Gość: oleg
IP: debian:* / 192.168.1.*
02.12.02, 12:40
www.czytanki.and.pl/
DO CZEGO PANU BOGU SĄ POTRZEBNE NARODY?
LECH STĘPNIEWSKI
------------------------------------------------------------------------------
Oczywiście - do niczego! Gdyby były Mu do czegoś potrzebne, to przecież by je
stworzył; podobnie jak stworzył "drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego
gatunku owoce", czy "bydło, zwierzęta pełzające i dzikie zwierzęta według ich
rodzajów". I jeszcze pewnie nie omieszkałby na koniec dodać, że narody są
dobre, każdy wedle swego rodzaju, więc niech odtąd sobie rosną niby kwiaty
cudne, każdy na swoim gumnie, które jego jest, więc gdyby co, niech je zaraz
bez zwłoki i bez skrupułów wyzwala. A który by naród o tej swojej misji
gumnianej zapomniał, niechaj będzie przeklęty i niech skończy marnie w Unii
Europejskiej. Amen.
Tymczasem w Biblii jakoś nic o stwarzaniu narodów nie ma. Pierwsze aluzje do
przodków różnych "grup etnicznych" pojawiają się dopiero w związku z
potomstwem Noego; już po tym, gdy Pan Bóg "widział, że wielka jest
niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe (...), i
zasmucił się". Wcześniej, gdy mowa o potomstwie Adama, przez przodków rozumie
się raczej założycieli branżowych związków zawodowych niż narodów. Jest więc
Jabal, przodek pasterzy, Tubal-Kain, kowal, z jego rodu wywodzą się ci, co
mają do czynienia z metalami, czy też praojciec szoł-biznesu Jubal - "od
niego to pochodzą wszyscy grający na cytrze i na flecie".
Owszem, na podstawie pewnej biblijnej przypowieści można przyjąć, że narody
pojawiły się jednak wskutek Bożej interwencji, ale - przypowieść nie
pozostawia tu żadnych wątpliwości - pojawiły się za karę! Wtedy, gdy ludzie
wspólnie, niejako powtarzając w skali społecznej grzech pierworodny,
spróbowali udowodnić Bogu, że to oni sami decydują, na czym polega ich
człowieczeństwo. Natychmiast zresztą dzięki oszałamiającemu postępowi
technicznemu ("a gdy już mieli cegłę zamiast kamieni") postanowili też
zastąpić słabo uzasadnione religijne przesądy o "Bożym obrazie" w człowieku -
widzialnym i efektownym wyrazem owej czysto ludzkiej jedności: "Chodźcie,
zbudujemy sobie miasto i wieżę (...), i w ten sposób uczynimy sobie znak,
abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi". Aliści przypływu takiej
szatańskiej pychy Bóg bogaty w miłosierdzie już nie zdzierżył, i -
sprowadzając "naturalną" ludzką jedność do absurdu poprzez pomieszanie
języków - dowód obalił. Quod erat demonstrandum - jak mawiają w podobnych
razach matematycy.
Być może od tamtej pory istnienie narodów ma jakiś Boży zamysł pedagogiczny
na celu - choćby taki, by nam się w głowach od humanizmu nie poprzewracało.
Nie ulega jednak wątpliwości, że istnienie jakiegokolwiek konkretnego narodu
nie jest dla ekonomii zbawienia niezbędne. Gdy nadejdzie dzień straszliwego
Sądu, na Ziemi już od dawna nie będzie Amalekitów, Etrusków, Egipcjan (tych,
o których myślimy patrząc na piramidy), Prusów i setek - o ile nie tysięcy -
innych narodów, bo przecież w istocie mieszkamy na wielkim cmentarzu. I
naprawdę świat się nie zawali (tj. wtedy akurat się zawali, jak twierdzi św.
Jan w Apokalipsie, ale z zupełnie innych powodów), jeżeli wśród żyjących
zabraknie na przykład Czeczenów, Palestyńczyków albo nawet - odważmy się na
tę herezję; najwyżej redaktorowi Sommerowi szyby wybiją - Polaków.
Skoro zaś Pan Bóg nie potrzebuje Czeczenów, Palestyńczyków, Polaków
etc., "aby świat zbawić" (J 12,47) - w końcu zesłał swego Syna, gdy jeszcze
żadnych Czeczenów, Palestyńczyków ani Polaków nie było! - tym bardziej nie
potrzebuje niepodległych Czeczenów, niepodległych Palestyńczyków,
niepodległych Polaków etc. Jedyne, czego Mu rzeczywiście potrzeba, to ludzi
wolnych. To znaczy takich, do których mógłby powiedzieć: "Pójdźcie za mną!" -
jak rzekł do Piotra i Andrzeja - nawet jeśli, jak to właśnie zdarzyło się w
wypadku apostołów, do żadnego niepodległego narodu akurat nie należą. Mylenie
zaś wolności z tzw. "niepodległością" własnego narodu należy do najgrubszych
przesądów naszych czasów. (Nb. za taki "niepodległy naród" zazwyczaj uważa
się naród najliczniejszy w danym państwie, wskutek czego ostatnio - zgodnie z
modą na nacjonalizm a rebours - resztę traktuje się z kolei jako
pokrzywdzone "mniejszości", którym tę straszliwą krzywdę
braku "niepodległości" trzeba jakoś specjalnie zrekompensować.)
Naturalnie, prześladowania narodowe istnieją, najczęściej zresztą dokonywane
przez niepodległościowców zza drugiej strony granicy, lecz robiąc rachunek
zysków i strat tzw. "wybijania się na niepodległość" nie przesadzajmy z
zyskami! W Warszawie jest dziś bez porównania więcej "niepodległości" niż sto
lat temu, proszę mi jednak wytłumaczyć, czym różni się przymus zaopatrywania
towarów w polskie napisy od przymusu wywieszania nad nimi rosyjskich szyldów?
Zastanawiam się też, czy gdyby Wokulski wiedział, że "narodowa władza"
potrafi interesować się marżami w jego sklepie, sposobem, w jaki zwalnia
pracownika ("Panie Mraczewski (...) od jutra niech pan postara się o inne
miejsce"), metką z ceną na każdej batystowej chusteczce etc. etc., na pewno
miałby ochotę zamienić swe ówczesne "zniewolenie" na naszą
dzisiejszą "niepodległość"? No tak, ale to był prywatny kupczyk! Może więc
coś z dziedziny "dobra wspólnego"? Otóż życzę nowemu panu prezydentowi
Kaczyńskiemu jak najlepiej, to znaczy życzę mu, by zrobił dla Warszawy
połowę, czy choćby ćwierć tego, co zrobił dla niej niegdyś carski czynownik
Sokrates Starynkiewicz. A że równocześnie nad duchowym życiem narodu
zapadła "noc apuchtinowska"? Cóż, patriotyczne wiersze obywatele sami sobie
jeszcze od biedy napiszą i rozprowadzą (tak nawiasem, tylko surowe zakazy
sprawiają, że patriotyczne wiersze w ogóle dają się czytać...), ale już na
przykład metra sami - nawet w ramach państwa podziemnego - nijak nie
wybudują. Wskutek czego dzisiejsi warszawiacy tracą więcej czasu na
ogłupiające stanie w korkach, niż za Apuchtina tracili w związku z przymusem
poddawania się wszystkim niegodziwym zabiegom rusyfikacyjnym razem wziętym.
Ale, powiadają, niewola demoralizuje: na każdym kroku trzeba znosić
czynownicze bezprawie, korupcję, upokorzenia - nawet gdy człowiek tylko
pokornie pyta, gdzie się podziały jego dobrowolne inaczej składki na ZUS (o
pardon, to nie z epoki Apuchtina...). Nie przeczę, wszystko to być może.
Rzecz w tym, że kult "niepodległości" prowadzi do dewiacji moralnych znacznie
groźniejszych, co dobitnie uprzytomniła mi ostatnia dyskusja w "Najwyższym
CZASIE!" o terroryzmie czeczeńskim.
Okazuje się bowiem, że nawet dla wielu P.T. Czytelników pisma konserwatywno-
liberalnego masakrowanie niewinnych ludzi, gdy w grę wchodzi taki cymes,
jak "niepodległość narodu", bywa co najmniej "usprawiedliwione", jeśli nie
wręcz "godne poparcia". Więcej, wychodzi na to, że jeśli pan X zrobił źle
zabijając okrutnie mego niewinnego rodaka, to ja też - w imię, podobno,
absolutyzmu moralnego!? - powinienem zrobić źle, zabijając z kolei jakiegoś
niewinnego rodaka pana X, i wtedy dopiero będzie Dobrze i Sprawiedliwie! Jest
to satanizm czystej wody, przy którym kodeks Hammurabiego przypomina
arcydzieło subtelnej myśli etycznej. Jak zatem widać, naród, ów bękart
ludzkiej pychy spod wieży Babel, nie tylko nie jest konieczny do zbawienia,
ale jego nieumiarkowana adoracja może wręcz skutecznie od zbawienia odwodzić.
Co daję pod rozwagę zwłaszcza moim gorącogłowym ziomkom, których przodkowie
mieli wprawdzie Przenajświętszą Panienkę w wielkim poważaniu ("a wreszcie
(...) zwrócił się pan Andrzej do Czarnieckiego: - Na Boga! przeciw
Najświętszej Pannie bluźni... (...) Nie wytrzymam!"), ale "w narodowej
sprawie" sami nie wahali się posuwać aż do publicznego praktykowania
bluźnierstw nie mniej okropnych (Zbyszewski, za którym cytuję, chyba tego nie
zełgał; zresztą akurat w tym miejscu swego "Niemcew