Gość: bor
IP: *.dynamic.gprs.plus.pl
14.05.10, 10:09
Funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu, którzy czekali 10 kwietnia na
płycie lotniska Siewiernyj w Smoleńsku na przylot prezydenta RP
Lecha Kaczyńskiego i delegacji udającej się do Katynia, byli jednymi
z pierwszych na miejscu katastrofy Tu-154M. Oficerowie nie chcieli
wydać ciała prezydenta Rosjanom; na polecenie władz rosyjskich
wszystkie ciała miały zostać przewiezione do Moskwy.
Jak relacjonuje jeden z uczestników zajścia, funkcjonariusze BOR
utworzyli kordon wokół ciała prezydenta, nie godząc się na jego
wydanie władzom Rosji. Wcześniej przykryli je własnymi marynarkami.
Prezydencka ochrona mogła szybko zlokalizować ciało Lecha
Kaczyńskiego dzięki chipowi, który prezydent miał w marynarce.
Funkcjonariusze widzieli też ciało Marii Kaczyńskiej, ale nie byli
już w stanie go "zabezpieczyć", nie mogąc pozwolić sobie na
rozproszenie. Za służbę do końca zostali zawieszeni w czynnościach.
Powód: nieautoryzowane użycie broni. Biuro Ochrony Rządu odmawia
komentarzy na ten temat do czasu zakończenia śledztwa.
Sprawę ma poruszyć na posiedzeniu sejmowej Komisji ds. Służb
Specjalnych poseł Jarosław Zieliński (PiS). - Nie mam informacji na
temat tego zdarzenia. Będę o tę sprawę dopytywał - mówi poseł. O
sprawie słyszał Bogdan Święczkowski, szef ABW w latach 2006-2007,
ale nie zna żadnych szczegółów. - Słyszałem o tym, ale nie mam
szczegółowej wiedzy na ten temat - wyjaśnia.
Według Zielińskiego, komisja będzie chciała wyjaśnić ten wątek, ale
przystąpiła także do czynności, które mają na celu wyjaśnienie całej
katastrofy, i wystąpiła już do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego o
wydanie dotyczących jej materiałów. - Poprosiliśmy o materiały z
centrum antyterrorystycznego ABW. Otrzymaliśmy jak na razie skąpe
materiały, ale będą one punktem wyjścia do prac komisji. Będziemy
dopytywać także inne służby w tej sprawie - mówi poseł.
Incydent z udziałem ochrony prezydenta i rosyjskich służb
prawdopodobnie został zarejestrowany na filmie nakręconym telefonem
komórkowym, ciągle badanym przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego
na zlecenie prokuratury wojskowej. Wyjaśniałoby to zastanawiające
tłumaczenia śledczych na temat rzekomej niemożności zweryfikowania
zawartości nagrania, którego autentyczność potwierdzono. Na filmie
słychać fragmenty komend w języku polskim i rosyjskim. Słychać też
odgłosy wystrzałów, które odnotowane zostały w protokołach
przesłuchań rosyjskich milicjantów. Scenariusz zdarzenia utrwalony
na filmie potwierdza autentyczność zajścia: postacie w białych
koszulach to oficerowie BOR przeszukujący miejsce katastrofy. Film
dokumentuje też użycie broni palnej sygnalizujące, że ochrona nie
zamierza wydać ciała prezydenta rosyjskim funkcjonariuszom, w tle
słychać rosyjskojęzyczną komendę oficerów BOR (z wyraźnym polskim
akcentem) skierowaną do Rosjan: "Wsie nazad!" - wszyscy do tyłu!
Wraz z upływem czasu wątpliwości w sprawie tragedii na lotnisku
Siewiernyj przybywa. Opinię bulwersuje m.in. brak należytego
zabezpieczenia miejsca katastrofy. Osoby postronne wciąż znajdują
ważne części samolotu, np. urządzenia do wypuszczania podwozia w
samolocie. O skali zaniedbań na miejscu tragedii świadczy chociażby
znaleziony długo po katastrofie fragment urządzenia służącego do
wysuwania podwozia. Pokazywał go w środowej "Misji specjalnej" w TVP
1 Tomasz Sakiewicz. - Brak zabezpieczenia śladów to skandal, za
który odpowiedzialność ponosi zarówno strona polska, jak i rosyjska.
Nawet jeśli uznamy, że tylko strona rosyjska prowadzi to śledztwo,
to - moim zdaniem - brak zabezpieczenia miejsca tragedii jest
niedopuszczalnym skandalem, także według przepisów rosyjskich -
powiedział w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Bogdan Święczkowski,
były szef ABW. Może to wręcz uniemożliwić poznanie rzeczywistych
przyczyn tragedii. Zdaniem karnisty z Uniwersytetu Warszawskiego,
prof. Piotra Kruszyńskiego, prawdopodobieństwo takiego obrotu sprawy
jest ogromne.
Faktem jest też niedoinformowanie rodzin ofiar, które nie wiedzą
nawet tego, czy przeprowadzono sekcję zwłok ich bliskich. - Opinia
publiczna powinna być informowana o przebiegu śledztwa, zwłaszcza w
sytuacji kiedy giną prezydent, jego małżonka, część elity
politycznej kraju. Uważam, że w takich okolicznościach nie powinno
się czekać na formalne zakończenie śledztwa, które może potrwać
naprawdę długo - stwierdza prof. Kruszyński. - W Polsce mówi się, że
jest prowadzone śledztwo, ale ja jako adwokat pierwszy raz widzę
takie śledztwo, w którym nie prowadzi się żadnych czynności, a
jedynym działaniem jest oczekiwanie na kopie dokumentów - podkreśla
mecenas Bogdan Borkowski, pełnomocnik rodziny państwa Olewników.
Według mecenasa, zgodnie z Kodeksem Postępowania Karnego powinno się
wysłać chociaż pisma do rodzin ofiar z informacją, że mają one prawo
zgłosić się jako pokrzywdzone w tym śledztwie. - Moim zdaniem,
miałyby nawet prawo w drodze zagranicznej pomocy prawnej poprzez MSZ
zgłosić się do śledztwa rosyjskiego. MSZ mogłoby przesłać takie
zgłoszenie do ministerstwa sprawiedliwości Rosji poprzez MSZ
rosyjski, aby te osoby wystąpiły jako pokrzywdzone w tym śledztwie -
zaznacza adwokat. Jak wyjaśnia, status osoby pokrzywdzonej daje
prawo do bycia informowanym o wszystkich czynnościach procesowych,
czyli np. eksperymentach czy przesłuchaniach świadków, a osoby takie
mają prawo zajmować stanowiska procesowe, czyli wnosić o zbadanie
niektórych wątków, o przesłuchania czy o przeprowadzenie dowodów.
Według mecenasa, także sekcje zwłok ofiar tragedii można było
wykonać po dotarciu ciał do Polski. - To wymagałoby moralnej zgody
rodziny, ale ten trud przeprowadzenia sekcji trzeba było podjąć,
chociażby w celu zdobycia własnych dowodów w sprawie, bo my nie
wiemy, co tak naprawdę prześlą Rosjanie - podkreśla mecenas
Borkowski.
Tymczasem krewni części ofiar katastrofy tupolewa wystosowali apel w
obronie dobrego imienia śp. mjr. Arkadiusza Protasiuka, kapitana
prezydenckiego Tu-154M. Jego treść zamieścił portal
niezależna.pl. "Nie możemy zgodzić się z tym, aby odpowiedzialność
za skutki tragedii smoleńskiej została przerzucona na nieżyjącą
załogę samolotu, w tym jego kapitana, pilota wojskowego pierwszej
klasy - Ś.P. majora WP Arkadiusza Protasiuka" - napisano m.in. w
apelu. "Obawiamy się, że jedną z pierwszych prób takiego działania,
szczególnie dotkliwie odbieraną przez Bliskich, był znamienny brak
przedstawicieli administracji rządowej na państwowej przecież
ceremonii pogrzebowej Ś.P. majora pilota WP Arkadiusza Protasiuka.
(...) Jako bliscy Ofiar katastrofy smoleńskiej nie możemy się
zgodzić na to, aby władze, w imię nieznanych nam celów, dzieliły
załogę i pasażerów samolotu specjalnego na dobrych i złych, na
ofiary i winnych" - uważają autorzy listu.
Paweł Tunia
www.naszdziennik.pl/