Jest w Łodzi dzielnica, w której mieszkają ludzie naprawdę - niesamowici.
Czas "zarazy", czarna śmierć, ludzie szaleją, kupują WSZYSTKO bez namysłu, na pewno pisaliście o tym sto razy.
Ale - na Bałutach nikt niczego nie kupuje. Nikt nie jest zdenerwowany. Towarzystwo jest spokojne. Fioletowe twarze pijaczków, którzy niejedno widzieli i przeszli są - nie do ruszenia - tym bardziej oni sami.
Wchodzę na przykład do sklepu i pytam: czy jest spirytus. A pijaczek (spokojny) stojący obok pani w sklepie (spokojna, drzwi otwarte, nikogo nie ma, żadnych masek), odpowiada z godnością: NIE. ALE SĄ ZNICZE.
I rzeczywiście - są.
Inna pani zamyka sklep, żeby dogonić psa, który jej uciekł, a jest ze schroniska, przestraszone stworzenie, co tam kolejka i sklep! Zamyka. I ja ją rozumiem. Przyjęła ode mnie forsę bez niebieskich rękawiczek

za trzy produkty, do reszty ludzkości krzyknęła: ZAMYKAM ! ... ale kolejka zaczęla z lekka bulgotać, więc mocnym głosem powiedziałam JEST WYSOKIE ZAGROŻENIE! W ogóle nie wiem, skąd przyszło mi do głowy.
Powtórzyła: tak! jest wysokie zagrożenie. Zadziałało. Wszyscy nagle raźno wyszli - na ochotnika.
Bez ociągania się.
Nikt tu nie słucha wiadomosci. Mknie ambulans na sygnale, i na rogu dwóch rozmawia, kurczę, jak u Gogola.
Pacz, po korawirusa jadom. - mówi jeden. Drugi (po chwili): Nie. Oni jadom do korawirusa... i filozoficzna cisza.
Nie wyrzucajcie kotów i psów, jako nosicieli wirusa.
Ostatnio po prostu nie można sobie z tym szaleństwem dać rady.
pozdro.