janusz2_
02.04.03, 11:48
O "Europejskim festiwalu hipokryzji" pisze ostatnie "Wprost"
www.wprost.pl/ar/?O=42620&C=57
"Związkowcy, licealiści, profesorowie i ich studenci, islamscy radykałowie,
antyglobaliści, feministki oraz gospodynie domowe z Ameryki, Europy i
Australii. To oni manifestowali w ubiegłym tygodniu przeciw wojnie w Iraku.
Było ich około 15 milionów. Z pewnością na ulicach nie zgromadziła tych
ludzi obawa o los Irakijczyków. Gdyby tak było, wcześniej upomnieliby się o
prawa ciemiężonych przez reżim Saddama Husajna. W ostatnich 10 latach media
odnotowały w Europie zaledwie 16 manifestacji, podczas których zbierało się
najczęściej po kilkanaście osób sprzeciwiających się nie tyle okrucieństwu
dyktatora, ile... ONZ-owskim sankcjom nałożonym na Bagdad.
Ostatnio MTV powtórnie nadała debatę o Iraku, w której wzięli udział Tony
Blair i nastolatki z kilkunastu państw. Po lawinie deklaracji młodych
Europejczyków, że Ameryka nie ma prawa atakować nikogo, głos zabiera Ammar
Hassan, uciekinier z Bagdadu, i prosi premiera Wielkiej Brytanii: "Niech pan
obali Saddama, proszę. On jest mordercą. Ludzie w Iraku umierają cały czas,
nawet teraz, kiedy my tu rozmawiamy". Wtedy w studiu zapada cisza.
Zdecydowanie za długa jak na dynamiczny program dla młodzieży.
To samo, co Ammar, mówią od dawna tysiące uchodźców z jego ojczyzny. Nie
przeszkadza to demonstrantom wznosić haseł, że ataku nie powinno się
zaczynać, bo "podczas bombardowań giną cywile". Co więcej,
wielu "zatroskanych" powtarza jak mantrę: nie mamy prawa się wtrącać w
sprawy innego państwa, to Irakijczycy sami powinni się uporać z reżimem.
Opinię, że Saddama nie trzeba pozbawiać prezydentury, podziela zdecydowana
większość Europejczyków. Z badań ośrodka Pew Research Center wynika, że
najwięcej zwolenników obalenia dyktatora znajduje się w Niemczech.
To "najwięcej" to zaledwie 27 proc. Europejskie oskarżenia o obojętność na
los Irakijczyków stawiane amerykańskiej administracji brzmią jak festiwal
obłudy.
Zawodowcy i ideolodzy
Manifestujących z państw rozwiniętych połączyły obawy o własną skórę. O tym,
że to strach, a nie logika kieruje demonstrantami, świadczy to, iż
największe protesty odbyły się w krajach, których obywatele czują się
zagrożeni wojną, czyli w USA i Wielkiej Brytanii, państwach zaangażowanych w
iracki konflikt, oraz na południu Europy, gdzie poczucie bliskości Iraku
jest nieporównywalnie większe.
Oprócz "przestraszonych wojną" można wyróżnić jeszcze dwie grupy, które
wzięły udział w manifestacjach. Pierwsza to "zawodowi protestujący", dla
których przeciwstawianie się czemukolwiek jest swego rodzaju rytuałem.
Protestują oni przeciwko globalnemu ociepleniu, zanieczyszczeniu oceanów
albo reality show, w zależności od tego, o czym mówią media.
Grupa odgrywająca najważniejszą rolę w ostatnich wydarzeniach na ulicach to
ideolodzy: głównie antyglobaliści, ci sami, którzy jeździli demonstrować do
Seattle, Genui i Pragi. I tym razem stanęli na wysokości zadania. Na
tysiącach stron internetowych ukazują się zapowiedzi kolejnych wieców i
wskazówki, jak na nie dotrzeć. Wszędzie też pełno ostrzeżeń, by "nie dać się
nabrać na triki amerykańskiej propagandy", która "zrobi wszystko, byśmy się
nie dowiedzieli, ilu niewinnych cywilów zginęło podczas bestialskich
bombardowań".
Wspólnota interesów
Głównym organizatorem kampanii antywojennej w Wielkiej Brytanii jest
Koalicja Powstrzymać Wojnę. Nazwa brzmi podniośle, ale mało kto wie, że
trzon pięćdziesięciopięcioosobowego komitetu stojącego na czele organizacji
stanowią przedstawiciele Rady Meczetów, Komitetu na rzecz Praw Palestyny,
Ruchu Oporu przeciw Globalizacji, brytyjskiej Partii Socjalistyczno-
Robotniczej i redaktorzy lewicowych pism. Okazuje się więc, że
demonstracjami sterują siły polityczne, którym zależy na wspieraniu
interesów arabskich albo na pognębieniu rządu w Londynie. Popularna
bulwarówka "Daily Mirror", od kilku miesięcy zwalczająca premiera Blaira,
wyłożyła w lutym 10 tys. funtów na wynajęcie ekranu pod Big Benem w
Londynie, gdzie pojawiały się antywojenne hasła.
Żaden organizator demonstracji nie podał informacji o tym, ile pieniędzy
zebrano na wspieranie manifestacji antywojennych. Mówi się ogólnikowo o
datkach od stowarzyszeń i osób prywatnych, ale niektóre z tych "prywatnych"
dotacji sięgają kilkunastu tysięcy dolarów, a przez centra organizacyjne
protestów przepływają miliony dolarów.
Manifestacja w Londynie 15 lutego kosztowała prawie milion funtów. Firmy
transportowe zrobiły interes roku: do stolicy przyjechały tego dnia autokary
i pociągi z ponad tysiąca miejscowości. Wynajęcie sceny w Hyde Parku
kosztowało 6 tys. funtów. Politycy wspierający antywojenne (czytaj:
antyrządowe) demonstracje liczą, że pieniądze zainwestowane w organizację
protestów zwrócą się w formie kapitału politycznego. Andrew Murray,
przywódca Koalicji Powstrzymać Wojnę, w rozmowie z brytyjskim
dziennikiem "Guardian" przyznał: "Im dłużej będą trwały te protesty, tym
wyraźniej ludzie zaczną dostrzegać, że nie chodzi tylko o wojnę w Iraku. Ta
kampania może przynieść trwałe zmiany w polityce w Wielkiej Brytanii".
Siła propagandy
W organizowaniu manifestacji pomocna okazała się również antywojenna postawa
rządów Niemiec, Rosji, i Francji. Uruchomienie machin propagandowych tych
krajów sprawiło, że obywatele nie zaangażowani dotychczas w życie publiczne
odłożyli na chwilę piloty telewizorów i poszli demonstrować. Czy w tej
sytuacji przekona kogokolwiek opublikowany w "Die Zeit" wywiad z
inspektorami rozbrojeniowymi ONZ, którzy twierdzą, że gdyby Francja, Niemcy
i Rosja solidarnie ze Stanami Zjednoczonymi zagroziły Saddamowi wojną, nie
doszłoby do jej wybuchu?
Tymaczasem profesor Michael Hardt z Duke University i socjolog Antonio Negri
(odsiadujący w areszcie domowym wyrok za współudział w porwaniu i
zamordowaniu Aldo Moro) pewnie zacierali ręce, oglądając w ubiegłym tygodniu
relacje z antywojennych pikiet. W końcu niespełna trzy lata temu w głośnej
książce "Imperium" wydanej przez Harvard University Press przewidzieli taki
scenariusz wydarzeń: konfrontację jedynego mocarstwa, czyli Ameryki, ze
światową opinią publiczną.
Bez wątpienia toczą się dwie wojny. Jak skończy się ta pierwsza, na froncie
w Iraku, raczej wiadomo. Teatrem drugiej są europejskie i amerykańskie
ulice. Od polityki prezydenta USA, od tego, czy zdoła on zapobiec
bratobójczym walkom po zakończeniu operacji w Iraku, zależy wynik bitwy z
opinią publiczną.(...)"