W dzieciństwie mieszkałem przy ulicy gęsto wysadzanej lipami. Drzewa te, jak
nazwa wskazuje, zwykły kwitnąć w czerwcu. Być może w tym roku plamy na słońcu
bądź inne kosmiczne anomalia spowodowały, że jeszcze kilka dni temu tu i
ówdzie czułem aromat, zakodowany zapewne w epoce heroicznych zmagań z
pieluchami.
Z czasem kwitnienia lip kojarzy mi się inne zjawisko przyrodnicze: wysyp
chrabąszczy. Kiedy nieco podrosłem, łapaliśmy te ociężałe owady, by całą ich
garść wrzucić za koszulę - no, komu? Kumplowi z podwórka? Oczywiście, że nie:
tej jednej, jedynej - wybrance naszego serca. Choć uciekała i piszczała -
zapewne cieszyło ją, że w ten zrytualizowany sposób oddajemy jej hołd. Nieco
później, gdy mieliśmy już po lat kilkanaście, czasem z wystudiowanym
przestrachem domagała się, by sięgnąć pod bluzeczkę i uwolnić ją od tych
groźnych insektów. Ech, mówię wam...
Dwa dni temu, pod wieczór, nabyłem napój orzeźwiający, wskoczyłem na rowerek
i powędrowałem na znane mi jeszcze z tamtej epoki pola mokotowskie. Siedząc
na ławce i delektując się smakiem chmielu posłyszałem dobrze mi znane, niskie
buczenie. Machnąłem ręką - tak, to one. Po chwili już pięć sztuk drapało mnie
po piersiach.
Nieopodal siedziała para młodych ludzi. Co chwila zrywali się z ławki i
oganiali się nerwowo. Czyżby w pobliżu było gniazdo os? Skasowałem tę
hipotezę brzytwą Ockhama.
Dopiłem niespiesznie piwko i ruszyłem z powrotem. Mijając tę parę spytałem,
czy wiedzą, co to za zwierzęta latają często-gęsto. Wiedzieli. Wiedzieli też,
że nic im nie zagraża. Nie wierzyli, że kontakt z tymi pazurkami może być
przyjemny.
Oddalamy się coraz bardziej od natury.
Lipcowi kochankowie, w ramach gry wstępnej sadzajcie sobie nawzajem
chrabąszcza na strefy erogenne! Rutyna wam nie grozi - to tylko kilka
tygodni, ponoć raz na cztery lata.
www.wielkaoddzialowa.pl/?art,893

))