Gość: zamyślony_gość
IP: *.zamosc.mm.pl
11.12.05, 02:01
A ja z innej beczki, tak uczciwie i serca dla was... może nie na temat, bo
czytam i czytam i śledzę wasze wypowiedzi na tym forum już od dłuższego czasu.
Sam noszę się z zamiarem wyjechania do stolicy (co wcale nie jest związane z
moją pracą, nie ma to prawie żadnego znaczenia). Post mój jest wynikiem
reakcji na ceny mieszkań w Warszawie dochodzących już do astronomicznych sum i
całej tej otoczki wokół, wszystko oczywiście jest politycznie/konsumpcyjnie
uzasadnione.
Widzę rozterki wielu z Was, problemy czasem wręcz głęboko psychologiczne
(zazdrość, wściekłość za brak możności do wejścia w wyższe kasty mieszkajace
luksowowo), już nawet doszło do prowokacji ze strony (być może) "syna
developera". Zastanawiam się po jaką cholerę się tam ludzie pakują. Najpierw
za "kasą", potem zostają pochłonięci przez węża, ktorego nabrzmiałe jelita
układu pokarmowego zdają się nie mieć końca.
No tak...Najpierw praca, pensje,och, wspaniale, ale to nie jest praca na
siebie, lecz na kogś(!), a ten ktoś ma cię głęboko w nosie, gdzyż sam całymi
dniami siedzi z kominairską szczotką i wyciara inny pozatykany nos, itd..
każdy myśli o własnym mieszkaniu, przyzwyczaja się do stania po kilka godzin w
korkach, wyznacznikiem życia wkrótce staje się rozkład jazdy metra, godziny
otwarcua hipermarketu, wszystko takie jałowe, znika sentyment bo trzeba
przetrwać i pokazać na ile "mnie stać".
Stać..., mnie stać na mieszkanie, nie mam wielu ograniczeń, barier lub
zależności do bycia pionkiem w mięsożernym systemie. Coż się dzieje później:
frustracje, depresje, wariacje. Marzeniem jest własne mieszkanie, byle gdzie,
byle jakie. Potem chce się więcej, wyższy standart, miła okolica wolna od
biedoty(!), żuli i złodziei, ktorych jak na złość wszędzie przybywa. W efekcie
ktoś zaczyna pracować ponad siły, żeby kupić (też i na kredyt) mieszknie, ale
w jakiej cenie? 300 tysięcy, nawet 400, 500, 600,(ta gra nie ma końca), potem
trzeba je wykończyć, dochodzi jeszcze garaż, lecz co dalej? Niejeden z Was
pracuje jak wół, ledwo żyje, ale jakoś ciągnie, byle wiecej, byle by mieć
dobrych sąsiadów, ujmijmy to tak: "wykształconych", na poziomie, bez chamstwa,
którego nikt nie potrafi jednoznacznie zdefioniować.
Powoli starciłem entuzjazm, czy jest sens się pakować w takie mrowisko, po
jaką cholerę uciekać od prostego życia (problemy są oczywiście takie same, ale
rozwiązania są bardziej proste niż w molochu). Pomyślcie: przecież za 300-400
tysięcy to można wywalić wielki dom (w miarę potrzeby) na prowincji i siedzieć
cicho, nie być związanym przez mechanizmy, które codziennie w jakiś sprytny
podstępny sposób wyciągają z nas pieniądze, w między czasie ktoś ukradnie
samochód, torebkę, ktoś gdzieś oszuka. Przecież to wszystko jest projektowane
przez system i tylko ślepy robot daje się nabrać na takie życie. Każdy kto zna
wartość pieniądza, doświadczył jego brak, prędej czy poźniej musi wpaść na
myśl: że ktoś go strasznie robi w balona. Żal mi części z Was, że w tej chorej
machinie jesteście tylko małymi trybikami, a gadacie mentorskim tonem jakby
głosem połowy silnika tej machiny, niestety dotyczy to tych bogatszych. Jak
długo dacie się na własną prośbę nabijać w butelkę? A może ma to jakiś inny
wymiar o którym nie mam pojęcia i zmieni się coś w moim myśleniu. Machina jest
kusząca, ale za jaką cenę?
Nie wiem jak zakończyć. Czy wykładem o odstarszającej niejednokrotnie
architekturze współczesnego budownictwa, czy o tym, że chodzi o czasową lokatę
kapitalu (to jeszcze ma jakiś sens), czy o to, że jeśli się już gdzieś żyje -
to trzeba walczyć o coraz to nowsze, większe, lepsze i droższe, czy o tym, że
jesteście bezmyślnymi robbotami, czy to tym, że wcale nie jest tak źle jak to
wygląda, że jednak życie w stolicy jest sielanką, coż w sobie ma to śmierdzące
zatłoczone miasto czego ja szukam w sobie?, sami zakończycie za mnie...
Widziałem już różne miasta, mniejsze, większe, droższe i tańsze, widziałem
miasta zaliczane do największych na świecie, najdroższych, niebezpiecznych czy
przeciwnie. Powiem wam jednak, że jeśli "Och Warszawa, Warszawa" ma tak
wyglądać za kilkanaście lat - to radzę wam kupić dwa zestawy rzeczy: 1.
solidne buty traperskie, plecak i mapę prowincji i wiać szybko gdzie się da
(jeśli jesteście nad-wrażliwi), lub zestaw drugi: dwa nowe auto-alarmy w
aucie, pistolet:gazowy i na ostre pestki, gaz paraliżujący dla rodziny i
najnowsze zamki w drzwiach + monitoring zaufanej spółki. Co bogatszy
opcjonalnie wybierze wersję zestawu z własnym ochraniarzem...ktory zapewne
jako pierwszy was oskubie i zgwłaci córkę.
Przeniósłbym się do was, kochani, ale mam złe przeczucia, nadchodzi chaos wraz
z małolatami biegającymi po ulicach. Na prowincji ten problem jeszcze nie
jest nazywany problebemem, a może jeszcze nie czas by zostawić wkitnące sady
jabłek, kilka dużych sklepów, dwa tory kolejowe (typowa prowincja w Polsce,
miast takich jest około 400).Zakończcie za mnie mój post, porozmawiajmy... do
zobaczenia.