n3uroza
04.02.09, 14:58
Zdarzyła mi się ostatnio bardzo nieprzyjemna przygoda. Zaczęłam się
zastanawiać w ogóle nad sensem przejmowania się studiami, histerią
przedegzaminacyjną i tym, co się stało ze mną, zwykle ironiczą i opanowaną...
Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale doszłam do wniosków, że zdrowiej jest
całkiem odpuścić, niż przesadzać z ambicjami. Otóż miałam, jak pewnie
większość z Was, zimową sesję. Przed jednym przedmiotem szczególnie się
przejmowałam, bo babka słynie z wredności i słyszałam, że jak ktoś nie zaliczy
w pierwszym terminie, to tym bardziej w drugim nie. Martwiłam się tym bardzo,
kilka razy z tego powodu płakałam, wpadałam w histerię, uczenie do egzaminu
było jakąś mordęgą. W końcu noc przed stwierdziłam,że ni eśpię, tylko
powtarzam, no i skończyło się na pięciu kawach, nieprzespanej nocy i strasznej
trzęsawicy rąk. Myślałam, że będą mnie musieli wnieść do tej sali. Jak już
usiadłam przed moją kartką, poczułam, że zaraz umrę, tak się boję. Dostaliśmy
pytania, przeczytałam je, stwierdziłam, że nic nie umiem i nage poczułam, że
zaraz zwymiotuję. Chciałam wybiec z sali, ale nie zdążyłam i rzygnełam prosto
na podłogę. Zrobiło się zamieszanie, ale babka od przedmiotu o dziwo była
bardzo miła, kazała mi iść do domu i umówiła się ze mną na ustny, nie wiem,
czy to była litość, czy co, dość, że czułam się jak idiotka... W każdym razie
pomyślałam sobie, że chrzanię, w przyszłym semestrze nic nie będę robić na
siłe... mam dosyć.