Dodaj do ulubionych

NOWA KSIĄŻKA O POWSTANIU WARSZAWSKIM

01.11.03, 23:30
Pierwsze dni powstania; na czele oddziału Stanisław Jankowski "Agaton"

(C) PAP / CAF

Właśnie ukazała się w Wielkiej Brytanii pana książka poświęcona powstaniu
warszawskiemu. Ze wstępu wynika, że jest przeznaczona dla zachodniego
czytelnika, któremu chce pan wytłumaczyć, czym było powstanie i jakie
znaczenie ma ono dla Polaków.


Rzeczywiście, jest to książka przeznaczona głównie dla publiczności
brytyjskiej i amerykańskiej, dlatego jest napisana inaczej niż dla Polaków.
Głównym tematem są losy koalicji, która zawiodła swego najbardziej lojalnego
partnera. Dlaczego? To jest właśnie moje pytanie - dlaczego koalicja nie
udzieliła Polsce w sierpniu 1944 roku pomocy? I to mając bardzo dużo czasu -
dziewięć tygodni, bo tyle trwało powstanie. Polacy mieli pełne prawo
spodziewać się wsparcia. Okoliczności, w jakich wybuchło powstanie
warszawskie, nie były podobne do tych z czasów powstania listopadowego,
styczniowego czy kościuszkowskiego, kiedy Polacy walczyli zupełnie sami. W
czasie drugiej wojny światowej byli przecież w koalicji i dlatego mieli prawo
oczekiwać pomocy od sojuszników. Gdyby powstanie trwało kilka dni, można by
było powiedzieć, że alianci nie zdążyli. Armia Krajowa przewidywała przecież,
że to nie będzie długa walka, generał "Monter" [Antoni Chruściel, dowódca sił
powstańczych w Warszawie - przyp. red.] obliczał, że może potrwać dwa, trzy
dni, maksymalnie sześć. Tymczasem Polacy walczyli skutecznie dwa miesiące i w
chwili kapitulacji wcale nie byli rozbici militarnie. Mogliby dalej walczyć,
ale po tych 63 dniach było już całkowicie jasne, iż cel polityczny powstania
był nieosiągalny. Ale z punktu widzenia wojskowego fenomenem było to, że ci
młodzi ludzie, bez broni ciężkiej, nie dali pokonać się Niemcom i nawet tak
sprawne SS nie dało im rady. Opisuję to w książce dosyć krótko, bo bardziej
chodzi mi o przedstawienie okoliczności politycznych.


Czyli przyczyn klęski powstania.

One leżą po różnych stronach. Zaczynając od tego, że polskie elity były, jak
wiadomo, bardzo podzielone w sprawie powstania. Najwyżsi wojskowi -
generałowie Anders, Sosnkowski - byli przeciwko. Oni znali Rosję - kilka lat
wcześniej Anders siedział przecież na Łubiance - i od razu powiedzieli, że
nic dobrego z powstania nie będzie, bo Sowieci Polakom nie pomogą. Ale
większość w rządzie - od premiera Mikołajczyka poczynając, jak również
zwierzchnicy Armii Krajowej - generał Bór-Komorowski był oficerem armii
austriackiej - nie znali Rosji. I nikt z nich nie wierzył w to, co mówili
Sosnkowski czy Anders.

Można zrozumieć Mikołajczyka, że wierzył w sojusz z Ameryką. Roosevelt,
najsilniejszy z wielkiej trójki, sześć tygodni przed wybuchem powstania
gwarantował Mikołaczykowi, że "Polska wyjdzie z tego cała". Zapewniał
polskiego premiera: "Pojedziesz do Moskwy i załatwisz, mój przyjaciel Stalin
jest rozsądnym człowiekiem". Dla Mikołajczyka oznaczało to, że Roosevelt
poczynił odpowiednie ustalenia ze Stalinem. Nic dziwnego, że dowódcy AK
wierzyli, iż mają za sobą całą potęgę wszystkich aliantów. A trzeba dodać, że
zapewnienie ze strony Roosevelta nie było jednorazowe. Mikołajczyk spędził
dużo czasu w Waszyngtonie, amerykański prezydent odbył z nim pięć albo sześć
osobistych rozmów. Mało tego, Roosevelt podtrzymywał gotowość Armii Krajowej
do walki - dał Mikołajczykowi 10 milionów dolarów dla Armii Krajowej, ogromną
wówczas sumę. To było coś więcej niż sygnał, że Armia Krajowa ma walczyć. To
była deklaracja: jesteśmy z wami, poprzemy was.


Co się więc stało potem? Dlaczego Amerykanie nie zareagowali na wybuch
powstania?

Wszyscy - i w Londynie, i w Waszyngtonie - podkreślali, że Polacy muszą
porozumieć się z Rosjanami. Bo przecież Armia Czerwona zbliżała się do
Warszawy, a alianci uważali, że to jest strefa radziecka. Mikołajczyk to
rozumiał i wiedział, że będzie musiał z pewnych rzeczy ustąpić. Wyruszył do
Moskwy tydzień przed powstaniem, ale wtedy z Londynu trzeba było lecieć pięć
dni, przez Gibraltar, Teheran, Duszanbe. Już w Moskwie przez kilka dni
Mikołajczyk musiał czekać na Stalina. Wreszcie spotkali się - polski premier
był przekonany, że ustalenia Roosevelta ze Stalinem obowiązują. I nagle
okazuje się, że tak nie jest.

Moim zdaniem było tak, że Churchill i Roosevelt dali do zrozumienia
Stalinowi, iż obie ważne dla niego sprawy związane z Polską - granica i skład
rządu polskiego - są załatwione, i że oni to gwarantują. Trzeba przypomnieć,
że Churchill sam zaproponował, iż tak zwana linia Curzona, czyli prawie
dokładnie to, co było granicą uzgodnioną przez Mołotowa i Ribbentropa, będzie
podstawą przyszłej granicy polsko-sowieckiej. Wtedy Roosevelt, nie informując
Churchilla, powiedział Stalinowi: ta sprawa jest załatwiona, proszę się nie
martwić. Dziewięć miesięcy później, 3 sierpnia 1944 roku, Mikołajczyk, który
nareszcie doczekał się spotkania ze Stalinem, zaczyna się targować,
pamiętając, że Roosevelt obiecał, iż przynajmniej Lwów pozostanie po stronie
polskiej. To zdenerwowało Stalina.


Pisze pan dużo o tym, że alianci nie znali polskich realiów. O tym, że
brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych otrzymywało ze swojej ambasady w
Moskwie i od rządu polskiego sprzeczne informacje o sytuacji w kraju...

Brak współpracy Wielkiej Brytanii i USA z Polakami na poziomie zarówno
wojskowym, jak i wywiadowczym był katastrofalny w skutkach. W Warszawie nie
było ani jednego oficera wywiadu brytyjskiego czy amerykańskiego, nie było
też misji wojskowych, nic więc dziwnego, że Amerykanie i Brytyjczycy nie
wiedzieli, co się dzieje w Polsce. Tymczasem Brytyjczycy na przykład świetnie
współpracowali z Tito, a sprawna misja wojskowa w Jugosławii dawała Londynowi
świetne rozeznanie w potrzebach podziemia jugosłowiańskiego. I Tito
otrzymywał codziennie zaopatrzenie. W Polsce czegoś takiego nie było.
Brytyjczycy zupełnie więc nie zdawali sobie sprawy, co się dzieje w
Warszawie. Jedynym, który to rozumiał, był George Orwell. Akurat wtedy
pisał "Folwark zwierzęcy" i opublikował bardzo krytyczny wobec polityki
Wielkiej Brytanii artykuł.

Brak zrozumienia polskich realiów przez brytyjskie MSZ wynikał z dwóch
rzeczy. Po pierwsze, ministerstwo było sparaliżowane - byli tam ludzie
opowiadający się za kursem prosowieckim, ale także komuniści, którzy
rozsiewali wątpliwości co do rządu polskiego. Druga sprawa - główną agencją
do współpracy z Polską było Special Operations Executive (SOE). To była
autonomiczna jednostka i kiedy na przykład ministerstwo odmówiło pewnych
rzeczy, zapewniał je Polakom SOE. Ale polska sekcja w SOE, która organizowała
na przykład zrzuty cichociemnych etc., była zdominowana przez oficerów Armii
Krajowej. I sami Brytyjczycy nie za bardzo wiedzieli, co się tam dzieje. SOE
znakomicie zdawało egzamin na początku wojny, później jednak, kiedy różne
sekcje SOE zaczęły konkurować między sobą, aby zwrócić uwagę rządu, Polacy
byli na słabej pozycji.

Mamy więc brak wiedzy i brak współpracy. Ale jest też brak politycznej
wyobraźni. Wszyscy w Waszyngtonie i w Londynie uważali front wschodni za
strefę radziecką i bali się wtrącać. To jest wielka słabość polityki
zachodniej. Alianci wiedząc, że Polska i sąsiednie kraje znajdą się w strefie
sowieckiej, nie przygotowali gruntu politycznego, dyplomatycznego ani
wojskowego na wejście Sowietów.


Zwraca pan uwagę także na fakt, że zarówno Churchill, jak i Roosevelt
operowali jeszcze kategoriami charakterystycznymi dla mocarstw światowych.

To miało zasadniczy wpływ na politykę koalicji. Wielka trójka - a Churchill i
Roosevelt szczególnie - myślała kategoriami imperium, zgodnie z którymi
wielkie mocarstwa nie dopuszczały do stołu mniejszych państw. Ale jeśli
trzymały wszystko w swoich rękach, to ponosiły odpowiedzialność za mniejszych
aliantów, takich, którzy samodzielnie nie mogli podjąć politycznej
inicjat
Obserwuj wątek
    • msciwoj24 Re: NOWA KSIĄŻKA O POWSTANIU WARSZAWSKIM 01.11.03, 23:33
      To miało zasadniczy wpływ na politykę koalicji. Wielka trójka - a Churchill i
      Roosevelt szczególnie - myślała kategoriami imperium, zgodnie z którymi wielkie
      mocarstwa nie dopuszczały do stołu mniejszych państw. Ale jeśli trzymały
      wszystko w swoich rękach, to ponosiły odpowiedzialność za mniejszych aliantów,
      takich, którzy samodzielnie nie mogli podjąć politycznej inicjatywy. Rząd
      polski nie był w stanie rozmawiać ze Stalinem bez poparcia Zachodu - Amerykanów
      i Brytyjczyków. A to oznacza, że inicjatywa dla przygotowania gruntu
      politycznego, dyplomatycznego i wojskowego powstania należała do Zachodu.

      Brytyjski historyk Max Hastings, recenzując moją książkę, napisał, że rząd
      brytyjski powinien zabronić tego powstania. Mogę się z tym zgodzić, ale
      najpierw rząd powinien zdobyć - przez swoją misję wojskową i wywiad - rzetelne
      informacje na temat tego, co się dzieje w Polsce. Wtedy powinien przyjąć
      odpowiednią politykę. Mógł zakazać powstania, przychylając się do opinii
      Sosnkowskiego i Andersa, ale mógł też pomóc w jego przygotowaniu. Cały problem
      polega na tym, że zachodni alianci Polski nie zrobili nic. I to jest moim
      zdaniem główne źródło klęski.


      W czym widzi pan przyczyny zaniechań po stronie Amerykanów? Czy Warszawa była
      po prostu zbyt małym i nieistotnym punktem na mapie Roosevelta?

      Amerykanie także nie wiedzieli, co się dzieje. Roosevelt dostał na przykład od
      swojego wywiadu wojskowego wiadomość, że powstanie upadło. A upadło tylko Stare
      Miasto. Do samego końca Armia Krajowa miała świetną łączność radiową. Jeśli w
      Warszawie byłby jeden Amerykanin z radiem i przesłał telegram do
      Waszyngtonu: "Padło Stare Miasto, Armia Krajowa walczy dalej", taka pomyłka
      byłaby, moim zdaniem, niemożliwa.

      Ale bardzo niefortunny był także fakt, że powstanie kolidowało z wielką
      polityką Roosevelta - przygotowaniem takich instytucji jak Organizacja Narodów
      Zjednoczonych czy międzynarodowy fundusz dla nowego systemu walutowego na
      świecie, czyli Bank Światowy. Ponadto wojna z Japonią nie toczyła się tak
      pomyślnie jak ta z Niemcami. Roosevelt był też chyba człowiekiem bez większej
      wyobraźni. Nie przykładał do Warszawy znaczenia. Konstanty Rokossowski [dowódca
      Frontu Białoruskiego nacierającego w kierunku Warszawy - przyp. red.] na pewno
      był w stanie ratować powstanie, ale tylko pod warunkiem, że mocarstwa zachodnie
      rozmawiałyby ze Stalinem. Ale one nie próbowały rozmawiać. Polska od początku
      wojny była lojalnym sojusznikiem i alianci mogli o wiele skuteczniej, w sposób
      bardzo spokojny, wcale nie konfliktowy, próbować jej bronić. Ale oni bali się,
      że spowoduje to konflikt ze Stalinem. Moim zdaniem do takiego konfliktu by nie
      doszło, bo Amerykanie dysponowali wówczas ogromną siłą materialną i polityczną.
      Dlatego Roosevelt mógł spokojnie ze Stalinem rozmawiać. Dlaczego nie rozmawiał?
      Nie wiem.


      Dla brytyjskiej i amerykańskiej historiografii pana książka może być
      kontrowersyjna. Kładzie duży ciężar na barki aliantów. Ponadto podkreśla pan,
      że sprawa powstania warszawskiego nie była osądzona w Norymberdze.

      Niemcy popełnili w Warszawie masowe morderstwa. Tylko na Woli w ciągu kilku dni
      zamordowali co najmniej 50 tysięcy bezbronnych cywilów. Tymczasem w Norymberdze
      von dem Bach, kat powstania, występował w roli świadka oskarżenia! A przecież
      był to kryminalista, specjalnie wybrany przez Hitlera i wysłany do
      bestialskiego spacyfikowania Białorusi, za co "w nagrodę" dostał potem
      Warszawę. Goering, który nikogo osobiście nie mordował, nie wytrzymał i
      wybuchnął podczas procesu: "To on jest największym nazistowskim Schweinhunde!".
      I dodał: "To nie jest sprawiedliwość, to jest sprawiedliwość zwycięzców". I
      miał rację.


      A jakiej krytyki spodziewa się pan ze strony polskich historyków?

      Myślę, że będzie zarzut, iż lekceważę całą historiografię polską, która
      tłumaczy, dlaczego Bór-Komorowski podejmował złe decyzje, powstanie wybuchło za
      wcześnie, godzinę "W" wyznaczono błędnie na 5 po południu, bez komunikacji z
      Armią Czerwoną. Wszystkie te argumenty są zasadne, Armia Krajowa popełniła
      różne błędy, zwłaszcza na początku. Tylko te błędy nie były decydujące dla losu
      powstania, trwało ono mimo tych decyzji. Najważniejsze jest pytanie, dlaczego
      przez dwa miesiące nikt powstańcom nie pomógł.

      Rozmawiała Anna Wielopolska


      Norman Davies: "Rising '44. The Battle for Warsaw". Pan MacMillan, London 2003



      --------------------------------------------------------------------------------
      Norman Davies (1939) z pochodzenia jest Walijczykiem. Studiował historię m.in.
      w Oksfordzie, Grenoble i na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wykładał m.in. w
      School of Slavonic and East European Studies Uniwersytetu w Londynie. Obecnie
      zajmuje się przede wszystkim pisaniem książek. Jest autorem m.in. historii
      Polski "Boże igrzysko", książki "Europa. Rozprawa historyka z historią",
      współautorem historii Wrocławia "Mikrokosmos. Portret miasta
      środkowoeuropejskiego".

      www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_031031/plus_minus_a_7.html
      • ignorant11 Wszystko to święta prawda i tylko prawda... 02.11.03, 02:45

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka