Dwa razy w zyciu bylam w cyrku... raz jako dziecko jeszcze w kraju, drugi raz z wlasnym dzieckiem, kiedy mial jakies 6 lat...drogie bilety, miejsca w lozy a tzn. tuz przy arenie - efekt: kiedy konie biegaly, te wszystkie trociny sypaly nam sie do ust i oczu... przyjemnosc watpliwa. Tak jak ja poprzestalam jako dziecko na jednorazowej wizycie w cyrku, tak i Junior, nigdy wiecej nie wyrazil checi wizyty raz jeszcze.
Ale ogladalam jeszcze jeden cyrk, w ktorym nie bylo klownow, nie bylo zadnych zwierzat... dzisiaj porzadkujac biblioteczke natrafilam na prospekt z tego cyrku - byl to cyrk chinski.
Duzo tam bylo wdzieku, muzyki ale i sporo akrobacji... a kiedy wystepy sie skonczyly, stwierdzilam, ze z przyjemnoscia obejrzalabym to raz jeszcze...
to chyba aktualny program...program, ktory ja ogladalam, juz kilka lat temu, nosil tytul "dusza terrakotowej armii".