnie nie ciągać po sądach za to że mam
      czelność publicznie wygłaszać takie poglądy - bo wygram tą sprawę, jak nie w
      polsce, to w unii europejskiej na pewno.

      jesteme przeciwko manipulowaniu mna przez pa.ństwo które każe mi brać bez sensu
      leki (biorę, owszem, ale nie cały czas tylko wtedy kiedy choruję) i palić
      zasrane papierosy i pić tanie wina, bo przecież z renty 630 zł co innego mogę
      zrobić. zesr.. się. Dlatego też palą jonty, bo to tańsze, zdrowsze (mam
      dowody!) i odcięte od akcyzy. ja nie chce polski w ktorej moje zachowanie jest
      potępiane bo palą. zawsze mogę wyjechać do amsterdamu i będą mogli mi
      naskoczyć. jestem za legalizacją marihuany ponieważ moje Dziecko w szkole
      paliło jak miało 14 lat i na moim podwórku palą wszyscy. starzy i młodzi. a ja
      wolę jak palą niż jak piją, bo jak piją to się biją i wyzywają od ch..i. A tak
      to złapią buszka, posmieją się podotykają i z czapki.

      Proszę państwa. Obiecuję Wam, że od dnia dzisiejszego rozpoczynam kampanię
      przeciwko zakazowi palenia. Uważam, ze polska jest zacofana i nie uczciwa, bo
      cały ten zakaz jest gó.. warty. Mój mąż, jak trzeba będzie, założy partię
      polityczną (ale się nie zaciągał) i uwierzcie mi, że jest na tyle inteligentny,
      ze da radę wyciągnąć mnie z każdego więzienia. Jestem gotowa ponieść
      odpowiedzialność za głoszone przez siebie idee, a wiezienie nie przeraża mnie
      ponieważ wolność jest we mnie, a nie w kratkach z metalu.

      Ja palę, mój mąż pali, moje Dziecko pali jak ma na to chęć.
      I co? Czy to czyni mnie gorszą? A on kogo? Pokażcie mi choćjednego człowieka,
      który się nigdy nie upił i nie narobił wiochy. Tylko proszę, nie księdza, bo to
      nie o to chodzi.

      Palę bo lubię i bo uważam, że jest to moj sposób na radzenie sobie z chorobą i
      zachamowaniami. Ktoś ma coś na przeciwko? Zapraszam do dyskusji.
      • cassis Re: dlaczego marihuana i poema di cafe? 17.11.05, 12:47
        Dyskutowac nie będę, bo i po co?
        Ja nie palę (nie tylko trawy ale i popularnych), mój mąż nie pali i wolałabym
        żeby moje dziecko w wieku 14 lat (i później) też nie paliło...
        Bez tego też mozna żyć...
        • greta_30 Re: dlaczego marihuana i poema di cafe? 19.11.05, 15:47
          cassis napisała:

          > Dyskutowac nie będę, bo i po co?
          > Ja nie palę (nie tylko trawy ale i popularnych), mój mąż nie pali i wolałabym
          > żeby moje dziecko w wieku 14 lat (i później) też nie paliło...
          > Bez tego też mozna żyć...

          Nawet nie masz pojęcia jaka byłam załamana, jak przyłapałam swoje Dziecko na
          paleniu trawki na ławce przez blokiem. To było dla mnie bardzo traumatyczne
          przeżycie. Byłam zła, na nią, na świzt, na siebie. Myślałam, że nigdy już nie
          będę mogła żyć ze świadomością, że nie obroniłam córki przed syfem tego swiata.
          Wiem co chcesz mi powiedzieć, że jestem rozwiązła, że jestem niemoralna i inne
          takie pierdy. Ale ja mam to gdzieś, bo jestem w porządku. To swiat, gdzie
          dzieciom sprzedaje sie papierosy, wódę i narkotyki jest nie OK. Ja wolę, żeby
          mopje dziecko paliło w domu a nie na ławce, bo w domu jestem w stanie jej
          pomóc, na ulicy zdana jest na kumpli i policję. A Ty co wybierzesz?
          • cassis Re: dlaczego marihuana i poema di cafe? 21.11.05, 16:31
            greta_30 napisała:

            A Ty co wybierzesz?

            Nie wiem...mam naiwną nadzieję że nie będę musiała tak wybierać...ale kto wie
            co będzie za 10 lat (moje dziecko ma na razie 3...)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka