gandalph
19.09.04, 02:04
Platforma Obywatelska wyszła ostatnio z incjatywą referendum w 4 sprawach, do
czego zbiera wymagane Konstytucją podpisy. Jestem jak najbardziej ZA i -
jeśli do takiego referendum dojdzie, będę głosować 4 RAZY TAK!
Dla niezorientowanych: PO proponuje 4 punkty: 1. likwidację senatu, 2.
ograniczenie składu liczbowego sejmu, 3. ograniczenie czy też likwidację
immunitetu poselskiego, wreszcie 4. zmianę ordynacji wyborczej na
większościową z jednomandatowymi okręgami wyborczymi. Uważam ten ostatni
punkt za kluczowy, bez którego pozostałe trzy byłyby może nie tyle ruchami
pozornymi, co nie załatwiającymi problemu.
1. Likwidacja senatu. Zawsze uważałem, że wszelkie instytucje czy organizacje
mają sens tylko o tyle, o ile czemuś służą. Senat jest reliktem postanowień
okrągłostołowych; wtedy, tzn. w specyficznej sytuacji wyborów z 1989 r., miał
sens, teraz nie ma żadnego. Polska nie jest krajem federacyjnym, gdzie taki
wariant miałby uzasadnienie, w naszej konkretnej sytuacji nie widzę sensu
utrzymywania kosztownej dekoracji, która żadnej funkcji nie spełnia. Nie
przekonuje mnie argument, że senat ma pełnić rolę filtra nie pozwalającego na
tworzenie "knotów" prawnych; dobrze wiemy, jaka jest jakość prawa
stanowionego w Polsce (mimo istnienia senatu), nie jest to więc żaden filtr,
co najwyżej sitko i to dziurawe. Prawo uchwalane przez sejm ma być po prostu
dobre i tyle. O to właśnie należy zadbać, a nie o działalność pozorowaną
wywołującą wrażenie, że tak naprawdę nie chodzi o żadne tam poprawianie
prawa, lecz o synekury.
2. Ograniczenie składu liczbowego sejmu. Nie wiem, po co sejm ma liczyć aż
460 posłów. Jeśli przemnożyć to przez ilość pracowników obsługi, biur
poselskich itd., wychodzi całkiem pokaźna ilość darmozjadów. Uważam, że taki
tłum po prostu sprzyja dekowaniu się zwykłym gamoniom pasożytującym na koszt
podatnika. Gdyby sejm liczył powiedzmy 200 posłów (a jeszcze lepiej 100-150)
byłoby on i znacznie tańszy, i znacznie mniej podatny na manipulację. W końcu
iluż posłów tak naprawdę orientuje się w meandrach budżetu czy - powiedzmy -
obronności kraju? Zajmuje się tymi zagadnieniami garstka ludzi, zaś pozostali
na komendę bossów partyjnych podnoszą tylko rękę i przyciskają przycisk.
3. Immunitet poselski wywodzi się z czasów, kiedy to w poszczególnych krajach
pomazaniec szafował "prawem miecza" i taki immunitet miał rzeczywiście swoje
uzasadnienie. Dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna - mamy powszechnie uznawane
prawa człowieka, prawa obywatelskie, przysługujące wszystkim, nie
tylko "wybrańcom ludu". Po co więc taki dodatkowy przywilej? Wiemy ponadto,
ilu tych "wybrańców" ma po prostu kłopoty z prawem; wygląda na to, że
traktują mandat jako "dupochron", zaś sejm jako przechowalnię. Pytanie tylko,
w jaki sposób tacy osobnicy w sejmie się znaleźli? I tu dotykamy sprawy
kluczowej, jak już wspomniałem, czyli 4. ordynacji wyborczej.
Z inicjatywą PO koresponduje artykuł w "Gazecie Prawnej" z 3-5 września,
mianowicie wywiad z prof. Antonim Z. Kamińskim z Instytutu Studiów
Politycznych PAN, przewodniczącym Stowarzyszenia Polska Obywatelska. Twierdzi
on, że spór o ordynację jest w istocie sporem o kondycję społeczeństwa, o
jego kulturę polityczną. Chodzi o odpowiedź na pytanie o zdolność
społeczeństwa do samoorganizowania się. Przykładowo, wieki obserwacji
świadczą o ogromnej trudności Rosjan w tym względzie. Oni tego nie potrafią,
muszą być organizowani odgórnie. Natomiast w przeszlości dalszej i bliższej w
Polsce można znaleźć mnóstwo przykładów na zdolność samorzutnego twórzenia
różnych form organizacyjnych: odbudowa państwowości po 1918 r., państwo
podziemne podczas okupacji, powstanie NSZZ Solidarność itd.
Jeśli politycy nie doprowadzą do zmiany ordynacji wyborczej, to powinni
otwarcie i uczciwie powiedzieć, że kolejne parlamenty i rządy będą cierpieć
na dokładnie te same przypadłości co obecne. Nic tego nie zmieni, zaś z
dyskusji i ruchów pozornych nie wyniknie nic jak w przypadku ustaw
antykorupcyjnych, które ślizgają się po powierzchni problemu nie dotykając
przyczyn. "Uważny obserwator łatwo dostrzeże, że w wielu ważnych sprawach
mamy do czynienia ze zmową grup, klik, porozumienia między partiami, nawet
tymi, które na pozór się zwalczają. Większość z nich łączy obrona ordynacji
proporcjonalnej, swoistego modus vivendi klasy politycznej".
Politycy zażarcie broniący ordynacji proporcjonalnej w istocie bronią
własnych pozycji "...ktoś, kto uważa, że trzeba partie organizować odgórnie,
a podstawę takiej organizacji stwarza ordynacja proporcjonalna, będzie jej
bronił "do ostatniej kropli krwi". Daje ona notablom partyjnym prawo
decydowania, kto się znajdzie na liście ich partii, na jakim miejscu i w jaki
okręgu wyborczym, nie biorąc pod uwagę opinii elektoratu..." I
dalej: "Ordynacja większościowa z jednomandatowych okręgów wyborczych - i to
jest istotna różnica - przynosi redukcję liczby partii. Poszczególne grupy
polityków, żeby wygrać w wyborach, muszą się porozumieć, uzgodnić programy
polityczne i połączyć w większe ugrupowania partyjne. To zmienia całkowicie
funkcjonowanie partii i całą strategię wyborczą. Zmienia sposób rekrutacji
polityków i sprzyja lepszemu poznaniu kandydatów przez wyborców." I jeszcze
jeden fragment: "Partie musiałyby się łączyć w bloki i wypracować wspólnie
program,ktory "pokrywałby" cała sferę róznych zagadnień. Chodziłoby o to,
żeby przekonać jak największe grono potencjalnych wyborców, że jest to dla
nich program korzystny... Na scenie politycznej krajów o ordynacji
większościowej ... dominują dwie partie, których programy są na tyle
szerokie, że mieszczą się w nich główne zagadnienia nurtujące społeczeństwo.
Wyborca wybiera więc nie tylko kandydata, ale też program partii, ktorą on
reprezentuje. Program zwycięskiej partii staje się zarazem programem rządu.
Sytuacja jest klarowna, w przeciwieństwie do efektów wyborów przeprowadzonych
zgodnie z ordynacją proporcjonalną.[...] Powołanie rządu [przy ordynacji
proporcjonalnej] z reguły wymaga długotrwalych negocjacji w celu stworzenia
koalicji mającej większośc w parlamencie. Program rządu jest efektem owych
niejawnych negocjacji. Skutkiem tego jest brak związku między tym, na co
glosowali wyborcy, a tym, co staje się programem rządu."
Dodam jeszcze, że we Włoszech do 1993 r. obowiązywała ordynacja
proprocjonalna - z wiadomym skutkiem. Coś około 50 gabinetów od 1945 r.
Doszlo do referendum i teraz 3/4 posłów wybiera się z ordynacji
większościowej (nie 100% tylko dlatego, że w ostatniej chwili politycy
zdołali obronić "kawałek" ordynacji proprocjonalnej).
Z kolei wariant niemiecki wymusza rządy koalicyjne dając małym partiom wpływ
na rządy większy niż wynika to z poparcia uzyskanego w wyborach.
Na to uwaga dziennikarza: "Prawa mniejszości to przecież istota demokracji".
"Prawa większości także! Ochrona praw mniejszości w myśli liberalnej polega
na tym, że ta mniejszość powinna mieć szanse stać się większością w
następnych wyborach. Dlatego nie rozumiem, dlaczego u nas koronnym argumentem
przeciwko JOW jest twierdzenie, że prowadzi ona do wykluczenia mniejszości z
politycznej reprezentacji. Są różne mniejszości i różne prawa powinny im
przysługiwać. Również analfabeci są mniejszością, a przecież nikt nie żąda,
aby mieli swoją reprezentację w sejmie".Dodałbym do tego, że tzw. "słabi na
umyśle" też stanowią mniejszość; czy mają mieć swoich posłów?
Mówiąc krótko: ordynacja większościowa z jednomandatowymi okręgami wyborczymi
przyniosłaby następujące korzyści: 1. redukcję liczby partii, 2. eliminację
elementów skrajnych w poszczególnych partiach, 3. zmuszenie partii do
wystawiania najlepszcyh ( a nie najbardziej pokornych) kandydatów, 4.
zmuszenie partii do tworzenia bloków przedwyborczych oraz wspólnych
programów, 5. posłowie byliby rzeczywiście wybierani przez wyborców a nie
przez bos