default
02.01.04, 11:10
Sylwester spędziliśmy w gronie sąsiadów i znajomych. Mieszkamy na peryferiach
miasta, okolica mało zabudowana, nasze mini-osiedle to cztery domy. Miałam
nadzieję, że ograniczy to sylwestrowe fajerwerki i wybuchy, ale żądza
pohałasowania tej nocy jest jednak przemożna. Impreza odbywała się w domu
sąsiadów, nasze psy siedziały co prawda same, ale wpadałam do nich co jakiś
czas. Z uwagi na bardzo szczelne okna, hałasy dochodziły do nich bardzo
przygłuszone i dziewczyny właściwie nie reagowały na nie. Sąsiad obok także
zamknął swojego na co dzień mieszkającego w budzie psa w domu, aby się nie
denerwował. Natomiast sąsiadka z przeciwka doprowadziła mnie do szału swoim
postępowaniem. Ich biedny piesek snuł się od domu do domu, przerażony,
zagubiony, próbował wejść "na imprezę", tam jednak ryczała wieża, biegali i
wrzeszczeli rozochoceni alkoholem ludzie, biedak szukał swojej pani, a ona
miała to w du... Prosiłam ją, żeby go zamknęła w domu, na to ona, że on woli
być na dworze, że w domu będzie się nudził i w ogóle "da sobie radę". Kiedy
minęła dwunasta i szał fajerwerków zaczął się na całego, piesek jednak wpadł
w środek imprezy, z obłędem w oku szukając schronienia, mimo ogłuszającej
muzyki. Pierwsze minuty nowego roku spędziłam wciśnięta w kąt kuchni sąsiadów
z nie moim psem, drżącym, przerażonym i wciskającym mi łeb pod pachę.
W końcu wymusiłam na sąsiadce, żeby zaprowadziła psinę do domu, ale co
przeżył, to jego....