24.12.05, 01:48
Mialam nigdy tu nie pisac, ale nie potrafie sobie poradzic, wiec zdecydowalam
sie opowiedziec wam moja historie.

W ubieglym roku, pod koniec wakacji zaszlam w ciaze po stosowaniu
clostilbegit i przez pierwsze 3 mies. wszystko bylo ok. Potem pojechalam do
super specjalisty na specjalne badania usg i szok, okazalo sie, ze sa
blizniaki (a usg mialam robione oczywiscie od samego poczatku ciazy). I tak
sobie myslalam, ze moze jedno jakos naturalnie umrze i jednak nie beda
blizniaki, a potem jakos oswoilam sie z ta mysla i nawet cieszylam, ze bedzie
od razu dwojka i juz nie bede musiala wiecej zachodzic w ciaze i tyc. Bardzo
o siebie dbalam, robilam wszystkie mozliwe badania i testy prenatalne, itp. i
oczywiscie czytalam stale forum "w oczekiwaniu", ale sama nie pisalam. Minely
3 miesiace i poczulam ulge, ze pewnie sie udalo, ze jest juz bezpiecznie i
meblowalismy mieszkanie, ogladalam dzieciece fatalaszki, wybieralam podwojny
wozek.
Minelo 20 tygodni.
A potem nadszedl sylwester i nowy rok i moj bol w lewym boku strasznie sie
nasilil. I pojechalam do szpitala w nowy rok, glownie po jakies srodki
usmierzajace bol. Przebadano mnie, wszystko bylo ok z dzidziusiami, mialam
nagrane ich ruchy i zabawy na dysku. I polozono mnie do szpitala, podlaczono
do roznych kroplowek, i podano antybiotyk, ktory jak pozniej znalazlam w
necie: nie jest obojetny dla plodu. 04.01.2005 mialam robione usg i widzialam
po minie lekarza, ze cos jest nie tak. Jedno dziecko bardzo slabo sie
poruszalo i mialo zanikajacy puls. Kiedy lekarz odprowadzal mnie korytarzem
do mojej sali, zadalam pytanie o to drugie, ze przeciez da sie go uratowac. I
wtedy po minie i wykretnej odpowiedzi juz czulam, ze cos jest nie tak i ze to
koniec. A potem mialam kolejne usg i to pierwsze juz nie zylo, a drugie
jeszcze sie ruszalo, ale bardzo slabo. A wieczorem, wlasciewie, tylko dla
czystej formalnosci, poszlam na trzecie usg i to drugie rowniez bylo juz
martwe.

Natepnego dnia przewiezli mnie na sale porodowa, ktora niby miala wydzielone
salki, ale polaczone wspolnymi przejsciami, oczywiscie bez zadnych drzwi.
Podali kroplowke, leki i polozyli na wysokim lozku porodowym. Za oknem, przez
metalowe zaluzje widzialam nagie drzewa w zimowym krajobrazie, ale po
poludniu, kiedy zapadl zmierzch, zaslonili zaluzje i zapalili swiatla, i
wtedy w szybach odbijalo sie to, co dzialo sie na sasiednich salkach. Bylam
naocznym i "nausznym" swiadkiem porodu kobiety z sasiedniej salki (ok. 9
godz.), wszystkich jego etapow, lacznie z odejsciem wod plodowych, skurczami,
cieciem i szyciem i jej niewymownym cierpieniem. Ale pod wieczor urodzila
zdrowa coreczke (moje plody tez byly dziewczynkami) i dzwonila przez komorke
do rodziny, zeby sie pochwalic. Maz oczywiscie caly czas jej towarzyszyl.
Zeby nie bylo tak optymistycznie, w salce po drugiej stronie lezala kobieta w
oczekiwaniu na cesarke dziecka ciezko chorego, bylo wiadomo, ze ono i tak
umrze, a ona stale ryczala.

Na noc chcieli mnie zostawic na tym lozku porodowym, do sasiednich salek
przyszly kolejne rodzace, tylko dzieki prosbom i zapewnieniu o wzieciu na
siebie calej odpowiedzialnosci, moglam wrocic do mojej szpitalnej sali i
lozka. Nastepnego dnia rano, ciag dalszy wywolywania porodu i opowiesci o
tym, co trzeba bedzie robic, kiedy srodki farmakologiczne nie poskutkuja. Ale
cudem poskutkowaly, zaczely sie skurcze i urodzilam moje martwe plody. Przed
tym pytalam lekarza, czy je ogladac. Powiedzial, ze nie, zebym zachowala ich
obraz z usg. W mojej salce bylo ok. 7 osob, w tym stazysci. Kiedy pierwszy
plod wyskoczyl ze mnie, zobaczylam mine mlodej dziewczyny-przyszlej lekarki,
pelna wstretu i odrazy, wiem, ze nie bylo to celowe, moze nigdy nie widziala
pieciomiesiecznych plodow. Potem musialam przec, wyskoczyl drugi i jeszcze
lozysko, a potem mnie uspili na czyszczenie.

Tak oto zakonczyla sie moja przygoda z macierzynstwem i wlasciwie wszystko
byloby ok, i moglabym byc szczesliwa, gdyby znowu nie nadchodzil ten cholerny
sylwester i nowy rok, i nagle wszystko wrocilo i zamiast cieszyc sie swietami
to rycze do poduszki i chyba dopiero teraz tak naprawde dotarlo do mnie przez
co przeszlam. Powiem jedno, kto nie przezyl narodzin martwych dzieci, jeszcze
zaaranzowanych w tak bestialski sposob, bez najmniejszej troski o psychike
kobiety, ten nigdy nie zrozumie przez co takie kobiety musza przejsc. I nie
jestem pewna, czy tlumaczenie, ze sztucznie wywolywany porod jest lepszy dla
zdrowia niz bezposrednie uspienie i czyszczenie macicy, okaze sie w tym
przypadku wystarczajace.
Obserwuj wątek
    • ingga Re: nowy rok 24.12.05, 16:38
      Bardzo mi przykro Kochana, że musiałaś przez to wszystko przejść ;-(
      Nie dość Twojego bólu ze straty dzidziusiów to jeszcze te warunki w szpitalu ;-(

      Bądź dzielna i trzymaj się.

      (*)(*) dla Twoich Aniołeczków
    • nusik1 Re: nowy rok 25.12.05, 15:01
      Eleenko przytulam Cię mooocno...
      Bardzo mi przykro, to straszne przez co musiałaś przejśc'

      Nusia i 3 Aniołki...
    • anuteczek Re: nowy rok 26.12.05, 10:11
      Trzy lata temu 30 stycznia straciłam Tosię. To był 20/21 tydzień. Nie pozwolono
      mi jej urodzić, ba nikt mi nawet tego nie zaproponował. Dostałam znieczulenie
      ogólne i wyciągnięto ją ze mnie. Nigdy nie dane mi było jej przytulić,
      zobaczyć... Trafiła do kosza z odpadami - na forum znajdziesz szczególowy opis
      tych wydarzeń. Bardzo boli mnie ta świadmość, że moje ukochane wytęsknione
      dziecko zostało potraktowane w ten sposób. Dziś jestem mądrzejsza - domagałabym
      się porodu, potem wydania ciałka, moglibyśmy ją pożegnać, pochować. Może nie
      dręczyłyby mnie koszmary.
      Kochana, żadna z nas nie powinna przechodzić przez to wszystko, powinnyśmy
      cieszyć się naszymi dziećmi i przejmować tym, że zjadły 10ml za mało. Po Tosi
      straciłam jeszcze dwoje dzieci Zoję w 8 tygodniu (bliźniaczka mojego synka) i
      Emmę w 11. Miałam dużo szczęścia bo odchodziły w ludzkich warunkach, byłam
      otoczona ciepłą i życzliwą opieką. Dzięki badaniom genetycznym znam ich płeć,
      nadaliśmy im imiona, Emmę nawet pochowaliśmy (tu w Belgii to normalne). Widzisz,
      dla mnie to bardzo ważne - że myślę o moich córeczkach osobowo - po imieniu - są
      bardziej realne, bardziej moje. Lżej jest być mamą Antoniny, Zoi i Emmy niż
      trzech płodów.Łatwiej mi zauważyć ich obecność w naszym życiu
      pozdrwaiam cieplutko
      ania
    • mimoooza Re: nowy rok 28.12.05, 12:59
      Kochana,

      przytulam Cię bardzo mocno i życzę gorąco, by mimo traumatycznych przeżyć
      sprzed roku, ten Nowy Rok upłynął Wam spokojnie i by rok 2006 przyniósł same
      dobre wydarzenia i jak najmniej smutku

      Mimoooza

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka