W dniu ślubu obudziłam się o 3:00 nad ranem. Myślałam, że przeżyję załamanie
nerwowe. Byłam strasznie niewyspana już po poprzedniej nocy, więc zerwanie się
w dniu ślubu o tak pogańskiej porze napawało mnie przerażeniem, iż nie dotrwam
nawet do ślubu, który był zaplanowany na 18:00. By się poratować i wymusić na
sobie jeszcze trochę snu, zaczęłam wizualizować sobie barany, by je puszczać w
wyobraźni przez płot (w celu liczenia, oczywiście). Na szczęście udało mi się
usnąć, zanim pierwszy baran przeskoczył.

Przespałam spokojnie do siódmej. A
potem zaczęła się krzątanina. Najpierw popędziłam na manicure. W tym czasie do
nas przyszedł stylista-fryzjer i zajął się moim (wtedy jeszcze) narzeczonym i
świadkową. Ja pod magiczne dłonie naszego stylisty trafiłam ostatnia. Dopóki
moja fryzura nie była ułożona, to czas płynął spokojnie. Aż nagle tak
przyspieszył, wszystko potoczyło się w ekspresowym tempie i zrobiło się 40
minut do ślubu. W popłochu wypadliśmy z domu z godłem pod pachą (musieliśmy
jeszcze je zamontować w miejscu ślubu) i popędziliśmy na nasz wydział, gdzie
odbyć miała się cała uroczystość ślubu. Gości już kilku było na miejscu, więc
krzątanina przy godle w obliczu właśnie naszych gości wypadła dość zabawnie.
A potem wszystko już było jak w bajce (dość oklepanie takie sformułowanie
brzmi, ale żadne inne określenie odzwierciedlające wydarzenia tego dnia nie
przychodzi mi do głowy). Sam ślub był wybitnie wzruszający. Nigdy nie
sądziłam, że rozpłaczę się na własnym ślubie... Jednak to jest tak wzruszająca
chwila, kiedy patrzy się ukochanej osobie w oczy i ślubuje... Niezapomniane
przeżycie! A szczególnie, kiedy zaczyna się błyskać i grzmieć w takiej chwili
(hehe). Ale oczywiście – jak to zwykle bywa w takich dniach – padało i
grzmiało jedynie podczas ceremonii ślubu (jak to się dzieje, że wszyscy
właśnie zawsze opisują, iż deszcz był jedynie w momencie ślubu czy przejazdu
na wesele???) Po ceremonii było morze wspaniałych życzeń. Zostaliśmy wręcz
zalani pozytywną energią naszych gości...

Potem lampka szampana, sypanie
ryżem oraz płatkami róż i odjazd na wesele. Po drodze, dając czas gościom na
dotarci do restauracji, zrobiliśmy małą przechadzkę po Nowym Mieście. A potem
już wesele.... które było wspaniałe!!! Nie mogliśmy sobie tego lepiej
wymarzyć. Po pierwsze, wybraliśmy wspaniałe na tę okazję miejsce: Villę
Foksal. Miejsce stylowe, eleganckie, ale nie pompatyczne... Jedzenie było
wedle relacji naszych gości (my nie byliśmy w stanie wiele w siebie tego
wieczora wmusić) po prostu wspaniałe. I było jedzenia bardzo dużo. Kiedyś
spotkałam się na forum z opinią, że goście VF głodują. Jest to absolutnie
bzdura!!! Po drugie: band. Nie cierpimy disco-polo itp., więc wynaleźliśmy
orkiestrę, której daleko było do tych klimatów. Grali (jak sami to określają)
gangsterski jazz + rock&rolle. I to był strzał w dziesiątkę!!! Pochwałom nie
było końca!!! Wychodzi na to, że nie trzeba się zawsze przejmować tym, co
pomyślą sobie inni i tym, że zawsze i wszędzie jest coś robione w określony
sposób, więc nie można odbiegać od normy. Jak najbardziej można odbiegać – bo
to właśnie czyni wesele wyjątkowym.
Ostatnio nie śledziłam uważnie forum, ale wczoraj w którymś wątku wpadł mi w
oko zakaz umieszczania we własnych wątkach linków do zdjęć. Czy tak
rzeczywiście jest? Mam nadzieję, że nie... gdyż oczywiście chcę Wam pokazać
kilka fot. Co prawda na razie to jedynie amatorskie zdjęcia, ale mnie
osobiście ogromnie się podobają. Zamieszczę je w nowym wpisie bezpośrednio pod
tym, by w razie czego uniknąć skasowania całego opisu.... Najwyżej moderatorka
wytnie jedynie link do zdjęć... Ale mam nadzieję, że nie....
Pozdrowienia dla byłych, obecnych i przyszłych PM. Julka