Dodaj do ulubionych

prawo do dyskryminacji?

30.01.03, 20:50
PRAWO DO DYSKRYMINACJI

Prawo nie powinno od nikogo wymagać, by lubił gejów czy lesbijki, ogólnie czy
w szczególności. Złą - w obliczu tego - nowiną o libertarianizmie, z
gejowskiego i lesbijskiego punktu widzenia, jest to, że popieramy prawo
każdego do tego, by w granicach swego majątku, korzystając ze swych własnych
zasobów, był tak niegrzeczny w stosunku do gejów i lesbijek, jak tylko chce.
Pracodawcom powinno być wolno dyskryminować gejów i lesbijki, jeśli im się
tak podoba, bo to oni płacą za pracę swych pracowników i to są ich pieniądze.
Dokładnie ta sama reguła, mówiąca, że geje i lesbijki mogą robić ze swym
majątkiem to, co im się podoba, powinna stosować się również do tych, którzy
nie akceptują gejów czy lesbijek.

Ujmując to w najbardziej prowokacyjny sposób, ludzie powinni mieć prawo
zwalniać swych pracowników, jeśli nabiorą odrazy do koloru ich oczu. Jedynym
ograniczeniem powinno być to, że nie mogą się w ten sposób zachowywać, jeśli
zobowiążą się tego nie robić, jak to często pracodawcy czynią.

Tak jak powiedziałem, brzmi to jak bardzo złe nowiny dla gejów i lesbijek.
Ale przypuśćmy, że niektórzy geje zechcą otworzyć biznes i zatrudniać jedynie
innych gejów, to jest dyskryminować na korzyść gejów. Czy powinni mieć do
tego prawo? Wolnościowcy odpowiadają głośnym i kategorycznym tak. Wolnościowy
pogląd na takich gejów raz jeszcze brzmi: to są ich pieniądze. Jeśli upierają
się, by zadawać się tylko z innymi gejami, lub powiedzmy tylko z jednookimi
albinosami lubiącymi muzykę country, w porządku. Jeśli są głupi, niegustowni
lub nietaktowni, to ich problem.

Najbardziej popularną metodą, jaką myślący i życzliwi ludzie rekomendują do
ochrony praw szeroko nielubianych mniejszości takich, jak geje i lesbijki
jest ustanowienie prawa, które zmuszałoby nas wszystkich do bycia pełnymi
szacunku i prawymi. Jeśli my, wolnościowcy, argumentujemy za skromniejszą
rolą prawa, to nie dlatego, że jesteśmy bezmyślni czy nieczuli, ale dlatego,
że rozumiemy prawo i jego ograniczenia lepiej, niż to się innym wydaje. Jeśli
prawo będzie dążyć do wymuszenia "tolerancji" wymagając spełnienia nawet
najwymyślniejszej listy elementów zachowania uznanych przez prawodawców za
oznaki tolerancji jako warunku robienia innych rzeczy, takich, jak
wynajmowanie pokoi, podawanie alkoholu lub posiłków czy zatrudnianie ludzi,
to bigoci (czy też ludzie, którzy po prostu nie zgadzają się z prawodawcami
co do definicji bigoterii) dostarczą mniej tych rozmaitych usług, zatrudnią
mniej ludzi i pogrążą się w bezczynności. Co gorsze, nie-bigoci także będą
zniechęcani do przedsiębiorczości przez uboczne efekty państwowej regulacji,
a niektórzy z nich, tacy jak ja, będą sprzeciwiać się temu, że nie mają prawa
być bigotami, nawet jeśli nie chcą nimi być.

W Brytanii mówienie o prawach, które zmuszałyby niegejowską i nielesbijską
większość do zachowywania się miło wobec gejów i lesbijek jest ciągle tylko
mówieniem. Ale było ostatnio u nas małe poruszenie działalności politycznej
związane z dostarczaniem gejom i lesbijkom specjalnych udogodnień na
publiczny koszt i małe poruszenie publicznie finansowanej propagandy na
korzyść gejowskiego i lesbijskiego sposobu życia. Również niektóre
organizacje sektora publicznego narzuciły na swoim terytorium politykę
progejowskiej i prolesbijskiej poprawności. Rezultat? Inni polityczni
przedsiębiorcy z innymi poglądami na przyzwoitość odwzajemnili się
uregulowaniami dyskryminującymi na niekorzyść gejów i lesbijek. Polityka jest
polityką. Demokracja jest demokracją. Geje i lesbijki będąc w mniejszości
wychodzą na takich wymianach najgorzej. Jeśli nastrajasz polityczną maszynę
na swoją korzyść, nie zdziw się, jeśli ktoś inny przyjdzie i nastroi ją na
korzyść kogoś lub czegoś innego, i zaszkodzi tobie. Jeśli jesteś małą i
raczej niepopularną mniejszością, powinieneś się tego spodziewać.

Wolnościowe stanowisko zezwalania na wszystko, co nie jest agresywne i
popierania całkowicie wolnego rynku, niehamowanemu prawami przeciwko byciu
niegrzecznym i dyskryminatorskim, może wydawać się okrutne dla gejów i
lesbijek, i dla ludzi w ogóle. Ale nie jest takie. Konsekwencją tego
wolnościowego stanowiska jest społeczeństwo, w którym bigoci mogą być
bigotami, ale stoją w obliczu kosztów swej bigoterii. Wolne społeczeństwo
tworzy obfitość okazji dla każdego, w tym dla gejów i lesbijek. Wielu
pracodawców będzie w stosunku do nich nietolerancyjnych (przypuśćmy, że będą
wiedzieli, kto jest gejem, a kto lesbijką), ale inni nie będą na to zwracać
uwagi, bądź nawet będą rekompensować istniejącą bigoterię swoją
wspaniałomyślnością dla nich i przedstawicieli innych mniejszości (i ciągnąć
z tego zyski). Wielu pracodawców będzie gejami lub lesbijkami.

Wolność gospodarcza rozsiewa w społeczeństwie władzę i bogactwo. "Wzmacnia"
ludzi wszystkich rodzajów, wszelkich gustów i preferencji. Nagradza ludzi nie
według tego, kim oni po prostu są, tylko według tego, co wnoszą do życia
innych. Rozpowszechnia naokoło pieniądze, a wszyscy kupcy, z wyjątkiem
najbardziej nietolerancyjnych, witają chętnie pieniądze jakiegokolwiek
klienta. Kiedy ostatnio słyszeliście o sklepikarzu odmawiającym obsłużenia
klienta, bo ten był gejem?

Brian Micklethwait
Obserwuj wątek
    • Gość: Bartek Kozłowski Re: prawo do dyskryminacji? IP: *.acn.waw.pl 31.01.03, 06:12
      wild napisał:

      ) PRAWO DO DYSKRYMINACJI
      )
      ) Prawo nie powinno od nikogo wymagać, by lubił gejów czy lesbijki, ogólnie
      czy
      ) w szczególności. Złą - w obliczu tego - nowiną o libertarianizmie, z
      ) gejowskiego i lesbijskiego punktu widzenia, jest to, że popieramy prawo
      ) każdego do tego, by w granicach swego majątku, korzystając ze swych własnych
      ) zasobów, był tak niegrzeczny w stosunku do gejów i lesbijek, jak tylko chce.
      ) Pracodawcom powinno być wolno dyskryminować gejów i lesbijki, jeśli im się
      ) tak podoba, bo to oni płacą za pracę swych pracowników i to są ich
      pieniądze.
      ) Dokładnie ta sama reguła, mówiąca, że geje i lesbijki mogą robić ze swym
      ) majątkiem to, co im się podoba, powinna stosować się również do tych, którzy
      ) nie akceptują gejów czy lesbijek.
      )
      ) Ujmując to w najbardziej prowokacyjny sposób, ludzie powinni mieć prawo
      ) zwalniać swych pracowników, jeśli nabiorą odrazy do koloru ich oczu. Jedynym
      ) ograniczeniem powinno być to, że nie mogą się w ten sposób zachowywać, jeśli
      ) zobowiążą się tego nie robić, jak to często pracodawcy czynią.
      )
      ) Tak jak powiedziałem, brzmi to jak bardzo złe nowiny dla gejów i lesbijek.
      ) Ale przypuśćmy, że niektórzy geje zechcą otworzyć biznes i zatrudniać
      jedynie
      ) innych gejów, to jest dyskryminować na korzyść gejów. Czy powinni mieć do
      ) tego prawo? Wolnościowcy odpowiadają głośnym i kategorycznym tak.
      Wolnościowy
      ) pogląd na takich gejów raz jeszcze brzmi: to są ich pieniądze. Jeśli
      upierają
      ) się, by zadawać się tylko z innymi gejami, lub powiedzmy tylko z jednookimi
      ) albinosami lubiącymi muzykę country, w porządku. Jeśli są głupi, niegustowni
      ) lub nietaktowni, to ich problem.
      )
      ) Najbardziej popularną metodą, jaką myślący i życzliwi ludzie rekomendują do
      ) ochrony praw szeroko nielubianych mniejszości takich, jak geje i lesbijki
      ) jest ustanowienie prawa, które zmuszałoby nas wszystkich do bycia pełnymi
      ) szacunku i prawymi. Jeśli my, wolnościowcy, argumentujemy za skromniejszą
      ) rolą prawa, to nie dlatego, że jesteśmy bezmyślni czy nieczuli, ale dlatego,
      ) że rozumiemy prawo i jego ograniczenia lepiej, niż to się innym wydaje.
      Jeśli
      ) prawo będzie dążyć do wymuszenia "tolerancji" wymagając spełnienia nawet
      ) najwymyślniejszej listy elementów zachowania uznanych przez prawodawców za
      ) oznaki tolerancji jako warunku robienia innych rzeczy, takich, jak
      ) wynajmowanie pokoi, podawanie alkoholu lub posiłków czy zatrudnianie ludzi,
      ) to bigoci (czy też ludzie, którzy po prostu nie zgadzają się z prawodawcami
      ) co do definicji bigoterii) dostarczą mniej tych rozmaitych usług, zatrudnią
      ) mniej ludzi i pogrążą się w bezczynności. Co gorsze, nie-bigoci także będą
      ) zniechęcani do przedsiębiorczości przez uboczne efekty państwowej regulacji,
      ) a niektórzy z nich, tacy jak ja, będą sprzeciwiać się temu, że nie mają
      prawa
      ) być bigotami, nawet jeśli nie chcą nimi być.
      )
      ) W Brytanii mówienie o prawach, które zmuszałyby niegejowską i nielesbijską
      ) większość do zachowywania się miło wobec gejów i lesbijek jest ciągle tylko
      ) mówieniem. Ale było ostatnio u nas małe poruszenie działalności politycznej
      ) związane z dostarczaniem gejom i lesbijkom specjalnych udogodnień na
      ) publiczny koszt i małe poruszenie publicznie finansowanej propagandy na
      ) korzyść gejowskiego i lesbijskiego sposobu życia. Również niektóre
      ) organizacje sektora publicznego narzuciły na swoim terytorium politykę
      ) progejowskiej i prolesbijskiej poprawności. Rezultat? Inni polityczni
      ) przedsiębiorcy z innymi poglądami na przyzwoitość odwzajemnili się
      ) uregulowaniami dyskryminującymi na niekorzyść gejów i lesbijek. Polityka
      jest
      ) polityką. Demokracja jest demokracją. Geje i lesbijki będąc w mniejszości
      ) wychodzą na takich wymianach najgorzej. Jeśli nastrajasz polityczną maszynę
      ) na swoją korzyść, nie zdziw się, jeśli ktoś inny przyjdzie i nastroi ją na
      ) korzyść kogoś lub czegoś innego, i zaszkodzi tobie. Jeśli jesteś małą i
      ) raczej niepopularną mniejszością, powinieneś się tego spodziewać.
      )
      ) Wolnościowe stanowisko zezwalania na wszystko, co nie jest agresywne i
      ) popierania całkowicie wolnego rynku, niehamowanemu prawami przeciwko byciu
      ) niegrzecznym i dyskryminatorskim, może wydawać się okrutne dla gejów i
      ) lesbijek, i dla ludzi w ogóle. Ale nie jest takie. Konsekwencją tego
      ) wolnościowego stanowiska jest społeczeństwo, w którym bigoci mogą być
      ) bigotami, ale stoją w obliczu kosztów swej bigoterii. Wolne społeczeństwo
      ) tworzy obfitość okazji dla każdego, w tym dla gejów i lesbijek. Wielu
      ) pracodawców będzie w stosunku do nich nietolerancyjnych (przypuśćmy, że będą
      ) wiedzieli, kto jest gejem, a kto lesbijką), ale inni nie będą na to zwracać
      ) uwagi, bądź nawet będą rekompensować istniejącą bigoterię swoją
      ) wspaniałomyślnością dla nich i przedstawicieli innych mniejszości (i ciągnąć
      ) z tego zyski). Wielu pracodawców będzie gejami lub lesbijkami.
      )
      ) Wolność gospodarcza rozsiewa w społeczeństwie władzę i bogactwo. "Wzmacnia"
      ) ludzi wszystkich rodzajów, wszelkich gustów i preferencji. Nagradza ludzi
      nie
      ) według tego, kim oni po prostu są, tylko według tego, co wnoszą do życia
      ) innych. Rozpowszechnia naokoło pieniądze, a wszyscy kupcy, z wyjątkiem
      ) najbardziej nietolerancyjnych, witają chętnie pieniądze jakiegokolwiek
      ) klienta. Kiedy ostatnio słyszeliście o sklepikarzu odmawiającym obsłużenia
      ) klienta, bo ten był gejem?
      )
      ) Brian Micklethwait

      Zamieszczony powyżej tekst czytałem już kilka lat temu w nieregularnie
      ukazującym się magazynie "Mać Pariadka" (jego całość można znaleźć pod adresem
      http://sierp.tc.pl/prawa.htm). Czy jednak przedstawiona w artykule Briana
      Micklethwaita argumentacja na rzecz prawa do dyskryminowania homoseksualistów
      i lesbijek (czy kogokolwiek innego) jest przekonująca? Czy istnieje coś
      takiego, jak fundamentalne, obywatelskie, Prawo do Dyskryminowania Innych Osób?
      Prawo takie nie jest, oczywiście, zapisane w żadnej międzynarodowej konwencji,
      konstytucji, itp. (prędzej już znaleźć można różne konwencje "o zwalczaniu
      dyskryminacji"). Lecz fakt, że konwencje, konstytucje, itp. czegoś w sposób
      bezpośredni nie gwarantują, nie oznacza wcale, że nie jest to fundamentalnym
      prawem obywatelskim (czy prawem człowieka). I tak - choć amerykańska
      konstytucja nie mówi w sposób bezpośredni o prawie obywateli do ochrony
      prywatności przed ingerencją władz, to jednak Sąd Najwyższy USA stwierdził, że
      takie prawo z amerykańskiej konstytucji wynika, i że chroni ono nabywanie i
      stosowanie środków antykoncepcyjnych - a nawet prawo kobiety do tego, by
      prerwać ciążę (to ostatnie może być zakazane tylko wtedy, gdy płód jest na
      tyle rozwinięty, że jest zdolny do przeżycia - choćby ze sztucznym
      wspomaganiem, poza organizmem matki, a i w takich wypadkach aborcja musi być
      dopuszczalna, jeśli jest ona niezbędna dla ochrony życia lub zdrowia kobiety).
      Inaczej mówiąc, to, że żadna konstytucja, konwencja międzynarodowa, itd. nie
      wspomina o czymś takim, jak "prawo do dyskryminacji" nie oznacza tego, że nikt
      takiego prawa nie ma. Brian Micklethwait wyprowadza takie prawo z dwóch innych
      fundamentalnych praw obywatelskich: prawa do swobodnego dysponowania swoją
      własnością, oraz (w sposób mniej wyraźny, ale też widoczny) prawa do
      prywatności - zmuszanie bowiem ludzi do obcowania z gejami czy lesbijkami
      (choćby poprzez zmuszenie pracodawców do zatrudniania takich osób, z którymi
      nie chcieliby mieć oni normalnie do czynienia) jest ingerencją w to prawo.

      Lecz prawa i wolności nie są czymś po prostu absolutnym, lecz mogą podlegać
      pewnym ograniczeniom, jeśli jest to niezbędne dla osiągnięcia jakiegoś
      niepodważalnego celu, takiego, jak np. ochrona bezpieczeństwa czy praw innych
      osób. Weźmy to na przykładzie jednej z najbardziej fundamentalnych wolności,
      jaką jest swoboda wypowiedzi. Nawet najwięk
      • wild co to są "Ustawy gwarantujące prawa obywatelskie"? 31.01.03, 11:58
        "Ustawy gwarantujące prawa obywatelskie zwiększają zakres wolności" ??

        Ustawy dotyczące praw obywatelskich są wyrazem stosunkowo nowych tendencji
        politycznych. Uważa się je za niezbędne dla zapewnienia praw mniejszościom np.
        Murzynom. W rzeczywistości należą do najbardziej drakońskich form interwencji w
        wolny rynek. Atakują istotę własności prywatnej, którą jest zdolność do
        sprawowania nad nią kontroli. Spowodowały ograniczenie wolności ekonomicznej,
        obniżenie poziomu życia, zwiększenie napięć społecznych i zwiększenie kłopotów
        tym, którym - w założeniu - miały pomagać.

        Ustawy gwarantujące prawa obywatelskie można z grubsza podzielić na takie,
        które ingerują w wolnorynkowe umowy dotyczące zatrudnienia i takie, które
        zaliczają prywatny biznes do sfery dobra publicznego. Ustawy dotyczące
        zatrudnienia zabraniają dyskryminacji na gruncie zdefiniowanym przez rząd
        (rasa, płeć, religia i kalectwo). Są one interwencją w wolność umów, czyli w
        legalne prawo używania własności prywatnej w sposób, jaki właściciel uważa za
        słuszny.

        W warunkach wymiany rynkowej dwie strony godzą się na umowę obejmującą własność
        którą posiadają, albo usługi świadczenia pracy, które mogą oferować i przyjąć.
        Obie strony spodziewają się z takiej wymiany zysku, bo w przeciwnym razie umowa
        nie zostałaby zawarta. Takie rynkowe wymiany zapewniają różnorodnym zasobom
        takie zastosowania, które są najwyżej oceniane przez ich właścicieli. Ustawy
        gwarantujące "prawa obywatelskie" ograniczają zakres możliwych legalnych
        wymian, redukując tym samym wartość użytkową pracy i własności.

        Tego rodzaju ograniczenia nie tworzą żadnego społecznego zysku. Jeśli ktoś na
        swojej liście preferencji najwyżej lokuje działanie, które ustawa uznaje za
        dyskryminacje, to nie może on uzyskać maksymalnej korzyści. Innymi słowy,
        ustawy gwarantujące "prawa obywatelskie" wymuszają pewne rezultaty, pewne
        wymiany rynkowe własności, które nie miałyby miejsca w systemie w pełni
        dobrowolnym.

        W potocznej retoryce politycznej zwolennicy ustaw antydyskryminacyjnych
        twierdzą, iż gwarantują one prawa, ale same nie dyskryminują. Na przykład Akt o
        Prawach Obywatelskich (Civil Rights Act) z 1964 roku zabrania dyskryminacji
        wobec kogokolwiek na podstawie rasy i zapewnia, że nie będzie
        żadnej "odwrotnej" dyskryminacji. Niemożliwym jest jednak zabronienie pewnych
        rodzajów wymian bez konieczności zmuszania do innych. Ograniczając zakres
        wyboru oraz wprowadzając restrykcje wobec preferowanych możliwości zmusza się
        strony do rozwiązań i decyzji niechcianych. Stąd wszystkie ustawy dotyczące
        praw obywatelskich z konieczności przesuwają szalę na korzyść jednej strony.
        Jeśli pracodawca musi wybierać pomiędzy białym i czarnym pracownikiem, każdy z
        jego wyborów będzie w pewnym sensie "dyskryminujący" - dla jednej ze stron,
        jednak kiedy narzucona jest tylko jedna możliwa decyzja, dwie z trzech stron są
        pokrzywdzone. Jedynym instytucjonalnym rozwiązaniem, które zapewnia czyste
        warunki gry, jest takie, które zezwala każdemu na wolność umowy, co oznacza
        rezygnację z wymuszania przyjmowania do pracy, zwalniania czy też faworyzowania
        członków jakiejkolwiek grupy.

        Jeśli rasizm jest problemem, rynki konkurencyjne będą zmierzały do
        zlikwidowania irracjonalnej dyskryminacji przy zatrudnianiu. Każda osoba jako
        wolny kontrahent, czując się pokrzywdzona z powodu czyjejś dyskryminacji, może
        zmienić pracę i zacząć pracować gdzie indziej. Niezatrudnienie dobrego
        pracownika z powodu jego rasy nie stanowi społecznie istotnego problemu dla
        pracodawcy, bowiem czyniąc w ten sposób po prostu płaci premie na rzecz
        dyskryminacji, której inny konkurent nie musi płacić. Jeśli prawie wszyscy
        pracodawcy i firmy dyskryminują w sposób irracjonalny, jeden pracodawca może
        przełamać kartel zatrudniając tych odrzuconych, choć bardziej produktywnych
        pracowników i przez to uzyskać przewagę w konkurencji z innymi firmami.

        Ustawy dotyczące praw obywatelskich mogą też w istocie powiększać
        dyskryminację. Pracodawcy zmuszeni do zatrudniania czy też popierania ludzi z
        lęku przed policja strzegącą praw obywatelskich będą przede wszystkim unikali
        ich zatrudniania. Ci zaś, którzy zostaną zatrudnieni z uwagi na te prawa, będą
        stanowili śmietankę populacji zatrudnionych, przyczyniając się do spychania na
        margines mniej wykształconych i mniej doświadczonych. Jednocześnie niesłuszną
        rzeczą jest sądzić, że wolny rynek spowoduje "daltonizm rasowy", jako że jakiś
        (może nawet wysoki) stopień dyskryminacji rasowej i płciowej najprawdopodobniej
        będzie utrzymywał się w każdym wolnym społeczeństwie. Mogą pojawiać się spisane
        reguły dotyczące ubioru czy rodzaju muzyki, której wolno słuchać w biurach -
        czy też niepisane reguły co do tego, jak głośno ludzie powinni mówić w
        urzędzie. Każdy pracodawca przecież wie, że im mniejsza niezgodność co do
        gustów pośród pracowników, tym łatwiej jest o zgodę co do reguł dotyczących
        dobra wspólnego. Koreański właściciel sklepu spożywczego może chcieć zatrudnić
        tylko koreańskich pracowników, magazyn dla czarnych profesjonalistów tylko
        czarnych wydawców i dziennikarzy, a niemiecka restauracja tylko niemieckich
        kucharzy i kelnerów. Jakiś pracodawca może uważać, że amerykańscy Irakijczycy
        zostali potraktowani nieuczciwie i zechce ich popierać. Jakiś żeński klub
        zdrowia może zechcieć przyjmować tylko kobiety, a bar dla mężczyzn tylko dla
        mężczyzn. Nie ma nic złego w tego rodzaju zachowaniach, chociaż ustawy
        dotyczące praw obywatelskich usiłują je zlikwidować.

        Oprócz pogwałcenia zasady wolnej umowy o pracę ustawy o "prawach obywatelskich"
        gwarantują każdemu prawo "dostępu" do "miejsc publicznej użyteczności", takich
        jak restauracje, kina i sklepy. W rzeczywistości to, co ustawy o "prawach
        obywatelskich" nazywają publicznym, jest w istocie prywatne. Przecież te
        restauracje, kina i sklepy to firmy założone przez prywatnych przedsiębiorców
        przy użyciu prywatnych pieniędzy. Nie powinno się wymagać od właścicieli, by
        obsłużyli każdego, kto przychodzi do ich firmy, tak samo jak nie wymaga się od
        nich, by zapraszali każdego do swojego domu na kolację. Duża restauracja w
        centrum miasta jest tak samo prywatna jak mały dom na wsi. Prawdziwa różnica
        pomiędzy tym, co prywatne, i tym co publiczne, to różnica posiadania, a nie
        funkcji czy położenia.

        Redefiniując restaurację, teatry czy sklepy jako publiczne, ustawy o "prawach
        obywatelskich" wkraczają w prywatną własność ich właścicieli. Daleko im do
        ustanowienia sprawiedliwych zasad gry, ponieważ właściwie preferują
        niewłaścicieli wobec właścicieli. Kiedy wymusza się handel, prawa jednej ze
        stron są pogwałcone. W warunkach "publicznego dostępu" to właściciel musi
        poddać się żądaniom intruza. Taka jest istota socjalizmu, który zaprzecza
        prywatności własności. Kiedy zezwala się mniejszościom, żeby siłą naruszały
        prywatną własność, zmienia się cały charakter życia społecznego i
        ekonomicznego. Miast opierać się na wolnym wyborze i umowie, opiera się na
        roszczeniach i przemocy. Można zatem sądzić, że ustawy dotyczące praw
        obywatelskich raczej wzmocniły napięcie pomiędzy poszczególnymi grupami
        społecznymi, niż je rozładowały.

        Ustawy gwarantujące "prawa obywatelskie" nie powiększyły zakresu wolności, lecz
        dramatycznie go zredukowały. Konflikty wokół rasy, płci, religii oraz kalectwa
        najlepiej pozostawić wolnemu rynkowi, który przyniesie naturalne rozwiązania.

        Llewellyn H. Rockwell, Jr
      • Gość: Bartek Kozłowski Re: prawo do dyskryminacji? c.d. IP: *.acn.pl 01.02.03, 01:41
        największy orędownik wolności słowa zgodzi się z pewnością z tym, że najszerzej
        nawet pojęta wolność wypowiedzi nie chroni np. oszustwa, szantażu
        (tzw. „wymuszenie rozbójnicze”wink, umyślnie fałszywego powiadomienia organu
        ścigania o popełnieniu przestępstwa, fałszywych zeznań świadka w procesie
        sądowym, czy wreszcie - jak w słynnym przykładzie użytym niegdyś przez sędziego
        Sądu Najwyższego USA O. W. Holmesa (w sprawie Schenk v. United States z 1919
        r.), wywoływania paniki w zamkniętym pomieszczeniu (w teatrze) poprzez
        świadomie fałszywe wzniesienie okrzyku „pali się” - choć przecież popełnienie
        wszystkich wspomnianych powyżej przestępstw polega, w gruncie rzeczy, wyłącznie
        na takich czy innych wypowiedziach. Tak więc, jeśli nawet mamy coś takiego,
        jak „prawo do dyskryminacji”, to nie wynika z tego, że „prawo” to jest
        nieograniczone, i że pewne przypadki dyskryminacyjnych zachowań nie mogą w
        sposób zasadny w szanującym ludzką wolność społeczeństwie być zakazane.

        Lecz w imię czego - jakich praw, wolności, itp. państwo może zakazywać swoim
        obywatelom prywatnej (bo nie mówię tu o zakazie dyskryminacji obywateli przez
        samo państwo) dyskryminacji innych osób? Gdzie - zakładając, że takie zakazy
        mogą być czasem uzasadnione, państwo nie może - bez naruszenia swojego
        wolnościowego charakteru - posunąć się w realizacji słusznego - co najmniej w
        założeniu, celu, jakiemu zakazy takie miałyby służyć?

        W omawianym przypadku potencjalny konflikt istnieje między dwiema
        fundamentalnymi dla liberalno - demokratycznego systemu prawnego wartościami:
        jedną z nich jest zagwarantowanie ludziom maksymalnej sfery osobistej wolności,
        ograniczonej jedynie zakazem krzywdzenia innych. Drugą jest dążenie do tego, by
        nikt - w miarę możności - nie był w swym życiu pozbawiony tych szans, które
        mają inni.

        Prywatna dyskryminacja nie jest, oczywiście, czymś, co wyrządzałoby dotkniętym
        ludziom tego rodzaju krzywdę, jak np. przemoc, czy naruszenie własności. Nie
        jest więc ona - tak, jak wspomniane zachowania ex definitione wykluczona ze
        znaczenia pojęcia „wolność”. Lecz mimo wszystko, istnienie „prywatnej”
        dyskryminacji w takich dziedzinach, jak choćby zatrudnienie może stanowić
        autentyczny problem, gdyż może de facto pozbawiać pewnych ludzi tych szans
        życiowych, jaki mają inni.

        Lecz jak daleko państwo może w swych anty dyskryminacyjnych działaniach się
        posunąć - nie przestając być jednocześnie państwem szanującym wolność
        jednostki? Pewne rzeczy są tu dla mnie oczywiste. Żadne respektujące ludzką
        wolność państwo nie może zakazać swoim obywatelom dyskryminowania innych osób w
        stosunkach prywatnych. Państwo, które w imię osiągnięcia równości zabraniałoby
        swoim obywatelom dyskryminowania innych w np. stosunkach towarzyskich, itp.
        byłoby państwem totalitarnym. Pomysł taki byłby zresztą po prostu oczywistym
        absurdem. Podobnie, jestem w 100 % przeciwko istnieniu praw, które w imię
        wykorzenienia dyskryminacji (skierowanej np. przeciwko homoseksualistom)
        ograniczają swobodę wypowiedzi, czy zrzeszania się. Niedawno krytycznie
        odniosłem się na tym forum do pomysłu wprowadzenia takiego prawa w Szwecji
        (stosowny wątek zniknął już chyba z forum, ale napisany przeze mnie komentarz
        można znaleźć pod adresem http://strony.wp.pl/wp/b.kozlov1/swed.htm) Ludzie,
        którzy nienawidzą homoseksualistów i lesbijek powinni mieć pełne prawo do
        propagowania swoich poglądów, tak samo, jak homoseksualiści powinni mieć prawo
        do propagowania swojego stylu życia, i swoich – być może obraźliwych i
        nienawistnych poglądów o nie - homoseksualistach. I jeśli się komuś wydaje, że
        wprowadzenie takiego prawa, jakie uchwalono ostatnio w Szwecji przyczyni się do
        poprawienia losu grupy społecznej, którą prawo to ma w założeniu chronić, to
        grubo się myli. Prawo takie, i próby jego egzekwowania prędzej mogą podsycić
        istniejące i tak fobie i wrogie emocje w stosunku do członków grupy, którą
        rzekomo ma chronić, niż wyeliminować pewne potencjalnie szkodliwe postawy i
        przekonania społeczne, a tym bardziej doprowadzić do ich zmiany. Ponadto, jak
        wskazują doświadczenia wielu krajów, prawa takie są często nadużywane, i
        stosowane jako narzędzie represji wobec dysydentów – w tym często samych
        przedstawicieli mniejszości, które prawa takie mają w zamierzeniu chronić.
        Podkopują one wreszcie wolność słowa poprzez stwarzanie pewnych precedensów –
        jeśli jakaś grupa ma prawo do tego, by nie być obrażaną, dlaczego
        takiego „prawa” mają być pozbawione inne grupy. Prawa przeciwko „hate speech”
        (takie, jak choćby art. 256 i 257 polskiego k.k.), jak argumentowałem w
        komentarzu na temat uchwalenia przepisów o ochronie homoseksualistów w Szwecji,
        stawiają wolność słowa na swego rodzaju „równi pochyłej”. W powyższej kwestii
        zob. również mój artykuł „Faszyści do pierdla?”
        http://strony.wp.pl/wp/b.kozlov1/bartlomiej%20kozlowski.htm

        Zresztą, uważam, że określanie jakichś obraźliwych i nienawistnych wypowiedzi
        na temat jakiejś grupy (np. narodowej, rasowej, czy grupy wyróżniającej się -
        jak homoseksualiści i lesbijki, orientacją seksualną) mianem dyskryminacji jest
        po prostu nadużyciem, gdyż dyskryminacja to ex definitione czyny - a nie same
        słowa Oczywiście, znowu - dyskryminacyjne działanie może czasem polegać na
        użyciu słów. Dyskryminacja w stosunkach pracy może czasem polegać np. na tym,
        że pracodawca powie do pracownika, „zwalniam cię” (bo jesteś homoseksualistą).
        Lecz w tym przypadku mamy do czynienia z wypowiedzią, która jest integralną
        częścią (czy nawet środkiem) bezprawnego (zakładając dla dobra argumentacji)
        działania, i zakaz tego rodzaju wypowiedzi jest z punktu widzenia wolności
        słowa problemem równie małym, jak zakaz np. szantażu, czy oszustwa. Oczywiście -
        jeśli pracodawca powie do pracownika „zwalniam cię”, a następnie wcale go nie
        zwolni, to o żadnej dyskryminacji nie może być mowy.

        Co jednak z prawami, które np. zabraniają pracodawcom dyskryminowania
        pracowników w takich dziedzinach, jak przyjęcia do pracy, płaca, zwolnienia
        itp. z takich powodów, jak rasa, narodowość, płeć - czy choćby orientacja
        seksualna? Brian Micklethwait wypowiadając się przeciwko zakazowi takiej
        dyskryminacji zwraca uwagę, że jakiekolwiek przyjęte w tym względzie
        rozwiązania będą działać w obie strony: jeśli dyskryminacja jest zakazana, to
        wprawdzie pracodawca - heteroseksualista nie będzie mógł odmówić zatrudnienia
        homoseksualisty z tego tylko powodu, że nie lubi członków tej akurat grupy
        społecznej - lecz jednocześnie pracodawca homoseksualista będzie zmuszony do
        zatrudniania tych osób, których orientacja seksualna wyraźnie mu nie odpowiada.
        Jeśli natomiast dyskryminacja jest dozwolona, to wprawdzie homoseksualista może
        nie znaleźć zatrudnienia u pracodawcy - heteroseksualisty tylko z powodu swojej
        orientacji seksualnej, lecz jednocześnie pracodawca - homoseksualista może
        zatrudniać wyłącznie homoseksualistów - co, jak przynajmniej dla dobra
        argumentacji należy mniemać, jest dla takiej osoby przyjemniejszą sytuacją, niż
        zmuszenie go do zadawania się z tymi, których orientacja seksualna budzi w nim
        wstręt. Ponadto, jak argumentuje Brian Micklethwait, jeśli prawo będzie zmuszać
        ludzi do niedyskryminacji w takich dziedzinach, jak wynajmowanie pokoi,
        podawanie alkoholu lub posiłków czy zatrudnianie ludzi, to - jak pisze
        wspomniany autor „bigoci (czy też ludzie, którzy po prostu nie zgadzają się z
        prawodawcami co do definicji bigoterii) dostarczą mniej tych rozmaitych usług,
        zatrudnią mniej ludzi i pogrążą się w bezczynności”.

        Czy są to jednak dobre argumenty na rzecz „prawa do dyskryminacji”? Problem,
        czy tak jest polega, jak widać, na ważeniu korzyści i strat po stronie każdego
        • Gość: Bartek Kozłowski Re: prawo do dyskryminacji? c.d. IP: *.acn.pl 01.02.03, 01:44
          z możliwych do przyjęcia rozwiązań. Ocena ogólnego bilansu takich strat i
          zysków nie jest, oczywiście, łatwa, lecz trzeba się o nią pokusić.

          Pytanie jest zatem takie, co grupy mniejszościowe - a szczególnie tak
          generalnie nie lubiane, jak homoseksualiści mniejszości zyskują na prawach
          zakazujących dyskryminacji? Co mogą stracić? Co wskutek istnienia zakazów
          dyskryminacji tracą pracodawcy - w tym także pracodawcy należący do grup, które
          antydyskryminacyjne przepisy mają w pierwszym rzędzie chronić? Co zyskuje - lub
          traci reszta społeczeństwa?

          Odpowiedź na te pytania, jak sądzę jest taka, że życiowe szanse takich osób,
          jak np. homoseksualiści ulegają w przypadku istnienia przepisów zabraniających
          dyskryminacji, zwiększeniu a nie zmniejszeniu. Jest, z drugiej strony,
          oczywiście prawdą, że przepisy przeciwko dyskryminacji nie pozwalają np.
          pracodawcy - homoseksualiście, na zatrudnianie wyłącznie homoseksualistów (co
          byłoby dla niego zapewne znacznie przyjemniejsze). Lecz osobisty koszt takiego
          rozwiązania dla pracodawcy (wszystko jedno, czy homo - czy heteroseksualisty)
          jest na ogół niewielki, bądź - biorąc na zdrowy rozum, praktycznie żaden. O ile
          w przypadku małej, kilku osobowej firmy, w której właściciel i pracownicy
          spędzają mnóstwo czasu we wzajemnym towarzystwie zakaz dyskryminacji stanowi
          poważną ingerencję w prywatność pracodawcy i jego wolność w sferze nawiązywania
          i utrzymywania osobistych kontaktów z innymi ludźmi (i wzgląd na te prawa
          powinien w takim wypadku przeważać nad dążeniem do osiągnięcia celów, jakim
          służy zakaz dyskryminacji) to w przypadku dużego zakładu, gdzie pracodawca i
          pracownicy nie mają ze sobą bezpośredniego kontaktu tego rodzaju ingerencja w
          prawo do prywatności praktycznie nie występuje. Jak widać, korzyści dla
          członków grupy, którą prawo chroni przed dyskryminacją są w tym przypadku
          większe, niż koszta, jakie muszą ponosić ci, którzy zmuszeni są do
          przestrzegania takich praw.

          Co zaś do przytoczonego również przez Briana Micklethwaita argumentu, że
          przepisy o zakazie dyskryminacji mogą np. zniechęcać niektórych ludzi do
          działalności gospodarczej - pozbawiając resztę społeczeństwa jakiejś części
          potencjalnie możliwych usług, miejsc pracy, itp. to uważam, że argument ten
          jest kompletnie fikcyjny. Jak zresztą pisze sam Brian Micklethwait „kiedy
          ostatnio słyszeliście o sklepikarzu odmawiającym obsłużenia klienta, bo ten był
          gejem?”. Choć przytoczone zdanie może stanowić dowód, ze problem dyskryminacji
          homoseksualistów nie istnieje (lub jest mniejszy, niż się to pewnym ludziom
          wydaje) to wydaje mi się, iż dowodzi ono również tego, że obawy, że zakaz
          dyskryminowania innych osób w takich dziedzinach, jak usługi czy zatrudnienie
          może spowodować wycofanie się pewnych ludzi z zatrudniania pracowników, czy
          świadczenia usług, są bezpodstawne.

          Lecz całego problemu, do jakiego w dużej mierze odnosi się w dużej mierze (choć
          nie tylko - są tam bowiem poruszone również takie kwestie, jak np. wolność
          słowa i kwestia prawa homoseksualistów do adopcji dzieci) artykuł Briana
          Micklethwaita nie można sprowadzić do problemu zakazu dyskryminacji. Niechęć do
          praw przeciwko dyskryminacji w takich dziedzinach, jak np. zatrudnienie jest
          bowiem w przypadku wolnorynkowych libertarian tylko pewną częścią ich ogólnej
          niechęci do odgórnej, państwowej ingerencji we wzajemne stosunki między ludźmi
          (o ile nie opierają się one na przymusie, lub przemocy) - w tym również
          stosunki na linii pracodawca - pracownik. Zdaniem przedstawicieli tej szkoły
          myślenia, której reprezentantem jest Brian Micklethwait (a najbardziej chyba
          znanym przedstawicielem w Polsce jest Jacek Sierpiński
          (zob.http://www.libertarianizm.pl - a zwłaszcza jego artykuł ABC
          Libertarianizmu http://sierp.tc.pl/wlib.htm) jedyną dopuszczalną formą obrony
          pracownika przed samowolą pracodawcy jest zmuszenie tego ostatniego do
          przestrzegania dobrowolnie przyjętych przez siebie zobowiązań. Lecz,
          oczywiście, żaden pracodawca nie musi takich zobowiązań przyjmować.

          Zdaniem ortodoksyjnych libertarian takie właśnie podejście stanowi istotę i
          wymóg respektowania indywidualnej wolności, będącej ich - a zresztą moim także
          zdaniem, najważniejszym i wymagającym najwyższej ochrony dobrem społecznym. Ale
          czy wspomniane powyżej podejście - gdyby je w praktyce przyjąć, zwiększyłoby
          zakres istniejącej w społeczeństwie indywidualnej wolności - czy też
          przeciwnie, mogłoby go zmniejszyć?. Rozpatrując ten problem chciałbym odwołać
          się nie do problemu regulacji zabraniających dyskryminacji, lecz raczej do
          takiej sfery stosunków na linii pracodawca - pracownik, jak np. czas pracy.
          Wolnorynkowi libertarianie są, jak już wspomniałem, przeciwni jakimkolwiek
          państwowym kodeksom pracy - czego konsekwencją jest m.in. to, że wszelkie
          ustalenia w takiej dziedzinie, jak czas pracy mogą wynikać wyłącznie z
          dobrowolnie przyjętych umów między pracodawcami i pracownikami. Zobowiązania te
          są (czy powinny być) egzekwowalne na drodze sądowej (np. pracownik ma prawo
          pozwać pracodawcę zmuszającego go do pracowania dłużej, niż przewidywała to
          umowa) ale państwo nie może ich w żaden sposób narzucać w sposób odgórny.

          Tak kiedyś było. Istniejące obecnie regulacje, dotyczące takich dziedzin, jak
          czas pracy, płace, powody i warunki zwolnienia w XIX w. były czymś nieznanym.
          Ludzie pracowali po 12 czy nawet 16 godzin na dobę przy głodowej pensji, i
          mogli zostać wyrzuceni na bruk - bez gwarancji jakichkolwiek świadczeń, z
          dowolnego powodu. Swego czasu, amerykański Sąd Najwyższy uznał (w decyzji w
          sprawie Lochner v. New York z 1905 r.), że ustawowe ustalenie maksymalnego
          czasu pracy (w konkretnym przypadku chodziło o ustawę, która stwierdzała, że
          maksymalny czas pracy piekarzy nie może przekraczać 60 godzin tygodniowo,
          powód, właściciel piekarni Joseph Lochner został skazany na karę grzywny za to,
          że wbrew wspomnianej ustawie wymagał od swoich pracowników pracy dłuższej, niż
          60 godzin tygodniowo) narusza gwarantowaną przez Konstytucję USA (a konkretnie
          wynikającą z 14 poprawki, zakazującej stanom ograniczania wolności swoich
          obywateli) swobodę umów.

          Prawa tego rodzaju, jak choćby to, które Sąd Najwyższy USA obalił jako
          sprzeczne z konstytucją w 1905 r. są, oczywiście, jakimś ograniczeniem
          wolności. Jest to - formalnie rzecz biorąc, nie tylko ograniczenie wolności
          pracodawców - lecz także pracobiorców - nie mogą oni bowiem pracować dłużej,
          niż pozwala ustawa, choćby nawet bardzo tego chcieli. Lecz z drugiej strony,
          oczywistą jak dla mnie rzeczą jest to, że skutkiem przyjęcia takich choćby
          regulacji, jak np. regulacje dotyczące maksymalnego czasu pracy jest
          zwiększenie zakresu występującej w społeczeństwie indywidualnej wolności -
          poprzez choćby zapewnienie ludziom większej ilości wolnego czasu. Poważne i
          rzeczywiście podyktowane troską o respektowanie indywidualnej wolności obiekcje
          wobec takich rozwiązań, jak np. ustawowe ustalenie maksymalnego czasu pracy są
          możliwe tylko przy przyjęciu założenia, że pracownik ma faktyczną możliwość
          wyboru pracodawcy - krótko mówiąc, może się zdecydować na krótszą pracę (i
          więcej czasu wolnego) i niższą pensję, lub dłuższą pracę (i w związku z tym
          mniej czasu na własne sprawy) - ale wyższe zarobki. Jak jednak doskonale wiemy,
          wspomniana alternatywa jest bardzo często zwykłą fikcją. I krótko mówiąc, tego
          rodzaju wolność, jaką swego czasu zapewnił pracodawcom (i, formalnie rzecz
          biorąc, także pracownikom) Sąd Najwyższy USA jest, praktycznie rzecz biorąc,
          wolnością tylko dla jednej, silniejszej w tym przypadku strony. lecz jeśli
          poważnie myślimy o respektowaniu wolności, powinniśmy chronić wolność
          wszystkich, a nie (w praktyce) tylko niektórych.

          Tak więc, w tej dziedzinie poglądy libertarian (z którymi poza tym w bardzo
          wielu sprawach – od wolności słowa zaczynając, na podejś
          • Gość: Bartek Kozłowski Re: prawo do dyskryminacji? - zak. IP: *.acn.pl 01.02.03, 01:49
            podejściu do kwestii narkotyków kończąc w pełni się zgadzam) nie są dla mnie za
            nadto przekonujące. Libertarianie, broniąc (i słusznie) wolności jednostki
            przed zagrożeniami ze strony państwa nie dostrzegają, jak mi się zdaje,
            zagrożeń dla wolności jednostki ze strony osób „prywatnych”. Tak więc np.
            broniąc prawa do wolności wypowiedzi przed jej ograniczaniem przez państwo, nie
            mają oni nic przeciwko ograniczaniu tej wolności przez pracodawców - o ile
            tylko państwo – tak, jak w przypadku istniejących w wielu krajach – i często
            bardzo rozciągliwie interpretowanych przepisów przeciwko „molestowaniu
            seksualnemu” nie zmusza ich do narzucania takich ograniczeń. Lecz w tym
            przypadku, znowu, mamy w praktyce do czynienia z wolnością dla jednej tylko
            strony. Moim zdaniem, pracownicy (tak samo jak pracodawcy) powinni mieć
            zagwarantowaną swobodę wypowiedzi – której ograniczanie powinno być
            dopuszczalne tylko ze względu na ochronę praw i wolności innych osób lub
            zapewnienie właściwego wykonywania pracy. To samo tyczy się, rzecz jasna,
            bardzo wielu innych dziedzin – jak choćby ochrony prywatności pracownika przed
            pracodawcą (chodzi o takie sprawy, jak np. kamery w przebieralniach w pewnych
            zakładach pracy, jak choćby w hipermarketach). Regulacje ograniczające prawo
            pracodawców do (przykładowo) instalowania kamer – choć oczywiście – jak
            wszelkie zresztą regulacje prawne, naruszają one „wolność” pewnych rodzajów
            postępowania, służą w istocie zwiększeniu zakresu osobistej wolności obywateli.
            Wolność jednostki powinna być bowiem – w takim oczywiście zakresie, w jakim
            jej ograniczenie nie jest niezbędne dla ochrony wolności innych, chroniona
            zarówno przed ingerencją państwa, jak również takich ludzi, jak wścibski czy
            tyrański pracodawca.
            • wild i dyskryminacja mądrych na kolacji dla głupich? 01.02.03, 02:27
              "Nie powinno się wymagać od właścicieli, by obsłużyli każdego, kto przychodzi
              do ich firmy, tak samo jak nie wymaga się od nich, by zapraszali każdego do
              swojego domu na kolację..."

              Llewellyn H. Rockwell, jr.,

    • wild prawo do dyskryminacji? 18.03.03, 15:13
      ==============================================================================
      "Nie powinno się wymagać od właścicieli, by obsłużyli każdego, kto przychodzi
      do ich firmy, tak samo jak nie wymaga się od nich, by zapraszali każdego do
      swojego domu na kolację..."
      Llewellyn H. Rockwell, jr.,
      ==============================================================================

      • krates.8 apropos zaproszeń 19.03.03, 14:54
        Przeglądałeś już junk mail?

        Pozdrowienia dla głosu wolnego wolność sławiącego na puszczy,
        Krates.8)

        wild napisał:

        >
        ==============================================================================
        > "Nie powinno się wymagać od właścicieli, by obsłużyli każdego, kto
        przychodzi
        > do ich firmy, tak samo jak nie wymaga się od nich, by zapraszali każdego do
        > swojego domu na kolację..."
        > Llewellyn H. Rockwell, jr.,
        >
        ==============================================================================
        >
        • wild Re: apropos zaproszeń 28.06.03, 19:37
          krates.8 napisał:

          > Przeglądałeś już junk mail?
          >
          > Pozdrowienia dla głosu wolnego wolność sławiącego na puszczy,
          > Krates.8)


          wink


          ==============================================================================
          "Nie powinno się wymagać od właścicieli, by obsłużyli każdego, kto
          przychodzi do ich firmy, tak samo jak nie wymaga się od nich, by zapraszali
          każdego do swojego domu na kolację..."
          Llewellyn H. Rockwell, jr.,

          ==============================================================================

    • wild co jeśli A chce mówić do B ale B nie chce słuchać? 07.07.03, 18:29
      Co, jeśli A chce mówić do B, ale B nie chce słuchać A?

      WOLNOŚĆ SŁOWA TO KWESTIA WŁASNOŚCI

      Na pierwszy rzut oka wolność do wypowiadania się i wolność do niesłuchania
      wydają się wchodzić ze sobą w konflikt. Co, jeśli A chce mówić do B, ale B nie
      chce słuchać A? Rozwiązaniem wszelkich takich problemów jest prywatna własność.
      Jeśli A jest w domu B, to B może zażądać, żeby A wyszedł lub się zamknął. Jeśli
      B jest w domu A, wtedy musi wyjść lub zostać słuchając A. Jeśli A przemawia w
      sali, której właściciel pozwolił, by była ona używana w tym celu, to B wolno
      wyjść lub zostać, ale nie zagłuszyć A.

      Czasami sugeruje się, że wolność słowa może być naruszana przez np. właściciela
      gazety. Jest to niezrozumienie znaczenia wolności w sensie społecznym.
      Jakakolwiek gazeta musi wybierać i odrzucać większość materiałów, które mogłyby
      być drukowane. Mało prawdopodobne, by "Daily Telegraph" drukował panegiryki na
      cześć Kuby Fidela Castro. Dziennikarz, który czuje pociąg do ich pisania, może
      zwrócić się o pracę w "Tribune". Oczywiście, czytelnicy gazety mogą woleć, żeby
      w gazecie było szerokie spektrum poglądów i mogą nie lubić arbitralnych
      interwencji. Ale nie mają oni do tego żadnego "prawa". Mają po prostu prawo
      przestać kupować tę gazetę, jeśli tego nie lubią. Wolność słowa absolutnie
      wymaga, żeby właściciel gazety miał swobodę "cenzurowania" jej zawartości w
      taki sposób, w jaki chce.

      W celu pogodzenia naszej wolności wypowiedzi z naszym prawem do tego, by
      przekaz nie był nam narzucany, wolnościowcy postulują całkowite odpaństwowienie
      ulic, dróg i miejsc publicznych. To, czy w oknach sklepu mają być przedstawiani
      nadzy ludzie w interesujących pozycjach, jest sprawą właściciela sklepu. Ale
      jeśli okaże się, że jest istotny popyt na ulice, na których jest zagwarantowany
      brak takich widoków, właściciele ulic w pewnych rejonach zawrą porozumienie z
      właścicielami sklepów, aby zapobiec takim wystawom. Właściciele ulic będą także
      regulować sprawę plakatów, mówców ulicznych, demonstracji, pikiet i oflagowania
      w szczególne dni. Nie ma powodu przypuszczać, że wszyscy z nich przyjmą w
      stosunku do jakiejś z tych działalności tę samą politykę.

      sierp.tc.pl/wolslow.htm

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka