Gość: +++Ignorant
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
07.10.02, 18:36
Polska żyje w cieniu "kontraktu stulecia" na samolot wielozadaniowy. Niemal
wszyscy pasjonują się walką między F-16, mirage i gripenem. Niestety, w
oczekiwaniu na rozstrzygnięcie przetargu lotniczego mało kto zwraca uwagę na
to, że na naszych oczach dogorywa polski przemysł zbrojeniowy.
Co rok to gorzej
Jeszcze dwa, trzy lata temu zyski wykazywało około 15 spośród prawie 40
polskich zakładów zbrojeniowych. Dlatego wielkie nadzieje wiązano z uchwaloną
w 1999 roku ustawą o modernizacji technicznej polskiej armii i
restrukturyzacji sektora zbrojeniowego. Przypomnę, że przewidywał on m.in.
zachowanie przez państwo kontroli nad najbardziej strategicznymi
przedsiębiorstwami, reszta miała być częściowo lub całkowicie sprywatyzowana.
Zapowiadano też, że w życie wejdzie wieloletni plan zakupów broni i sprzętu
wojskowego.
Program był ciekawy, ale nie zrealizowano go, bo jak zwykle zabrakło
pieniędzy. Tymczasem sytuacja polskiej zbrojeniówki dramatycznie się pogarsza.
Sądy gospodarcze ogłosiły w międzyczasie upadłość kilku ważnych firm,
m.in. "Łucznika" w Radomiu (jedynego producenta broni strzeleckiej)
i "Pronitu" w Pionkach (wytwarzającego proch i amunicję). Inne firmy, jak
np. "Mesko" w Skarżysku-Kamiennej, są na skraju bankructwa i żeby przetrwać,
muszą zwalniać pracowników i sprzedawać część majątku. Ich konta mogą zaś w
każdej chwili być zablokowane. Wiele przedsiębiorstw zalega z płaceniem
podatków, również lokalnych, składek na ZUS, fundusz świadczeń pracowniczych,
PFRON, z regulowaniem należności za prąd, wodę, energię cieplną i inne usługi.
Firmy bronią się jak mogą, próbując zdobywać nabywców również na produkcję
cywilną. Z mizernym skutkiem, bo zysk miało za ostatni rok niewiele
przedsiębiorstw - raptem cztery. Reszta jedzie na mniejszym lub większym
deficycie. I nie ma perspektyw na zmiany. Czy to oznacza, że 40-milionowy
kraj w środku Europy nie potrzebuje firm produkujących broń? Dla wielu osób
nie byłoby to, jak się okazuje, rozwiązanie złe.
Recepta: holdingi
W 1999 roku, gdy rząd Jerzego Buzka przystępował do wdrażania programu
restrukturyzacji branży zbrojeniowej i lotniczej, zakładano, że dojdzie do
scalenia wszystkich firm w holdingi.
- Miały powstać cztery takie grupy - mówi Stanisław Głowacki, przewodniczący
sekcji krajowej "S" przemysłu zbrojeniowego, w 1999 roku poseł AWS i jeden ze
współautorów ustawy restrukturyzacyjnej. - Pierwsza to tzw. radarowa, druga -
amunicyjno-rakietowa, trzecia - pancerna i czwarta - lotnicza - wymienia.
Trzeba podkreślić, że projekt spotkał się z ciepłym przyjęciem nie tylko ze
strony samych zakładów, ale również wielu specjalistów od spraw obronnych.
Dlaczego? Choćby z tego powodu, że miały powstać duże podmioty, które
zajęłyby się produkcją jednego wybranego produktu wojskowego. To ułatwiałoby
w przyszłości nie tylko organizację produkcji i wprowadzanie nowych
technologii. Byłaby to również szansa na rozwijanie badań naukowych (większe
grono współpracujących ze sobą konstruktorów, czyli większe zadania), a
ponadto uniknęlibyśmy konkurencji między polskimi firmami. Start czterech
holdingów miał być wsparty przez budżetowe pieniądze (choć przypomnę, że
kondycja wielu zakładów była lepsza niż dzisiaj) i fundusze pochodzące z
prywatyzacji zakładów "zbędnych" dla tych grup kapitałowych.
Niestety, z powodu braku funduszy realizację programu zarzucono. Tymczasem
obecny rząd zafundował nam nową konsolidację branży, ale w oparciu o zupełnie
inną filozofię. Teraz mają powstać tylko dwa holdingi: jeden organizuje
centrala handlu zagranicznego "Bumar", a drugi - Agencja Rozwoju Przemysłu.
Stanisław Głowacki nie kryje negatywnego stosunku do tego projektu.
- "Bumar" nie ma żadnego doświadczenia w prowadzeniu produkcji uzbrojenia, to
tylko firma handlowa. Z kolei ARP ma tak wiele innych zadań, że z nowym,
potężnym obowiązkiem sobie nie poradzi - twierdzi Głowacki.
Te obawy podziela jeden z wyso kich urzędników Ministerstwa Gospodarki, który
prosił o nieujawnianie nazwiska, że holdingi w takim kształcie nie uratują
zbrojeniówki.
- Na pewno ani ARP, ani "Bumar" nie będą pompować do zbrojeniówki pieniędzy,
bo ich nie mają. A nie słyszałem, aby budżet państwa miał zasilić holdingi
znacznym kapitałem, np. w postaci akcji prywatyzowanych firm państwowych. Bez
kapitału w holdingach ocaleją tylko perełki, większość zakładów upadnie -
powiedział mój rozmówca. - Poza tym holdingi obejmą tylko 17 przedsiębiorstw,
a co z pozostałymi 20? Nie słyszałem, aby dla nich powstał jakiś specjalny
program - mówi.
W gronie "sierot" znajduje się m.in. tak duży zakład jak Huta Stalowa Wola.
Tymczasem dwa holdingi bardziej przypominają dawne komunistyczne zjednoczenia
niż efektywne podmioty gospodarki rynkowej.
Niestety, na tak nieciekawe perspektywy nakładają się bieżące kłopoty
zakładów. Rząd, tak w deklaracjach troszczący się o polski przemysł,
zapomniał o zbrojeniówce przy konstruowaniu ustaw oddłużeniowych premiera
Grzegorza Kołodki.
- Nie skorzystamy z ustawy, bo nas na nią nie stać. Zalegamy ze sporymi
długami wobec budżetu, ZUS, ale nie mamy pieniędzy choćby na wniesienie
minimalnej opłaty restrukturyzacyjnej - mówi jeden z prezesów spółki
zbrojeniowej. - Poza tym co to da, jeśli za rok znów popadniemy w długi, bo
zamówienia są minimalne - stwierdza.
Okazuje się, że nic nie znaczyły deklaracje kolejnych rządów, że polskie
zakłady będą otrzymywać wieloletnie plany zamówień, tak aby wiedziały, w
jakim kierunku mają się rozwijać. To teoria, praktyka jest taka, że wiele
przedsiębiorstw dostaje zamówienia rządowe na dany rok kalendarzowy... w
okolicach czerwca. Nie ma to nic wspólnego z racjonalnym planowaniem i
gospodarowaniem.
Przegrany offset
Tymczasem polska zbrojeniówka nie wykorzysta szansy związanej z offsetem
towarzyszącym kontraktowi na zakup samolotu wielozadaniowego. Gdy o
kontrakcie zaczęła wspominać poprzednia ekipa, zakłady przemysłu obronnego
słusznie dostrzegały w nim szansę dla siebie. Chodziło nie tylko o to, że
można było wejść na nowe rynki z pomocą zachodnich partnerów, ale zdobyć też
tak potrzebne nowe technologie. Niektóre firmy, stojące już nad przepaścią,
liczyły, że się uratują. Jednak sprawę offsetu nasze władze zawaliły. Po
prostu wiele zakładów zbrojeniowych z niego nie skorzysta.
W ramach offsetu będziemy bowiem mogli sprzedać na Zachód wyroby "cywilne", w
tym artykuły rolne. Zarobi być może na tym np. "Bartimpex" Aleksandra
Gudzowatego, ale już nie zakłady lotnicze w Mielcu, czy "Mesko". Dopuszczono
też do udziału w offsecie firmy z kapitałem zagranicznym. To jeszcze bardziej
zmniejsza pulę dla zbrojeniówki. Jaki jest tego efekt? Za komentarz niech
wystarczą słowa wiceministra obrony narodowej Janusza Zemkego,
odpowiedzialnego za przetarg, który w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" (3
października br.) powiedział: "(...) Myślę, iż złudne są nadzieje wielu
upadających firm, że samolotowy offset je zbawi w cudowny sposób".
Szkoda, że słyszymy to od polskiego ministra obrony, bo zbrojeniówka nie
czekała na cud, tylko na dobre rozegranie offsetu. Wspieramy zachodni
przemysł zbrojeniowy, kupując od niego samoloty, a zapominamy o swoim. Tak
bowiem trzeba traktować fakt, że o wartości oferty na samolot wielozadaniowy
tylko w 15 proc. będzie decydował offset. To krótkowzroczność. Bo przecież
zakłady, które zdobyłyby dodatkowe zamówienia albo technologie, dzięki którym
robiłyby lepsze produkty i tym samym zwiększałyby sprzedaż na eksport,
płaciłyby większe podatki do budżetu państwa, ich pracownicy nie poszliby na
zasiłek. Czy to za małe korzyści, aby wspomóc je offsetem?
Nie tylko samolot
Negatywne zjawiska, pokazujące, że rząd mało dba o zbrojeniówkę, mają miejsce
także w przypadku innych przetargów. Oto zamówienie na przeciwpancerny pocisk
kierowany wygrywa izraelska firma "Rafael", choć nikt jeszcz