Dodaj do ulubionych

Morski Wilczek

09.10.04, 16:27
Sława!
Polska - Morski Wilczek
globtroter.onet.pl/38,1193802,artykuly.html
Michał Krzepkowski 08 października 2004 17:00



Godzina 14:30. „Pogoria” straciła kontakt z lądem i zdana jest już tylko na
siebie. Chwilowo morski szum zagłusza jeszcze warkot silnika. Mijamy redę
portu gdyńskiego, Zatokę Pucką. Bałtyk pełną gębą. Pierwszy rejs i już
sztorm... zaczęło się... Neptun da nam dobrą szkołę życia.


Godzina 18:30. Wachta kuchenna. Chwilowo w mesie zmywając gary, prawie
zielony... mój błędnik już zwariował. Głowa mi pęka i w końcu nie
wytrzymałem. Biegiem po wąskich schodach na pokład... aby jak najszybciej.
Neptun upomniał się o swój hołd. Przed wypłynięciem miałem nadzieję, że
jednak choroba morska mnie nie dopadnie. Jakże się myliłem stercząc zgięty w
pół na rufie z głową pękającą jakby właśnie ktoś zrzucił na mnie betonową
płytę. Kolejna pomyłka... łudząc się nadzieją, że już po wszystkim wracam pod
pokład do obowiązków. Jest coraz gorzej. Głowa nadal pęka, żołądek zamienił
się chyba miejscami z sercem. Właściwie dobrze czuję się jedynie kiedy lezę
na koi lub gdy siedzę otumaniony na pokładzie starając się zagłuszyć
nieprzyjemne odczucia koncentrując się na morskim powietrzu i szumie fal.
Nikt nie mówił, że będzie aż tak ciężko... chwilami mam już ochotę wracać...
nawet poważnie rozważałem to aby pożegnać się z kapitanem kiedy dopłyniemy do
Rygi. Od Marii, naszej kochanej organizatorki dostaję plasterek ze
skopolaminą – po nim powinno być lepiej. Pomyłka... natury nie oszukasz...
walka ze sobą trwa nadal.

Dwa dni później, kiedy obudziłem się rano i usiadłem na koi w pierwszej
chwili wyczułem, że coś się zmieniło... jakaś radość, coś sprawia, że mogę
normalnie siedzieć – nie jest mi nie dobrze, mogę normalnie chodzić,czuję
się... jak nowonarodzony. Jakby tamte kilka dni to był zwykły sen.



Morze się uspokoiło, na pięknym, lazurowym niebie znów widać słońce i chociaż
jest chłodno wcale mi to nie przeszkadza. Jestem taki szczęśliwy, że znów
normalnie funkcjonuję i nawet codzienne obowiązki są teraz czystą
przyjemnością.

Właściwie ciężko tutaj mówić o dniu i nocy. Raczej możemy tu mówić o dobie.
Mam na myśli to, że wachty wprowadzają inną organizację dnia. Wszystko
zaplanowane. Co kilka dni zarwane noce. Wachta nawigacyjna w gruncie rzeczy
to naprawdę fajna rzecz. Chociaż tzw. „psia wachta” trwająca od północy do
godziny 4:00 jest chyba najagorszą z możliwych a to z tego względu, że
pogoryjny budzik „dzwoni” o 6:30. Niemożliwe było normalne spanie... raczej
drzemanie przez krótki czas. Noc na statku ma też swoje plusy zwłaszcza przy
czystym, bezchmurnym niebie. Żadnej poświaty, która mąciłaby szalejące na
niebie Skorpiona, Strzelca... cisza i spokój czasem przerywana przez
komunikaty nadawane przez CB Radio z innych jednostek. Człowiek w nocy jest
bardziej skoncentrowany – mniejsza ilość światła, powiększone źrenice czulsze
na każdy, nawet najmniejszy ruch i światło gdzieś tam w oddali... lub inne
rzeczy, które wprawne oko wypatrzy. Pomimo, iż cały czas radar pracuje nie
zastąpi oka ludzkiego... to tylko maszyna... ale to człowiek jest jej panem.

Atmosfera na statku jest fantastyczna. Powoli integrujemy się ze sobą.
Studenci z krajów nadbałtyckich, różne kultury i różne filozofie. Każdy jest
indywidualnością, każdy tak różny a mimo to podobny. Wspólne sprzątanie,
mycie pokładu, zwijanie żagli – zacieśnia więzi. Dodatkową korzyścią dla mnie
jest możliwość rozmawiania z ludźmi po angielsku – zauważyłem, że właśnie
podczas wspólnej pracy najłatwiej pokonać wszelkie bariery, które dzielą
człowieka – między innymi barierę językową... ale to nie wszystko.
Zaprzyjaźniłem się z chłopakiem z Rosji – Kostyą... i chociaż język rosyjski
znałem jedynie z bajek o wilku i zającu to stojąc wieczorami na pokładzie,
szliśmy z Kostyą na rufę „pokurić” a on uczył mnie rosyjskiego.

I tak mijały dni i noce... przepraszam... „doby pokładowe”. Podczas tego
dwutygodniowego rejsu odwiedziliśmy Rygę stolicę Łotwy oraz St. Petersburg. W
Rydze zacumowaliśmy prawie w samym centrum, zaraz przy moście, który jest
częstym elementem pocztówek z tego miasta. Pamiętałem, że czytałem kiedyś
o „kamieniczkach w Rydze”, które potrafią oczarować każdego. Pomyślałem,
kolejny chwyt reklamowy.... a jednak – stare miasto jak z bajki. Piękna
architektura, każda uliczka z inną nawierzchnią, kostką taką, płytami...
etc., wąska, szeroka, prosta, wijąca się, każda kamieniczka tak jakby miała
swoją duszę, jedna zielona, inna szara, kolejna żółta. Byłem naprawdę
oczarowany.



Dzień zakończyliśmy miłym gestem w postaci imprezy na keji przy moście.
Szalejemy w samym centrum miasta popijając łotewskie piwo, grillując oraz
tańcząc przy muzyce z magnetofonu i przy dźwiękach strun gitary i skrzypiec
profesora Alana ze Szwecji. Dla nas to był po prostu Alan... Szwedzi i jak
się później dowiedziałem Finowie nie mówią do swoich wykładowców per
profesorze... są raczej na stopie bardziej partnerskiej niż jest to na
polskich uczelniach.

Kolejny przystanek Rosja – St. Petersburg. Już na samym początku wielki
problem
z wejściem do portu. Za postój zarządzający chcą ogromne pieniądze.
Niebotyczną sumę udaje się ostatecznie zbić do rozsądnych rozmiarów dzięki
Marii, dla której nie ma chyba rzeczy niemożliwych. Przycumowaliśmy, odprawa
paszportowa i możemy stąpać po rosyjskiej ziemi. Dostaliśmy turystyczne mapki
ale większość z nas i tak miała już plany zwiedzania miasta. Wszystko jest
pięknie odrestaurowane głównie dzięki temu iż miasto odwiedził ojciec święty
Jan Paweł II. Piękne pałace, wszystko takie ogromne, monumentalne, dużo
pomników. Zaczynamy zwiedzanie od przejażdżki metrem. Niby nic ale co ciekawe
linia metra przebiega pod rzeką Newą tak więc aby dostać się do wagonu trzeba
zjechać w dół długimi, ruchomymi schodami co trwa dobre dwie minuty jeśli nie
dłużej. Petersburskie metro to podobno najgłębiej położone na świecie. Po
przejażdżce udajemy się do Ermitażu i przechadzamy się uliczkami miasta.

W następnym dniu udajemy się na Uniwersytet, na wykład. Uczelnia znajduje się
poza obszarem mapki, którą otrzymaliśmy zaraz po przybyciu do portu.
Wspominam o tym dlatego, że opuszczając wspomniany przez mnie obszar trafiamy
do zupełnie innego miasta. Brak asfaltu na drogach, poobdzierane kamienice,
bieda, żebrzące dzieci... coś tu jest nie tak... czyżby ta mapka miała
wprowadzać turystów w błąd? Moim zdaniem władze starają się ukryć tę „gorszą”
część... tylko dlaczego? Osobiście zamiast eleganckich zabytków wolę poznać
miasto jakim jest naprawdę. Co kraj to obyczaj.



Znów na pełnym morzu i zaczyna doskwierać świadomość, że to jeszcze tylko
kilka dni z tymi wspaniałymi ludźmi już z przyjaciółmi. Ostatnie zachody
słońca, ostatnie wachty... już widać Hel i Gdynię. Nadszedł czas
pożegnania... każdy pojechał w swoją stronę.

Pamiętam, że przeżyłem szok kulturowy... ludzie mówią, że aby to przeżyć
trzeba jechać gdzieś daleko, na inny kontynent.

Mylą się... to wszystko jest na wyciągnięcie ręki... wystarczy być...


Pozdrawiam i zapraszam na:
Forum Słowiańskie
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka