znowuania
26.03.06, 11:15
Założyłam nowy login, nie udzielałam sie coprawda za wiele, ale wolałabym nie
być kojarzana.
Od 9lat mam problemy z napadami lęku, w miarę je zaleczyłam ale leki musze
ciagle brac i ciągle nie ma mowy zebym np. sama pojechała autobusem. Rok temu
urodziłam synka, przez ciąże udało mi sie nie brac leków, ale leki i depresja
przyszły jak mały miał 2 miesiące. Musiałam odstawic karmienie bo nie byłam w
stanie wyjść z domu, nie byłam juz nawet w stanie zostac całkiem sama w domu
bo sie bałam. Na dole mieszkaja moi rodzice, wówczas na szczescie, bo inaczej
całe dnie musiałabym byc sama.NIestety leki były jedeyna możliwoścvia zebym
zaczeła funkcjonowac. I zaczęłam. Ale dosc szybko pojawiła sie depresja ktora
trwa juz od wrzesnia. Teraz zmieniłam psychiatrę, który poleca mi nowe leki.
Oby zadziałały. Narazie jestem w okresie przejściowym, takim po odstawieniu
leku ktory bralam latani i zanim jeszcze zaczal dzialac nastepny. Czuje się
fatalnie, chyba najgorzej w zyciu. Nie mam leków, ale jestem ogólnie
zdołowana a do tego ledwo funkcjonuje wizycznie. Głowa boli mnie 4 dzień, mam
ciągłe uczucie suchości w ustach, co jakis czas mam dreszcze lub pocę się
itd. A przeciez muszę zająć się synkiem. Ma 14 miesięcy i napewno czuje ze
cos jest nie tak,mimo ze staram sie. Nie chce go znowu dawac na dół do babci.
I tak od jutra bedzie z nią codziennie (stety lub niestety pracuję)
No i pewnie główny problem - mąż. Kiedy pobieralismy sie 7 lat temu, ja juz
sie leczyłam. Napewno nie było mu lekko zmierzyc się ze świadomością że jego
żona ma dziwne strachy choć funkcjonuje w niarę poprawnie. Zawsze woził mnie
do lekarza. Powiedzmy ze roumial mnie. W tym roku kłócimy sie niestety dużo
rok małżeństwa i do tego zmiany które zaszły w naszym życiu w związku z
pojawieniem syna. Kocha go bardzo, ale wciąż słysze, że to głównie ja go
chciałam (bo on i owszem chciał, ale ja mówiłam ze już naprawde pora. Kiedy
urodził się mieliśmy po 29lat, a ja czułam się przed ciążą nieżle dlatego
odstawiłam leki). Skoro ja go chciałam to mam się nim zajmować, on owszem
czasami, ale to moja sprawa. Również ja piorę gotuje prasuje itd. Mąż mowi że
moge tego nie robić, ale jak? Przeciez trzeba. Mowienie ze mam nie prasowac
jest bez sensu (wczoraj juz nie uprasowałam jego koszul). Często zdarzam mu
się nie przebierac w tonie i słowach w stosunku do mnie. Myślę że to z
wiekiem sie nasila. Niestety kiedys widać na to pozwoliłam i teraz tak
zostało. Najgorzej ze on moze mi powiedziec wszystko. Ja i tak zawsze za nim
pobiegnę, bo boje się ze jak wyjdzie z domu, gdzies pojedzie, to zdarzy sie
wypadek, nieszczescie. Wiec biegne i ze łzami prosze zeby wracal do domu.
Jestem takim zerem szacunku wobec samej siebieZaczęło się od tego . Musze tez
podkreslic ze nie kłocimy sie nonstop, chyba kochamy sie, jak on ma dobry
humor to sam pozmywa , zajmie sie małym. Ale to chyba powinno byc normalne.
W piątek była megaawantura. Nie wiem o co poszło , juz nawet nie pamiętam
dokładnie. Poszłam powiedziec ze znowu została sterta naczyń, ze jeszcze mam
pranie, mycie małego i może by mi w końcu pomógł. Od słowa do słowa
zaczęlismy się kłócić. Jak zwykle powiedzial ze to ja chcialam dziecka to
teraz musze w koncu zaczac byc odpowiedzialna itd. Że skoro xle się czuję to
mam wszystk o pieprznąć i iść spać (ale jak? Ktoś przeciez musi nakarmic i
umyc dziecko)Powiedzialam ze przez takie ciagle odzywki do mnie, chodzenie
spac do innego pokoju, takie gadanie co ślina przyniesie na język - dołozył
mi trochę do mojego stanu psychicznegego. Na to powiedział że juz
przesadziłam. ŻAden facet by ze mną nie wytrzymał, jeśli złoży wniosek o
rozwód to mi nikt dziecka nie przyzna i ze wychodzi. Wiec durna pobiegłam
zeby chociaz nie wychodzil bo czuje sie fatalnie i nied am rady calą noc się
bać. Nie moge isc do mamy bo ona nie powinna wiedziec co sie u nas dzieje.
Wiem ze w jego domu rodzinnym często rodzice ostro ze sobą rozmawiali ale u
nich to bylo normalne powiedziec np "zamknij się" "zżryj nie gadaj", a tata
np. wychodzil z domu bez słowa i wracal po paru godzinach. Wiem ze wychowanie
ma ogromny wpływ na to jakim kiedys bedzie sie współmałzonkiem. Ale 10 lat
temu, kiedy poznaliśmy się, tak nie było. Nie aż tak. Od pewno czasu mój mąz
w ogóle nie liczy się ze słowami. Pisałam wielokrotnie (pisałam zeby sie nie
kłócić w trakcie rozmowy) ze tak nie moze byc, ze musi mnie szanowac jako
kobiete, żonę imatke. Jakoś się układało.
Ale od piątku jest źle. Ja stwierdziłąm ze powiedzial dużo za dużo. Że
chcociaż dla dziecka, tego co on słyszy, nie pozwalam na takie traktowanie.
Że nie zapomne tego tak szybko. Nie będę po dnoiu udawac ze jest normalnie.
Itak trwamy w milczeniu, jest już niedziela. Oczekuję chyba, idiotka, ze
powie przepraszam, zagalopowałem się...
Ale czuje się tak fatalnie. Boże, pierwszy raz pomyslałam żeby wziąc więcej
prochów. Nie chcę się zabić, chciałabym tylko przespać bodaj cały dzień. Ale
nie wzięłam, mój synek zasłużył na lepszy weekend.
Boję się iść sama do kościoła, zasze chodziliśmy razem. Boję się tłumu ludzi,
od dawna, a w takim stanie jak teraz pewnie ucieknę
Naprawde nie wwiem jak mam żyć. Gdzieś tli się światełko nadziei ze będziemy
szczęśliwi, ale ja jestem zbyt słaba psychicznie żeby samą siebie szanować,
więc i on mnie czasami nie szanuje. WIerze ze jak nowy lek bedzie lepiej
działąl to będę miec więcej siły. Myslę że mojego męża męczy i przeraza fakt
ze jestem taka słaba. Paradoksalnie, nikt z tzw. otoczenia, pracy itd wierzy
ze ja moge miec problemy z nerwami, bo przeciez jestem optymistyczna , itd.
Tak to właśnie jest.Wielu mysli ze lęki i nerwica to odrazu kaftan. A to nie
tak. Można być pracowitym, optymistycznym człowiekiem, a wewnątrz wrakiem
Nie oczekuję rad, bo i co macie mi napisać. Lżej mi po samym napisaniu.
Wyrzuceniu tego. Umieszczę to na forum emama i depresja, jestem w końcu emamą
z depresją