lubię siedzieć. komunikacją miejską też lubię się poruszać. mam już nawet swoją poranną ekipę trzymającą władzę na przystanku w liczbie sztuk 8 (wszyscy żywimy głęboką nadzieję, że ten facet co to co rano wychodzi psa wysikać - ale to jakiego psa! - kiedyś przystanie choćby na chwilę z nami porozmawiać. w zasadzie to czort z facetem, o psa mnie się rozchodzi). na przystankach i w autobusach fajne znajomości zawsze nawiązuję. zaczynając od niemoralnych propozycji przez opis chorób wenerycznych sąsiadek sąsiadek, kończąc na darmowych wyżerkach owocami. no i tak. miałam ci ja dzisiaj wyjście służbowe (to w temacie już będzie), no więc oczywiste, że nie będę na piechotę szła (Dżaźka jak świeci słońce to nie chodzi), klapnęłam zatem na przystanku czekając na transport. no ale heloł, jakiego ja ci podrywu byłam świadkiem!
miejsce: przystanek autobusowy.
czas (i okoliczności): w samo południe, w słońce w które nie chodzę.
osoby: Dżaźka jako wolny słuchacz, gołębie, starszy Pan, starsza Pani z deską do prasowania (deska do prasowania nie odgrywa tutaj żadnej znaczącej roli).
i tak:
klapnęłam na przystanku ja, zaraz za mną klapnął Pan. Pan wyjął z siatki pętko kiełbasy i zaczął konsumować. widać, że chłopina wrażliwy na zwierzęta bo od czasu do czasu pluł kawałkami owej kiełbasy, gołębie się zlatywały i jadły to to. po chwili dołączyła do nas Pani z deską do prasowania. zaczęli rozmawiać.
Ona: przepraszam czy jechała już czwórka?
On: nie, ja też czekam. szybciej by chyba taksówką.
Ona: co Pan Panie, jest autobus to się autobusem jeździ. taksówką to drogo.
On: jak drogo? Pani, dwie dychy i miasto nasze.
(w tym miejscu Ona puka się w głowę, ale On nie ma zamiaru odpuścić)
On (w sensie, że zagaja): ale słońce to dziś świeci, chude to mają lepiej w takie słońce, łatwiej im chodzić (no jak mógł to tak spieprzyć?!)
Ona (taktowny unik): to słońce to takie piekące. świeci i piecze od razu. kiedyś to i słońce nawet inaczej świeciło.
On: kiedyś to wszystko było inne. teraz jak człowiek sam jest to niedobrze.
Ona: co Pan Panie?! tak Panu źle?! samotność to luksus!
On: Pani! jaki tam luksus Pani? najgorsze przekleństwo być samemu. nie życzę nikomu. wie Pani jak mi się samemu gotować nie chce?
Ona: nie Pan jeden sam na świecie. jest nas więcej i każdy z nas coś jeść musi.
On: no tak, ale wie Pani we dwójkę to zawsze jakoś inaczej smakuje. jedno zetrze, drugie do wody wstawi. to i szybciej i przyjemniej.
Ona (nadal twardo): Panie, jak się jest samemu to nic nie trzeba. zupełnie nic. naprawdę.
On (po chwili milczenia, tu akcja nabiera rozpędu): a właściwie to Pani sama, ja samotny... moglibyśmy się zaprzyjaźnić bliżej. Pani to mi wygląda na fajną kobitę.
Ona: a daj mnie Pan Panie spokój! (pewnie jej wnuczka czytała ebuczka "Zołzy...")
On: ale przysiądzie się Pani bliżej mnie... tego autobusu coś długo nie ma, może byśmy zamówili jednak taksówkę?
(tutaj nadjeżdża mój autobus więc wsiadam). wsiadam do autobusu, odwracam się do drzwi żeby odbić sieciówkę i przez zamykające się widzę, że jednak Pani dosiada się do Pana.
bez konkluzji.
a w zasadzie z. chłopaki rwijcie dziunie na przystankach. jak widać nawet te najodporniejsze miękną.