pipi_bipika
13.06.07, 17:56
Hej, hej! 8 czerwca urodził się mój ukochany synuś. Prawie miesiąc przed
terminem (wg OM na 3 lipca). Jest śliczny, grzeczny, słodki. Ważył 3050 i ma
55 cm. A było to tak:
W Boże Ciało siedziałam z mężem rano na tarasie i popijałam koktajl
truskawkowy. Wtedy nic nie zapowiadało, że zaraz się zacznie. Poszłam do
toalety i zauważyłam, że moja bielizna jest dziwnie mokra. Jakbym wlała sobie
tam kilka łyżek wody. Wpadłam w panikę i szybko z mężem do szpitala. Na
szczęście torbę miałam już spakowaną. W szpitalu zbadali wydzielinę
papierkiem i stwierdzili, że to wody płodowe. Zapadła decyzja- zostaję w
szpitalu i komplet badań. Uznali, że ciąża jest dostatecznie dojrzała, by
ewentualnie urodzić. Robili mi KTG, USG, morfologię i badanie krwi
stwierdzające czy w moim organiźmie nie ma infekcji. Wszystko było ok.
Wkłądki, które mi dali do wieczora były suche, wody już nie wyciekały, ale za
każdym razem jak badali mnie ginekologicznie, to stwierdzali, że na
rękawiczce jest kilka kropli tych wód. Zostałam na noc do obserwacji. W nocy
nie było żadnego wycieku, ale rano ordynator w badaniu gin znów potwierdził,
że jednak kilka kropel wód uszło. Decyzja- wywołujemy poród ze względu na
możliwość infekcji. Ok- dostaliśmy salę do porodów rodzinnych i podłączono mi
kroplówkę z oksytocyną oraz kroplówki wzmacniające bo cały czwartek nic nie
jadłam. Przez 8 godzin wywoływali mi sztucznie poród, faszerowali oksytocyną,
skakałam na tyc piłkach i robiłam wszystko, by normalnie urodzić. Niestety
moja macica była niewzruszona. Zero skurczów, rozwarcia, skrócenia szyjki.
Zaczynałam czuć się zmęczoną i wylęknioną.