elfhelm
13.12.06, 20:14
Nie ulega wątpliwości, że i polski i chilijski dyktator ponoszą - co najmniej
polityczną i moralną - odpowiedzialność za szereg niegodnych zbrodni.
Zabójstwa, tortury, prześladowania, pozbawianie wolności, zmuszanie do
emigracji, zniszczone zdrowie, zatrzymane kariery zawodowe. W przypadku
Jaruzelskiego nie możemy zapominać o wydarzeniach z 1970 r. - jakoś nie chce
mi się wierzyć, że szef MON nie ma nic wspólnego z masakrą na Wybrzeżu. W
przypadku Pinocheta dochodzi zwyczajne złodziejstwo. U Jaruzelskiego koszmarny
system gospodarczy, którego skutki przecież wciąż odczuwamy.
Trudno też nie zauważyć, że licytowanie się, że tu było więcej ofiar, a tu
mniej jest niestosowne. Każdy przywódca państwa, który godzi się, by to
państwo niszczyło swoich obywateli - staje się zbrodniarzem.
Próby usprawiedliwiania swoich zbrodni dokonywane przez samych przywódców J.
P. są równie marne i jakoś nie znajdują potwierdzenia w prowadzonych przez
historyków badaniach. To, że i w jednym i w drugim przypadku ich decyzje
cieszą się pewną akceptacją, składam na karb wieloletniej w obu krajach
propagandy słuszności.
Nie można jednak nie wskazać pozytywnej analogii w oby wypadkach - i jeden i
drugi oddali władzę w sposób pokojowy. Jednak i jedno i drugie państwo okazało
się zbyt słabe, by w drodze sądowej przeszłość tę rozliczyć. To po części
przyczynia się do utrzymywania zróżnicowanych ocen.
Mnie jednak nic nie przekona, że istnieje jakiekolwiek usprawiedliwienie
znajduje czy to strzelanie do górników z Wujka czy to zabijanie studentów w
czeluściach chilijskich więzień.
Pinochet zmarł nie doczekawszy się finału spraw sądowych. Z Jaruzelskim pewnie
będzie tak samo. W sumie to i dobrze.