ignorant11
09.02.05, 05:43
Sława!
Musiałem myśleć jak maszyna
tygodnik.onet.pl/1547,1214905,1,dzial.html
60 lat temu bomby na Drezno zrzucili też polscy lotnicy. Ale niektórzy
odmówili wykonania rozkazu. Dlaczego?
Popołudniem 13 lutego 1945 r. na lotniskach w południowej Anglii panował
ruch, jak przed każdą operacją. Do nocnego lotu przygotowywały się jednostki
bombowe. Czekając na chwilę, gdy na kilka godzin zostaną zamknięci w ciasnym
kadłubie, piloci, radiooperatorzy i strzelcy odreagowywali napięcie.
Niektórzy wymiotowali ze zdenerwowania. Za chwilę miał odbyć się briefing:
odprawa, podczas której oficer wywiadu poinformuje o celu misji.
Małgorzata Nocuń, Wojciech Pięciak /2005-02-13
Napięcie rosło także na lotnisku w Faldinworth, gdzie od marca 1944 r.
stacjonował polski Dywizjon Bombowy 300. Jednostka latała już piąty rok, ale
mało kto z tych, którzy zaczynali w niej służbę, dożył do tego lutowego dnia
1945 roku.
W nalotach na Niemcy, które od 1942 r. prowadzili Brytyjczycy i Amerykanie,
brały udział niemal wszystkie narody walczące z Niemcami. Niektóre
miały “swoje” dywizjony bombowe. Polacy cztery, o numerach 300, 301, 304 i
305 (prócz tego kilkanaście dywizjonów myśliwskich). Polskie maszyny
uczestniczyły w większości nalotów: czasem w grupie liczącej kilkaset
brytyjskich maszyn (bo latali pod komendą brytyjską) walczyło kilkanaście
polskich bombowców, czasem ponad sto.
Również Polacy ponosili straty: łącznie zginęło półtora tysiąca członków
załóg bombowców, a kilkuset trafiło do niewoli. Ponieważ nie miał ich kto
zastąpić, do końca wojny jako formacja bombowa przetrwał tylko Dywizjon 300;
ostatnim jego zadaniem był atak na kwaterę Hitlera w Berchtesgaden 25
kwietnia 1945 r.
Ale wcześniej nastał 13 lutego. I być może niewiele brakowało, a tego dnia
jednostka przestałaby istnieć. Jednak nie z powodu strat, ale buntu. Bo
napięcie, które 13 lutego narastało w Faldinworth, nie było zwyczajnym
stresem przed lotem. Uczucia te zostały zastąpione przez wściekłość i
bezradność. Tego dnia spiker radia BBC odczytał komunikat o porozumieniu w
Jałcie.
Gdy więc podczas briefingu brytyjski oficer wywiadu powiedział do pilotów z
Dywizjonu 300, że mają lecieć nad Drezno, aby pomóc Armii Czerwonej, sala
zawrzała. Część pilotów oświadczyła, że Rosjanom pomagać nie będzie.
Emocje opanował dopiero dowódca Dywizjonu i wkrótce grupa polskich
lancasterów z oznaczeniem “BH” na kadłubie (oznaczenie Dywizjonu 300) i
trzystu ludźmi na pokładach była w powietrzu. O osiemnastej dołączyli do
znajdujących się w powietrzu bombowców z brytyjskiej 5. Floty; łącznie 244
maszyny. Dwie godziny później startowała druga fala: 529 lancasterów z
pierwszej, trzeciej i szóstej Floty. Wszyscy lotnicy dostali angielskie
chorągiewki na wypadek, gdyby musieli awaryjnie lądować na terenie zajętym
przez Rosjan. O 22.13 na Drezno spadły pierwsze bomby. O 01.30 nalot
rozpoczęło drugie zgrupowanie lancasterów. W południe następnego dnia
rozpoczął się trzeci atak: 310 amerykańskich ,,latających fortec”. Tej nocy
straty aliantów były minimalne: zaledwie kilka maszyn, w tym jedna polska.
Jeden z lotników Dywizjonu 300, nazwiskiem Magierowski (archiwum polskich
dywizjonów www.geocities.com/skrzydla nie podaje jego imienia), którzy
wystartowali tego wieczoru, zdążył napisać list do przyjaciela: “Tej nocy
mamy atakować Drezno, jako wsparcie dla Armii Czerwonej. Nie byłoby w tym
niczego wyjątkowego, gdyby nie to, że mamy wykonać takie zadanie w chwili,
gdy nasze serca krwawią po kolejnym rozbiorze Polski dokonanym w Jałcie. Może
to dobrze, że Bogdan nie żyje - nie przeżyłby tego: Lwów, który nigdy nie był
rosyjskim miastem, arbitralną decyzją przekazano Rosji! Pomyśl tylko, ja i
tak wielu innych wędrujących po świecie, uciekających jak przestępcy,
głodujących, ukrywających się w lasach - wszystko po to, by walczyć za... co?
Za to, że nie będziemy mogli wrócić do naszego rodzinnego miasta, ponieważ
ono po prostu przestało istnieć. Czego można więcej oczekiwać? Linię
Ribbentrop-Mołotow nazwano linią Curzona i świat jest zadowolony. Pół Polski
oddano jako prezent. Drugą połowę skazano na włączenie do »wschodniej sfery
wpływów«, tak jakby to była bezludna wyspa na Arktyce lub część Sahary. Byłem
raz w Związku Sowieckim i to mi wystarczy do końca życia. Zarządzono wypady,
więc zaraz lecimy - mówią, że tak trzeba - chociaż w naszych sercach są złość
i rozpacz. To zabawne uczucie, ale czasem zastanawiam się, czy to wszystko ma
sens. Jeśli Niemcy mnie teraz dorwą, nie będę nawet wiedział, za co umieram.
Za Polskę, za Wielką Brytanię, czy za Rosję?”.
Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie