Metodą łagodnej perswazji, jak ta kropla co drąży kamień, przez jakiś tydzień z hakiem, kumpel nakłaniał mnie do zmierzenia się z ww dziełem.
Kumpel z tych, co to po 1-szym (ani żadnym kolejnym zresztą) stokanku nie zakąszają, więc jechało mi to typowym wkrętem, ale wrodzony niedowład asertywności przełożył się w końcu na ulegnięcie tej kuszącej propozycji.
Parę RFC, tuzin howto i 2 manuale czekały karnie któryś już tydzień na zmiłowanie, ale jako rasowy koneser tanich wzruszeń, pomyślałem – jesień jest, co mi szkodzi.
Coś mnie tknęło jednak już na widok samej okładki : ustawione w pionie wyszminowane celem wyobrażania serduszka, karminowe wargusie. ‘No ta ...’ - pomyślałem. A dalej było jeszcze gorzej.
Zasadniczo rozchodziło się o niedolę jednej pani, która ze skąpanej w słońcu Brazylii, dała onegdaj ognia do mroźnej Szwajcarii celem przychylania jej dumnym synom tzw nieba w zamian za pożytki o charakterze finansowym-merkantylnym.
Pierwsze 60 stron zleciało Jej na wspominkach fontanny, ołówka kolegi, taty z mamą i zaopatrzeniu okolicznych sklepów w rodzinnej mieścinie. Następne 60 - na spotkaniu sponsora, locie do Genewy i figlach na rurce.
Kolejne - na wyleceniu dyscyplinarką z knajpy z rurką, za rajd w góry z dobiegaczem w godzinach pracy, osłodzone jednakowoż 5 kaflami franków, za umiejętne przyswojenie w lokalnym narzeczu słówka ‘adwokat’.
Wytrwale, jak baran na rzeź brnąłem przez kolejne rozdziały, dowiadując się o tak ociekających wyuzdaniem intymnych szczegółach z życia bohaterki, jak słabość do rolnictwa i niechęć do telewizji, póki się nie połapałem, że zostaje ostatnie 40 stron, a relacji z jednej choćby znojnej nocnej zmiany z udziałem jakiegoś miejscowego naćpanego markiza de Sade z brzytwą w ręku, jak nie było tak nie ma.
No dobra, myślę, coś wolno się kolo (a trzymając się detali Coelho) rozkręca tę grozę budując, ale jak się zaraz zacznie, to psychoza, ptaki i teksańska masakrą, odejdą w zapomnienie jak 36-ty odcinek misia Uszatka.
No i moja przepowiednia już się miała samospełnić, bo oto nasz Kopciuszek spotyka jednego artychę malarza (a każde dziecko wie, że wszystkie artychy to zboczuchy) i łyka jak pelikan kit, że ten chce Ją (hehe) uwiecznić, bo widzi w niej jakieś (hehehe, nie mogę) światło.
‘No’ - myślę, 200 stron, 5 ciągnących się jak guma od majtek godzin, ale w końcu. Zajmuję przeto strategiczną miejscówkę na drugim boczku, ślinię paluch i ....
Się okazuje, że pacykarza seks nudzi !! Łoszfak ! Do wafla wacława !! To po co dziewczynie dupe zawracasz, degeneracie ?!?!?!
Wiele potrafię zrozumieć. Wymogi literatury kobiecej, mgły, wrzosy, jaśminy, fontanny, lazury, karminy, słabość do rolnictwa i rozterki dziewictwa, ale przecież kolo (tak, od dziś tak będę frajera nazywał) upiera się na okładce, że jest facetem, więc może by raz (słownie : r a z) wykonał po znajomości jakiś jeden zasmarkany gest na rzecz zabłąkanego w niewłaściwy rząd regałów (‘Sam reperuję Poldka Karo’ – prosto i druga w lewo) kumpla rasy homo sapiens ?!
Zostało 16 stron (8 kartek). Jeszcze ma szansę, skubaniec, ale po tym jak mnie 2 razy załadował w batona, toczę ze sobą wewnętrzną walkę, czy zaryzykować po raz trzeci.
Co byście zrobili : doczytali czy nie ?
PS Kumpla oczywiście zjadę jak burą kobyłę. Wkręt wkrętem, ale to już było niżej wora
Uprasza się o motywację