Dodaj do ulubionych

SŁOWIAŃSKI AGRARYZM INSPIRACJĄ DLA WSPÓŁCZESNOŚCI

30.12.03, 02:10
Twórca ekofilozofii Henryk Skolimowski jest wychowankiem szkoły filozofii
analitycznej, do naszego kraju importowanej z Zachodu. Sama zaś ekofilozofia
jest od analityczności jak najdalsza; jest po prostu filozofią duchową
korzystającą z modnych u końca XX stulecia nurtów intelektualnych. Ten
właśnie jej rys - potężnie nieścisłe pojęcia "rewerencji", "świata jako
świątyni", "umysłu uczestniczącego" i innych, ochoczo używanych terminów -
nakazuje zainteresować się słowiańską i polską, czy też szerzej - agrarną -
proweniencją twórcy filozofii ekologicznej. Bo nie jest przypadkiem, że
właśnie takie korzenie ma filozofia nauczająca miłości do Ziemi i wszelkiego
na niej bytującego stworzenia.

Pomocne stanie się tu dobrze już zakorzenione w nauce rozróżnienie kultur
koczowniczych-myśliwskich i agrarnych-osiadłych. Oba te sposoby
funkcjonowania człowieka i społeczności przez niego stworzonej są
komplementarne.

Znane z historii społeczności koczownicze żywiły się mięsem upolowanych
zwierząt, a pomocniczą rolę w ich egzystencji odgrywała hodowla i handel.
Centralną postacią takiej społeczności - jej żywicielem! - był myśliwy, na
którego czyhało sporo niebezpieczeństw. Dlatego nie działał on w pojedynkę;
potrzebował zorganizowania grupy polującej i niezbędnego w niej podziału
ról. Grupa taka musiała mieć dowódcę, którego woli się w jakimś stopniu
poddawała. Musiał to być ktoś o rzeczywiście nieprzeciętnych na tle grupy
cechach, zdolny zapanować tak nad podległymi mu ludźmi, jak i nad samym
procesem polowania. Wymagał bezwzględnego posłuszeństwa, pod rygorem
nieudanego polowania, które oznaczało klęskę całej wspólnoty. Z czasem
wytworzyła się w takich społecznościach swoista kasta zawodowych dowódców,
którzy nie byli uczeni codziennych prac typowych dla danej społeczności,
natomiast wychowywano ich w świadomości przywódcy, postawionego wysoko ponad
tłumem. Najciekawszy zaś proces przebiegł w społecznościach koczowniczych,
gdy już stały się one osiadłe, a dawne nawyki działały dalej. Wtedy to
pierwotny przywódca społeczności uległ stopniowo zmitologizowaniu i stał się
bogiem. Żyjący przywódca mógł być co najwyżej namiestnikiem tak uczynionego
bóstwa. Bóstwa społeczności koczowniczych są zawsze "pozaświatowe", co
wynika jasno z logiki mitologizowania i deifikacji osób kiedyś kierujących
społecznością, a dziś pamiętanych. Są też surowe i nieprzyjazne, jak i same
warunki życia pierwotnego koczownika, niepewnego jutra i przeważnie
bezradnego wobec niepojętych sił przyrody.

Dzięki centralizacji władzy i ujednoliceniu wierzeń; dzięki stworzeniu w
miarę jednolitego systemu mitologicznego, generującego porządek społeczny -
kultury koczownicze wytworzyły scentralizowane struktury władzy, najpierw
plemiennej, potem państwowej, a wreszcie imperialnej. Aby zachować ciągłość
tradycji, potrzebna była najpierw instytucja "ludzi-kronik", potem pismo i
na koniec historia. Jej uporządkowany przebieg wydarzeń wyznaczył
też "obiektywny", linearny wzorzec odczuwania czasu, właściwy koczownikom po
dziś dzień. Przenika on z historii do mitologii: teogonie koczownicze pełne
są uporządkowanych chronologicznie opowieści o walkach bogów, zakończonej
ostatecznym rozdzieleniem ról, jakie bóstwa pełnią już w czasach
historycznych.

Drugi wzorzec życia - agrarny - właściwy jest osiadłym społecznościom
rolniczym, żyjącym z uprawy ziemi. Myślistwo, aczkolwiek społecznościom
takim znane, odgrywało rolę marginalną, a handlu nauczyły się one dopiero
pod wpływem kontaktów z szerszym światem. W dawnych czasach społeczności
agrarne żyły właściwie niemal bez łączności ze światem spoza rolniczej
wioski. Cała organizacja społeczna była ściśle lokalna, co bezcelowym
czyniło budowę wyższych szczebli organizacji społecznej, takich jak choćby
federacja gmin, czy państwo. Poczucie czasu jest tu cykliczne, związane
nierozerwalnie z rocznym cyklem przyrodniczym. Nie ma też zapisu dziejów w
dzisiejszym tego słowa rozumieniu, choć istnieje pamięć zbiorowa,
przechowująca kiedyś nadane prawa. W związku z tym mniejszą rolę odgrywa
historia i w ogóle przekaz. Tradycja brana jest wprost z sił natury: z
wielkiego kręgu życia i przemijania. Nie ma w społecznościach typowo
agrarnych wyspecjalizowanych kapłanów; rolę taką, jako zajęcie dodatkowe,
przejmuje najczęściej przedstawiciel specyficznego "rzemiosła", jakim jest
praktyczna magia, np. uzdrowiciel, szaman lub wróżbita. Podczas corocznych
obrzędów kapłańska w swej istocie rola mistrza ceremonii nie jest, sądząc z
zachowanych przekazów historycznych, przypisana na stałe do osoby, lecz
powierzana, jako szczególny zaszczyt, komuś zasłużonemu dla społeczności -
przeważnie któremuś z seniorów. Bóstwa agrarne to personifikacje sił
przyrody; znane z historii społeczności agrarne nie wytworzyły pojęcia Boga-
Stwórcy, który byłby rodzajem dowódcy świata; Absolut jest tu bliższy
pojęciom bezosobowym, takim jak "brahman", czy "sangha". Przyroda pojmowana
jest jako wieczna, zaś zarządzające nią siły niematerialne przechodzą w
nieskończoność cykl przemian podobny do obserwowanego w naturze materialnej.
Wydaje się, że wyobraźnia agrarna niespecjalnie rozdziela świat materialny i
niematerialny; byty takie jak choćby słowiańskie kłobuki i płanetniki57 żyją
blisko ludzi i podzielają ich codzienność. Można powiedzieć, że ze zdolności
stwarzania bogów społeczności agrarne korzystają oszczędnie. Ciekawym rysem
jest tu niemal całkowite zatarcie hierarchii bytów: człowiek jest wobec sił
niematerialnych niemal równorzędnym partnerem, gdyż i on, i bogowie są
jednako cząstką bezosobowego Absolutu i jednako korzystają z tych samych sił
natury. Siły te są przez społeczności agrarne rozpoznane i wykorzystywane
dużo lepiej niż w społeczeństwach koczowniczych, przez co nie stwarzają
większego zagrożenia58. Silne też jest przywiązanie do ziemi w sensie
bioenergetycznym, czego jaskrawym przykładem są choćby obrzędy o charakterze
magicznym odprawiane na miejscach mocy, powszechne w kulturach agrarnych59.

Nietrudno zauważyć, że dzisiejsza cywilizacja zachodnia jest koczownicza do
trzewi. Wszystkie jej żywotne korzenie - religia żydowska, kultura rzymska,
filozofia grecka i pochodne od nich chrześcijaństwo - są tworem społeczności
koczowniczych. Wraz z wynalezieniem środków szybkiej łączności i masowego
komunikowania się zanikły te elementy lokalności, które jeszcze do połowy
XVI stulecia były w kulturze Zachodu obecne. Ruszyła niepowstrzymanie
machina zdobywczości, co z historii znane jest jako imperialistyczna faza
rozwoju kultury zachodnioeuropejskiej. Gdy zaś po przeszło trzech stuleciach
niepowstrzymanego pędu koczowników do gospodarczego i militarnego podboju
reszty świata zorientowano się w rozmiarach zniszczeń, jakie pozostawiła po
sobie ta zdobywczość - Ziemia była już potężnie zdewastowana. Z lęku przed
zupełną utratą środowiska życia zrodził się ruch ekologiczny. Dopracował się
on niezłych i rzeczywiście przyjaznych środowisku technologii, ale już
filozofię musiał wziąć od kultur rolniczych. Dzisiejsi eko-nowinkarze
chętnie sięgają do symboliki i mitologii agrarnych ze swej istoty kultur:
celtyckiej, słowiańskiej, chińskiej, etruskiej czy kultur indiańskich. Ale
już środki propagacji tych symbolik i mitów są stricte technologiczne: płyta
CD, taśma video, coraz częściej także Internet.

Taka też osobliwa mieszanka obyczajów dociera i do nas. Co ciekawe,
traktowana jest jak zupełna nowość. Tymczasem właśnie zagubiona cząstka
Słowiańszczyzny, jaką jest agraryzm i kontemplatywność leżą u podłoża
ekofilozofii. Wielką ironią historii jest zatem fakt, że prace Henryka
Skolimowskiego ukazały się najpierw po angielsku, najpierw zyskały uznanie
na koczowniczym Zachodzie, a dopiero za jego pośrednictwem docierają do
miejsca, z którego de facto wyszły...60

Agraryzm, a dokładn
Obserwuj wątek
    • witomir Re: SŁOWIAŃSKI AGRARYZM INSPIRACJĄ DLA WSPÓŁCZESN 30.12.03, 02:13
      Agraryzm, a dokładniej jego ziemiańska odmiana, legł u podłoża największego
      sukcesu w naszych dziejach, jakim był bez wątpienia "złoty wiek" czasów
      jagiellońskich. Wszelkie do dziś z sentymentem wspominane cechy tamtych
      czasów: potęga polityczna, siła gospodarcza, sprawnie funkcjonująca demokracja
      szlachecka, wysoki poziom wykształcenia, duża świadomość obywatelska - u
      podłoża mają właśnie agrarną z ducha swego wizję świata. Najwybitniejsze
      ówczesne dzieła, czyli poezja Jana Kochanowskiego, publicystyka polityczna
      Andrzeja Frycza Modrzewskiego, historiografia Marcina Kromera i Marcina
      Bielskiego, wreszcie dzieło Macieja Miechowity61 - wszystkie one rolnicze
      życie blisko natury, czerpanie wiedzy z życiowej praktyki a nie z
      mętnawych "objawień", uznają za wartość najwyższą. I - cóż za ironia
      Historii! - wszystkie ukazują się w chwili, gdy świat koczowniczy otaczający
      agrarną Polskę zbroi się na potęgę i szykuje do swej zwycięskiej ekspansji.
      Temu wyzwaniu, jak wiadomo, nie sprostaliśmy, a idee agrarne, przejęte i
      zniekształcone przez koczowniczych z ducha swego jezuitów szybko zdegenerowały
      się do imentu, fundując równie kompletną degenerację mitu sarmackiego62. Ale
      też jezuiccy okupanci nie byli w najmniejszym stopniu zainteresowani
      jakimkolwiek rozwojem świadomości agrarnej ani w ogóle rodzimej; byli
      sprawnymi i bezwzględnymi wykonawcami uchwał niesławnej pamięci soboru
      trydenckiego. I tak to agrarna radość życia, umiłowanie prostoty i natury,
      ciekawość świata (polska młodzież szlachecka czasów Renesansu podróżowała
      sporo po Europie) zamieniły się w degenerację, której skutki widoczne są do
      dziś63. Polska, zdobywcza i misjonarska, z narzuconym, koczowniczym wzorcem
      życia zdecydowanie się historycznie nie sprawdziła.

      Wzorzec życia najpierw pogańskich Słowian, a potem niemal do połowy XVI w.
      chrześcijańskiej już Polski mocno rymuje się z tym, co stanowiło istotę
      przesłania Renesansu: z bezpieczeństwem egzystencjalnym, w kulturach agrarnych
      istniejącym jako coś oczywistego. Nic dziwnego, że właśnie w okresie
      Odrodzenia duchowość polska rozkwita najpiękniej na skalę nigdy potem w naszej
      historii nie notowanej - i nic dziwnego, że wmawiająca grzech od poczęcia i
      odbierająca to bezpieczeństwo nauka katolicka tak fatalnych narobiła tu
      spustoszeń. Zdjęcie z polskiej psychiki zbiorowej naleciałości koczowniczych
      (to różne przeświadczenia o "misjach" i "przedmurzach") pozwoliłoby odzyskać
      głębię duchowości utraconą przed wiekami, bez rozmywania jej w bezsensownych
      sporach ideologicznych i gorszących praktykach politycznych.

      Podstawa organizacji społeczeństwa agrarnej, przedchrześcijańskiej
      Słowiańszczyzny - samorządna i samodzielna społeczność lokalna zwana opolem -
      z powodzeniem mogłaby być wzorcem i dla dzisiejszych wyznawców lokalności jako
      podstawy zdrowia gospodarczego i społecznego. Można zatem, upraszczając nieco
      problem, powiedzieć, że ekologiczność noszą Słowianie "w genach", więc nie ma
      potrzeby specjalnego importowania wzorców z Zachodu64. Koczowniczo-militarnej
      z ducha swego kulturze Zachodu ekologizm jest zasadniczo obcy i nic dziwnego,
      że ekofilozofię stworzył i propaguje Polak. Ekofilozofia i propagowany przez
      nią rozwój zrównoważony to szansa mniej dla Zachodu, lecz przede wszystkim dla
      krajów upośledzonych w przeszłości przez komunizm. Bo żywe w tych krajach
      marzenia o "dogonieniu Zachodu" są - powiedzmy to sobie szczerze i otwarcie -
      mrzonką. Inny jest u nas stosunek do pracy, inny model konsumpcji, no i przede
      wszystkim zupełnie różny model duchowości - agrarny właśnie. Mniej zwracający
      uwagę na konkurencyjność i wydajność, a bardziej na współdziałanie człowieka i
      przyrody. Eksperyment z liberalizmem gospodarczym ostatnich lat dziesięciu,
      gdy ilość ludzi o mentalności koczowniczego zdobywcy okazała się za mała, by
      pociągnąć resztę ku wymarzonemu dobrobytowi, a za to szybko rośnie obszar
      beznadziejnej nędzy, powinien dać mocno do myślenia dogmatykom zapatrzonym w
      Zachód. Równie twórcza może być refleksja nad szybką degeneracją społeczeństwa
      w okresie komunizmu. Takie zdegenerowanie, wyrażające się dziś w postawach
      roszczeniowych i potężnym braku odpowiedzialności społecznej też wyrosło na
      gruncie agrarnym - z szybkiego wtopienia się w bezpieczeństwo socjalne, jakie
      dawał komunizm i pomylenie go z naturalnym w agrarności bezpieczeństwem
      egzystencjalnym.

      Można zaryzykować stwierdzenie, że duchowość agrarna - bliska, niewymagająca,
      dostępna bez ograniczeń każdemu członkowi żyjącej w rytmie przyrody
      społeczności - jest wymarzonym wręcz podarunkiem dla światopoglądu
      ekologicznego. Agrarność z jej refleksyjnością, z eksponowaniem bezpośredniego
      doznania Natury, z brakiem agresywności, a za to przekonaniem, że Matka-Ziemia
      jest ojczyzną wszystkich ludzi, z organicznie wbudowaną w światopogląd i
      praktykę życiową lokalnością, z rewerencją i światem jako świątynią u podłoża
      refleksji globalnej, to bez wątpienia najpiękniejszy podarunek, jaki możemy
      dać dzisiejszemu napiętemu do granic możliwości światu. Nie oznacza to
      oczywiście, jak chcieliby tego otumanieni wojującym religianctwem, katolickim
      i niekatolickim, narodowcy, odrzucenia dorobku myśli i cywilizacji zachodniej;
      oznacza jednak nieco krytyczne podejście do agresywnie propagowanego przez
      Zachód skrajnie utylitarystycznego i wyjaławiającego stylu życia. Chodzi o to,
      by nie rezygnując z dobrodziejstw demokracji i technologii, nie stać się ich
      kapłanami i więźniami jednocześnie.

      Jeśli tylko odkryjemy w sobie tę nutę; jeśli uwolnimy się od zniewolenia
      religijnego, obcego naszej naturze; jeśli zrozumiemy przesłanie, jakie
      zniszczona, lecz wciąż żyjąca Ziemia nam przekazuje - okazać się może, iż nie
      jest to mały wkład w kulturę świata jako całości. Że jest to coś, co lecząc
      narosłe kompleksy i resentymenty, przywraca nam godność i dostojeństwo
      utracone przed stuleciami.




      -------------------------------------------------------------------------------
      -

      57. Kłobuk (kłobog) był złośliwym, choć tępym szkodnikiem, co np. myszy na
      spichlerze napuszczał. Płanetnik umiał rządzić pogodą, więc pozyskanie sobie
      jego przychylności było dla rolnika sprawą pierwszorzędną.
      58. Sprzyjał temu fakt, że społeczności agrarne rozwinęły się na terenach
      przyjaznych życiu, wolnych od zagrożeń wielkimi klęskami żywiołowymi.
      Lokalność i brak podatnej na zniszczenie infrastruktury cywilizacyjnej
      pozwalała minimalizować skutki i tych klęsk żywiołowych, które się
      nieuchronnie trafiały.
      59. Miejsce mocy, to obszar, na którym promieniowania subtelne, wynikające z
      nietypowego i rzadko spotykanego ułożenia warstw geofizycznych są szczególnie
      silne i mają np. właściwości lecznicze. Fachowo nazywane czakramami, miejsca
      takie odgrywają ważną rolę w wierzeniach i praktykach duchowych kultur
      agrarnych. Uważa się, że poprzez czakramy nasza planeta potrafi komunikować
      się z żyjącymi na niej istotami żywymi - także ludźmi.
      60. Cytowany już w tej pracy Jan Stachniuk jest autorem na wpół tylko udanej
      pracy "Słowiański mit", będącej raczej szkicowym uwspółcześnieniem agraryzmu,
      niż pełnym dziełem filozoficznym. Jednak nawet ów szkic może być pożyteczny,
      gdyż zawiera sporo idei wykorzystywanych dziś explicite w filozofii
      ekologicznej.
      61. Mamy tu na myśli "Traktat o dwóch Sarmacjach", dzieło, które potężnie
      zaciążyło nad świadomością zbiorową Polaków ówczesnych czasów i które -
      wypaczone, spłycane, a często wręcz zafałszowywane - wytyczyło kierunek biegu
      dziejów naszego kraju na trzy stulecia.
      62. Sarmatyzm był jedynym w naszych dziejach oryginalnie polskim produktem
      filozoficzno-społecznym. Bo nie było nim na pewno ani importowane z Rzymu
      chrześcijaństwo, ani też: francuskie z pochodzenia Oświecenie, niemiecko-
      angielski Romantyzm, francuski pozytywizm, skandynwsko-francusko-niemiecka
      moderna, ani tym bardziej idee kom
      • witomir Re: SŁOWIAŃSKI AGRARYZM INSPIRACJĄ DLA WSPÓŁCZESN 30.12.03, 02:14
        Sarmatyzm był jedynym w naszych dziejach oryginalnie polskim produktem
        filozoficzno-społecznym. Bo nie było nim na pewno ani importowane z Rzymu
        chrześcijaństwo, ani też: francuskie z pochodzenia Oświecenie, niemiecko-
        angielski Romantyzm, francuski pozytywizm, skandynwsko-francusko-niemiecka
        moderna, ani tym bardziej idee komunistyczne. Niewiele też wspólnego z
        pierwotnym duchem Słowiańszczyzny ma liberalna ekonomia i demokracja w wydaniu
        zachodnim. Znane z historii demokracje słowiańskie: polska szlachecka i
        podobna do niej, z tego samego ducha zrodzona kupiecka republika Wielkiego
        Nowogrodu, istniejąca na Rusi Kijowskiej do końca XVI stulecia, odwołują się
        raczej do tradycji zadrugi, czyli - mocno upraszczając sprawę - potężnej
        wspólnoty "ludzi równych i wolnych", jednocześnie duchowej, politycznej i
        gospodarczej, funkcjonującej w ramach lokalnych, blisko z siłami Natury
        współżyjących społeczności. Odarcie takiej wspólnoty z właściwej jej
        duchowości, upadek lokalnych kultów, rozbicie misternych nieraz powiązań
        gospodarczych i wpojenie przekonania, że ktoś inny (w tym przypadku rzymski
        papież) zna właściwe cele ewolucji człowieka i jego świata - dały szybką
        degenerację idei sarmackich, którego to procesu ukoronowaniem stały się
        rozbiory.
        63. Patrząc na wykuwanie się demokracji w III RP ma się nieodparte wrażenie,
        że odrodziła się nie Polska końca XX stulecia, ale ta z końca wieku XVIII - ze
        zanarchizowanym społeczeństwem, niesprawną władzą, warcholstwem, prywatą,
        praktycznie wszechwładzą Kościoła i politykami, o których napisano,
        że "zachowują się jak najeźdźcy w podbitym kraju".
        64. Nie jest to oczywiście propozycja jakiegoś "eko-rasizmu", lecz
        stwierdzenie faktu - ludy agarane, w tym oczywiście Słowianie, wzmocniły inne
        potencjały aniżeli ludy koczownicze. Nie jest i nie będzie to żadną przeszkodą
        dla kogoś o koczowniczym wyposażeniu kulturowym, kto chciałby spróbować
        agaranego z ducha swego ekologizmu - ktoś taki będzie tylko musiał nieco
        więcej poeksperymentować ze sobą i swoim stylem życia, niż osoba o wyposażeniu
        agarnym. Zatem owa "genetyczność" powinna być traktowana przenośnie, może
        jako "memetyczość"? W każdym razie obecnie, gdy nowe wzorce życia dopiero się
        kształtują i nie są powielaną przez system edukacyjny normą,
        osoby "genetycznie agrarne", intuicyjnie czujące ekologiczny sposób życia, są
        na pozycji nieco uprzywilejowanej.


        -------------------------------------------------------------------------------
        -
        Miejscem człowieka jest ziemia. Wykłady z ekofilozofii Prof. Henryk Skolimowski
        • ignorant11 Skansenizm słowiański... 30.12.03, 02:51

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka