a-mila
03.03.13, 21:37
Pojechaliśmy na narty, syn zjeżdżał z najwyższych gór, stromych i niebezpiecznych, nie bał się.
Któregoś dnia zgubił się na trasie zjazdu, jechał za szybko, tata został w tyle,
dotarł na umówione miejsce po 15 minutach;
był przerażony, nie mógł się uspokoić, prawie płakał.
Gdy już zdenerwowanie minęło, razem z tatą wrócił na swoją ulubioną czarną dwudziestkę.
I znów poczuł wiatr w żaglach,
szusował jak wytrawny narciarz, z dezynwolturą,
patrzyłam z podziwem,
rara avis – pomyślałam.