Dodaj do ulubionych

Homoseksualizm i dzieci.

IP: *.dip.t-dialin.net 23.08.01, 10:56
Panie doktorze, poruszam znow temat homoseksualizmu. Jest to wynik niedawnej
dyskusji na forum GW. Chodzi mi o to czy dzieci wychowujace sie w rodzinie, w
ktorej oboje rodzicoe sa tej samej plci "odziedzicza" zachowania homoseksualne
czy tez nie?


Ramzes:)
Obserwuj wątek
    • Gość: barabasz Re: Homoseksualizm i dzieci. IP: *.bund.de 23.08.01, 13:36
      pytanie zle postawione, poniewaz nie moze rodzicow tej samej plci.
      b.
    • Gość: Tomek Re: Homoseksualizm i dzieci. IP: *.pppool.de 24.08.01, 22:59
      > Panie doktorze, poruszam znow temat homoseksualizmu. Jest to wynik niedawnej
      > dyskusji na forum GW. Chodzi mi o to czy dzieci wychowujace sie w rodzinie, w
      > ktorej oboje rodzicoe sa tej samej plci "odziedzicza" zachowania homoseksualne
      > czy tez nie?
      Oczywiście, że nie. I nie jest to tylko teoretyczne rozważanie, ponieważ wiele
      dzieci na całym świecie wychowuje się w takich rodzinach, tylko że do tej pory
      jest to możliwe tylko wtedy, gdy jeden z partnerów/partnerek jest biologicznym
      rodzicem dziecka.

    • andrzej.depko Re: Homoseksualizm i dzieci. 29.08.01, 10:55
      Według Amerykańskiego Stowarzyszenia Psychologicznego nie ma żadnych dowodów,
      że dzieci wychowywane w rodznach, w których rodzice są tej samej płci rozwijają
      się gorzej psychosocjalnie niż inne dzieci. Niemniej istnieją dane uzyskane od
      osób wychowywanych w homoseksualnych domach, iż były one dyskryminowane przez
      rówieśników lub same głęboko przeżywały odmiennośc rodziców, co często
      prowadziło do wykształcenia się w nich homofobii, czyli zdecydowanej wrogości
      go homoseksualizmu.
      Nie ma żadnych przesłanek o dziedziczeniu homoseksualizmu na skutek tylko i
      wyłącznie wychowania prze homoseksualnch rodziców.
      • Gość: barabasz Re: Homoseksualizm i dzieci. IP: *.ibc.de.easynet.net 29.08.01, 22:20
        powtarzam raz jeszcze: nie ma "rodzicow tej samej plci".
        b.
        • Gość: Maur Re: Homoseksualizm i dzieci. IP: *.chello.pl 29.08.01, 23:42
          Gość portalu: barabasz napisał(a):

          > powtarzam raz jeszcze: nie ma "rodzicow tej samej plci".
          > b.

          Wyluzuj sie stary, jakbys jeszcze nie zauwazyl, chodzi o rodzicow w sensie
          spolecznym, nie biologicznym :p
          • Gość: barabasz Re: Homoseksualizm i dzieci. IP: *.ibc.de.easynet.net 30.08.01, 11:00
            dzieki za uwage, zacny Maurze,
            obawiam sie jednak, ze to ty nie zauwazasz: uzywanie terminu "rodzice" w
            stosunku do pary homoseksualnej, jest irytujacym (bo mieszajacym pojecia)
            naduzyciem nie tylko lingwistycznym, ale rowniez formula, ktora trudno
            zaakceptowac rodzicom, nazwijmy to - klasycznym, tzn. heteroseksualnej parze,
            bedacej jednoczesnie i biologicznym i "spolecznymi" rodzicami...
            p.s. jestem zawsze na luzie, czego i Tobie zycze
            b.
            • Gość: ladybi Re: Homoseksualizm i dzieci. IP: 192.168.252.* 03.09.01, 19:07
              Mnie nie irytuje nazywanie osob (homoseksualnych czy jakichkolwiek innych) z
              miloscia spelniajacych obowiazki rodzicielskie - rodzicami wlasnie. Sa o ile
              wiem jeszcze opiekunowie prawni, rodzice adopcyjni, rodzice biologiczni
              pozbawieni praw rodzicielskich, dawcy nasienia, matki zastepcze i inne wariacje
              na powyzszy temat. Mam wrazenie, ze to, czy ktos moze nazwac sie rodzicem ma
              wiecej wspolnego z tym, jaka role odgrywa wobec dziecka niz jakie relacje
              biologiczne pomiedzy nimi wystepuja. Wazna dla mnie jest milosc rodzicielska
              odwzajemniena dziecieca miloscia. To spaja rodzine jakakolwiek ona jest
              bardziej niz slownikowa definicja rodzicielstwa.
            • Gość: lucki Re: Homoseksualizm i dzieci. IP: *.*.*.* 04.09.01, 09:37
              Gość portalu: barabasz napisał(a):

              > dzieki za uwage, zacny Maurze,
              > obawiam sie jednak, ze to ty nie zauwazasz: uzywanie
              terminu "rodzice" w
              > stosunku do pary homoseksualnej, jest irytujacym (bo
              mieszajacym pojecia)
              > naduzyciem nie tylko lingwistycznym, ale rowniez
              formula, ktora trudno
              > zaakceptowac rodzicom, nazwijmy to - klasycznym, tzn.
              heteroseksualnej parze,
              > bedacej jednoczesnie i biologicznym i "spolecznymi"
              rodzicami...

              Czy z Twojej wypowiedzi moge wysnuc wniosek, ze
              heteroseksualna para, ktora poprzez adopcje uzyskuje
              prawo do wychowania dziecka nie jest tego dziecka
              rodzicami? Bo z tresci przed Ciebie przedstawionej tak
              jasno wynika. Wynika, ze nierozlacznosc "spolecznego" i
              "biologicznego" charakteru rodzicow warunkuje prawo do
              nazywania tych ludzi "rodzicami". Rozumiem wiec, ze
              dzieci, ktore zostaly zaadoptowane powinny do swoich
              prawnych opiekunow zwracac sie per ciociu i per wujku,
              tak?

              A tak zupelnie na marginesie. Rodzicem jest nie ten co
              urodzil, ale ten co wychowal. Ja rozumiem, ze Twoj
              katolicki swiatopoglad nie pozwala sie konstruktywnie
              zastanowic sie nad sensem przytaczanych przez Ciebie
              dogmatow. Rozumiem takze, ze brak w Tobie wspolczucia
              dla ludzi o odmiennych upodobaniach seksualnych, skoro
              tak zywo protestujesz przeciwko adopcji dzieci przez
              pary homoseksualne. A nie uwazasz moze, ze swiat zostal
              stworzony troche ulomnym i czlowiek jako istota myslaca
              i majaca zdolnosc do ksztaltowania otaczajacej
              rzeczywistosci ma takze prawo do ingerencji w pewne (nie
              biologiczne) zachowania? Tak, by rowniez Ci ktorzy
              dzieci nie maja mogli je miec. Czy heteroseksualne pary,
              ktore sa bezplodne nie maja prawa do dzieci? Nie po to
              wynaleziono zaplodnienie in vitro? Moze wiec trzeba
              posunac sie dalej w swojej tolerancji i pozwolic takze
              ludziom tej samej plci zaadoptowac i wychowac dziecko.
              Tylko niestety nasze spoleczenstwo ma w swoich szeregach
              tak zacnych obywateli jak Ty, ktorzy zaraz takie dziecko
              beda wytykac palcami. I dlatego pomimo, ze jestem za
              adopcja dzieci przez pary homoseksualne, nie
              dopuszczalbym na razie do takich zjawisk w katolickiej,
              tolerancyjnej, swiadomej spolecznie Polsce.

              Wyrazy wspolczucia dla kolegi i jego pogladow.
              PS. Nie jestem gayem.

              > p.s. jestem zawsze na luzie, czego i Tobie zycze
              > b.

              Ja tez jestem na luzie.
              • Gość: barabasz Re: drogi Lucki IP: *.access.de.clara.net 04.09.01, 17:41
                Twoj post jest przydlugi, pozwol wiec, ze ustosunkuje sie do wybranych kwestii
                merytorycznych i pomine "wycieczki" osobiste pod moim adresem.

                po pierwsze, zechciej przyjac do wiadomosci, ze nie jestem ani katolikiem ani
                muzulmaninem ani tez zydem, co nie czyni mnie ani lepszym ani gorszym od
                wyznawcow w/w religii.
                po drugie, zechciej przyjac do wiadomosci, ze jestem m.in. lingwista i
                logikiem, co pociaga za soba - byc moze - pewne uwrazliwienie na jezyk,
                wychodzace poza norme. przy okazji warto przypomniec niejakiego jasia z
                czarnolasu, ktory to, jak Ci wiadomo, mawial: "bo chodzi o to, aby jezyk gietki
                wyrazil wszystko, co pomysli glowa. otoz to: rodzic pochodzi od rodzic; co
                znaczy rodzic - wyjasniac nie trzeba. uzywanie terminu "rodzice" w stosunku do
                innej, niz tej wywodzacej sie z rodzenia "konstelacji" prowadzi do zametu
                jezykowego, "rozmiekczenia" pojecia i, w ostatecznej konsekwencji, odebrania
                statusu wyjatkowosci rodzicom, jak ich nazwalem,"klasycznym". to zas jest nie
                do przyjecia, poniewaz rodzice "klasyczni" na ten status jak najbardziej
                zasluguja.
                twoj posulat "prawa" do dzieci par homoseksualnych jest niczym innym, jak
                wyrazem rozpowszechniajacego sie (niestety) rowniez w polsce przekonania,
                ze "nalezy" mi sie od zycia wszystko, a kompromisy sa dla idiotow badz
                mieczakow.
                otoz, drogi Lucki, zapewniam Cie, ze tak nie jest i byc nie moze. rezygnacja,
                strata, deficyt zwiazane sa immanentnie z ludzka egzystencja, ba -w duzym
                stopniu to one wlasnie (i ich akceptacja) decyduja o naszym "czlowieczenstwie".
                jesli para homoseksualna akceptuje swoja homoseksualnosc, powinna rowniez
                zaakceptowac oczywisty fakt, ze dla par homoseksualnych natura nie przewidziala
                potomstwa. zapewniam cie, ze heteroseksualnych par nie mogacych miec dzieci i z
                utesknieniem czekajacych latami na mozliwosc adopcji jest wiecej, niz
                homoseksualnych. to d z i e c k o ma prawo do rodzicow, jesli juz
                nie "biologicznych", to przynajmniej adopcyjnych heteroseksualnych chociazby po
                to, aby w zyciu codzienym doswiadczac, co to jest kobiecosc i co to jest
                meskosc. tylko w ten sposob mozliwy jest rozwoj, samookreslenie i akceptacja
                wlasnej plci. jak do nich sie zwraca, to juz zupelnie drugorzedne.
                pozdrawiam
                b.
                p.s. w przypadku, ktory postulujesz, dziecko zwracaloby sie "tato 1" i "tato
                2" ?
                b.
                • Gość: ChomAr Re: drogi Barabaszu IP: *.wla.pl 04.09.01, 23:10
                  Chcialem powiedziec zed na dzien dzisiejszy jest mozliwosc aby rodzicami
                  biologicznymi były osoby tej samej plci, a wogole trzecia osoba (kobieta) moze
                  to dziecko urodzic.
                  wtedy, drogi barabaszu, nie zgadza sie to co powiedziales na paczatki.
                  pozatym to proponuje sie przeniesc na inna liste dyskusyjna...
                  moze do prof. Miodka?

                  mysle ze z nim mialbys marne szanse na konwersacje

                  ChomAr
                • Gość: lucki Re: drogi Lucki IP: *.*.*.* 05.09.01, 10:07
                  Gość portalu: barabasz napisał(a):

                  Pozwole sobie ustosunkowac sie wzgledem Twej
                  argumentacji.

                  > Twoj post jest przydlugi, pozwol wiec, ze ustosunkuje
                  sie do wybranych kwestii
                  > merytorycznych i pomine "wycieczki" osobiste pod moim
                  adresem.

                  Pomimo, ze Twoj post jest tez przydlugi, poswiece
                  chwilke na dokladne ustosunkowanie sie do jego tresci.

                  >
                  > po pierwsze, zechciej przyjac do wiadomosci, ze nie
                  jestem ani katolikiem ani
                  > muzulmaninem ani tez zydem, co nie czyni mnie ani
                  lepszym ani gorszym od
                  > wyznawcow w/w religii.

                  Ciesze sie i martwie. Ciesze, po nie bedziesz zapewnie
                  zacietrzewionym wyznawca ktoregos z tych ugrupowan
                  broniacych swoich racji w imie religijnych idei.
                  Martwie natomiast tym, ze jesli nie jestes religijnym
                  "ekstremista anty homo-adopcyjnym" (nie rob tylko prosze
                  wywodow na temat mojego slowotworstwa) to jest jakas
                  inna determinanta takiego skrzywienia w twej swiadomosci
                  dotyczacego praw innych ludzi. A wiec bedzie strasznie
                  trudno nawet racjonalnymi argumentami przekonac Cie do
                  pogladow coraz to wiekszych rzeczy spolecznych na tym
                  swiecie.

                  > po drugie, zechciej przyjac do wiadomosci, ze jestem
                  m.in. lingwista i
                  > logikiem, co pociaga za soba - byc moze - pewne
                  uwrazliwienie na jezyk,

                  Uwierz mi, ze logika to takze moje hobby (choc z zawodu
                  jestem psychologiem). Nie widze w swoim mysleniu braku
                  logiki. Jesli Ty ja dostrzegasz wypunktuj prosze
                  niespojnosci logiczne, ktore w moich wypowiedziach
                  dostrzegles.

                  > wychodzace poza norme. przy okazji warto przypomniec
                  niejakiego jasia z
                  > czarnolasu, ktory to, jak Ci wiadomo, mawial: "bo
                  chodzi o to, aby jezyk gietki
                  >
                  > wyrazil wszystko, co pomysli glowa. otoz to: rodzic
                  pochodzi od rodzic; co
                  > znaczy rodzic - wyjasniac nie trzeba. uzywanie terminu
                  "rodzice" w stosunku do

                  No coz, przedstawienie przez Ciebie pochodzenia slowa
                  "rodzic" jest na tyle niedorzeczne, ze niestety
                  pozostawie bez komentarza. Odsylam do slownika, do
                  sprawdzenia leksykalnego znaczenia tego slowa.

                  > innej, niz tej wywodzacej sie z rodzenia "konstelacji"
                  prowadzi do zametu
                  > jezykowego, "rozmiekczenia" pojecia i, w ostatecznej
                  konsekwencji, odebrania
                  > statusu wyjatkowosci rodzicom, jak ich
                  nazwalem,"klasycznym". to zas jest nie
                  > do przyjecia, poniewaz rodzice "klasyczni" na ten
                  status jak najbardziej
                  > zasluguja.

                  A co to sa rodzice "klasyczni"? Jako psycholog z
                  wyksztalcenia mialem do czynienia przynajmniej z 20
                  definicjami slowa "rodzina". I do dzisiaj nie wiem,
                  ktora definicja zasluguje na miano prawidlowej. Mysle,
                  ze zaproponowana przez Ciebie wykladnia slowa "rodzic"
                  jest tylko i wylacznie wytworem Twojego umyslu (i pewnie
                  innych, ktorych poglad na sprawy tolerancji wzgledem
                  innych ludzi o innych upodobaniach seksualnych jest
                  podobny do Twojego).

                  > twoj posulat "prawa" do dzieci par homoseksualnych
                  jest niczym innym, jak
                  > wyrazem rozpowszechniajacego sie (niestety) rowniez w
                  polsce przekonania,
                  > ze "nalezy" mi sie od zycia wszystko, a kompromisy sa
                  dla idiotow badz
                  > mieczakow.

                  Nie, nie uwazam ze wszystkim nalezy sie wszystko. Jestem
                  antykomunista i nie stoje na strazy przekonania, ze
                  Panstwo powinno swoim obywatelom dawac wszystko co
                  powinno im pomoc w egzystencji. Nie stoje takze na
                  strazy przekonania, ze Panstwo powinno w jakikolwiek
                  sposob interweniowac w zycie spoleczne (poza tymi
                  sferami, ktore wymagaja oczywistej regulacji ze strony
                  organow nadrzednych). Ale stoje na strazy przekonania,
                  by w Panstwie w ktorym przychodzi mi zyc, wszyscy ludzie
                  mieli takie same prawa. Nawet wtedy, gdy natura sobie z
                  nich zakpila. Chcialbym wiec, by Panstwo aktami prawnymi
                  nakazywalo robienie podjazdow dla inwalidow, chcialbym
                  by prawo pomagalo bezplodnym parom adoptowac dzieci bez
                  zbednych formalnosci, i chcialbym by prawo rowniez tak
                  samo traktowalo konkubentow w zwiazku czy to hetero czy
                  homoseksualnym. No i na koncu chcialbym, by
                  homoseksualne pary takze mialy prawo do adopcji dzieci,
                  bo nie widze przyczyn, dla ktorych miano by ograniczac
                  im to prawo. Wszak sa takimi samymi ludzmi jak ja, Ty,
                  tylko lubia w inny sposob uprawiac seks.

                  > otoz, drogi Lucki, zapewniam Cie, ze tak nie jest i
                  byc nie moze. rezygnacja,
                  > strata, deficyt zwiazane sa immanentnie z ludzka
                  egzystencja, ba -w duzym
                  > stopniu to one wlasnie (i ich akceptacja) decyduja o
                  naszym "czlowieczenstwie".

                  A to ciekawy poglad, ale jakze rozny od mojego. Bede
                  przewrotny i powiem, ze ja naleze do hedonistow.

                  >
                  > jesli para homoseksualna akceptuje swoja
                  homoseksualnosc, powinna rowniez
                  > zaakceptowac oczywisty fakt, ze dla par
                  homoseksualnych natura nie przewidziala

                  Jesli inwalida akceptuje swoja ułomnosc to powinien
                  takze zaakceptowac, ze nie wsiadzie do tramwaju, bo
                  tramwaje nie sa przystosowane dla niepelnosprawnych?

                  >
                  > potomstwa. zapewniam cie, ze heteroseksualnych par nie
                  mogacych miec dzieci i z
                  >
                  > utesknieniem czekajacych latami na mozliwosc adopcji
                  jest wiecej, niz
                  > homoseksualnych. to d z i e c k o ma prawo do
                  rodzicow, jesli juz
                  > nie "biologicznych", to przynajmniej adopcyjnych
                  heteroseksualnych chociazby po
                  >
                  > to, aby w zyciu codzienym doswiadczac, co to jest
                  kobiecosc i co to jest

                  W Polsce wystepuje wielki problem adopcyjny. Na odopcje
                  ze wzgledow formalnych czeka sie miesiacami i latami.
                  Niejednokrotnie mialem praktyki w sierocincach. Do
                  wylegarnia mlodych przestepcow, nieudacznikow, sierot
                  zyciowych, ktore nie odnajduja sie w pozniejszej
                  rzeczywistosci, z ktora maja kontakt. Ale nie dlatego,
                  ze z urodzenia te dzieci sa takie. W takich warunkch sa
                  "hodowane". Bo wychowywane to za duze slowo. Dlatego
                  wolalbym, gdyby byly wychowywane przez dwie kobiety czy
                  tez dwoch mezczyzn.

                  > meskosc. tylko w ten sposob mozliwy jest rozwoj,
                  samookreslenie i akceptacja
                  > wlasnej plci. jak do nich sie zwraca, to juz zupelnie
                  drugorzedne.

                  A czy nie zauwazyles subtelnego zjawiska polegajacego na
                  tym, ze homoseksualne dzieci rodza sie i wychowuja w
                  heteroseksualnych rodzinach? Jakie wiec ma znaczenie
                  obserwacja meskosci i kobiecosci? To bzdura. Przeczytaj
                  wypowiedz dr Depko to zauwazysz, ze male (lub prawie go
                  nie ma) jest prawdopodobienstwo, ze w homoseksualnej
                  rodzinie wychowany zostanie homoseksualista.


                  > pozdrawiam
                  > b.
                  > p.s. w przypadku, ktory postulujesz, dziecko
                  zwracaloby sie "tato 1" i "tato
                  > 2" ?
                  > b.

                  Nie. Zwracaloby sie np. Piotrek i Pawel, albo Helenka i
                  Grazynka. Moje dzieci mowia do mnie po imieniu i jest
                  ok. Nie widze przyczyn do stawiania tak glupich pytan.

                  Tez pozdrawiam
                • Gość: barabasz Re: drogi Lucki II IP: *.bund.de 05.09.01, 14:07
                  pozwol, ze najpierw wyjasnie kwestie techniczna, ktora wywolala Twoja irytacje:
                  jak latwo zauwazyc, nie dysponuje "kreseczkami" i "haczykami".
                  napisalem, ze rodzic pochodzi od "rodzic" i w tym ostatnim (w cudzyslowie)
                  powinna byc kreska nad "c". niedorzecznosc byla wiec, jak widzisz, pozorna i
                  odsylanie do slownika zbedne. przyznaje jednak, ze moglo Cie to zirytowac.
                  rodzice sa i beda tymi, ktorzy splodzili i urodzili. taka a nie inna jest
                  etymologia tego pojecia.

                  co do "praw", pozwol, ze pozostane przy moim zdaniu: prawa maja przede
                  wszystkim dzieci, bo to one sa bezbronne i to one w pierwszej linii zasluguja
                  na ochrone i opieke.
                  to dziecko ma prawo do normalnego domu z matka i ojcem, a nie rodzice do
                  dziecka.

                  slusznie domagasz sie podjazdow dla inwalidow, adopcji bez zbednych formalnosci
                  i takiego samego traktowania konkubentow homo jak i hetero (o ile wiem,
                  konkubenci hertero rowniez nie moga adoptowac dziecka).
                  nieslusznie domagasz sie prawa do adopcji dzieci dla par homoseksualnych. para
                  homoseksualna nie jest najepszym z mozliwych (dla dziecka) modeli i nie
                  zapewnia naturalnego rozwoju z matka i ojcem (nawet jesli sa to "tylko" matka i
                  ojciec adopcyjni).obserwacja meskosci i kobiecosci, a tym samym pewnych rol
                  spolecznych w zyciu codziennym ma dla ksztaltowaniá osobowosci dziecka
                  znaczenie ogromne, ktorego przecenic wrecz nie sposob. wybacz, jesli nie
                  podporzadkuje sie tu autorytetowi dr Depko - mam oczy, uszy, rozum i pare lat
                  zycia za soba - to mi w zupelnosci wystaczy. potrzeba naturalnego rozwoju z
                  matka i ojcem nie ma nic wspolnego z tym, ze dziecko wychowywane przez pare
                  homo bedzie rowniez homo - tego nigdy nie twierdzilem. Przynajmniej jednak
                  dopoki nie wszyskie pary hetero, pragnace zaadoptowac dziecko, moga sie tego
                  doczekac, pary homo musza sie pogodzic z bezdzietnoscia.
                  Twoj przyklad z inwalida, majacym rzekomo wg. mnie zaakceptowac niemoznosc
                  korzystania z tramwaju, jest demagogia nie najwyzszego lotu. inwalida musi
                  zaakceptowac niemoznosc zaadoptowania dziecka, jesli ze wzgledu na swoje
                  inwalidztwo nie bedzie w stanie sie nim opiekowac - to bylaby wlasciwa
                  analogia.

                  na zakonczenie mojego - znowu przydlugiego - postu: zdaje sobie sprawe, ze i ja
                  nie przekonam "hedonisty". ciesze sie jednak, ze moje, jakze skrajnie rozne
                  podejscie do zycia Cie "zaciekawilo".
                  pozdrawiam
                  b.
                  • Gość: ladybi Do Panow Luckiego i Barabasza IP: 192.168.252.* 05.09.01, 14:58
                    Dyskutujecie na bardzo wazny temat. A moze i na kilka tematow:
                    1. kto ma prawo nazywac sie rodzicem,
                    2. czy takie prawo ma homoseksualista,
                    3. kto jest w stanie lepiej wykonywac obowiazki rodzicielskie (homo/hetero)
                    4. jakie prawa i mozliwosci maja, a jakie powinni miec przedstawiciele
                    mniejszosci (w tym inwalidzi), itd, itp.
                    Na poparcie swoich slow macie swoja wiedze i doswiadczenia. Ciekawie sie czyta
                    wasze posty. Szkoda, ze nie odpowiadacie na proby wlaczenia sie do dyskusji.

                    Tez jestem psychologiem, przychylam sie calym sercem do wypowiedzi Luckiego,
                    aczkolwiek majac czesto kontrowersyjne poglady i potrzebe ich obrony-popieram
                    rowniez prawo Barabasza do gloszenia wlasnych opinii.
                    Nowy powiew do dyskusji o prawie homoseksualistow do posiadania dzieci wnosi
                    moim zdaniem post ChomAra. Bo rzeczywiscie, z tego, co wiem nie tylko trwaja
                    badania na ten temat, ale sa i pewne sukcesy. Czuje jednak przez skore, ze to
                    nie rozwiazuje glownego problemu.

                    PROBLEM chyba polega na tym, ze (mimo, ze najlepiej robia nam ludzie do nas
                    podobni, wyznajacy podobne poglady, kultywujacy podobne zachowania itp, itd) to
                    jednak Ziemia pelna jest roznego rodzaju odmiencow, co tu duzo gadac. Do nas
                    NORMALNYCH nalezy okreslenie co IM wolno, a czego nie, oraz to, co jest dla
                    NICH lepsze. Wiemy to, bo istnieje przeciez prawo naturalne, Biblia, zdrowy
                    rozsadek, naukowe doniesienia, nasza racja. Fajnie jest trwac w takim
                    przekonaniu, bo sie czlowiek nie nameczy. Wiem z doswiadczenia. Raz sie
                    pomysli, okresli sie (do jakiej to zdrowej i normalnej grupy sie nalezy) i
                    mozna do smierci juz glowa nie ruszac. Nie zastanawiac sie nad tym, ze kazdy
                    jest inny, a wszyscy potrzebuja podobnych rzeczy. Ze spelnienie wszystkich
                    kryteriow nie gwarantuje sukcesu (w byciu rodzicem np), bo determinizm umarl
                    dawno temu. Moglabym takie kawalki jeszcze przez jakis czas sadzic, ale po co?
                    Fajnie Was Panowie czytac, domyslac sie natury pogladow, ktorych sile
                    stosujecie na sobie personalnie. Prawdziwy pojedynek ostrych pior!
                    • Gość: lucki Re: Do Panow Luckiego i Barabasza IP: *.*.*.* 05.09.01, 15:48
                      Dziekuje serdecznie za slowa uznania, choc nie widze w
                      tym co pisze, czy piszemy niczego nadzwyczajnego. Ot
                      taka zwykla wymiana mysli i pogladow. ======== Ja jako
                      osoba bardzo postepowa staram sie mentalnie wyprzedzac
                      pewne powszechnie obowiazujace zwyczaje, normy, wzorce
                      i krzewic je wsrod innych, przy okazji silnie
                      argumentujac swoj sposob myslenia. W stosunku do
                      mojego oponenta niestety chyba mi sie to nie uda, gdyz
                      mimo wszystko kontakt przez net nie jest na tyle silny
                      ile kontakt bezposredni (jak to mowia we wschodniej
                      Polsce: bez pol litra nie da sie ugryzc tematu:-))) ).
                      Dlatego nawet najsilniejsze argumenty nie sa w stanie
                      przekonac, gdyz pokazanie ich stukajac w klawiature
                      nie jest do konca mozliwe.======= Ja hermetyczny w
                      dyskusji z Barabaszem nie bede i z mila chcecia
                      podyskutuje takze z Toba, tym bardziej ze jestesmy
                      chyba kolegami/kolezankami po fachu. Ciekawi mnie
                      wiec, jakie jest Twoje zdanie w tym jakze trudnym
                      temacie.----
                    • Gość: barabasz do Ladybi krotko IP: *.access.de.clara.net 06.09.01, 17:48
                      hi Lady,

                      na poczatku o tym, co najmniej istotne: nie zdradzilas wiekszej tajemnicy;
                      kazdy, kto ma oczy mogl sie domyslic, ze nicka nie wybralas przypadkowo.

                      poza tym: proponuje Ci przeczytanie Twojego postu raz jeszcze. napisalas mniej
                      wiecej, ze mozna raz na zawsze okreslic swa przynaleznosc do "prawidlowej"
                      grupy i trwac w swoich przekonaniach do smierci, nie przemeczajac sie wiecej.
                      probowalem Ci zwrocic uwage na to, ze przekonania moga byc jak najbardziej
                      zmienne, zwlaszcza, jesli idzi o rozne kwestie, badz tez inaczej, ze czlowiek,
                      ktory w okreslonej kwestii dzieli przekonania wiekszosci, nie musi ich wcale
                      dzielic w innych kwestiach.
                      oprocz tego: wszystko to, co piszesz o "czynnikach skladowych" demokracji-
                      ladnie i pieknie, tylko ze i s t o t a demokracji polega na tym, ze wiekszosc
                      ma racje. poszedlbym nawet tak daleko, aby zasugerowac, ze Churchil o tym
                      wlasnie myslal, kiedy mowil o "najlepszym ze z l y c h systemow. racja
                      wiekszosci bywa bowiem moralnie watpliwa.

                      po przeczytaniu dalszej czesci Twego postu nasunela mi sie konkluzja, ze Lucki
                      nie byl bez racji piszac (do mnie): "chlop swoje, baba swoje".
                      jest Twoim swietym prawem domagac sie prawa do dzieci dla lesbijek badz
                      homoseksualistow meskich. moim swietym prawem jest twierdzic, ze uklad
                      homoseksualny nie jest najlepszym srodowiskiem dla rozwoju dziecka. ja nie
                      dezawuuje homoseksualistow jako ludzi, czego zdajesz sie nie zauwazac, lub nie
                      chcesz zauwazyc. widzisz, ja majac 5 dioptrii minus nie wystapie ze skarga do
                      Stassburga, poniewaz linie lotnicze odrzucily moja kandydature na pilota. idac
                      Twoim rozumowaniem nie mialy mnie prawa "dyskriminowác".
                      na razie tyle, bom w pospiechu
                      pozdrawiam serdecznie
                      b.


                  • Gość: lucki Re: drogi Lucki II IP: *.*.*.* 05.09.01, 15:40
                    No coz, troche mnie ta polemika juz znudzila, bo
                    "chłop swoje a baba swoje". Pozwolisz wiec, ze nie
                    bede jej kontynuowal, bo tak samo jak ja nie moge
                    przekoac Ciebie, tak samo pewnie nie uda Ci sie
                    przekonac mnie.------
                    • Gość: barabasz Re: drogi Ladybi & Lucki IP: *.pppool.de 05.09.01, 18:27
                    • Gość: barabasz Re: do Ladybi & Lucki IP: *.pppool.de 05.09.01, 19:33
                      droga Ladybi,
                      przykro mi, jesli odnioslas wrazenie, ze Cie ignoruje lub nawet zamierzam
                      wykluczyc z wymiany zdan. wierz mi, ze nie bylo to moja intencja, mimo to -
                      przepraszam.
                      masz niewatpliwa racje konstatujac, iz poruszamy wiele tematow. przy tym,
                      chociaz slowo to o dziwo jeszcze nie padlo, mowimy wiele o demokracji.
                      poruszasz sie, z mojego punktu widzenia (wybacz truizm o subiektywizmie kazdego
                      pogladu)po cienkim lodzie, ironizujac na temat istoty demokracji ("my NORMALNI
                      decydujemy o tym, co IM wolno). coz bowiem innego jest istota demokracji jak
                      nie fakt, ze to wiekszosc ustala normy prawne, zwyczajowe, moralne etc. ? jaki
                      inny system proponujesz w zamiam za ten "najlepszy ze zlych systemow"
                      (cytat,bodaj Churchil)?
                      ponadto nie rozumiem, dlaczego przyjmujesz a priori, ze czlowiek, ktory w
                      pewnych kwestiach zgadza sie z wiekszoscia, musi rowniez zgadzac sie z nia w
                      innych, a wiec "nie potrzebuje sie meczyc" ?
                      na marginesie: pamietam doskonale czasy, kiedy mniejszosc, przywieziona obcymi
                      czolgami, decydowala o losach spoleczenstwa przez bez mala piecdziesiat lat.
                      nalezalem wtedy do tego spoleczenstwa i - wierz mi lub nie - wolalem sie wtedy
                      jednak "pomeczyc" nie chowajac glowy w piasek i nie aranzujac sie.
                      masz niewatpliwa racje, piszac, ze spelnienie pewnych kryteriow nie gwarantuje
                      sukcesu. w dykusji, ktora prowadzimy, chodzi jenak rowniez, jesli nie przede
                      wszystkim o kwestie, jakie kryteria powinni spelniac ludzie, ktorym powierzamy
                      opieke nad dziecmi i tak juz bardzo skrzywdzonymi przez los.
                      dlaczego mamy je od poczatku skazywac na rozwoj w ukladzie homoseksualnym,
                      jesli zgodzimy sie na to, ze nie jest to model najlepszy ? dlatego, ze
                      homoseksualisci maja "prawo" do dzieci ? moze wiec meska para homo ma (kiedy
                      zabraknie dzieci do adopcji)"prawo" rowniez do Twoich komorek jajowych lub
                      zenska - do moich plemnikow ?

                      drogi Lucki,

                      zadziwia mnie zaiscie Twoja dialektyka logika-amatora. znudzila Ci sie
                      polemika, bo dziad swoje a baba swoje i nie mozna przekonac... istota i celem
                      dyskursu ma zatem byc przekonanie adwersarza ? coz, mnie wydawalo sie zawsze,
                      ze chodzic moze tylko o wymiane pogladow i - ewentualnie - inspiracje do nowych
                      przemyslen.
                      masz racje, jestem "osoba wyksztalcona". bron mnie jednak boze, abym na
                      podstawie tego drobiazgu uzurpowac mial sobie "posiadanie legitymacji do
                      stanowienia o morale narodu (sic!) wybacz, ale ciarki mnie na takie dictum
                      przechodza. primo: cierpie na wrodzona awersje do posiadania jakichkolwiek
                      legitymacji. secundo: znam wystarczajaca ilosc wyksztalconych i dyplomowanych
                      chamow, lotrow i idiotow, ktorzy nie powinni decyzdowac o absolutnie niczym a -
                      niestety - to czynia. tertio wreszcie: nie zyje z tym narodem juz od bez mala
                      dwudziestu lat.
                      dziwi Cie (lub smuci), ze jako "osoba wyksztalcona" jestem "konserwatysta".
                      Twoja teza brzmi zatem, iz kazda "osoba wyksztalcona" powinna byc "oswieconym",
                      lewicujacym moze nieco, liberalem ? - to rzeczywiscie ciekawy poglad !
                      masz niewatpliwa racje: panta rei, nie mozemy wejsc dwa razy do tej samej
                      rzeki. nie watpie, ze w epoce klonow, ktora kiedys byc moze nadejdzie,
                      rodzicielstwo, tak jak ja (i -jeszcze- wiekszosc) je pojmuje bedzie
                      anachronizmem, a tradycyjne akt prokreacji - aktem prymitywnego barbarzynstwa
                      godnym co najwyzej szympansow.
                      gdybym byl owym czechem z epoki heroicznych czynow produkcyjnych, powiedzialbym
                      za nim: a ja se ne boje, ja mam raka ! bo, drogi Lucki, ja w tej wspanialej
                      epoce nowych "szlanych domow" nie chcialbym juz zyc.
                      dziwi mnie jeszcze jeden aspekt Twojego rozumowania. Ty,jako "antykomunista",
                      uwazasz, ze "konserwatyzm" musi zamienic sie w tolerancje. coz to innego, niz
                      echo marksistowskich uzurpacji do tworzenia "nowego spoleczenstwa" badz "nowego
                      czlowieka" przez "wyplenianie elementow burzuazyjnych, kulakow etc.etc ? jakiez
                      to pokretne drogi zaprowadzily Cie do stawiania tezy, ze konserwatyzm =
                      nietolerancja ? widzisz, drogi Lucki, jeden z najwiekszych paradoksow historii,
                      przynajmniej europejskiej, polega na tym, ze to zbytnia tolerancja
                      konserwatywnych mas umozliwila stalina i hitlera, gulak i oswiecim. nie
                      zamierzam Cie przekonywac. ale cieszylbym sie, gdybys zechcial sprobowac
                      refleksji...
                      pozdrawiam serdecznie
                      b.
                      • Gość: Ladybi Witam Panowie! IP: 192.168.252.* 06.09.01, 16:32
                        Milo mi, ze odpowiedzieliscie na moj post. Prawda jest, ze poczulam sie odrobine
                        zignorowana wczesniejszym brakiem Waszego zainteresowania. I nie tyle bylo mi
                        przykro, co raczej pomyslalam sobie, ze nie potrzeba Wam nikogo z zewnatrz, ze
                        walka jaka toczycie, w zupelnosci Wam wystarcza. I ok. Tym bardziej chcialam
                        zagladac w ten watek i sledzic dalsze potyczki. Bo mimo skromnosci Luckiego,
                        uwazam Wasze posty za tyle osobiste, co blyskotliwe zarazem.
                        Rzeczywiscie laczy mnie z L zawod. Jestem psychologiem, trenerem grupowym. Stad
                        wlasnie bardzo cenie roznorodnosc, bogactwo i energie plynaca z odmiennosci
                        kazdego czlowieka. Bez tej roznorodnosci (i bez jej poszanowania) moja praca nie
                        mialaby racji bytu. Trudno jest mi przekazac uczucie zachwytu (tak samo jak
                        trudno opowiedziec co sie czuje skaczac na spadochronie np) jakie towarzyszylo
                        mi, kiedy w praktyce po raz pierwszy zobaczylam jaki tworczy, nieograniczony
                        potencjal tkwi w jednostce. Im bardziej ow potencjal okrajac do jakiejkolwiek
                        zewnetrznej normy tym bardziej traci sie energie, zapal, wyjatkowosc... Za
                        kryterium mistrzostwa przyjmuje w pracy wlasnie osiaganie takiej atmosfery, kiedy
                        wyjatkowosc czlonka grupy moze w pelni pracowac na dobro tej osoby i ogolu. To
                        trudne, ale piekne zadanie. Trudne tym bardziej, ze wymaga ciaglego zdawania
                        sobie sprawy (mimo naszych wrodzonych i nabytych sklonnosci), ze innosc jest
                        motorem postepu.
                        Przygladajac sie Waszej, Panowie, dyskusji doceniam sile pogladow Barabasza,
                        ktory broni praw dziecka, szuka najlepszych kryteriow, ktorym musza sprostac
                        kandydaci na rodzicow i pelni role "wentylu bezpieczenstwa" dla postepowych
                        pogladow Luckiego. Lucki natomiast urzeka mnie gdzies pobrzmiewajacym motywem
                        wolnosci i rownosci czlowieka, jego mozliwosci i potrzeby nie tylko
                        samostanowienia, ale i dazenia do spelnienia w roznych rolach i sytuacjach.

                        A oto w odpowiedzi na post Barabasza pare slow o moich pogladach:
                        Barabasz napisal: "coz bowiem innego jest istota demokracji jak
                        nie fakt, ze to wiekszosc ustala normy prawne, zwyczajowe, moralne etc. ? jaki
                        inny system proponujesz w zamiam za ten "najlepszy ze zlych systemow"
                        (cytat,bodaj Churchil)?".
                        Dla mnie istota demokracji jest rownosc jednostek wobec prawa (bez wzgledu na
                        kolor skory, rase, stan posiadania, stan urodzenia, orientacje seksualna i inne
                        czynniki) i ciagle dochodzenie do ulepszania tych praw na drodze spolecznej
                        konsultacji, dyskusji, glosowania. Jest to wiec niekonczoncy sie proces
                        wzajemnego wplywania na siebie po to, aby nastepne pokolenia rozpoczely owa droge
                        z troche wyzszego pulapu.

                        Nastepnie Barabasz dodal: "ponadto nie rozumiem, dlaczego przyjmujesz a priori,
                        ze czlowiek, ktory w pewnych kwestiach zgadza sie z wiekszoscia, musi rowniez
                        zgadzac sie z nia w innych, a wiec "nie potrzebuje sie meczyc" ?"
                        Przejrzalam ponownie swoj post i nie znalazlam tam takiego stwierdzenia. Po
                        dluzszym zastanowieniu nadal nie rozumuje tak jak mi to przypisuje Barabasz.
                        Celem mojego ironicznego wywodu bylo postawienie nieco krzywego zwierciadla, w
                        ktorym moze przejrzec sie kazdy, kto (ja tez tak czasem postepuje) tworzy swoje
                        opinie nie w oparciu o bezposrednie doswiadczenie, kontakt, a domysl, stereotyp,
                        plotke. Tak tworza sie podwaliny rasizmu. Zbyt mocne slowa-nie sadze. W tym
                        przypadku (co ilustruje ponizszy cytat) biorac pod uwage jedna, za to
                        charakterystyczna ceche (nawet nie charakteru) - homoseksualizm, budowany jest
                        zespol przekonan (popraw mnie, jesli sie myle) na temat mniejszej wartosci
                        konkretnej osoby (podobna role moze spelniac kolor skory, narodowosc-np.
                        zydowska, plec-w niektorych krajach zenska, itp, itd)

                        "dlaczego mamy je (dzieci, moj przypis) od poczatku skazywac na rozwoj w ukladzie
                        homoseksualnym, jesli zgodzimy sie na to, ze nie jest to model najlepszy ?"
                        Musze zawetowac, poniewaz nie uwazam "ukladu homoseksualnego" za gorszy czy
                        lepszy od heteroseksualnego. Ani tez nie uwazam, ze z osob homoseksualnych
                        zakpila natura, czy, ze sa gorsi, ulomni (jak inwalidzi). Dlaczego? Wiele by
                        pisac. Homoseksualizm pojawia sie wszedzie u zwierzat plciowych. Notabene, tylko
                        ludzie traktuja swoich homoseksualnych pobratymcow z ostracyzmem.
                        I jeszcze zdanie o mnie. Tak jak sugeruje moj nick jestem biseksualna. Myslac o
                        sobie jak o istocie na wpol ulomnej musialabym oczami duszy widziec dziewczyne
                        jednoczesnie np pozbawiona nogi i jej niepozbawiona. To cokolwiek smieszny
                        pomysl. Swoja orientacje traktuje jak cudowny, rzadki dar, jak to napisal pieknie
                        dr Depko "tworzacy rodzaj pomostu pomiedzy ludzmi homoseksualnymi i
                        heteroseksualnymi". Moge wiec jednoczesnie czuc sie bezpieczna-bo kiedy przyjdzie
                        moj czas w moim zyciu pojawi sie dziecko. Moge tez czuc bol kobiet,
                        ktore "kochajac inaczej" (a wlasciwie tylko inne osoby niz zyczy sobie wiekszosc)
                        musza borykac sie z aura zboczenia, nienormalnosci i takim oto pomyslem, ze skoro
                        akceptuja to, ze sa inne nie moga miec dzieci...


                        dlatego, ze
                        > homoseksualisci maja "prawo" do dzieci ? moze wiec meska para homo ma (kiedy
                        > zabraknie dzieci do adopcji)"prawo" rowniez do Twoich komorek jajowych lub
                        > zenska - do moich plemnikow ?
                        >
                        > drogi Lucki,
                        >
                        > zadziwia mnie zaiscie Twoja dialektyka logika-amatora. znudzila Ci sie
                        > polemika, bo dziad swoje a baba swoje i nie mozna przekonac... istota i celem
                        > dyskursu ma zatem byc przekonanie adwersarza ? coz, mnie wydawalo sie zawsze,
                        > ze chodzic moze tylko o wymiane pogladow i - ewentualnie - inspiracje do nowych
                        >
                        > przemyslen.
                        > masz racje, jestem "osoba wyksztalcona". bron mnie jednak boze, abym na
                        > podstawie tego drobiazgu uzurpowac mial sobie "posiadanie legitymacji do
                        > stanowienia o morale narodu (sic!) wybacz, ale ciarki mnie na takie dictum
                        > przechodza. primo: cierpie na wrodzona awersje do posiadania jakichkolwiek
                        > legitymacji. secundo: znam wystarczajaca ilosc wyksztalconych i dyplomowanych
                        > chamow, lotrow i idiotow, ktorzy nie powinni decyzdowac o absolutnie niczym a -
                        >
                        > niestety - to czynia. tertio wreszcie: nie zyje z tym narodem juz od bez mala
                        > dwudziestu lat.
                        > dziwi Cie (lub smuci), ze jako "osoba wyksztalcona" jestem "konserwatysta".
                        > Twoja teza brzmi zatem, iz kazda "osoba wyksztalcona" powinna byc "oswieconym",
                        >
                        > lewicujacym moze nieco, liberalem ? - to rzeczywiscie ciekawy poglad !
                        > masz niewatpliwa racje: panta rei, nie mozemy wejsc dwa razy do tej samej
                        > rzeki. nie watpie, ze w epoce klonow, ktora kiedys byc moze nadejdzie,
                        > rodzicielstwo, tak jak ja (i -jeszcze- wiekszosc) je pojmuje bedzie
                        > anachronizmem, a tradycyjne akt prokreacji - aktem prymitywnego barbarzynstwa
                        > godnym co najwyzej szympansow.
                        > gdybym byl owym czechem z epoki heroicznych czynow produkcyjnych, powiedzialbym
                        >
                        > za nim: a ja se ne boje, ja mam raka ! bo, drogi Lucki, ja w tej wspanialej
                        > epoce nowych "szlanych domow" nie chcialbym juz zyc.
                        > dziwi mnie jeszcze jeden aspekt Twojego rozumowania. Ty,jako "antykomunista",
                        > uwazasz, ze "konserwatyzm" musi zamienic sie w tolerancje. coz to innego, niz
                        > echo marksistowskich uzurpacji do tworzenia "nowego spoleczenstwa" badz "nowego
                        >
                        > czlowieka" przez "wyplenianie elementow burzuazyjnych, kulakow etc.etc ? jakiez
                        >
                        > to pokretne drogi zaprowadzily Cie do stawiania tezy, ze konserwatyzm =
                        > nietolerancja ? widzisz, drogi Lucki, jeden z najwiekszych paradoksow historii,
                        >
                        > przynajmniej europejskiej, polega na tym, ze to zbytnia tolerancja
                        > konserwatywnych mas umozliwila stalina i hitlera, gulak i oswiecim. nie
                        > zamierzam Cie przekonywac. ale cieszylbym sie, gdybys zechcial sprobowac
                        > refleksji...
                        > pozdrawiam serdecznie
                        > b.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka