saavage
17.12.05, 22:07
www.nowydzien.pl/nowydzien/1,70091,3072635.html
Chyba wstydzę się że mieszkam w Gdańsku...
Zwierzęcy obóz koncentracyjny w gdańskim schronisku
Psy katowane przez sadystycznych pracowników na śmierć. Zwierzęta wyją z
głodu, bo karmi się je śmierdzącą breją, której nie są w stanie przełknąć.
Przez całą dobę stoją w cuchnącym błocie albo marzną w wilgotnych,
nieogrzewanych klatkach.
Słabsze osobniki wrzuca się do kojców z niebezpiecznymi mieszańcami, które w
kilka sekund rozszarpują je na strzępy - w ten sposób oszczędza się na
zastrzykach usypiających.
Taki obraz schroniska dla zwierząt w gdańskich Kokoszkach przedstawili
dziennikarzowi "Nowy Dzień" byli pracownicy oraz ochotnicy pomagający w tej
placówce. Opowiedzieli to nam, bo nie mogli dłużej patrzeć na cierpiące
zwierzęta, a władze miasta są głuche na ich alarm.
Jedną z tych osób jest 25-letnia Elżbieta Klempa, która do listopada była w
schronisku sanitariuszką. - Po każdym dniu pracy wracałam do domu z płaczem.
Nie mogłam już dłużej patrzeć, jak katują tam zwierzęta, nie dają im
normalnie zjeść przez trzy dni. To było ponad moje siły - opowiada.
- Te wybiedzone psy są doprowadzone do granicy szaleństwa - dodaje Dorota
Bogumił, ochotniczka, która w wolnym czasie pomaga w schronisku, sprząta,
karmi zwierzęta. Jest wuefistką w szkole średniej. Czasami z własnej kieszeni
kupuje wygłodniałym zwierzętom jedzenie.
Prywatny dozorca oszczędza
W styczniu schronisko na gdańskich Kokoszkach trafiło w prywatne ręce. Żyje w
nim około 400 psów i 150 kotów. Zarządca wygrał przetarg ogłoszony przez
miasto, bo zadeklarował najniższą cenę. - W praktyce oznacza to, że psy jedzą
śmierdzącą breję przypominającą wymiociny. Są w niej zmielone kości, zepsute
kiełbasy i chleb zalane surową wodą - mówi Dorota Bogumił.
Mariusz Dewo, zarządca schroniska, potwierdza, że wszystkie produkty, z
których robi się jedzenie, są przeterminowane. Ale nie widzi w tym nic złego,
że niektóre towary śmierdzą. - Jak się gotuje obiad w domu, to też czasem
śmierdzi - tłumaczy.
Zapewnia, że w jego schronisku nikt nie bije zwierząt i są one traktowane po
ludzku. A opiekująca się placówką lekarka weterynarii Anna Weiler dodaje, że
nagonkę urządziły organizacje praw zwierząt, bo przegrały przetarg na
prowadzenie schroniska.
Tymczasem w lokalnej prasie w Gdańsku było ostatnio głośno o katowaniu psów
przez pracownicę Ewę K. Wolontariusze mówią o niej, że to sadystka. - Po
pijanemu chwaliła się, że sterylizuje zwierzęta. Rozerwane, krwawiące po
takich zabiegach, lądowały w chłodni - opowiada Elżbieta Klempa.
Zwierzęta "likwidowała" też zatrudniona Anna Weile. - Kiedyś lekarka
wyciągnęła z kartonu kotkę całą w odchodach. Powiedziała, że ją uśpi, bo jest
chora. Zapytałam: "Na co?". Usłyszałam: "Na chorobę obozów koncentracyjnych" -
dodaje Elżbieta Klempa.
Pod wpływem mediów Ewę K. zawieszono w pracy za znęcanie się nad zwierzętami.
Białe kafelki biurowca
Schronisko dostaje od miasta co miesiąc 45 tys. zł, z czego aż 10 tys.
kosztuje utrzymanie biurowca. Na 600 mkw. pracują trzy osoby. Piętro z
elegancką salą konferencyjną jest nieużywane. Pracownicy mają nowoczesną
windę. W luksusowej łazience lśnią białe kafelki, są różowe ręczniki.
Zdaniem Zofii Białoszewskiej ze schroniska we Wrocławiu za 45 tys. nie można
nawet porządnie nakarmić zwierząt.
Władze Gdańska utrzymują, że schronisko to duma miasta. - Kosztowało prawie 6
mln zł. To jedno z najnowocześniejszych schronisk w Europie - chwali Brandt.
Komentuje Ewa Gebert, prezes Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony
Zwierząt "Animals"
Od wielu miesięcy alarmujemy władze Gdańska, że w miejskie schronisko to
zwierzęcy obóz koncentracyjny. Jeśli wiceprezydent Gdańska jest człowiekiem
honoru, powinien już dziś złożyć dymisję. A jego przełożony - natychmiast
wypowiedzieć panu Dewo umowę. Ten horror w Gdańsku to ostrzeżenie dla
wszystkich gmin w Polsce, aby nie oddawały schronisk w prywatne ręce na
zasadzie: im taniej, tym lepiej. To wielka hańba.