Gość: Anka
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
15.10.04, 14:44
Taka refleksja nasunęła mi się podczas spacerów z moim psem. Mieszkam na
peryferiach dużego miasta, w dzielnicy nowych domków jednorodzinnych,w
okolicy malownicze pola, łąki i niewielki lasek. W większości mieszkają tu
ludzie dobrze, a nawet bardzo dobrze sytuowani, stać ich na piękne, modne,
rasowe psy, a te psy to m in. : seter irlandzki na krótkim łańcuchu przy
nędznej budzie, dwa nowofunlandy leżące całymi dniami na betonowym podjeżdzie
do garażu, owczarek podhalański, którego widuję od 10 lat żyje w kojcu, w
którym z trudem może się obrócić, a swojego własciciela widuje przez kilka
mnut dziennie podczas napełniania miski z jedzeniem, berneńskie psy
pasterskie i kilka huskych zamkniętych całymi dniam w kojcach, którymi nikt
nie interesuje się, nie wychodzi na jeden choćby spacer dziennie, a kontakt z
włascicielem ogranicza się do podania raz dziennie michy i niezliczona ilośc
owczarków niemieckich, wściekle ujadających na każdego mijającego ich
posesję, które na ostatnim spacerze były zapewne w szczeniectwie lub wczesnej
młodości. Ja ze swoim psem chodzę codziennie na 3 lub 4 długie, w promieniu
2-3 km, spacery, a na tych spacerach spotykam się regularnie z właścicielami
tylko kilku psów. A co z pozostałymi, których psy wiodą życie niczym nie
różniące się od tego w schroniskach, pozamykane a ciasnych kojcach, w
najlepszym wypadku spuszczane na noc? No więc, pytam się po co tym ludziom
psy?