v.ci
28.08.05, 12:16
Niech lewica nauczy się mówić
Sławomir Sierakowski, Polityka 17.8.2005
Twierdzenie, że w Polsce nie ma prawdziwej lewicy, stało się już obiegową
oczywistością. Trudno również uwierzyć, że powstanie ona jedynie w wyniku
kolejnych roszad w formacji postkomunistycznej. Nie oznacza to jednak
automatycznie szans dla nowych sił. Bowiem lewica w Polsce jest niemową.
Lewica albo ucieka od polityki w pragmatyzm, który wówczas szybko przeradza
się w cynizm władzy, albo potrafi posługiwać się - co najwyżej - hasłami
liberalnymi. Znajdzie sobie działaczy, program i poparcie społeczne dopiero
wtedy gdy w obiegu symbolicznym (medialno-publicystycznym, uniwersytecko-
intelektualnym i popkulturowym) zakorzeni się jej samodzielny język. Kiedy
nie będzie powtarzać się dłużej wymiętych formułek -w które nie wierzą nawet
ci, którzy je wypowiadają- o "równości szans", "socjalnej
wrażliwości", "wartościach lewicy", "wybieraniu przyszłości", "powrocie do
lewicowych tradycji", które Polakom kojarzą się tylko z PRL, bo na inne
skojarzenia nie zapracowano. Aby zatem można było myśleć o stworzeniu
politycznej lewicy z prawdziwego zdarzenia, potrzebna jest najpierw rewolucja
semantyczna. Przypomina się tu teza starego mistrza Antonio Gramsciego o
pierwszeństwie hegemonii kulturowej wobec politycznej.
Na razie w Polsce trwa dominacja dwóch języków politycznych.
Pierwszy jest prawicowy i "gorący" - odwołuje się do emocji Polaków. Obraca
się wokół pojęć: naród, tradycja, rodzina, Bóg, religia. Jedynym, który z nim
rywalizuje na równych prawach w debatach publicznych, jest dyskurs centrowy-
"chłodny", wzywający do umiarkowania i rozsądku. Ceni materialne konkrety.
Unika "ideologii", którą nazywa wszystko, co podważa wolnorynkowy w
gospodarce i konserwatywny poza nią polski konsens. Priorytetem jest tu
wolność ekonomiczna, resztę dopasowuje się oportunistycznie do bieżących
trendów. Dlatego Donald Tusk mógł wcześniej głosić, że "ustawodawstwo powinno
respektować wolność przekonań poprzez uznanie, że prawo państwowe nie jest
środkiem realizacji zasad wiary" albo że "umieszczanie oceny z religii na
świadectwie jest naruszaniem prawa do prywatności przekonań", wzywać do
stworzenia w Polsce oświaty seksualnej i propagowania antykoncepcji oraz
liberalnego prawa aborcyjnego. Dziś takie szalone poglądy Tusk
pozostawia "wojującym feministkom".
Obsadzony w roli lewicy obóz postpezetpeerowski uznał u początków III RP, że
zyska tak potrzebną mu wiarygodność przyjmując język centrowy, a lewicowość
będzie sygnalizować, broniąc dobrego imienia poprzedniego systemu i jego
ludzi. I do dziś Polakom lewica kojarzy się prawie wyłącznie z PRL. Jeśli
podejmowano próby zagospodarowania sobie miejsca w sferze publicznej, to
raczej metodami Czarzastego i Kwiatkowskiego, skoku na kasę i media niż
poprzez budowę samodzielnego słownika politycznego, katalogu problemów,
środowiska intelektualnego i kulturalnego, środowiska lewicowych ekonomistów.
Jeśli więc ma pojawić się w Polsce lewica, po pierwsze musi przebić się przez
kontredans dwóch dominujących dyskursów, które rywalizując ze sobą
uzupełniają się jednocześnie, czym wypełniają całość spektrum ideologicznego
w Polsce. Język neoliberalizmu (centrowy) reprezentuje interesy beneficjentów
przemian. Prawicowy język natomiast obsługuje emocje sfrustrowanej reszty.
Potrzebującym obrony podstawia fikcyjne zagrożenia (przystąpienie do UE,
Niemcy, eurokonstytucja, agenci itd.), ich problemy pozostawiając
nierozwiązanymi, co zresztą w nieskończoność przedłuża możliwość
wykorzystywania frustracji. Ten system zewnętrznej rywalizacji i wewnętrznej
kooperacji dobrze działa i zamyka obieg. Neoliberalizm bierze gospodarkę,
konserwatyzm prawo (czy nie tak wyglądać będzie koalicja rządząca po
wyborach?). Jedni i drudzy legitymizują się nawzajem, delegitymizując tym
samym inne głosy. Jeśli przebija się jakiś inny pogląd, to wyłącznie na
prawach ciekawostki, wariactwa lub ekstremy, które się dopuszcza, aby
zasymulować pluralizm. Do środka można wejść, ale tylko jako gość i tylko z
identyfikatorem sygnalizującym niecodzienność i "nielegalność" głoszonych
poglądów. Brakuje nam zatem trzeciego języka na prawach równorzędnego
podmiotu, który także byłby gorący, tyle że odwoływałby się do innych emocji,
stałby za nim inny etos, ale także etos, a nie tylko pragmatyzm.
Jednak jak na razie ani SLD, ani SDPL nie potrafią go stworzyć, bo nie mają
ani pomysłu, ani ludzi, ani środowisk, które mogłyby im w tym pomóc. Widzimy
zatem, jak nowy wiceprzewodniczący SLD, senator Jeaschke, kieruje swe
pierwsze kroki do Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych i mizdrzy się
do biznesmenów: "Nic o was bez was" - zapewnia. Potem uspokaja: "Rewolucji w
gospodarce nie będzie". Obiecuje, że SLD żadnych poważnych zmian w podatkach
nie planuje. Dla tych słuchaczy i w tym języku zawsze bardziej wiarygodna
będzie PO, po co więc pcha się tam SLD i to na kolanach? Odpowiedź jest
prosta: Nie potrafi nic innego, bo i skąd. Jak się nie umie uprawomocnić
języka lewicowego, to w nadziei utrzymania się u władzy kupuje się centrowy.
W wyborach nie wystartuje jeszcze żadna lewicowa partia, aie wystartuje już
parę osób i środowisk, które zapewne w tworzeniu takiej lewicy w przyszłości
będą uczestniczyć. Wystarczy wspomnieć Zielonych na czele z Magdą Mosiewicz i
Dariuszem Szwedem czy młodych działaczy takich jak Michał Syska z SDPL. Dziś
są to rodzynki w zepsutym cieście, ale należy życzyć im sukcesu i zdobycia
przynajmniej przyczółka dla lewicy. Dziś żyje ona bowiem nie w partiach
politycznych, a raczej w środowiskach grupujących się wokół pism
niskonakładowych jak "Lewą Nogą" czy "Krytyka Polityczna", portali interne-
towych na czele z lewicą.pl czy organizacji zajmujących się interwencją
społeczną jak nowo powstali Młodzi Socjaliści.
Interesująca wydaje się także walka Wojciecha Olejniczaka ze starymi
towarzyszami-szmaciakami z elity SLD. Jeśli ostatecznie wyeliminuje Millera,
Oleksego, Kurczuka i im podobnych, może być to ruch, który w niedługim czasie
spowoduje odejście całego pokolenia przebierańców. Na razie Olejniczak musi
siłą rzeczy popierać Włodzimierza Cimoszewicza. Marszałek Sejmu jest
kandydatem bardzo dobrym. Tyle że zupełnie nielewicowwrr: Tylko Rokicie
ustępował on w walce z całą Europą o "polski interes narodowy", a w tym, co
mówi, nie ma nic, co sprawiałoby chociaż pozór socjaldemokratycznych
poglądowi zapowiedź takiej polityki. Na razie Cimoszewicz koncentruje się na
wyliczaniu sukcesów ostatnich 15 lat, gdy wychwalaniem panującego porządku od
wieków na całym świecie trudnią się konserwatysci, a nie lewicowcy. Należy
życzyć sobie, aby Cimoszewicz uniemożliwił wygraną Lechowi Kaczyńskiemu, ale
odchodząc za 5 lat był już ostatnim tego typu reprezentantem lewicy w Polsce.
Olejniczak ze skromnego ministra potrafił przerodzić się w sprawnego i
efektownego przywódcę. Musi być jednak na tyle sprytny, żeby nie tylko
wykiwać starych eseldowskich graczy, ale także mieć świadomość, że pozostając
w obecnym modelu myślenia politycznego, nic na dłuższą metę nie zwojuje, a
technokratyczna sprawność kreowania efektownego wizerunku i partyjnych show
nie zastąpi mądrego programu politycznego. Tych, którzy traktują dziś
Olejniczaka jako polityczny lifting SLD, eliminacja starych towarzyszy
jeszcze nie przekona. To sprawi dopiero zmiana filozofii politycznej -
najlepsza zresztą gwarancja niezależności wobec nich. Chodzi o przekonujące
połączenie odważnych wolnościowych postulatów światopoglądowych, lewicowej
polityki gospodarczej z dobrze przemyślaną wizją Europy federalnej i
socjalnej. W Polsce taka formacja powinna rozwój ekonomiczny mierzyć raczej
statystyką spadku ilości głodnych dzieci albo ludzi żyjących poniżej minimum
egzystencji niż abstrakcyjną i faktycznie niewiele mówiącą statystyką wzrostu
gosp