1paula
22.10.03, 09:51
Witam,
chcialabym podzielic sie z Wami moim problemem, moze poradzicie co zrobic (a
czego ja jeszcze nie wyprobowalam), bo jestem na skraju wyczerpania
psychcznego i mysle, zeby psa oddac!
Wzielismy ja ze schroniska, miala 7 tygodni, byla chora. A my bardzo bardzo
bardzo chcielismy miec pieska, to byla nasza wspolna, dlugo przemysliwana i
przedyskutowywana decyzja.
Pierwszy miesiac to byla walka, czy piesek wogole przezyje; udalo sie:)
A potem zaczelo sie wychowywanie, ktore nic nam nie przynioslo. Mamy glupiego
na wszystkie sugestie, nauki, karcenia pieska. A jest tak:
1. nie chce wychodzic na dwor, najchetniej wystawila by tylek ledwo za drzwi
i zaraz wrocila; zaden spacer, zadne przejscie na droga strone ulicy, to
gehenna, ciagle szarpanie sie, nie umie chodzic przy nodze i na smyczy
(uczylismy ja tego, ale nic nie kuma); bez smyczy jeszcze gorzej bo pedzi
przed siebie jak oszalala, nie patrzy czy ulica, itp.
2. wszystko niszczy w domu: buty, ksiazki, ubranka synka, wlasne poslanie
(tego juz pojac nie mozemy), swoje zabawki; kiedy wychodzimy z domu wszystko
chowamy, zamykamy wszystkie drzwi i modlimy sie, zeby nic nie zniszczyla;
plonne nadzieje: potrafila wydrapac sciane, wyciszenie drzwi wejsciowych wo
wyskosci wizjera (bo tam doskakiwala), a nawet zezarla farbe z metalowej
barierki ochronnej odgradzajacej schody, wyzarla dziure w dwoch tapczanach w
taki sposob, ze nadawaly sie tylko do wyrzucenia (to byl tylko jeden wieczor
jej dzialalnosci).
3. nie je, mimo, ze w misce jest to co lubi; durnota postanawia nie jesc i
zyga caly dzien
4. kiedy idziemy spac robi wedrowke po stole w kuchmi i wylizuje co jej sie
tam spodoba
5. wszedzie musi byc pierwsza i nie zna umiaru, strach zapraszac gosci, bo
dostaje takiego szalu radosci, ze nie mozna jej w zaden sposob przywolac do
porzadku, przypielam ja raz smycza do barierki to przegryzla smycz
6. nie mozna wyjsc z domu, bo zaraz podnosi taki wrzask, ze caly dom slyszy,
wyje okropnie (kiedy to slysze tez mi sie chce wyc)tak dlugo, jak nas nie ma,
sasiedzi chodzili na skarge; staramy sie wychodzi na krotko, kiedy to
konieczne, rotacyjnie, zeby ktos z nia byl. Weterynarz poradzil nam zebysmy
zakladali jej taki materialowy namordnik, kiedy wychodzimy - pomoglo, nie
wyje, bo nie ma jak, nie gryzie bo nie ma czym, za to wydrapuje wszystko
pazurami. Ale czy o to chodzi w mieniu psa? Zeby go namordnikowac?
Jest mi zal, jest mi przykro, bo nie tak sobie wyobrazalam zycie z pieskiem w
domu. Jestesmy zniecheceni, pozbawieni przyjemnosci z posiadania psa.
Zgodzilismy sie na ograniczenia zwiazane z nowym lokatorem w domu - mniejsza
swoboda, obowiazki, problemy z wyjazdami np. na wakacje, opieka, wydatki itd.
ale myslelismy ze to takze bedzie przyjemnosc (oboje mielismy zwierzeta w
domu, maz mial psa i nic takiego nie bylo).
Bylismy u weterynarza niejednokrotnie, dociekalismy, co moze byc przyczyna,
gdzie zrobilismy blad (jesli go zrobilismy), szukalismy sposobow rozwiazania
problemow, tak, zeby pies zostal z nami, szukalismy pomocy u psiego
psychologa (zdziwila, sie ze wytrzymalismy z psem trzy lata, nie widzi
mozliwosci poprawy jej zachowania).
Mamy dosc, chcemy ja oddac. Nie do schroniska, ale do domu z ogrodkiem, moze
tam bedzie czynila mniej szkod, a moze osobie, ktora zawsze jest w domu (na
emeryturze). Ale kto ja zechce? A ja zle sie z tym czuje, trace milosc do
tego zwierzecia, pies przyjacielem czlowieka.... jakos nie moge w to
uwierzyc, a z drugiej strony nie potrafie sobie wyobrazic, ze ja oddamy, czy
ktos bedzie dla niej dobry, czy ona sie odnajdzie w innych warunkach, zamecze
sie tymi myslami...
Wzielam zwierze z cala odpowiedzialnosci, ale czty rujnacja mieszkania
(m.in.) to ma byc cena?
Jest mi zle, czuje sie podle moralnie, ale juz nie mam sily. Tlumaczymy,
cwiczymy, karcimy, trenujemy, leczymy, kochamy, gniewamy sie na tego psa juz
trzy lata. I nic z tego nie wychodzi. Glupi pies??
Bo nie wydaje mi sie, zebysmy zrobili blad - mielismy juz (w domach
rodzinnych) zwierzeta, nie bylo problemow.
Psycholozka mowi,ze nie ma sensu karac psa, kiedy przyjdziemy do domu, a tu
np. drzwi wydrapane, bo ona nie polaczy skutku z przyczyna.
Czy mam sie meczyc do konca dni psiaka?
Odechcialo mi sie, nie ma sily, kazdy dzien to walka i ciagle myslenie, co
ona jeszcze zrobi.
Mozecie nam pomoc?