wikul
02.08.05, 18:36
Putin rozpoczął już swoje wielkie natarcie na Węgry
Afera Orlenu pokazała, że rosyjski kapitał może stanowić poważne zagrożenie
dla bezpieczeństwa Polski, zwłaszcza że operuje on na styku polityki i
biznesu. Polska nie jest jednak wyjątkiem. Rosja pod rządami Putina chce
przywrócić kontrolę nad swymi dawnymi satelitami. O tym, w jaki sposób
Rosjanie próbują uzależnić Węgry pisze Gábor Stier.
Niewiele ponad dziesięć lat po wycofaniu wojsk sowieckich część węgierskiej
opinii publicznej znów obawia się nadmiernego wzrostu rosyjskich wpływów.
Rosyjski kapitał szuka nowych celów inwestycyjnych i wygląda na to, że w ten
sposób stara się zająć miejsce dawnej sowieckiej armii. Szczególnie
pociągające wydają się przedsiębiorstwa energetyczne i petrochemiczne państw
Europy Środkowej. To natarcie okazuje się na Węgrzech skuteczne, zwłaszcza
podczas sprawowania władzy przez lewicę. Według powtarzającego się
scenariusza ostatnich dwustronnych spotkań pomiędzy premierami, rosyjskie
interesy realizowane są częściowo w formie obietnic, częściowo zaś w postaci
porozumień czy umów.
Dyplomacja paliwowa
Moskiewska Rada Polityki Zagranicznej i Obronnej, skupiająca wpływowych
polityków, ekspertów i przedsiębiorców, opisuje w jednym z najnowszych
raportów lata dziewięćdziesiąte jako okres wycofywania się Rosji z naszego
regionu. Charakterystyczne jest, że ten obszar Europy wywołuje w Rosji
zainteresowanie tylko wtedy, gdy jest mowa o zasadniczych kwestiach,
dotykających rosyjskich interesów, takich jak poszerzenie NATO albo Unii
Europejskiej. Polityka rosyjska wobec naszego regionu nie istnieje więc jako
samodzielny priorytet. W swym raporcie Rada Polityki Zagranicznej i Obronnej
zaleca także, by Rosja jak najrychlej dostosowała się do nowej sytuacji,
która powstała po poszerzeniu Unii.
W rosyjskim specjalistycznym żargonie powszechne stało się
wyrażenie "dyplomacja energetyczna". Podczas niedawnej dorocznej konferencji
rosyjskiego sektora energetycznego minister spraw zagranicznych Rosji
Siergiej Ławrow podkreślił, iż rosyjscy dyplomaci powinni aktywniej włączać
się w realizowanie interesów Moskwy na międzynarodowych rynkach paliwowo-
energetycznych.
A trzeba też wiedzieć, że ostatnio przyjęta rosyjska koncepcja energetyczna
zakłada, że Rosja ma przestać pełnić w stosunku do Europy funkcję kolonii,
dostarczającej surowców naturalnych. Zaopatrzenie w rosyjską ropę naftową i
gaz zapewnione miałyby tylko te przedsiębiorstwa, w których rosyjscy dostawcy
surowców staliby się strategicznymi inwestorami.
Rosyjska polityka zagraniczna nie od wczoraj za jeden ze swoich głównych
celów uznaje służenie interesom gospodarczym kraju. Mechanizm ten ruszył na
dobre dopiero po wydobyciu się kraju z kryzysu finansowego 1998 roku, lecz
ten wątek myślenia pojawił się już w połowie minionego dziesięciolecia.
Siergiej Karaganow i jego drużyna w 1997 roku zalecali Kremlowi, by Rosja
była aktywniejsza w tej dziedzinie w krajach wyszehradzkich, w miarę możności
jeszcze przed ich przystąpieniem do Unii. "Jeśli Rosja o czasie wejdzie na
rynki państw mających największe szanse na członkostwo w UE, wzmocni w ten
sposób swoją pozycję gospodarczą w całej Europie" - głosił Karaganow. Do tego
dochodzi jeszcze znaczenie naszego kawałka Europy jako obszaru tranzytowego,
który staje się tym istotniejszy z rosyjskiego punktu widzenia, im większy
udział ma UE w handlu z Rosją.
Celem jest zdobycie pozycji monopolisty dzięki dobrze nakierowanym
inwestycjom zagranicznym, w tym na infrastrukturę. Jeśli te zamiary miałyby
się powieść, zapewniłyby Moskwie wielki wpływ na politykę gospodarczą,
finansową, handlową oraz inwestycyjną danego państwa.
Wraz ze zdominowaniem najbardziej wpływowych oligarchów administracja
Władimira Putina zyskała dogodny instrument oddziaływania na rosyjskie
inwestycje za granicą. Moskwa dąży teraz do tego, żeby zwiększyć uzależnienie
energetyczne Europy Środkowej i Wschodniej od Rosji, by z kolei tę zależność
przekształcić w długookresowe oddziaływanie polityczne. Utrzymanie kontroli
nad sytuacją umożliwia Moskwie opanowanie kluczowej infrastruktury przemysłu
naftowego i gazowego oraz skupowanie firm z tych sektorów. Wszystko to nie
byłoby oczywiście możliwe bez współpracy ze strony rosyjskiego biznesu.
Tymczasem coraz aktywniejsze w Europie Środkowej i Wschodniej stają się także
rosyjskie służby specjalne. Po rozpadzie bloku sowieckiego Moskwa nie może
już kontrolować przepływu informacji i podejmowania decyzji dzięki
sprawującym rządy partiom komunistycznym. Może jednak wykorzystywać
wcześniejsze kontakty wywiadowcze, jako że wiele rządów środkowoeuropejskich
również dziś zatrudnia doświadczonych fachowców, którzy kiedyś utrzymywali
kontakty z KGB.
Rosja nad Dunajem
Rosyjskie inwestycje, prowadzone zgodnie z zaleceniami Karaganowa, wzbudziły
na Węgrzech panikę, chociaż ze względu na położenie dróg tranzytowych gra nie
toczy się tu o tak wysoką stawkę jak w Polsce. Mimo to obecność kapitału
rosyjskiego na Węgrzech jest coraz wyraźniej widoczna. I tak Gazprom ma
strategiczny udział w zaopatrzeniu kraju w gaz, Jukos liczy się w handlu
ropą, Łukoil zaś rozpoczął na jesieni tworzenie sieci stacji benzynowych.
Rosyjski kapitał pojawił się zresztą już w pierwszej połowie lat
dziewięćdziesiątych nawet w sferze bankowej, poprzez bank należący do
Gazpromu. O sile tej obecności najdobitniej świadczy fakt, iż w Budapeszcie
można spotkać rosyjskie restauracje, łaźnię parową czy sklepy spożywcze.
Obawy początkowo potwierdzało to, że rosyjski kapitał napływał okrężnymi
drogami i w podejrzanych okolicznościach. Dobry przykład stanowi zawiły
przypadek Borsodchemu i Gazpromu, gdzie pojawił się ciąg pośredników w
postaci firm off-shore, do których można było mieć uzasadnione zastrzeżenia.
Co ciekawe, kierownictwo rosyjskiego koncernu petrochemicznego Sibur,
występującego na końcu tego łańcucha jako jeden z kupujących, wkrótce po
transakcji trafiło w swoim kraju do więzienia.
Inną strategią były - i wciąż są - inwestycje zamożnych Rosjan. W ten sposób
działa na Węgrzech Megdet Rachmikułow - przedsiębiorca blisko związany z
byłym szefem Gazpromu Remem Wiachiriewem. Skupuje on akcje węgierskich banków
oraz inwestuje w węgierskie media.
Macki Kremla
Dysponujące wolnym kapitałem rosyjskie spółki inwestują na dużą skalę. Wobec
tego pojawia się niebezpieczeństwo, że kontrola nad strategicznymi gałęziami
gospodarki znajdzie się w rękach jednego państwa, pozostającego w dodatku
poza strukturami gwarantującymi bezpieczeństwo Europy. W dodatku niedobrze
się dzieje, jeśli cały łańcuch energetyczny, od produkcji poprzez transport
po sprzedaż, trafia w jedne ręce.
Rosyjscy biznesmeni, którzy od ponad dziesięciu lat gromadzili kapitał na
Zachodzie, widzą, że nadszedł czas na jego zainwestowanie, tymczasem
wyjątkowo agresywna kultura handlowa oraz brak przejrzystości ich firm są
zagrożeniem same w sobie.
Kapitał rosyjski jest inny niż zachodni. Wykorzystuje mechanizmy korupcyjne i
stara się oddziaływać poprzez nie całkiem legalne kontakty polityczne.
Kapitał prywatny jest zwykle ściśle powiązany z Kremlem, stanowiąc narzędzie
zwiększania wpływów rosyjskiego państwa.
Lecz nawet nie to jest głównym problemem. Jeśli nasze kraje są mocne,
stabilne i umieją przeciwstawić się korupcji, to nie zagrażają im manewry
rosyjskich inwestorów. Jeśli zaś okażą się słabe i skorumpowane - wówczas z
pewnością mamy się czego bać. I tak naprawdę jest to nasz problem.
Właśnie dlatego jest ważne, aby rządy krajów z naszego regionu
przeciwstawiały się ekspansji zagranicznych inwestorów, jeśli budzi ona
podejrzenia lub ma na celu monopolizację jakiejś strategicznej dziedziny
gospodarki. Dobrze zachował się kilka lat temu prawicowy rząd Viktora Orbána,
gdy - dość swobodnie interpretując reguły giełdowe oraz wywo