Gość: +++IGNORANT
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
16.02.03, 00:47
Niemcy przeżywają największy kryzys gospodarczy i polityczny w najnowszych
dziejach
http://www1.gazeta.pl/swiat/1,34239,1200284.html
Kanclerz Gerhard Schröder
Fot.Herbert Knosowski/AP
SERWISY
¤ Ostatnio w Niemczech
Anna Rubinowicz, Berlin 08-12-2002, ostatnia aktualizacja 08-12-2002 22:26
Chory człowiek Europy, chwiejny olbrzym - tak o największej europejskiej
gospodarce pisze światowa prasa. Stagnacja, dziura budżetowa, kryzys państwa
opiekuńczego, niezdecydowany rząd i krzykliwi hamulcowi przemian: opozycja,
landy, związki zawodowe i grupy nacisku. Nie sprzyja szczodrości wobec nowych
członków europejskiego klubu
Niemcy, którzy uchodzą za miłujących spokój i stabilizację, pokazują nam
właśnie, co znaczy huśtawka nastrojów. Gdyby wybory odbyły się dziś, czyli
dwa miesiące po ostatniej elekcji, Gerhard Schröder nie byłby już kanclerzem.
Na jego partię SPD głosowałoby na przełomie listopada i grudnia zaledwie 28
proc. Niemców, o 10 pkt. proc. mniej niż we wrześniu, za to na chadeków 48
proc., czyli o te same 10 pkt. proc. więcej. Zieloni wprawdzie zyskaliby 3
pkt. proc. (12 proc.), za to liberałowie straciliby 1 pkt. (5 proc.).
Postkomuniści nadal pozostaliby poza parlamentem z 4 proc. głosów. Jeśli
wierzyć sondażowi ośrodka Infratest/dimap dla TV ARD (podobne wyniki
prezentuje tygodnik "Stern"), Niemcami rządziłaby zapewne prawicowa koalicja
silnych konserwatystów i słabych liberałów. Jak to możliwe, że zaledwie
dziesięć tygodni od wyborów dwóch na trzech obywateli i 80 proc. menedżerów
nie ufa kanclerzowi, a 83 proc. jest niezadowolonych z polityki rządzącej
partii SPD?
Na pierwszy rzut oka odpowiedź jest prosta: SPD wygrała zaledwie o włos,
przewagą 6 tys. głosów, i to nie dzięki kompetencjom gospodarczym, lecz
sprawnej walce z klęską sierpniowej powodzi i sprzeciwowi wobec wojny z
Irakiem. Tymczasem gospodarka Niemiec załamała się, a rząd nie potrafi
poradzić sobie z kryzysem, dostaje więc żółtą kartkę.
Liczby nie kłamią
W ostatnich tygodniach bowiem hiobowe wieści gonią jedna za drugą -
gospodarka nie jest w stanie podnieść się z zeszłorocznej zapaści i wzrost
gospodarczy zamiast planowanych 1,5 proc. oscyluje wokół zera. To zaś
powoduje wzrost bezrobocia, które przekracza już 4 mln osób; co gorsza,
nikogo to już nie dziwi, choć jeszcze parę miesięcy temu była to
psychologiczna granica - sygnał głębokiego kryzysu. Teraz nie tylko opozycja
przebąkuje o 4,5 mln osób bez pracy tej zimy. Do tego dochodzi 1,7 mln osób
odbywających przeszkolenia lub pracujących wyłącznie dzięki wsparciu urzędów
zatrudnienia.
Słaba koniunktura (na całym świecie, nie tylko w Niemczech), niepewność jutra
i rosnące bezrobocie wywołują z kolei gwałtowny spadek wpływów z podatków (o
37 mld euro w tym i przyszłym roku) i składek ubezpieczenia społecznego
(samym tylko kasom chorych zabraknie w tym roku 2,5 mld euro) oraz wzrost
wydatków na osłony socjalne.
Rząd świeżo wybrany i natychmiast zmuszony kalendarzem do prac nad budżetem
na przyszły rok wpadł w panikę. Gdy wyszło na jaw to, o czym podczas kampanii
wyborczej nikt głośno nie mówił, mianowicie, że nie da się związać końca z
końcem, a dziura budżetowa wbrew wszystkim europejskim zasadom wyniesie grubo
ponad 3 proc. PKB, świeżo upieczeni ministrowie rzucili się snuć najśmielsze
pomysły, czym by tu ją zatkać. A że dodatkowe kredyty nie wystarczą, jak
zwykle sięgnięto po najprostszy sposób - podwyżkę podatków. I tak 1 stycznia
nie wejdzie w życie zapowiadany od lat drugi etap reformy podatku dochodowego
(wydatna obniżka stawek podatku), za to zniesione zostaną liczne ulgi i
wzrośnie podatek ekologiczny od paliw i energii. W górę pójdą składki
emerytalne (z 19,1 do 19,5 proc. pensji) i zdrowotne (z 14 do 14,3 proc.).
Socjaldemokratyczni premierzy landów Dolna Saksonia i Nadrenia Północna-
Westfalia żądają wbrew samemu Schröderowi wprowadzenia podatku majątkowego, a
po kątach szepcze się o wzroście VAT. Nie dobrano się mimo to do skóry
zadawnionym dotacjom, np. do wydobycia węgla kamiennego.
Ten festiwal pomysłów wraz z chaotyczną lawiną prasowych dementi i komentarzy
rodzą poczucie dezorientacji w gąszczu polityki. Kanclerz i jego ministrowie
zdają się być dyletantami pozbawionymi politycznej wizji, którzy popełniają
te same błędy co cztery lata temu - wszyscy mówią naraz, a obywatel nie wie,
dokąd rząd zmierza i w jaki sposób podejmowane decyzje służą temu celowi.
Bagaż zaniechań
Pech Gerharda Schrödera polega na tym, że tej jesieni niekorzystna
koniunktura gospodarcza wydobyła na światło dzienne w dojmujący sposób
wszystkie strukturalne słabości niemieckiego systemu i wieloletnie
zaniedbania reform. Wrażenie chaosu potęguje też to, że rząd zabrał się
jednocześnie do kilku gigantycznych obszarów: naprawy budżetu i zmian
podatkowe, reformy pękających w szwach emerytur i kas chorych, usprawnienia
państwowego pośrednictwa pracy i walki z bezrobociem. I utknął.
Przepchnięte w ekspresowym tempie przez parlament reformy i ustawy grzęzną
bowiem w machinie niemieckiego federalizmu. W izbie landów, czyli
Bundesracie, który zatwierdza gros ustaw, większość ma bowiem chadecka
opozycja. Bez trudu może ona blokować poczynania rządu - na razie czyni to
bez żenady, mając na oku lutowe wybory w dwóch ważnych krajach związkowych.
To potęguje w społeczeństwie odczucie marazmu i powszechnej niemożności.
Coraz częściej mówi się o potrzebie reformy systemu federalnego, tak aby
przynajmniej kampanie wyborcze odbywały się rzadziej. Bundesrat bowiem dawno
już przestał być reprezentacją interesów 16 krajów związkowych, stał się zaś
równoległą areną walk partyjnych.
Wiele reform rozmywa się też w charakterystycznej dla Niemiec "demokracji
konsensualnej", czyli zwyczaju uchwalania reform tylko za powszechną zgodą
społeczną. W tym systemie na cięcia socjalne muszą się zgodzić związkowcy i
emeryci, na oszczędności w wydatkach zdrowotnych - lekarze i aptekarze oraz
przemysł farmaceutyczny, na dłuższą pracę handlu - ekspedientki itd. Wskutek
tej niepisanej zasady wiele radykalnych posunięć traci ostrość i nie przynosi
oczekiwanych efektów. Tak np. dzieje się właśnie z dyskutowanymi przez całe
lato reformami na rynku pracy autorstwa tzw. komisji Hartza. Peter Hartz,
szef personalny Volkswagena, zaproponował m.in., aby
bezrobotnych "wypożyczać" firmom na czas określony i po stawkach niższych,
niż przewidują umowy zbiorowe, bo jego zdaniem to jedyna szansa znalezienia
dla nich zajęcia. Oficjalna praca jest bowiem dla pracodawców zbyt droga i
obciążona biurokracją, wolą więc nikogo nie zatrudniać, tym bardziej że w
kryzysie trudno się go pozbyć. Hartz liczył na to, że jak już pracodawca
zatrudni bezrobotnego na wyjątkowych zasadach i będzie zadowolony z jego
pracy, to może zechce przedłużyć mu umowę na czas nieokreślony i na
normalnych warunkach. To jednak nie spodobało się związkom zawodowym - w
końcu za tę samą pracę należy się ta sama płaca. W efekcie ustawę Hartza
rozwodniono i przewiduje ona tymczasowe zatrudnianie bezrobotnych na niemal
zupełnie normalnych warunkach. Jak to ma zachęcić pracodawców do zatrudniania
bezrobotnych?
Pożegnanie z wygodną przeszłością
Ekonomiści są zgodni w analizie choroby niemieckiego kolosa: Niemcy żyją.
Ociężałość gospodarki Niemiec wynika z nadmiernej biurokracji i sztywności
reguł rynku, zbyt wysokich kosztów pracy oraz przerostu państwa opiekuńczego
w starzejącym się społeczeństwie. Jeśli obecne tendencje się nie zmienią, za
40 lat w Niemczech będzie nie 82, lecz 64 mln mieszkańców, w tym 40 proc.
powyżej 60. roku życia, a tylko 15 proc. dzieci i nastolatków. A już teraz na
cele socjalne idzie jedna trzecia PKB!
Nie można też zapominać o balaście zjednoczenia, które było dla Niemiec
historycznym szczęściem, ale i hamulcem wzrost