Dodaj do ulubionych

Wrocław - moje miasto cz.2

08.10.17, 17:01
JAK BUDOWANO RYNEK
Pierwszy kwietnia 1241 roku dla Wrocławia zaczął się tragicznie. Wczesnym rankiem u bram miasta stanęli Tatarzy. Przerażeni mieszkańcy uciekli na Ostrów Tumski i schronili się za jego umocnieniami. Pozostawiony bez obrony gród napastnicy spalili, a za pomocą przemyślnych katapult przerzucili przez Odrę kilkadziesiąt płonących pocisków, które wznieciły pożary na Wyspie Katedralnej. Mimo liczebnej przewagi i nieustannych ataków, wojska tatarskie nie zdobyły Ostrowa. Według legendy duża w tym zasługa dominikanina Czesława, późniejszego błogosławionego, który umiejętnie dowodził obrońcami wyspy.
Dziewięć dni później książę Henryk Pobożny, nie doczekawszy się obiecanych przez króla czeskiego posiłków, na czele oddziału rycerzy starł się z Azjatami pod Legnicą. Polacy bitwę przegrali, a poległemu księciu Tatarzy obcięli głowę. Jego ciało wśród stosów trupów odnalazła na pobojowisku księżna Anna. Zwłoki męża rozpoznała ponoć po sześciu palcach u lewej stopy.

Jeden z największych w Europie

Wkrótce po bitwie, na wieść o śmierci swojego wielkiego chana Ugedeja, skośnoocy najeźdźcy, mimo militarnych sukcesów, opuścili Śląsk. Na zniszczone tereny powracał spokój
Spalony Wrocław postanowiono odbudować według najnowszych zasad i wzorów W roku 1242 u księżnej. Anny zjawił się rzutki przedsiębiorca, obiecując zbudowanie nowoczesnego miasta. Człowieka takiego w średniowieczu zwano lokatorem lub zasadźcą. Kiedy wywiązał się ze swojego zadania, zostawał wójtem miasta, które wybudował. Tak też bylo we Wrocławiu. Lokator energicznie zabrał się do dzieła. Rozpoczął od wytyczenia Rynku - reprezentacyjnego placu miasta. Miał on wymiary 207 metrów na 172 metry i był wówczas jednym z największych w Europie. Po wytyczeniu Rynku lokator wyznaczył obok niego dwukrotnie mniejszy plac handlowy, zwany dziś placem Solnym, oraz ulice nowego miasta. Z każdego rogu Rynku kazał wyprowadzić po dwie ulice. To jednak wrocławianom nie wystarczyło. Ponieważ w tamtych czasach splendor grodu zależał od liczby ulic wychodzących z rynku, postanowiono wytyczyć jeszcze trzy dodatkowe. Z pierzei wschodniej wyprowadzono więc ulicę Kurzy Targ, z pierzei północnej - Więzienną, a z południowej - Przejście św Doroty. Tak więc włodawianie mogli się szczycić aż jedenastoma ulicami wychodzącymi z ich Rynku.
I tu ciekawostka - otóż stojąc na skrzyżowaniu ulic Odrzańskiej i Kotlarskiej widzimy nie tylko Rynek, ale i dwa pozostałe dawne place handlowe: plac Solny i Nowy Targ.

Źródło: "Wrocław jakiego nie znacie" - Wojciech Chądzyński

Pierzeja zachodnia:

Drugi budynek od prawej to Kamienica Pod Gryfami. Szczególnie wartościowa, z wysokim manierystycznym szczytem, najokazalsza w Rynku.

Pod numerem czwartym Kamienica Pod Złotym Orłem
Idąc dalej na lewo Kamienica Dwór Polski, Kamienica Pod Złotym Słońcem, Kamienica Pod Błękitnym Słońcem ze względu na problemy własnościowe długo niszczała i dopiero w końcu lat 90. została odremontowana, a jej dziedziniec nakryty szklanym dachem i Kamienica Pod Siedmioma Elektorami zwraca uwagę ze względu na bogate zdobienia malarstwem iluzjonistycznym, zrekonstruowane w początku lat 90.

Każda z kamieniczek na Rynku ma swoją nazwę – tylko, że ja nie robiłam fotek pod tym kątem. Znam Wrocław i to sprawia, że nie na wszystko zwracam uwagę – a szkoda, może następnym razem.

https://s2.imagebanana.com/file/171008/ZptidGgQ.jpg
Obserwuj wątek
    • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 10.10.17, 00:03
      i jeszcze południowa ściana Rynku...

      https://picload.org/image/dgirrlor/100d3300.jpg
      • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 10.10.17, 00:32
        KLĄTWA RATUSZOWEGO ZEGARA

        Koniec pierwszej polowy XIII wieku był dla Wrocławia okresem rozpoczynającym długie lata świetności. Po straszliwych zniszczeniach, jakich dokonali ciągnący pod Legnicę Tatarzy, miasto zaczęło powracać do życia. wytyczono nowe ulice, wznoszono przy nich domy, a w Rynku rozpoczęto budowę ratusza.

        Najwcześniejsze informacje związane z tą inwestycją pochodzą z roku 1299, kiedy to w księdze rachunkowej miasta, zwanej Henricus Pauper, odnotowano pierwsze wydatki przeznaczone na ten reprezentacyjny gmach. Wraz z upływem lat, w miarę jak miasto bogaciło się i nabierało znaczenia, rozbudowywano także ratusz. Władze Wrocławia, chcąc dodać mu splendoru, postanowiły zamówić dla niego mechaniczny zegar.
        Pierwszy zamontowano w połowie XIV wieku, a o jego istnieniu wiemy dzięki zachowanym dokumentom z roku 1362, w których zapisano, że niejaki Petzold - mistrz kowalski, zobowiązał się do końca swoich dni doglądać wielkiego zegara. Następnym dowodem na jego istnienie jest - według Marka Batyckiego, historyka techniki - umowa, jaką zawarł wrocławski kowal Swelbel z przedstawicielami miasta Opawy 19 marca 1368 roku. Życzyli oni sobie, aby ich zegar był taki, jak ten na wieży wrocławskiego ratusza.
        Do naszych czasów z tego najstarszego wrocławskiego czasomierza przetrwał jedynie dzwon wiszący na ratuszowej wieży z łacińską inskrypcją „Roku Pańskiego 1368 spójrz ja dzwon rzadko ogłaszam rzeczy błahe poprzez noc i dzień podaje czas i godziny”.

        Kolejne zegary
        Drugi zegar zamontowano niespełna dwieście lat później, w roku 1550, na południowej fasadzie ratusza nad Piwnicą Świdnicką. Jego kurant co trzydzieści minut wygrywał na zmianę trzy kościelne pieśni, a ówczesny wrocławski kronikarz nazwał go śpiewającym. Osiem lat później zepsuł się i po demontażu został przeniesiony do komory podatkowej ratusza, gdzie można go było ogladac jeszcze w roku 1779.
        Pod koniec lat sześćdziesiątych XVI wieku wrocławski ratusz otrzymał trzeci z kolei zegar.
        Zamontowano go na wieży w miejsce starego i wyposażono w cztery tarcze, które przetrwały
        do naszych czasów. Początkowo były one podzielone na dwadzieścia cztery godziny. Zmieniono to w lipcu 1580 roku, kiedy rada miejska ogłosiła dekret o przejściu z włoskiej dwudziestoczterogodzinnej rachuby na system liczenia czasu dwa razy po dwanaście godzin. W tym celu - twierdzi Marek Batycki - zdjęto z tarcz zegarowych cyfry arabskie, zastępując je rzymskimi. Przy okazji rozbudowano zegar, dodając mu piątą tarczę zamontowaną na wschodniej elewacji ratusza. Ma ona kształt kwadratu o boku czterech metrów i wykonano ją z desek modrzewiowych. Jej narożniki ozdabiają staroegipskie symbole pór roku.
        Nad wizerunkiem Słońca, które podtrzymuje wskazówkę godzinną, umieszczono kulę przedstawiającą Księżyc. Obracając się, pokazuje kolejne lunarne fazy, tarcza aż do roku 1888 była połączona specjalnym systemem przekładni z mechanizmem zegara znajdującym się w wieży. Potem otrzymała własny napęd.

        Pijany zegarmistrz
        Bicie ratuszowego zegara wyznaczało rytm życia we Wrocławiu. Trudno się więc dziwić, że ten górujący nad grodem czasomierz był przez mieszczan lubiany, a jego opiekun, który go codziennie nakręcał, był postacią znaną. Jednak popularność nie zawsze popłaca.
        Zdarzyło się to pewnego majowego przedpołudnia w roku 1652. Zegarmistrz tego dnia tęgo popił i w takim stanie dojrzały go wrocławskie przekupki. Były tym widokiem tak wstrząśnięte, że otoczyły go ciasnym kręgiem i zaczęły mu wymyślać. Obawiały się bowiem, że w takim stanie nie będzie mógł należycie przygotować zegar do pracy.
        Mistrz, zaskoczony rojem krzyczących kobiet, najpierw próbował ratować się ucieczką, lecz gdy mu się to nie udało, wdał się z przekupkami w kłótnie. I to był jego błąd. W pewnym momencie dosadnie coś powiedział najgłośniej krzyczącej i wówczas posypały się na niego razy.
        O laniu, jakie wtedy dostał, świadczy fakt, że przez tydzień nie był w stanie wdrapać się na wieżę. Zegar zamarł na siedem dni, a rajcy miejscy mieli nie lada problem, kogo za to ukarać pręgierzem.
        O wiele gorzej skończyła się historia pewnego mieszczanina, który w roku 1635, będąc w stanie "wskazującym na spożycie", strzelił z muszkietu do tarczy na wschodniej elewacji ratusza. Za ten czyn wyrokiem sądu został skazany na śmierć i ścięty na wrocławskim Rynku.

        Remont z kłopotami
        Obecny mechanizm zegara wykonał w roku 1801 miejski zegarmistrz Johann Gottlieb Klose. Waży dwie tony, a jego wahadło o długości 9,80 m z ołowianą tarczą - 70 kg. Poruszany jest przez trzy 98-kilogramowe ciężarki wiszące na dwudziestometrowych linach.
        Po drugiej wojnie światowej pierwszej naprawy ratuszowego zegara podjął się Henryk Fuks. Pracy tej jednak nie skończył. 30 lipca 1967 roku spadł z windy zamontowanej we wnętrzu wieży i zginał na miejscu.
        Osiem lat później remontu próbował dokończyć Michal Prypchan, lecz i jemu się nie udało. Kilka dni po rozpoczęciu pracy nagle zachorował i wkrótce zmarł. Czyżby nad ratuszowym zegarem ciążyła jakaś nieznana klątwa? - zastanawiali się zaniepokojeni wrocławianie.
        Na szczęście Edward Mikulski i Franciszek Średnicki, pracownicy wrocławskiej Spółdzielni Metalowo-Elektrycznej, nie wierzyli w przesądy i bez problemów dokończyli remontu zegarowego mechanizmu. Natomiast tarczę po zdjęciu z wieży przewieziono do Państwowej Fabryki Wagonów i tam odnowił je zespól konserwatorów pod wodzą Stanisława Filipiaka.
        25 czerwca 1976 roku zegar został uroczyście uruchomiony.
        Kolejny remont przeprowadzono w roku 1999. Mechanizm zegara poddano renowacji,
        a na korpusie jego obudowy zamontowano ozdoby w postaci znaków zodiaku. Są one bardzo
        podobne do tych, które skradziono podczas ostatniej wojny.

        Źródło: "Wrocław jakiego nie znacie" - Wojciech Chądzyński

        https://picload.org/image/dgirrwgi/100d33001.jpg
        • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 12.10.17, 00:41
          I jeszcze Plac Solny, który narożnikiem łączy się z Rynkiem. Plac Solny z podobnymi do rynkowych kolorowymi kamieniczkami, ładnymi portalami. Dzisiaj nie handluje się tam już solą i przyprawami, połowę te niewielkiego placu(pierwotnie wymiary 84,5 na 94 m) zajmują wrocławskie kwiaciarki smile

          https://picload.org/image/dgiowdcw/100d33002.jpg
          • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 13.10.17, 11:25
            ... i wróciliśmy na Rynek...

            https://picload.org/image/dgiigwir/100d33003.jpg
            • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 13.10.17, 21:03
              ŚWIADKOWIE ZEMSTY RAJCÓW

              Kto z nas nie zna uroczej pary dzieciaków z baśni braci Grimmów? Małgosia starsza, rezolutna dziewczynka, opiekuje się swoim młodszym, jeszcze trochę niezaradnym, braciszkiem Jasiem. Zagubieni w ciemnym borze idą przestraszeni, trzymając się kurczowo za ręce.


              To właśnie ta piękna bajka romantycznym włodawianom, przybyłym do miasta po drugiej
              wojnie światowej, podsunęła myśl, aby dwóm uroczym kamieniczkom wzniesionym u zbiegu
              ulic św. Mikołaja i Odrzańskiej nadać imiona baśniowych bohaterów. Stoją obok siebie, a łączy je, niczym splecione ręce, lekki łuk bramy z łacińskim napisem Mors ianua vitae, co po polsku znaczy - "Śmierć wrotami życia".

              Kamieniczki altarystów

              "Jaś", wzniesiony przy ulicy św Mikołaja 1, jest mniejszy – jak w bajce. "Małgosia", stojąca przy ulicy Odrzańskiej 40, wysokością góruje nad nim, niczym starsza siostrzyczka. W budynkach tych mieszkali dawniej altaryści - służba kościelna, która opiekowała się ołtarzami w kościele św.Elżbiety. Zachowane do dziś „Jaś” i „Małgosia” stały w towarzystwie wielu innych kamieniczek i oddzielały od miasta przykościelny cmentarz, który zlikwidowano dopiero w XVIII wieku. Natomiast łuk portalowy, w którym wrocławianie chcą widzieć połączone ręce bajkowych dzieci, stanowił górną część bramy prowadzącej właśnie na ten cmentarz.
              Z czasem domki po altarystach rozebrano i pozostawiono jedynie "Jasia" i "Małgosię", by przypominały współczesnym, jak wyglądała zabudowa piętnastowiecznego Wrocławia.

              Bunt wrocławskiej biedoty

              Na przestrzeni wieków obie kamieniczki były świadkami wielu wydarzeń, z historii stolicy Dolnego Śląska. Najtragiczniejsze rozegrało się 18 lipca 1418 roku i było największym w dziejach miasta powstaniem ludowym wymierzonym przeciwko patrycjuszowskiej radzie miejskiej.
              W tym dniu z nieistniejącego już dziś kościoła św.Klemensa na Nowym Mieście - nazywanego kościołem polskich tkaczy i rybaków – wyszli uzbrojeni rzemieślnicy i biedota wrocławska. Po krótkim wiecu uzbrojeni w miecze i topory ruszyli w kierunku ratusza, by żądać poprawy warunków życia. Nie zostali jednak wysłuchani przez włodarzy miasta.
              Gniew dodał im siły i odwagi. Szturmem zdobyli ratusz i sześciu radnych wyprowadzili na Rynek. Wśród nich był też burmistrz Mikołaj Freiberg. Po krótkiej modlitwie, którą pozwolono zatrzymanym zmówić, ścięto ich mieczem, tym samym, który cesarz Karol IV podarował wrocławskiej radzie miejskiej w dowód uznania za wierność, Jednemu ławnikowi, ]anowi Megerlinowi, tuż przed zdobyciem ratusza udało się skryć na wieży. Szybko się jednak okazało, że marne to było schronienie. Po egzekucji podburzany przez przywódców tłum wrócił do ratusza, siekierami rozwalił drzwi, a pojmanego nie sprowadzono na dół, lecz wyrzucono z wieży na bruk wrocławskiego Rynku, gdzie dobito go włóczniami.

              Okrutna zemsta rajców

              Po krwawej rozprawie z radnymi rządy w mieście przejęła nowa rada wybrana przez powstańców. Sprawowała je prawie dwa lata, do chwili kiedy miasto zdobył Zygmunt Luksemburski - król Czech. Przywrócił on wtedy władzę bogatych patrycjuszy, a przywódców buntu kazał ukarać śmiercią. W chłodne marcowe przedpołudnie roku 1420 aż ośmiu katów ścięło na Rynku dwudziestu trzech powstańców.
              Jednak sama egzekucja nie wystarczyła żądnym zemsty wrocławskim patrycjuszom. Po wykonaniu wyroku - dla dotkliwszego przykładu i zastraszenia - kazali głowy ściętych wystawić na widok publiczny na murach miejskich, a ciała pochować we wspólnym grobie. Wykopano go na ścieżce prowadzącej od bramy cmentarnej między ,,Jasiem" i "Małgosią" do drzwi kościoła św. Elżbiety. Od tej chwili każdy idący do świątyni musiał deptać grób buntowników, wyrażając w ten sposób pogardę tym, którzy odważyli się podnieść rękę na ojców miasta. Po tak surowej rozprawie nigdy już potem nie doszło do otwartych wystąpień przeciw radzie miejskiej.

              Domek Miedziorytnika

              Z ostatniej wojny obie kamieniczki wyszły obronną ręką i podczas walk o Wrocław zbytnio nie ucierpiały. W latach sześćdziesiątych XX wieku domki przekazano Towarzystwu Miłośników Wrocławia. W ,,Jasiu" przez pewien czas działała Młodzieżowa Sekcja TMW oraz redakcja Kalendarza Wrocławskiego, w sąsiedniej zaś kamieniczce towarzystwo urządziło swoje biura, a w zabytkowych piwnicach - kameralną kawiarenkę.
              Dziś w "Małgosi" nadal działa Towarzystwo Miłośników Wrocławia, natomiast jej "braciszka", w roku 1995, na mocy umowy dzierżawnej, władze Wrocławia przekazały Eugeniuszowi Getowi-Stankiewiczowi, wrocławskiemu artyście grafikowi, profesorowi Akademii Sztuk Pięknych. Umowa została zawarta na dwadzieścia lat. W ,,Jasiu" - nazywanym obecnie także Domkiem Miedziorytnika - prof. Stankiewicz urządził mistrzowski warsztat miedziorytu i prowadzi w nim zajęcia ze studentami.
              Oryginalną wizytówką nowego gospodarza jest płaskorzeźba „Z palcem...” wmurowana we wschodnią elewację budynku, tuż nad wejściem. Przedstawia ona oblicze mężczyzny z marsową miną, przypominające twarz samego mistrza Stankiewicza, a ogromny, z niezwykłą starannością wyrzeźbiony palec wskazujący jego lewej ręki chroni pozłacana krata.
              Warta uwagi jest też płaskorzeźba zatytułowana "Zrób to sam", umieszczona na północnej ścianie kamieniczki od strony kościoła św. Elżbiety.

              Źródło: "Wrocław jakiego nie znacie" - Wojciech Chądzyński

              https://picload.org/image/dgiiwclw/100d33004.jpg
              • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 14.10.17, 01:37
                W drodze powrotnej wstąpiliśmy oczywiście na Halę Targową, nie mogliśmy się oprzeć - wybór grzybów był ogromny, zdecydowaliśmy się na rydze.
                Już nad Odrą, obserwowaliśmy start drona...

                https://picload.org/image/dgipadga/100d33005.jpg
                • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 14.10.17, 01:44
                  I jeszcze Ostrów Tumski oglądany z przeciwległego brzegu Odry

                  https://picload.org/image/dgipadow/100d33006.jpg
                  • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 14.10.17, 01:50
                    Wracając do domu mijaliśmy Muzeum Narodowe i... no cóż, może to i jest sztuka - nam nie przypadła do gustu. To mają być Ptaki - Rycerze Króla Artura...

                    https://picload.org/image/dgipadpi/100d33007.jpg
                    • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 14.10.17, 19:39
                      Trzeba było poczekać na kolejny ładny dzień, żeby wyjść do miasta z aparatem...

                      https://picload.org/image/dgpgowwa/100d33008.jpg
                      • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 15.10.17, 01:32
                        W pobliżu Panoramy Racławickiej znajduje się Pomnik Ofiar Zbrodni Katyńskiej - junior natychmiast zauważył, że umieszczone na tablicy wersje angielska i niemiecka są dużo krótsze od wersji polskiej tak więc przeszedł do wersji polskiej...
                        Jaki jest ten pomnik, każdy widzi...

                        https://picload.org/image/dgpgwdlr/100d33009.jpg
                        • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 15.10.17, 01:44
                          I jeszcze niezwykle barwne o tej porze roku Muzeum Narodowe - jego kolory zmieniają się dosłownie z dnia na dzień.

                          https://picload.org/image/dgpgwaol/100d330010.jpg
                          • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 16.10.17, 21:16
                            „AKTA W” – Wanda Dybalska

                            LOT POD GRUNWALDEM

                            Wiem, że było tak: nadleciał od strony Politechniki Wrocławskiej i elektrowni, Mały, zgrabny samolocik sfrunął z góry nad rzeką i przytulił się do Odry. Sunął nisko, tuż nad lustrem wody, celując w środek Grunwalda. Na mgnienie oka zniknął pod stalową konstrukcją. Przypadkowi przechodnie wstrzymali oddech z podziwu lub przerażenia. Ale pilot już był po drugiej stronie mostu, już wzbijał się wysoko w powietrze.
                            Na brzegu, tam gdzie dzisiaj stoi rotunda Panoramy, ktoś podobno przyłożył aparat do oka i nacisnął przycisk. .. Podobno - ponieważ do dzisiaj nie udało się odnaleźć autora tych zdjęć.
                            Uskrzydlony śmiałek pokonał Grunwalda w maju, wczesnym popołudniem - w 1951 lub 1952 roku? Długo przygotowywał się do tego wyczynu: spacerował po Grunwaldzkim, mierzył oczami, a może jakimś przyrządem, światło mostu (czyli odległość między pomostem a lustrem wody), obserwował rzekę. Wiedział, że gładkie lustro jest niebezpieczne, bo samolot może przykleić się do niego albo przelecieć za wysoko. Więc czekał, aż przyjdzie dzień, gdy
                            wiatr lekko pomarszczy rzekę.

                            Prawda czy legenda?
                            Starzy piloci mówią: żaden wyczyn, wielu latało pod mostami. Dlaczego więc ta historia od ponad pół wieku żyie w lotniczych opowieściach i wraca na łamy gazet jako wydarzenie w dziejach miasta? Może dlatego, że Grunwaldzki jest najsławniejszym mostem Wrocławia i ma w sobie coś magicznego? A może wrocławianie lubią swoje legendy?
                            Poszukiwania śladów tej historii zaczynam od Loteczki. jeżeli ktoś chce posłuchać lotniczych opowieści, koniecznie musi zajrzeć do Klubu Lotników "Loteczka". Za stołem zasiadają asy wrocławskich skrzydeł: szybownicy, piloci, spadochroniarze, zdobywcy mistrzowskich tytułów i lotniczych diamentów - i gawędzą. Kiedyś spotykali się w świetlicy więzienia przy ul. Kleczkowskiej, potem w klubie Cegielnia, niedaleko Międzynarodowego Portu Lotniczego na Strachowicach.
                            A więc jadę do Cegielni. - Jak to było?- podpytuję lotników, - Może ktoś słyszał albo był świadkiem tego wyczynu? I w ogóle czy to możliwe, żeby samolot zmieścił się pod Grunwaldem? Z długich rozmów wyłaniają się przynajmniej dwie różne wersje wydarzenia.
                            Jedni mówią: "Historia jest prawdziwa. I na 99 procent mógł to zrobić »Maksym« [czyli Stanisław Maksymowicz -przyp. aut.], bo to postać nietuzinkowa".
                            Drudzy pokpiwają: "Ballada! Niech pani włoży ją między bajki!".

                            Przeleciał czy nie przeleciał?
                            - Chodziło o zakład między kolegami - opowiadają w Cegielni. Po wojnie młodych rozpierała fantazja, więc jeden chciał pokazać drugiemu, że pod mostem też przeleci.
                            Fascynowały ich opowieści o akrobacjach zagranicznych pilotów: że ten skrzydłem podnosił z ziemi chusteczkę, a tamten obracał chorągiewkę na dachu.
                            - Ależ skąd! Chodziło o dziewczynę. Chciał zaimponować swojej narzeczonej, to dla niej! Więc powiedział, że ma przyjść na most Grunwaldzki o wyznaczonej godzinie i czekać,
                            - Kto to był? Maksymowicz? -
                            dopytuję,
                            - Może ...? - mówi zagadkowo Herbert M., który na początku lat pięćdziesiątych szkolił "Maksyma" we wrocławskim aeroklubie. - Pamiętam, akurat wtedy jeden z pilotów z akademickiej sekcji lotniczej doniósł na Stasia, że przeleciał pod mostem Grunwaldzkim. "Maksym" miał już za sobą kurs podstawowy. Wezwałem go do siebie, dałem reprymendę, ale zaprzeczył. Pytałem w aeroklubie, czy ktoś coś widział, nikt się nie zgłosił. Świadków
                            nie było, więc wszystko przycichło.
                            Zdzisław M. (47 tysięcy lotów) przyjechał do Wrocławia na studia w 1954 roku: - Nie słyszałem, żeby wtedy ktoś latał pod mostem Grunwaldzkim. Bajka i nic więcej. Ja w to nie
                            wierzę.
                            - To kaczka, którą ktoś puścił nie wiadomo po co - powątpiewa Józef K., pilot i członek Loteczki. - W latach pięćdziesiątych "Maksym" jeszcze nie był na tyle wyszkolony, żeby porywać się na takie wyczyny. O mnie też kiedyś poszła plotka, że na samolocie Jak-18 wleciałem w światło ulicy i wykręciłem beczkę. Potem musiałem się gęsto tłumaczyć.
                            Stanisław Babiarz (zaczął latać w 1951roku) wierzy: - Czy to był Staś? jeżeli ktoś mógł
                            przelecieć pod Grunwaldem, to tylko on, bo to wyjątkowo oryginalny człowiek i zawsze
                            miał niesamowite pomysły.

                            Na jakiej maszynie?
                            Podobno pod Grunwaldzkim przeleciał samolot CSS 13, zwany popularnie papajem. Inni
                            mówią, że czeski zlin. - Nie, to był stieglitz – prostuje jeden z pilotów- czyli szczygieł, niemiecki samolot z demobilu.
                            Rzeczywiście w latach pięćdziesiątych we wrocławskim aeroklubie była taka maszyna.
                            Szkolił się na niej m.in. wicemistrz świata Jerzy Popiel, a także Stanisław Babiarz. Szczygieł
                            był mały i zwinny, doskonale nadawał się do takich akrobacji - opisuje Babiarz.
                            Za sterami stieglitza często siadał również Stanisław Romanow, pilot wojskowy i instruktor
                            aeroklubu, który potem zginał tragicznie. Romanow miał słabość do młodego Maksymowicza. W rogatej duszy dwudziestolatka dostrzegał zadatki na wielkiego pilota i akrobatę, Chociaż "Maksym" nie miał jeszcze wszystkich dokumentów lotniczych, Romanow dawał mu dużo swobody. Wierzył w niego, zabierał do samolotu, pozwalał latać.
                            - No i któregoś dnia Staś fiknął sobie na szczygle pod mostem - opowiada jeden z pilotów.
                            - Ot tak, z głupiej fantazji.
                            A może to był Romanow?
                            "Maksym" zaczął latać w Jeleniej Górze zaraz po wojnie. Gdy zlikwidowali tam aeroklub,
                            przeniósł się na wrocławskie lotnisko, był jeszcze w szkole średniej.
                            Do Wrocławia często dojeżdżał rowerem, wstawał o piątej rano i pedałował ponad 100
                            kilometrów w jedną stronę, żeby zająć miejsce w kolejce do latania. Bywało, że pedałował na
                            próżno. Nie należał do zbyt pokornych wychowanków, więc często nie latał za karę – bo nie chciał wstąpić do ZMP albo pisał złośliwe wierszyki do aeroklubowej gazetki ściennej
                            "Błyskawica" - na przykład: "Dzisiaj loty! Góra, chwała! Lata Jasiu, Mucha i Kapała! Lata
                            pan kierownik, a my ...wała",
                            Koledzy zazdrościli mu, że łatwo się uczył, jakby urodził się "z wiatrem w podeszwach". I że dziewczyny częściej spoglądały w jego stronę. Wacław Kozielski, były trener kadry narodowej akrobatów samolotowych, pamięta Maksymowicza z obozów kadry:
                            - Latał brawurowo i był bardzo przystojny, podbijał serca niewieście. Nazywali go Apollo.
                            c.d.n.

                            https://picload.org/image/dgpoaroi/100d330011.jpg
                            • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 16.10.17, 21:46
                              Możliwe czy niemożliwe?

                              Gdzie jest zdjęcie, które wtedy zrobił przypadkowy przechodzień? Podobno widać na nim
                              wyraźnie, jak samolot wylatuje spod Grunwalda od strony mostu Pokoju, którego jeszcze
                              wtedy nie było (uruchomiony został dopiero w 1958 roku). Gdyby odnalazła się ta fotografia, wyjaśniłaby się następna zagadka: czy w ogóle niemiecki szczygieł mógł przelecieć wtedy pod Grunwaldzkim?
                              Piloci z Loteczki i w tej sprawie mają różne zdania.
                              - Nie mógł, chyba żeby w Odrze nie było wody - wątpi Józef K.
                              - To niemożliwe - Zdzisław M. upiera się przy swoim: - Czy w tamtych czasach ubecy nie zauważyliby takiego lotu? Stali przy każdym moście, więc każde pierdniecie było odnotowane. Pod Grunwaldzkim jeździ wózek na szynie, z którego korzystają konserwatorzy. Wtedy jeszcze dyndały pod nim jakieś kable, no to jak by przeleciał?
                              - Akurat kable były zwinięte – przypomina sobie Herbert M. - Prześwit był duży.
                              Można było przelecieć.
                              Skąd te kable? Czyżby w latach pięćdziesiąty most był jeszcze w remoncie? Szukam w książkach. Grunwaldzki wyszedł z wojny mocno poturbowany, w 1945 roku – pisze Maciej Łagiewski - został podparty prowizorycznie na czterech zatopionych wcześniej barkach. Ale odbudowa zakończyła się 5 września 1947 roku.
                              Piloci radzą, żeby jechać na miejsce i dokładnie most wymierzyć: wzdłuż, wszerz, a zwłaszcza odległość między pomostem a lustrem wody, czyli tzw. światło, - Można z góry spuścić sznurek i będzie wiadomo, czy mógł przelecieć - podpowiadają.
                              Dzwonię do Zarządu Dróg i Komunikacji. Krzysztof Kiniorski, były rzecznik ZDiK, ożywia się, gdy pytam o historię sprzed lat, a nie o dziury w ulicach i remonty. Też o niej słyszał, kiedyś nawet latał na szybowcach, interesuje się lotnictwem. Za chwilę znam „wymiary" Grunwalda: dlugosc-126 metrów i 60 centymetrów, szerokość - 18 metrów,
                              Szczygieł zmieścił się pod nim bez kłopotu.
                              - Niestety, nie ma precyzyjnych danych dotyczących światła mostu. Poziom wody w Odrze jest zmienny, więc i światło się zmienia, na przykład w czasie powodzi 1997 roku miało tylko 20 centymetrów - tłumaczy Kiniorski. - Normalnie jest jednak na tyle duże, że pod mostem przepływają statki, więc i samolot przeleci.
                              - A wózek? Kable?
                              - Wózek, gdy nie pracuje, przymocowany jest do mostu na prawym brzegu. A wszystkie instalacje (kable telefoniczne, elektryczne itd.) ukryte są w konstrukcji. We Wrocławiu jest kilkadziesiąt mostów, ale chyba tylko pod Grunwaldzkim mógł przelecieć samolot, bo przecież jest to most wiszący, nie ma podpór wbitych w dno rzeki.

                              Jak to było z Gomułką?

                              Artykuły o Maksymowiczu wypełniają gruby czarny segregator: relacje z zawodów akrobacji
                              samolotowej (przez 15 lat był w kadrze narodowej), reportaże z wrocławskich rajdów pilotów i dziennikarzy (uczestniczył prawie we wszystkich w nierozłącznym duecie z Andrzejem
                              Waligórskim, mówili o nich: dwaj przyjaciele z lotniska), artykuły o unikatowym w świecie Wydziale Teorii i Metodyki Spadochroniarstwa na wrocławskiej Akademii Wychowania Fizycznego, któremu szefował przez ponad 25 lat, aż do emerytury, wychował wielu wybitnych pilotów i trenerów. I dziesiątki barwnych lotniczych anegdot, które z gawędziarską swadą opowiadał dziennikarzom, a oni chętnie pisali:
                              O tym, jak w latach sześćdziesiątych na Zlocie Grunwaldzkim "Maksym" zamiast bukietu róż zrzucił z samolotu na trybunę, gdzie stał Władysław Gomułka, kępę pokrzyw przewiązaną drutem. Kwiaty dla sekretarza dostała żona, doskonała pływaczka Magdalena Maksymowicz.
                              Akurat trenowała w otwartym basenie, gdy z nieba spadły na nią płatki róż,
                              Albo o tym, jak samolotem tropił rzekomego złodzieja, który potem okazał się jego szwagrem. Zobaczył go z góry koło swojego domu na wrocławskim Zalesiu, przyklejonego do ściany garażu. Zszedł tak nisko, że w podwozie samolotu wbiły się gałęzie topoli. Od razu rozdzwoniły się telefony do aeroklubu: jakiś wariat lata nad naszymi domami, pewnie chce się zabić!
                              Albo: "jak to pewnego razu jeden z sekretarzy KW PZPR zaczął głośno modlić się w kabinie jego samolotu, gdy nagle okazało się, że zabrakło paliwa i wycieczkowy lot trzeba zakończyć
                              w ogródkach działkowych".
                              A zna pani historię o tym, jak Staś przewiózł samolotem bacę? – pyta Ryszard Kuś, były asystent Maksymowicza na AWF-ie.
                              - To było w Nowym Targu. Niedaleko lotniska baca wypasał owce i z podziwem spoglądał na niebo, obserwując samoloty. Któregoś dnia zagadnął Stasia:
                              Jeszcze nigdy nie lotołem! - Żaden problem! - powiedział Staś, - Bądźcie jutro koło lotniska,
                              to po was przyjadę. Oczywiście, słowa dotrzymał. Podkołował pod bacówkę, szczęśliwy baca wsiadł do samolotu. Staś wystartował z fasonem i pokazał, co potrafi. Po jakimś czasie wylądowali. Otworzyły się drzwi, z jednej strony wyleciał Staś, z drugiej mechanik. Na końcu wychodzi baca, trzyma w garści spodnie i mówi: - Zesr ... się, no i co z tego!

                              Dlaczego się nie chwali?

                              Stanisław Maksymowicz nigdy nie przyznał się do lotu pod Grunwaldem żadnej gazecie. Gdy
                              dziennikarze pytali go o to „uśmiechał się znacząco, nie potwierdzał, ale i nie zaprzeczał".
                              - Nie ma się czym chwalić. Ot, grzech młodości - tłumaczy mi jeden z byłych instruktorów.
                              - Takie wyczyny, chociaż efektowne, były i są zabronione, zwłaszcza w miastach.
                              Pożytki z tego żadne, bo jeszcze jakiś młody i narwany pilot zechce naśladować mistrza i narobi kłopotu. To nie są przykłady do naśladowania.
                              Czy po ponad pięćdziesięciu latach coś grozi jeszcze śmiałkowi spod Grunwalda?
                              - Ależ skąd - śmieje się Jarosław Zaprzelski z wrocławskiego Inspektoratu Kontroli Cywilnych Statków Powietrznych.
                              - To już bylo tak dawno, że nie wiem, czy ktoś by chciał dochodzić prawdy. To już by była
                              zwyczajna "lustracyjna złośliwość".
                              - A gdyby dzisiaj ktoś bez zezwolenia powtórzył ten wyczyn?
                              - Mógłby nawet trafić do więzienia i stracić licencję pilota do końca życia.

                              Czy to był pan?

                              Doktora Stanisława Maksymowicza odnalazłam we wrocławskiej Akademii Wychowania
                              Fizycznego. Był już szanowanym, emerytowanym nauczycielem akademickim, ale wciąż prowadził zajęcia ze studentami, uczył ich latać na paralotniach. Mimo siedemdziesiątki wciąż energiczny, wysportowany, w dżinsach i goprowskiej kurtce z polaru.
                              Właśnie wrócił z gór, bo na dodatek od prawie 50 lat jest ratownikiem GOPR-u.
                              - Niektórzy piloci specjalizują się w określonych dziedzinach, Są "wąskotorowi", a Staś jest wszechstronny, taki "mastier na wsie ruki" - opisywał przyjaciela Antoni Chojcan, były kierownik Aeroklubu Wrocławskiego. - Żyje lotnictwem i to nigdy mu nie przejdzie. Jego lotniczy dorobek jest w ludziach, których wykształcił. Za to cenię go najbardziej.
                              W budynku AWF na Stadionie Olimpijskim miał swój pokój z tabliczką na drzwiach: dr ... i biurkiem, ale rzadko tam urzędował.
                              Najczęściej można go było spotkać, jak mówili studenci, "w piwniczce Maksyma", gdzie
                              gromadził swój sprzęt i lotnicze pamiątki: na półkach puchary za akrobacje, na ścianach
                              dyplomy, pod oknem spadochrony, w koszu kolo drzwi uratowane z powodzi prace dyplomowe magistrantów.
                              Maksymowicz to historia wrocławskiego lotnictwa, prawie każdy epizod z jego życia może być tematem pasjonującego reportażu.
                              Ale ja wciąż pytam o most: - Czy to był pan?
                              - No co ja mam odpowiedzieć? - pan Stanisław odpędzał moje pytania jak natrętne muchy.
                              - Wielu pilotów latało pod mostami.
                              - Ale mnie chodzi tylko o tego spod Grunwalda?
                              • al-szamanka Re: Wrocław - moje miasto cz.2 17.10.17, 09:47
                                Fajna historyjka. Myślę, że przeleciał, ale nie mógł się przyznać... w sumie jakby nie było dokonał czynu zabronionego.
                                • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 17.10.17, 10:47
                                  We Wroclawiu ta "legenda" byla dlugie lata obecna...
        • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 17.10.17, 10:57
          Trzeba było znowu odczekać kilka dni, żeby wybrać się tym razem w stronę Hali Stulecia, pergoli i Ogrodu Japońskiego - w każdym razie pogoda dopisała.

          https://picload.org/image/dgpowipi/100d330012.jpg
          • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 17.10.17, 15:32
            Ja po prostu nie mogę spokojnie przejść obok coleusów, tam był cały dywan tych roślinek.
            Swego czasu pojechałam specjalnie do Luisenpark w Mannheimie żeby sobie uszczypać kilka, tam były one w różnych kolorach. Podobnie było na Isola Bela.

            https://picload.org/image/dgplaadi/100d330013.jpg
            • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 17.10.17, 15:43
              Taki asortyment rósł sobie na Isola Bella

              https://fs2.directupload.net/images/user/141229/7s6kv4zj.jpg
            • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 17.10.17, 15:45
              I jeszcze kilka obrazków z Pergoli, właśnie jesienią wygląda bardzo malowniczo...

              https://fs5.directupload.net/images/user/171017/w54nte2n.jpg
          • m.maska Wrocław - Ogród Japoński 20.10.17, 17:30
            A teraz zapraszam na przechadzkę po wrocławskim ogrodzie japońskim... trochę zabrało mi czasu znalezienie odpowiedniej muzyki. Mam setki japońskich piosenek, ale chodziło mi właśnie o tradycyjną muzykę i koto...

            • al-szamanka Re: Wrocław - Ogród Japoński 20.10.17, 22:16
              Ostatni raz byłam w tym ogrodzie japońskim parę lat temu, jesienią wygląda najlepiej. Muzykę dobrałaś świetną smile
              • a74-7 Re: Wrocław - Ogród Japoński 21.10.17, 11:09
                tez musze skomplementowac video,bardzo dobre!
                A sam ogrod o wiele ciekawszy niz ten japonski ktory mamy w Londynie w Holland Park.
                • m.maska Re: Wrocław - Ogród Japoński 21.10.17, 11:25
                  Sama nie wiem, czy za komplementy mam dziekowac, czy moze sie klaniac i krygowac, ze to nic takiego... ech, kalendarza nie zrobilam, a moglabym - na to sa gotowe programy i juz bylby powod do gratulacji a wtedy senk ju i mersi i gracie - eeetam tyle tych zdjec bylo, ze trudno zanudzac ogladajacego zestawami kolejnych kolazy.
                  Problem z muzyka byl taki. Mam na poczcie muzyki japonskiej cala mase ale to muzyka nowoczesna i nijak nic odpowiedniego nie moglam znalezc - mimo, ze wiedzialam, ze posiadalam wlasnie takie na kasetach. Sposrod co najmniej trzydziestu kaset z muzyka japonska doskonale wiedzialam ktora z nich zawiera odpowiednia muzyke. Ja nawet posiadam takie smieszne urzadzenie, przy pomocy, ktorego mozna stare tasmy przegrywac na lapka - no ale za kazdym razem pojawia sie problem czy ten windows jaki jest obecnie na kompie zechce sie z tym urzadzeniem pogodzic.
                  Udalo mi sie, bede musialam przegrac tez pozostale kawalki...
                  Zasluzylam na senk ju... nie zglosze sie do zadnego klubu, bo to dla frajerow, ktorzy chca skladki placic big_grin
                  • a74-7 Re: Wrocław - Ogród Japoński 21.10.17, 11:46
                    Zrobilas fajna robote,komplement sie nalezy smile Zdolniacha .Ja nie potrafila bym ;-/
                    Ale zeby od razu do TWA sie zapisywac i ze smiertelna powaga traktowac siebie jako tfurce ( vide...jak za plotem przerost formy nad trescia .)smileTyle utalentowanych ludzi dookola,jak sie spojrzy w net,mozna tygodniami przebierac smile
                    Teraz "drukowac moze sie kazdy",kto ma ochote , mam kolezanke ktorej zlosliwie ukradli kota , co przyczynilo sie do napisania autentycznej historii o autystycznym dziecku.Kolejna pisze ksiazki kucharskie, w rodzinie brat od dawna udziela sie w fachowej literaturze....ale zeby od razu gratulki zbierac i na piedestal....tylko chyba mali ludzie....;-Dbig_grin
                    Ach jak doborowo, ach jak tfuuuur(o)czo;
                    kumie, chwalo nos: my wos ,a wy nos.;-D
                    • m.maska Re: Wrocław - Ogród Japoński 21.10.17, 12:22
                      No i jak na prawdziwego tfuuuuuurce przystalo, pojawia sie wylacznie zeby odebrac medal, gratulacje, kwiaty i toasty... nie bedzie sie przeciez znizal do poziomu szamba, w koncu teraz literat hahahaha...
          • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 21.10.17, 18:34
            Z Ogrodu Japońskiego wracaliśmy Pergolą, to jedno z ulubionych miejsc spacerowych wrocławian, szczególnie jesienią prezentuje się bardzo kolorowo.

            https://fs1.directupload.net/images/user/171021/sx9cu9hw.jpg
            • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 21.10.17, 18:35
              https://fs1.directupload.net/images/user/171021/2rgs7bep.jpg
    • a74-7 Re: Wrocław - moje miasto cz.2 15.10.17, 18:27
      Bardzo ladne miasto, szczegolnie Rynek z chalupkami jak z piernika smile
      A nowoczesny Wroclaw?
      • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 15.10.17, 20:38
        a74-7 napisał:

        > Bardzo ladne miasto, szczegolnie Rynek z chalupkami jak z piernika smile
        > A nowoczesny Wroclaw?

        No to jest pytanie... nie znam nowoczesnego Wroclawia big_grin
        Obracam sie wokol Starego Miasta i Srodmiescia - gdzie owszem powstaly tu czy tam w jakiejs luce galerie, ale ogolnie chadzam znanymi dawnymi sciezkami smile
        Akurat dzisiaj junior pokazywal mi animacje o ktora go poproszono, Wroclaw w smogu i to on szukal w necie obrazkow wroclawskiego sky-line smile
        Ale nie, stanowczo Wroclaw nie ma nadmiaru wiezowcow, jeden taki niezbyt ciekawy wybija sie sposrod sredniej zabudowy.
    • a74-7 Re: Wrocław - moje miasto cz.2 21.10.17, 18:53
      A spojrz z wysoka , very impressive!smile
      • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 21.10.17, 19:02
        a74-7 napisał:

        > A spojrz z wysoka , very impressive!smile

        No bardzo ladnie sie prezentuje.
        Ja jednak inaczej mam w pamieci te miejsca.
        Przed laty w miejscu gdzie dzisiaj sa fontanny byla zwykla sadzawka, ktora pieknie zima zamarzala do samego dna, bo tam nie jest glebiej niz metr wody i jezdzilo sie tam swietnie na lyzwach, albo szlo sie na pobliski stawek, ktory dzisiaj zostal wlaczony do Ogrodu Japonskiego.
        • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 22.10.17, 19:06
          Akta W - Taternicy na Iglicy

          W październiku 1948 roku na szczyt wrocławskiej szpilki wdrapali się dwaj taternicy, studenci z Krakowa, Wojciech Niedziałek i Zbigniew Jaworowski. Wyczyn śmiałków obserwował wielotysięczny tłum, Po co tam weszli?

          Za korbę chwycili nawet wiceminister Wiktor Kościński, komisarz rządowy Wystawy Ziem Odzyskanych, i wojewoda Stanisław Piaskowski. "Iglica od razu podniosła się o metr - pisały z entuzjazmem gazety 4 lipca 1948 roku, nazajutrz po akcji podnoszenia stalowego kolosa. - Jest na miejscu prezydent miasta Bronisław Kupczyński, jest prasa, jest grupa studentów architektury. Wszyscy wpatrzeni w Iglicę, nieczuli na zimno i deszcz. Oto architektura polska i polski zapał zdają egzamin. Wystrzelimy wyżej niż maszt wystawy paryskiej. Jeszcze wyżej!".
          Chociaż wydawała się lekka i wiotka, ważyła 44 tony. Z ziemi dźwigało ją siedem wind i liny zakotwiczone o fundamenty Hali Ludowej. Stalowa, 106-metrowa szpilka "prężyła się jakby zbudzona z głębokiego snu i wyginała w biały, lśniący łuk. – Przełamie się? Wolne żarty! Stanie zgrabnie jak ta lala. Na sto dwa!" - uspokajał majster Henryk Nowara, który kierował akcją.
          Gdy wreszcie po prawie siedmiu godzinach dotknęła nieba, oczarowała Wrocław.
          Na tle ciężkiej, zwalistej Hali inżynierskie dzieło Stanisława Hempla wyglądało znakomicie.
          "Lekka, strzelista, świeża" – zachwycali się dziennikarze. Iglica, wsparta mocno na trzech nogach, symbolizujących trzy klasy społeczne: chłopów, robotników i inteligencję, miała pokazywać światu "dążenie Polski do podniesienia swego poziomu ekonomicznego i kulturalnego".
          Na szczycie, ponad sto metrów nad ziemią, błyszczał w słońcu lustrzany krąg, wirujący wokół własnej osi. Nocą, gdy na zwierciadło padało kolorowe światło z 24 reflektorów, wyglądało ono jak świetlista aureola.

          Co się stało z lustrem?
          21 lipca Wystawę Ziem Odzyskanych otwierał sam Bolesław Bierut. Ledwo przeciął wstęgę, zdarzyło się nieszczęście. 22 lipca nad Wrocławiem przeszła burza, która poturbowała igliczną aureolę. "Wiatr przefasonował reflektor na szczycie i zrobił z Iglicy największego stracha na wróble w Polsce" - podśpiewywał się prof. Hugo Steinhaus, matematyk.
          W gazetach nikt nie odważył się wtedy krytykować lustrzanego bubla, który nie wytrzymał burzy. Tylko jeden z wrocławskich księży - jak pisze Jakub Tyszkiewicz, wrocławski historyk - zagrzmiał z ambony: "To wyraźny palec Boży, bowiem Bóg nie chce krzywdy milionów". Nie oszczędził również Wystawy: "Hańba dla narodu polskiego – mówił - chwalić się maszynami niemieckimi".
          Kłopot był duży. Poszarpane zwierciadło nie tylko szpeciło symbol socjalistycznych aspiracji, ale też w każdej chwili mogło runąć na tłumy zwiedzające wystawę. Należało je zdjąć jak najprędzej. Tylko jak? Jak dostać się na górę, skoro u szczytu Iglica miała zaledwie cztery centymetry średnicy, a cienki wierzchołek w czasie wichury odchylał się w bok nawet o cztery metry?
          "Wejście na szczyt jest niemożliwe" – donosiły gazety, w których co jakiś czas pojawiały się różne pomysły na zdobycie Iglicy.
          Może zestawić kilka drabin strażackich i wdrapać się na górę? A może namówić wojskowych
          snajperów, żeby odstrzelili niebezpieczne resztki lustra? A może podpłynąć do Iglicy balonem i z gondoli dosięgnąć zwierciadła? A może po prostu poczekać do zamknięcia WZO, znów położyć Iglicę i naprawić zniszczoną aureolę?
          c.d.n.

          https://fs5.directupload.net/images/user/171022/soup4ip7.jpg
          • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 22.10.17, 19:22
            Kto ruszył na szczyt?
            Gdy się ma dwadzieścia parę lat, nie ma rzeczy niemożliwych. - Przecież to żaden problem.
            Popatrz, Wojtek - Zbigniew Jaworowski podsunął koledze pod nos gazetę ze zdjęciem Iglicy.
            Byli akurat w Zakopanem na kursie przewodników wycieczek. Jaworowski bez kłopotu zaliczył pierwszy rok medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim, więc każdą wolną chwilę poświęcał swojej drugiej pasji: górom i taternictwu. Zaczął się wspinać zaraz po wojnie, w 1946 roku, należał do krakowskiego Klubu Wysokogórskiego. Pamięta, że na kursie było chłodno i głodno, więc ciągle burczało mu w brzuchu. Ale co tam! Karmił się widokiem ukochanych Tatr.
            Właśnie tam poznał Wojtka Niedziałka z socjologii. Studiowali na tej samej uczelni i pewnie gdzieś mijali się na korytarzach, ale zaprzyjaźnili się dopiero w górach.
            Niedziałek był od niego starszy o kilka lat, pochodził z Zakopanego, należał do zakopiańskiego koła Klubu Wysokogórskiego, w czasie wojny walczył w partyzantce, w batalionie "Skała". Wysoki, chudy, ciemne włosy, małomówny,
            ]aworowski był jego przeciwieństwem - średniego wzrostu, wysportowany, z jasną grzywką nad czołem, towarzyski - ale dogadywali się świetnie, Decyzję o zdobyciu Iglicy podjęli bez zbędnych dyskusji.
            - Nie mogą sobie poradzić z lustrami, więc trzeba tam wejść - rzucił pomysł Jaworowski.
            - Weźmiemy ją za pomocą techniki podciągowej.
            - Jasne! - przytaknął Niedziałek.
            Poszli na pocztę i wysłali telegram do dyrekcji Wystawy Ziem Odzyskanych. Potem wrócili do Krakowa na studia.

            Jak ją zdobyć?
            Wojciecha Niedziałka szukałam w Zakopanem. Niestety, umarl w 1995 roku, w maja, przyjaciele pochowali go na Pęksowyrn Brzyzku, na cmentarzu zasłużonych. Leży obok Tetmajera, Makuszyńskiego, Hasiora, Tytusa Chałubińskiego. Wciąż żyje w zakopiańskiej
            legendzie, był postacią nietuzinkową.
            Wojciech Jarzębowski, dziennikarz z Zakopanego, przyjaźnił się z nim ponad 40 lat.
            Kim był? - Socjologiem, taternikiem, narciarzem, zakopiańskim oryginałem - opisuje.-
            Zajmował się pracą naukową, oprowadzał wycieczki, wygłaszał odczyty o górach i taternictwie, pisał wiersze, rzeźbił świątki. Żył, jak chciał, mówił, co myślał, "Ślebodny cłek"-
            jak mówią górale. Zasłynął w Zakopanem jako organizator głośnych akcji politycznych. Do
            końca niewiele się zmienił, Wysoki, żylasty, włosy jak szczecina, zawsze w kapeluszu na głowie i z nieodłącznym plecaczkiem.
            Zbigniewa Jaworowskiego odnalazłam w podwarszawskim Konstancinie. Został profesorem, znanym na świecie radiobiologiem, specjalistą od ochrony przed promieniowaniem. Gawędziarz, jak dawniej otwarty, tylko włosy ma białe jak lodowce, po których chodził przez wiele lat.
            Zdobycie Iglicy to był tylko młodzieńczy epizod w bogatym życiu profesora. Wspominał:
            - Od początku bylem pewien, że się uda. Pochodziłem z Krakowa, który słynął wtedy ze stosowania nowoczesnej techniki podciągowej do pokonywania stromych ścian. To była krakowska specjalność, Niedziałek nie znał jej zbyt dobrze, bo był z Zakopanego, ale to przecież żaden problem.
            Na początku opracowywali plan wspinaczki, znając Iglicę tylko ze zdjęcia w gazecie.
            Pokonanie dolnej części (70 metrów konstrukcji żeberkowej) wydawało się stosunkowo
            proste. Górna część(30 metrów), podobna do rozłożonego statywu fotograficznego,
            zbudowana z nachodzących na siebie i coraz to węższych rur, mogła sprawić kłopoty. Ale i na to znaleźli sposób.
            Jaworowski: - Słuchaj, powiedziałem do Niedziałka, wejdziemy na nią za pomocą węzłów Prusika.
            - Niech pani popuści wodze fantazji – profesor chwycił gumowy wąż do podlewania
            trawników, na którym, myk, myk, zaplątał kawałek sznurka. - Proszę bardzo, to jest węzeł
            Prusika. Gdy go pociągnę w dół, zaciska się tak mocno, że lokomotywę można powiesić, a gdy pociągnę w górę rozluźnia się. Już w Zakopanem sprawdziliśmy, że na stali też trzyma
            się dobrze. Zdecydowaliśmy, że wejdziemy na rury po tych pętlach. ale będziemy je zakładać podwójnie. Klamer używaliśmy tylko do asekuracji. Teraz za pomocą nowych technik można by na nią wejść w ciągu godziny. My spędziliśmy tam półtorej doby.
            c.d.n.
            • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 22.10.17, 19:59
              Z czym na szczyt?
              Odpowiedź z Wrocławia przyszła szybko: Przyjeżdżajcie!
              Jaworowski: - Spakowaliśmy taternickie graty i ruszyliśmy na Ziemie Odzyskane.
              Cała Polska ekscytowała się wystawą. Byliśmy młodzi i też chcieliśmy coś zrobić dla kraju. Z pobudek patriotycznych, nie dla pieniędzy. Myśleliśmy skoro możemy ściągnąć te głupie lustra, to ściągnijmy.
              Prosto z dworca poszli pod Halę Ludową.
              - Stałem u stóp Iglicy urzeczony nią i przerażony. Takiego strachu nie czułem nigdy przedtem, nawet w konfrontacji z największą skałą. Rany boskie, pomyślałem, i ja mam wejść na tę szpilkę! Ale to były sekundy.
              W biurze WZO przywitali ich miło, ale bez entuzjazmu. - Nie tacy tu byli! – machnął ręką jeden z urzędników, patrząc na taternicki sprzęt.
              Poprosili dyrekcję wystawy o plan Iglicy i zaczęli przygotowania. Zajęły im jakieś 10 dni. - Ze sobą przywieźliśmy tylko liny i karabinki. W warsztatach trzeba było zrobić cybanty, takie klamry z grubego płaskownika, skręcane śrubą. Musiały być dokładnie dopasowane do średnicy rur i dolnych elementów Iglicy.
              - Jeden dzień zmarnowałem na szukanie hełmów - zapamiętał profesor. - Wtedy nie było plastikowych kasków, takich, jakie dzisiaj można znaleźć na każdej budowie. Tylko wojsko miało hełmy, więc ruszyliśmy z prośbą do armii. Jakiś pan pułkownik przyjął nas w gabinecie. Mówię, o co chodzi, a on:
              - Nie! Hełm służy tylko do ochrony głowy polskiego żołnierza przed kulami i odłamkami, a nie do taternickiej wspinaczki.
              - Chyba z godzinę go przekonywałem, aż w końcu ustąpił. Hełm był ciężki jak diabli, myślałem, że na głowie dźwigam tonę i zaraz złamie mi się szyja. Ale się; przydał, bo gdy Niedziałek strącał lustro, spadło na mnie jakieś żelastwo, Po skończonej robocie z ulgą rzuciłem go na dół, z hukiem rąbnął o beton.

              Dlaczego prowadził Niedziałek?
              Dyrekcja WZO zakwaterowała taterników w hotelu przy ul. Kopernika, niedaleko parku Szczytnickiego. Profesor zapamiętał, że budynek miał okrągłe okna, jak na okręcie. - Codziennie w nocy szliśmy do tego parku i ćwiczyliśmy wspinaczkę.
              Musiałem podszkolić Niedziałka, bo, jak mówiłem, niezbyt dobrze znał technikę podciągową, którą chcieliśmy zastosować na Iglicy. Jak ćwiczyliśmy? Po prostu wdrapywaliśmy się na parkowe latarnie. Testowaliśmy też na nich nowe liny, które kupiłem na targu we Wrocławiu. Musieliśmy wiedzieć, czy nie ślizgają się po metalowej powierzchni na przykład w czasie deszczu.
              - Ćwiczyliście nawet, gdy padało?
              - A skąd! - śmieje się profesor. – Siusialiśmy z góry na latarnie, żeby były mokre. Poważnie!
              W końcu byli gotowi. Początek akcji wyznaczyli na piątek 15 października. Dlaczego Niedziałek poszedł pierwszy?
              Jaworowski: - Zagraliśmy w marynarza i wypadło na niego. W górach podczas partnerskiej
              wspinaczki taternicy zwykle się zmieniają: najpierw jeden idzie pierwszy, potem drugi. Ale na Iglicy to by nie wyszło. Wiedzieliśmy, że gdy dojdziemy do rur, nie będzie miejsca dla dwóch, dlatego w losowaniu musieliśmy rozstrzygnąć, kto poprowadzi.

              Kto to widział?
              U stóp Iglicy już czekały na nich tłumy. Ludzie krzyczeli, wiwatowali, prosili o autografy,
              jakby atakowali Mount Everest. "Wyczyn zdobywających Iglicę taterników Niedziałka
              i Jaworowskiego pasjonuje Wrocław i zwiedzających Wystawę Ziem Odzyskanych" - pisało
              "Słowo Polskie" na pierwszej stronie.
              Zdobywanie Iglicy stało się medialnym wydarzeniem. O taternikach z Krakowa mówiło radio, pisały gazety w całej Polsce, śmiałków pokazała nawet Polska Kronika Filmowa.
              "Słowo Polskie" metr po metrze relacjonowało przebieg wspinaczki: ,,O godz, 9.00
              rano przybywają dwaj taternicy, zajmują miejsca koło popiersia »Robotnika«. O godz. 10:00
              zwieziono sprzęt, który będzie konieczny przy dokonaniu zadania. Na wieść o wspinaczce liczni taternicy z Wrocławia pospieszyli na teren Wystawy, ofiarowując swoją pomoc kolegom z Krakowa. Godz. 11.30 Wojciech Niedziałek rozpoczyna akcję. Tłum zastygł w oczekiwaniu. Godz. 11.45 - na Iglicę zaczyna wdrapywać się Jaworowski. Godz. 12.00 - Niedziałek osiągnął 12 żebro. Godz.14.00 - Niedziałek odpoczywa. Tłumy publiczności z zapartym tchem śledzą przebieg akcji. Godz. 18.00 - taternicy pogrążeni w ciemnościach. Pada deszcz. Chłopcy proszą z góry o podanie im termosu z gorącą wodą. Godz. 22.00 – do lustra brakuje jeszcze 13 metrów. Zawodzi serce, na lince podano im coraminę na wzmocnienie ["Z naszym zdrowiem było wszystko w porządku, po prostu wtedy wierzyliśmy w coraminę"]. Świt zastaje obu taterników na szczycie. Godz. 5.40 Jaworowski prosi o wyłączenie reflektora. Godz, 6.00 - rusza do góry drugi transport z wyżywieniem, woda z sokiem i bułki z masłem. O godz. 6.45 - Niedziałek rozpoczyna forsowanie trzeciego segmentu. O godz, 9.20 - Niedziałek jest osiem metrów od celu. Ostatni odcinek forsuje
              niezwykle szybko. Jeszcze jeden wysiłek mięśni. Jeszcze jedna wibracja ciała i widzimy, że ręka Niedziałka dotyka lustra. Cel został osiągnięty po 24 godzinach ciężkiej pracy.
              Godz. 11.45 - Niedziałek z góralskim okrzykiem dziękuje za owacje, odłamki lustra padają na dziedziniec".
              Polska Kronika Filmowa też uwieczniła ten moment na szarym niebie: Niedziałek wygląda jak czarny, ruchliwy punkt. "Zadanie zostało wykonane - mówi komentator PKF. - Wyczyn młodych taterników podziwia cały kraj!".
              c.d.n.
              • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 22.10.17, 20:13
                Jak było na górze?
                Profesor Jaworowski nie pamięta szczegółów, minęło przecież ponad pół wieku. Czy było aż tak dramatycznie? - Było zwyczajnie, jak na każdej wspinaczce. Nie czułem strachu ani wielkiego zmęczenia. Po drodze odpoczywaliśmy kilka razy, przytuleni do stalowej ściany. Pamiętam tylko dwie trudne sytuacje. Okazało się, że obejmy wykonane w warsztacie są za małe, każdą klamrę trzeba było poprawiać. Chwyciliśmy za taternickie młotki i zaczęliśmy je dopasowywać na siłę. I to była główna przyczyna, że nasza wyprawa tak się przedłużyła. Najgorsze przeżycie było nad ranem, gdy od strony miasta przypłynęła do nas wielka, żółta,
                cuchnąca siarkowodorem chmura. Smród straszliwy, nie do zniesienia.
                Dla Niedziałka była to pierwsza w życiu wspinaczka nową techniką. Jak sobie z nią radził, czy się nie bał? Po zakończonej akcji mówił w gazetach: - Gdyby było potrzeba, poszlibyśmy jeszcze raz.
                W Zakopanem po latach zwierzał się przyjaciołom: - Bałem się, ale chciałem im udowodnić,
                że niemożliwe jest możliwe.
                Gdy po 36 godzinach stanęli wreszcie na ziemi, tłum ruszył w ich kierunku. Dziennikarze
                policzyli, że niezwykłą ekspedycję na szczyt wrocławskiej szpilki obserwowało ponad 30 tysięcy ludzi. - Tak mnie przycisnęli do stopy Iglicy, że o mało nie złamali mi kręgosłupa. Milicja torowała nam drogę do samochodu - wspomina profesor.
                Od początku mówili, że wejdą na Iglicę za darmo. Podpisali nawet oświadczenie, że biorą na siebie całą odpowiedzialność, gdyby coś nie wyszło. - Ale gdy wyszło, dyrekcja WZO uparła się, że musi nas jakoś nagrodzić, Dyrektor wręcz kłócił się z nami: napiszcie chociaż oświadczenie, ile kosztował zniszczony sprzęt. Dostałem za ten sprzęt tyle pieniędzy, że wystarczyło na kilkutomowy podręcznik anatomii Bochenka.
                W Zakopanem opowiadają, że Niedziałek swoją część przekazał na odbudowę Warszawy,
                ale prof. Jaworowski nie przypomina sobie, żeby tak było.

                Co było potem?
                Profesor Jaworowski: - Wróciliśmy do Krakowa sławni jak gwiazdy filmowe [śmiech]. Od razu dostałem stypendium i mogłem kupować tanie obiady w stołówce, chociaż oprócz Klubu Wysokogórskiego nie należałem do żadnej organizacji. Ale pół roku później wszystko mi zabrali, już nie byłem taki sławny. No ale przynajmniej przez kilka miesięcy wiodłem sobie "hulaszcze życie".
                W następne wakacje taternicy z Iglicy jeszcze raz przeprowadzili wspólną akcję. Dogadali się ze związkami zawodowymi i zaczęli wozić autobusami grupy robotników na wycieczki w Tatry i Beskidy. - To się nazywało "akcja wypoczynku niedzielnego". Zarobiliśmy trochę pieniędzy na życie.
                I to był koniec ich współpracy, potem każdy poszedł w inną stronę zdobywać swoje życiowe iglice. Niedziałek wkrótce skończył studia i wyjechał do Zakopanego. Zniknął z Krakowa. Podobno przeżył jakąś nieszczęśliwą miłość. Profesor czasem spotykał go na górskich szlakach albo na zakopiańskich Krupówkach, ale nie utrzymywali już bliskich kontaktów.
                - Zawsze mnie zaskakiwał - pamięta. - Mówił na przykład: Wiesz, stosuje teraz nową dietę, jem tylko sól i piję wodę.
                Profesor Zbigniew Jaworowski został specjalistą w dziedzinie ochrony ludzi przed promieniowaniem. Po awarii reaktora w Czarnobylu to on był inicjatorem przeprowadzenia
                w Polsce masowej akcji profilaktycznej, podczas której podawano dzieciom płyn Lugola.
                "Taternik, lekarz, fizyk, radiobiolog, autor wielu prac naukowych" - piszą o nim encyklopedie. W latach siedemdziesiątych zorganizował dziesięć wypraw w różne góry świata - Himalaje, Alaska, Afryka, Peru, żeby na lodowcach zbadać skażenie globu radioaktywnością i metalami ciężkimi. Od wielu lat związany z Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie.
                - Iglica to nie był mój życiowy wyczyn. Ot, młodzieńcza, zabawna przygoda - żartuje.
                - Chociaż może dzięki niej moja przyszła żona [prof. Zofia Kielan-Jaworowska, wybitny paleontolog - przyp. aut.] zwróciła na mnie uwagę. Wie pani, gdzie zobaczyła mnie pierwszy raz? W kinie, na kronice filmowej ...
                Autor: Wanda Dybalska
                • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 23.10.17, 00:41
                  Suplement

                  Ślebodny cłek
                  Wśród taterników włodawska wyprawa na Iglicę wywołała dyskusje.
                  - W Zakopanem - opowiadał mi redaktor Wojciech Jarzębowski - Niedziałek miał z tego powodu przechlapane. Mówili, że to żaden wyczyn taternicki, raczej kominiarski. Zdobywców Iglicy skrytykowało pismo „Taternik": "Wyczyn wrocławski – grzmiał redaktor-taternik - nie ma nic wspólnego z alpinizmem czy taternictwem, tak samo jak z taternictwem nie ma nic wspólnego kopanie ziemniaków czekanem, chociażby to robił taternik. Właściwie nie byłoby co pisać o tym »wyczynie«, gdyby nie rozgłos, jaki mu towarzyszył (...) Członkowie Klubu Wysokogórskiego mogą sobie skakać z trampoliny, wdrapywać się na drzewa lub stalowe iglice i wolno im te swoje wyczyny reklamować w prasie wywiadami czy nawet własnymi artykułami - ale nie powinni tego firmować swym członkostwem klubowym".
                  Zbigniew Jaworowski odpowiedział mu żartobliwy opisem zdobywania "Nowej drogi na Ziemiach Odzyskanych", który tak zakończył: "Stąd kilka wyciągów do olbrzymiego lustra nietektonicznego. Dalej droga staje się niemożliwa, gdyż wejście na wierzchołek grozi śmiercią przez nadzianie się".
                  I na tym skończył się taternicki pojedynek.

                  Przyjaciele spod Gubałówki

                  Redaktora Wojciecha Jarzębowskiego, zakopiańskiego korespondenta krakowskiego "Dziennika Polskiego" (siwe włosy, pod szyją góralska parzenica), znalazłam niedaleko Krupówek. Przyjaźnił się z Niedziałkiem ponad 40 lat, ale w swoim archiwum znalazł tylko jedno zdjęcie przyjaciela, chyba z lat sześćdziesiątych: stoją razem na chodniku i gawędzą.
                  Pierwszy raz zobaczył go w Krakowie, na Uniwersytecie Jagiellońskim (Niedziałek studiował socjologię, a Jarzębowski dziennikarstwo), w kolejce po paczki z UNRRA.
                  - Wojtuś pilnował porządku, a ja chciałem wcisnąć się bez kolejki. Wyciągnąłem legitymację
                  Bratniej Pomocy Studentów i podsunąłem mu pod oczy. "Aha – burknął – no to kolega dla przykładu pójdzie na sam koniec". Już wtedy miał opinię sakramencko solidnego człowieka.
                  Po studiach obaj wylądowali w Zakopanem: Niedziałek wrócił do ukochanych Tatr, Jarzębowski dostał nakaz pracy i utknął u stóp Gubałówki. Pisał korespondencje i książki.

                  Podejdź, no do płota!
                  Redaktor pamięta, że w czasach politycznych przełomów Niedziałek podrywał na nogi całe Zakopane. Do dzisiaj wspominają jego głośne akcje w 1956 roku. W czasie październikowej
                  odwilży utworzył w mieście komórkę Rewolucyjnego Związku Młodzieży. - Zorganizował marsz i w drodze zamachu przejął siedzibę ZMP - opowiadał były wiceburmistrz Piotr Bąk, - Aktywistom dał dwie godziny na wyprowadzkę [- Zamknął ich w ubikacji, he, he - śmieje się Jarzębowski]. Potem w siedzibie ZMP ulokował Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych, słynna szkoła Antoniego Kenara; było tam do początku lat dziewięćdziesiątych, gdy o budynek upomnieli się dawni właściciele.
                  Już wtedy Niedziałek wymyślił zakopiańskie "płoty dyskusyjne", niektórzy nazywali go nawet płotowym redaktorem.
                  - Pisał, co myslal o systemie, władzy, i przypinał to na Krupówkach – wspominał Jarzębowski. - Ubecy wściekali się jak diabli, Wojtuś wieszał swoje gazetki, a oni je zrywali. Aż w końcu znalazł na nich sposób - któregoś dnia na płocie zamiast plakatów pojawiły się wiązki siana, jakby chciał im powiedzieć: Jedzcie, osiołki!
                  Plakatowe gazety Niedziałka pojawiły się w Zakopanem również w latach osiemdziesiątych. Jerzy Jurecki był wtedy działaczem "Solidarności". – Pisał je na szarym papierze, mazakiem, wszyscy wiedzieli, że to jego robota.
                  Władza krzywo patrzyła na płotową publicystykę Niedziałka, więc Jerzy Zacharko wówczas szef zakładowej i krajowej komisji koordynacyjnej "S" pracowników PSS Społem, potem wiceprzewodniczący Rady Miejskiej Zakopanego - wprowadził Niedziałka do społemowskich sklepów, Plakatowe gazety pojawiły się w witrynach. - Był naszym doradcą, swoimi pytaniami i wątpliwościami zmuszał nas do myślenia - wspomina Zacharko.
                  Niedziałek nie należał do "S" ani do żadnej partii, ale gdy ogłosili stan wojenny, milicja przyszła i po niego. - Był groźny, bo pluł na nich i pyskował- opowiada Jarzębowski.
                  - Zapomnieli jednak, że z taternikiem mają do czynienia. Gdy stanęli pod drzwiami, on zaczepił linę o barierkę balkonu i fru!, już go nie było. Przez jakiś czas musiał się ukrywać,
                  Gdy walił się system, wezwał zakopiańską nomenklaturę do publicznej spowiedzi.
                  Wszystkich wymienił po nazwiskach i rozplakatował. Niedziałkowy sąd odbył się w Tatrzańskim Ośrodku Kultury.

                  Trzeba zburzyć Zakopane

                  Miał w Zakopanem wielu przyjaciół, ale byli i tacy, którzy go nie lubili z powodu niewyparzonego języka i dlatego, że był "rygorystyczny, wszystko robił na wojskowo". Bywał na posiadach u Hasiora, chodził w góry ze Stefanem Chałubińskim, znanym przewodnikiem tatrzańskim i wnukiem Tytusa Chałubińskiego - odkrywcy Zakopanego. Przekomarzał się z Jarzębowskim, wytykając mu "zbrodniczo-rzeźnickie odchylenie od normy", czyli myśliwskie pasje. Współpracował z gen. Mieczysławem Borutą-Spiechowiczem, generałem z przedwojennej nominacji, legionistą i współzałożycielem w latach siedemdziesiątych Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. - Był takim przybocznym generała - opowiadał wiceburmistrz Bąk.
                  Jarzębowski: - Z czego żył? W Zakopanem nie trzeba mieć etatu, żeby jakoś przetrwać.
                  Chwytał się różnych zajęć. Przez jakiś czas pracował w Funduszu Wczasów Pracowniczych
                  jako specjalista od turystyki, ale szybko się z nimi rozstał. Poszło o kwadratowe garnki. Widział, że turyści długo czekają na posiłki, więc wymyślił, że można je przyspieszyć, stosując kwadratowe garnki - na piecu jeden będzie przylegał do drugiego i wtedy zmieści się 15 zamiast pięciu. Rykowisko się zrobiło, he, he, w całym Zakopanem. Dyrekcja machnęła ręką, więc Niedziałek uderzył wyżej i go wyrzucili.
                  Lubił robić różne wynalazki, wymyślił szybkie narty z cięgami, pisał o nich nawet "Przekrój", nazywały się "niedziałki".
                  Przez prawie dziesięć lat Niedziałek zajmował się działalnością naukową, tzw. socjologią Turystyki. Badał chłonność turystyczną szlaków tatrzańskich i pisał o tym naukowe prace.
                  Ludzie w Zakopanem kiwali głowami, patrząc na jego metody badawcze. – Pracowałem wtedy na Kasprowym w obserwatorium meteorologicznym i widziałem, co wyprawiał wspomina Apoloniusz Rajwa, przewodnik, ratownik i grotołaz, - Na przykład przed budynkiem stacji kolejki linowej namalował kwadrat, taki 10 na 10 metrów, potem uzbierał grupę turystów i zaczął ich w tym kwadracie ustawiać: najpierw z plecakami, potem bez, na stojąco i w kucki. Tak liczył, ilu turystów zmieści się jednorazowo na szczycie Kasprowego.
                  Miał niesamowite pomysły. Mieliśmy w obserwatorium butle z wodorem. Któregoś dnia przyszedł do nas z balonami i prosi, żeby je napełnić. Pytamy: a po co to panu?
                  - A chce puścić jutro nad Zakopanem transparent: Niech żyje 1Maja!
                  - To były bardzo ważne badania, nikt wcześniej się tym nie zajmował. Wszyscy krzyczeli:
                  Cepry zadeptują Tatry! Trzeba chronić góry, ale jak? - tłumaczy Jarzębowski. - Niedziałek
                  mówił, że ruch turystyczny trzeba kontrolować, że nie może na przykład wejść nagle 100 tysięcy ludzi do Doliny Chochołowskiej, bo szlag ją trafi! Był zagorzałym obrońcą tatrzańskiej przyrody. Głosił nawet kontrowersyjny pogląd, że Zakopane należałoby zburzyć i przenieść 30 kilometrów dalej, wtedy ochronimy Tatry.
                  c.d.n.
                  • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 23.10.17, 00:46
                    Obok Hasiora i Tetmajera
                    Jarzębowski: - W Zakopanem oryginałów było od cholery, ale Wojtuś niewątpliwie był
                    oryginałem nieprzeciętnym. Nie pił, nie palił, ciągle stosował jakieś dziwne diety albo głodówki (chyba miał kłopoty z żołądkiem i tak się leczył), na przykład jadł tylko zupy albo płatki owsiane z miodem. Codziennie biegał po kilkanaście kilometrów. Siedzę sobie na Krupówkach, a Wojtuś leci w dresiku.
                    „Dokąd to, Wojtuś?" -zagaduje. "A do Morskiego Oka" (25 kilometrów). Do końca był
                    zatwardziałym kawalerem. - Która baba by z nim wytrzymała - opowiada redaktor.
                    - W mieszkaniu same książki i prycza, jak w schronisku. Ściany i sufit pomalowane na stalowo, na ścianach tylko taternickie liny,
                    Wojciech Niedziałek umarł w 1995 roku, miał 73 lata. Przyjaciele pochowali go na
                    Pęksowym Brzyzku. Na grobie leży szara skała, przyniesiona z gór, jak u wszystkich taterników.

                    Autor: Wanda Dybalska
                    "Akta W"
      • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 23.10.17, 11:15
        I kolejny słoneczny jesienny dzień we Wrocławiu... to nie była wycieczka turystyczna - wybraliśmy się na Halę Targową po kanie.
        Jak się mieszka w pobliżu Ostrowa Tumskiego we Wrocławiu, to obojętnie jaką trasę się wybierze, zawsze w zasięgu wzroku znajdzie się Katedra, Odra czy inne ciekawe obiekty.

        https://fs1.directupload.net/images/user/171023/wgxakck8.jpg
        • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 23.10.17, 11:29
          Most Piaskowy - wymieniany już w 1154 roku, łączy Wyspę Piaskową z lewobrzeżną częścią Wrocławia. Początkowo był tu most drewniany, zwodzony przed bramą miejską, obecny - metalowy jednoprzęsłowy - powstał w 1861 roku. Liczne remonty i naprawy całkowicie zmieniły jego pierwotny wygląd.

          https://fs5.directupload.net/images/user/171023/u3gyuuhj.jpg
          • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 23.10.17, 11:51
            To był spacer z otwartymi oczami, po mieście, które dobrze znam i za każdym razem odkrywam na nowo.
            Na drugiej focie od góry po lewej stronie widoczna jest cerkiew - ale to już moja historia.
            Wrocław jest miastem mostów, nic dziwnego, skoro położony jest na licznych wyspach i trudno nawet powiedzieć, czy spogląda się właśnie na Odrę czy któryś z jej licznych kanałów. Od mostu Piaskowego do kolejnego prowadzi zadbana alejka spacerowa i nic to, że równolegle do niej jeżdżą tramwaje, można się skryć w cieniu wysokiego żywopłotu pełnego barwnych kuleczek. Ognik to jest, jak mi powiedziała AL.

            https://fs5.directupload.net/images/user/171023/sgcml3i6.jpg
            • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 24.10.17, 00:32
              Cerkiew św. św. Cyryla i Metodego
              Barokowy kościół klasztorny augustianek pw. św. Jakuba wzniesiono w latach 1686-1690. Odbudowany po pożarze w 1791r., w 1852r. zmienił wezwanie na św.Anny. W 1970r. został przekazany Polskiemu Autokefalicznemu Kościołowi Prawosławnemu.
              W podziemnej kaplicy, od 2003 r. znajdują się relikwie świętych wileńskich męczenników: Jana, Antoniego i Eustachego.

              Z ta cerkwią to jest tak, że po raz pierwszy udało mi się zajrzeć do jej wnętrza. Tyle lat, ilekroć tamtędy przechodziłam, zawsze była zamknięta, ale i tym razem mogłam wyłącznie rzucić okiem, ponieważ w środku odbywała się nie tyle msza, co raczej była to pogadanka dla młodzieży - ale przynajmniej mam teraz pojęcie jak wygląda w środku.

              https://fs1.directupload.net/images/user/171024/5v739zay.jpg
              • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 24.10.17, 01:24
                Wyspa Bielarska
                Wyspa w widłach Odry Miejskiej. Nazwa Bielarska Tylna, w odróżnieniu od Bielarskiej Przedniej (obecna Wyspa Słodowa), pojawiła się w XVIII w., zapewne od istniejących tu domów bielników płótna. Od średniowiecza aż do 1810 roku. własność klasztoru św.Klary, później miasta. Ok.1242 i 1288r. powstały tu młyny wodne, wysadzone w 1975r.

                I znowu wracaliśmy na Ostrów Tumski, chociaż już z nieco innej strony.

                https://fs5.directupload.net/images/user/171024/yi48zg5i.jpg
                • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 24.10.17, 01:52
                  Do Ogrodu Botanicznego zajrzeliśmy wyłącznie przez płot, nie mieliśmy już czasu żeby wybrać się tam na spacer...

                  Kościołek św.Idziego to jedna y najstarszych budowli sakralnych Wrocławia (1218-1230).
                  Wielką sławę kościołowi św. Idziego przysporzyła tzw. Brama Kluskowa (zwana też Kluszczaną), czyli arkada łącząca tę świątynię z wczesnorenesansowym gmachem kapituły. Według legendy jej ozdobę, przypominającą kluskę, zesłało samo niebo.
                  A było to tak: pewien chłop z Dąbia pod Wrocławiem wracając z targu, przysnął zmęczony na kamieniu przed kościołem św. Idziego. Był wdowcem. Przyśniła mu się żona - niewiasta dobra, cnotliwa i do tego świetna kucharka. Nic dziwnego, że zasłużyła na niebo. Mąż zobaczył ją w gronie rozradowanych aniołków. Ale jego żona była smutna, widząc żałość męża. W tym momencie chłop się obudził. Przed nim stalą misa pełna klusek z wędzoną wieprzowiną. Danie tak pachniało, że do dziś nazywane jest na Śląsku "królestwem niebieskim". Chłop nie zastanawiając się przystąpił do jedzenia. Jedną kluskę postanowił zachować na pamiątkę, ale łakomstwo wzięło górę. Już miał ją na łyżce, gdy ta nagle ... odfrunęła. Osiadła na zwieńczeniu łęku, a potem skamieniała. Bo kluski śląskie to prawdziwie odlotowe danie.

                  https://fs1.directupload.net/images/user/171024/5octwm2n.jpg
                  • m.maska Re: Wrocław - moje miasto cz.2 24.10.17, 02:03
                    A to już ostatnie foty z mojego pobytu we Wrocławiu we wrześniu...
                    Wiecie ile książek o moim mieście przywiozłam na przestrzeni lat do Niemiec? sama byłam zdziwiona... ile się tego nazbierało smile

                    https://fs1.directupload.net/images/user/171024/bw5v25n2.jpg
                    • al-szamanka Re: Wrocław - moje miasto cz.2 24.10.17, 10:07
                      Piękne Twoje i przez 5 lat moje miasto smile

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka