Gość: wikul
IP: *.acn.waw.pl
01.03.04, 01:18
Wielokrotnie na tym forum wyrażałem swój pogląd że agresywne propagowanie
homoseksualizmu jako alternatywnego, równoprawnego sposobu na życie jest
niebezpieczne dla młodego pokolenia. Pisałem że w praktyce granica między
homoseksualizmem a pedofilią jest nieuchwytna. Znani na tym forum obrońcy
agresywnego homoseksualizmu : trzycyfrowy bufon, dwucyfrowy kretyn, czy
obszczany kaczor powinni zapoznać się ze zwierzeniami ex-słowika z chóru K.
Może to da im coś do myślenia. Piszę to bez większego przekonania, uważam
bowiem że dopiero osobisty dramat ww. gdyby ich syn(lub córka)został
zdeprawowany przez jakiegoś "dyrygenta" mógłby ewentualnie ich oświecić.
Rozmowa za 1000 złotych. Żeby mieć syna na oku, trzeci raz zostałem Słowikiem.
Już się pan przebadał? - rozglądam się po mieszkaniu.
- Nie. Panie redaktorze, żeby było jasne, nigdy nie miałem z nim stosunku
pełnego, ani oralnego, ani analnego. Więc się nie badam. Ale znam takich, co
pewno zaraz pognali. Powinni.
Eks-Słowik poprawia się na kanapie. Za plecami zdjęcia rodziny. Żona,
uśmiechnięty syn, też chórzysta. Obok Polskie Słowiki u Papieża, duże
kolorowe zdjęcie.
Oficyjera strzeż się, strzeż
Eks-Słowik, dawniej sopran, teraz biznesmen poznański, lekko chrypi: - Kiedy
jechaliśmy na tournee, cały autobus śpiewał: "Strzeż się tego co na przedzie,
w krwawym mercedesie jeeedzieee, oficyjera, oficyjera, oficyjera się strzeż".
Bo on jechał zwykle z przodu swoim czerwonym mercem, z wybranymi chłopcami
dla towarzystwa. Druga zwrotka była taka: "Jeśli wydasz mu się miły, to twe
marzenia się spełniiiiły. Oficyjera, oficyjera..." - darliśmy się na całe
gardło.
K. ewidentnie polował na dzieci z rozbitych rodzin. Widzi pan tego chłopaka -
eks-Słowik wyjmuje zdjęcia. - Ładny, prawda? To jego obecny partner, teraz
już dorosły, który też pewnie wyląduje w więzieniu za finansowe przekręty w
chórze. Zaczął z nim mieszkać, jak chłopak miał 13 lat. Dokładnie pamiętam,
miał starszą siostrę. Mama im zmarła na raka, ojciec ożenił się z jakąś
kobietą, która ich nie chciała, więc mieszkali sami.
K. od razu to wyczuł i zaczął grać dobrego wujka, kupował chłopcu ubrania,
zabrał go do siebie. Zaczął wyróżniać w chórze. Mówiliśmy tej
siostrze: "Wyciągnij go, wiesz, co on z nim robi". Ale ona była tylko trochę
starsza, niewiele mogła. Zresztą K. też ją kupił - załatwił jej robotę w
Holandii i miał spokój.
Tata dał mi w pysk i koniec
- Nienawidzi go pan.
- Życie mi spaprał. To, że mam teraz normalną rodzinę, żonę, dzieci, to,
proszę pana, cud. Pan wie, dwa nagie ciała obok siebie, dotykanie, to
człowiek chociaż by nie chciał, ma erekcję. A ja z tym walczyłem, żeby sobie
nie myślał, że ma kolejnego kochasia. Żeby nie mógł powiedzieć: "Widzisz,
tobie też jest przyjemnie, nie wzbraniaj się, natury nie oszukasz". Tak wtedy
z sobą walczyłem, że potem pięć lat nie byłem mężczyzną. Dziewucha rozebrana,
a ja nic. Normalnie inwalida, nerwica jakaś, myślałem, że zwariuję.
- Nie powiedział pan rodzicom?
- Powiedziałem. Od własnego ojca dostałem po mordzie. Ale zaraz, po kolei, bo
pan potem wszystko pomiesza. K. pierwszy raz się do mnie dobierał, jak miałem
11 lat, pod koniec lat 70. Przyszedłem do chóru. Jeszcze przed mutacją,
śpiewałem w altach i sopranach. No, pokazywał, ocierał się, macał, co będę
panu gadał - eks-Słowik patrzy w kolorowy dywan. - Lubił wejść pod prysznic,
jak się kąpaliśmy, czy woda nie za gorąca, albo wkładał rękę w piżamę, mówił,
że sprawdza, czy zdejmujemy majtki na noc i czy się umyliśmy. Dostałem jakieś
gorączki, nie wysokiej, ale stałej. Rodzice chodzili ze mną po lekarzach i
nic, aż jakiś mądry doktor powiedział, że to na tle nerwicowym i żeby zmienić
środowisko. Przenieśli mnie do innej szkoły. Ale w pierwszej klasie liceum
znowu wróciłem do chóru. Bo chciałem być śpiewakiem, rodzice też marzyli o
karierze dla mnie. Śpiewałem pięknym niskim głosem. Znowu się do mnie
dobierał i wtedy powiedziałem tacie, że maestro to pedał, że nas
wykorzystuje. Rodzice nie chcieli wierzyć, ale chyba mama zadzwoniła, coś tam
bąkała przez telefon, K. się zorientował. To cwany lis, diabelnie
inteligentny i silna osobowość, ma niesamowity wpływ na ludzi. Gada i patrzy
głęboko w oczy. Powiedział, żeby natychmiast do niego przyjechali. Przekręcił
ich oboje. Tata dał mi w pysk i koniec, kazał jechać na próbę. Teraz mamie
głupio, a ojciec niestety już nie żyje.
Te sprawy sięgają lat 60., podobno już od 1964 roku, kiedy K. jako 19-latek
zaczął śpiewać w "słowiczych" barytonach. Ale na pewno w latach 70.
- 30 lat?
- Niech pan powie, jaka w latach 70. była świadomość, kto słyszał o
pedofilii, AIDS?
Można się było pośmiać
- Mówił do nas "stary", a do maluchów "misiu" i chwytał za kolanko. Często
powtarzał: "Stary, tylko żadnych babek". W hotelu zapraszał do pokoju,
częstował wódką, rzucił coś o starożytnej Grecji, Platon, "Uczta", takie
gadki. I jeszcze miał takie powiedzonko, mówił, że starożytne: "Stary,
kobieta jest z obowiązku, melon dla przyjemności, a chłopiec dla rozkoszy".
Nie słyszał pan tego? No i polewał wódkę, młodszym nie, czasem częstował ich
winem. Wino - napój boski. Po kolei odpadali, aż został ten, którego sobie
upatrzył, polowanie skończone, zamykał się z nim na noc. To się przenosiło na
innych jak zaraza, niektórzy chórzyści kopulowali po pokojach ze sobą. Na
początku była taka zasada, że do chóru i na tournee trafiają tylko absolwenci
naszej szkoły chóralnej, jedynej w Polsce. Ale tak od połowy lat 80. on
zaczął sprowadzać chłopaków z zewnątrz. Zwykle na zasadzie kochanków, byli z
nim jakiś czas, a on im gwarantował karierę. Pamiętam słynnego dzisiaj
śpiewaka, też z nim mieszkał jakiś czas. Załatwił mu studia, a widać dużo
mógł, bo chłopak nie miał nawet matury. Niektórzy chłopcy to ewidentnie
wykorzystywali, żyli z nim pół roku, on im coś załatwiał, a potem wracali do
dziewuch.
Pamiętam, jak gdzieś na wyjeździe chłopaczek dobijał się do pokoju K. "Co ty
robisz? On jest pijany", odciągaliśmy go od drzwi. Ale chłopak dalej walił.
Mówił, że K. obiecał mu załatwić miejsce w Akademii Muzycznej. Drzwi się
otworzyły i przez kilka miesięcy chłopaczek chodził w apaszkach K., jego
kurtkach, nawet spodniach, i jeszcze wspólny rejs do Maroka. Ale nieraz
specjalnie przychodziliśmy rano pod drzwi K., dla rozrywki, popatrzeć, kto
tym razem wyskoczy z pąsami na twarzy i ze łzami w oczach. Można się było
pośmiać.
- I po tym wszystkim, co pan przeszedł i wiedział, zapisał pan syna do
Słowików?
- A gdzie go miałem posłać, żeby karierę zrobił? Chłopak ma wybitny talent,
myśli o karierze operowej. Poza tym była taka niepisana zasada w chórze, że
dzieci chórzystów już nie tyka. Ale żeby mieć syna na oku, też się zapisałem
do chóru, do głosów męskich. Trzeci raz zostałem Słowikiem.
Rozmawiał : Wł.Nowak
Całość : serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,1936560.html