perli
16.02.04, 15:47
siedzę na walizce. Walizka zapotniała. Kawałek płótna utopiłam w płatkach .
Nie ma już wody. Piję więc pot i boję się. Śmierci. Jedna spróchniała deska.
Trafiła w hadwao za sprawą sprytnej matki. Wszystkie dzieci w wagonie mają
teraz przeciwpragnieniowe pistacje. Z wiadra wylewa się mocz. Płacz zasypia
nocą ale smród nie. Boję się. Modlę się do chrupiących skórek. Do chleba.
Przychodzi do mnie warczenie. Padam na ziemię a ono ma ręce w czarnych
rękawiczkach. Pachnie cygarami. Kark mi łamie.... Dzisiaj moja kolej. Staję
na walizce i wkładam palce w wydziergane z drutu okno. Pada. Lepka mąka.
Kłosy deszczu. Przemywam włosy. Ktoś uderzy mnie za sekundę w plecy walizką.
Jest slisko, wpadam w wiadro. Breja smrodu łapie moje gardło i przyciska do
podłogi. Kiedy wstaję jest dzień. Nie czuję bólu. Wagon wygląda zupełnie tak
samo a jednak inaczej. Odór odjechał. Jest ciszej i wygodniej. Jedziemy i
jedziemy a stacji -noc- nie widać. Wszyscy się teraz boją. Trwaniem staje
trumny stukotanie. Kiedy wsiedliśmy do tego wagonu? Wczoraj, sto lat temu czy
dzisiaj? Podchodzi do mnie Szafirek:
-perli , co się kurna dzieje?
-chcesz żyć?
-tak i przecież żyję no nie? co Ci jest?
-wszyscy umrzemy, jak dojedziemy, rozumiesz? Ja pierwsza...
-co Ty wygadujesz? zwariowałaś!
Odchodzi i zabiera ze sobą przekonanie o moim wariactwie. Szepty i strach.
Wagon trzeszczy. Szepty są głośniejsze od strachu. A może jednak jakoś tak na
odwrót. Ale ich strach jest silniejszy i sprawia mi ból. Jak długo można
jechać? Tysiąc lat? Dwa? Oni nic nie rozumieją. Nie widzą tego co ja.
Nadziewają nadzieję na palce. A ja muszę otworzyć walizkę i się uczesać.
Nareszcie noc. Stacja. Słyszę warczenie rampy. I śmiech Światła.