Gość: Kasia
IP: *.lodz.cvx.ppp.tpnet.pl
30.12.01, 16:53
EPHRAIM KISHON „REAKCJA ŁAŃCUCHOWA”
(tłum. Stanisław Lewanski)
Nikt nie zmusza imigrantów, aby dla idei wstępowali do kibuców. Nasz nieduży
kraik oferuje szerokie i lukratywne perspektywy także inicjatywie prywatnej .
Gdy na przykład rozejdzie się pogłoska, ze jakiś nowo przybyły Żyd otrzymał
zezwolenie na przywóz pudelka igieł, cały iglany rynek izraelski popada w dziką
panikę. Pudełko igieł zaspokaja potrzeby tego kraju na pięć lat. W takich
wypadkach nasi geniusze finansowi (a mamy takich, nie tylko wojskowych!)
znajdując natychmiast równie genialne rozwiązanie. Zazwyczaj wykupując ze
bezcen cały zapas igieł na spanikowanym rynku, a pudełko imigranta
ostentacyjnie zatapiając w morzu. Po czym śrubując marzę zysku i zarabiając
krocie. Należy zauważyć, ze przy tej operacji wcale nie jest konieczne, aby w
pudelku imigranta faktycznie znajdowały się igły. Chodzi o to, zęby jakieś
pudełko albo w ogó1e jakiś przedmiot podobny do pudelka został wrzucony do
morza.
Przeważnie kupcy i rzemieślnicy nie ciesząc się w tym kraju takim szacunkiem
jak choćby w Stanach Zjednoczonych. Prawdopodobnie dlatego, ze w stosunkach z
klientami nie zawsze bywając równie poprawni jak Amerykanie. Nigdy nie zapomnę
tego szewca z Bronxu, który wywiesił w swoim oknie ogromny plakat z
napisem: "Naprawiam buty, podczas gdy klient czeka". Zreperował mi obuwie w
ciągu trzech miesięcy i nie da się zaprzeczyć, ze w ciągu tych trzech miesięcy
istotnie czekałem na swoje buty. Amerykańscy rzemieślnicy Są bardzo słowni.
W Anglii każdy ojciec wie mniej więcej, kim będzie jego syn: piekarzem,
przemysłowcem czy urzędnikiem państwowym, lordem czy socjalistą (albo jednym i
drugim). Nie u nas takie rzeczy! U nas nawet dorośli nie mając często pojęcia,
jak będąc zarabiali na życie następnego dnia. Zdarzało się, ze ktoś zagadnięty
na ulicy o jakiś adres zaczynał od tej chwili zarobkować jako przewodnik
turystyczny.
Ja (żeby poruszyć wreszcie interesujący nas temat), ja produkuję ostatnio
maszyny pralnicze. Pierwotnie uprawiałem zawód rzeźbiarza, co nie wykluczało
tez funkcji stróża nocnego, zanim zostałem pisarzem. I byłbym chyba nadal
elektromechanikiem, gdyby Spieglowie nie zaprosili nas wtedy do siebie.
Był chłodny wieczór niedzielny, gdy poszliśmy z wizytą do Spieglów. W ciągu
dwóch godzin wynudziliśmy się tak śmiertelnie, jak nigdy w życiu. Wyznaję to
niechętnie, bo Spieglowie, szczególnie on -Aurel, są sympatycznymi ludźmi i
przemiłymi gospodarzami. Ale rozmowa się jakoś nie kleiła i około dziesiątej
musieliśmy już niemal podpierać powieki zapałkami. O wpó1 do jedenastej
zrozumiałem, ze jeśli się natychmiast nie poderwę, to zabraknie mi sil nawet na
obudzenie żony. Mobilizując resztki energii podniosłem się i oświadczyłem
gospodarzom, ze musimy już ich pożegnać.
-Nie! Tego nam nie możecie zrobić! -z krzykiem wyrwała się ze swej drzemki pani
Spiegel. -Po co ten pośpiech?
-Przykro mi -bąkałem. -Jednakże... koniecznie musimy... Mam bardzo ważne
spotkanie... interesy... Naprawdę bardzo mi przykro...
-Nie bądź taki zasadniczy -powiedział Aurel Spiegel. -Tam przecież mogę na
ciebie trochę poczekać.
Udało mi się nadać głosowi wiarygodny ton smutku:
-Sam bym wolał pozostać. Ale cóż robić. ..Jeżeli się nie po- spieszymy,
ucieknie nam ostatni autobus.
-A dokąd to się wybieracie tak późno?
-Do Petach Tikwa (1).Tam się właśnie umówiłem. Niestety...
-Trudno! -Aurel poddał się. -W takim razie podrzucę was do przystanku.
-Nie, nie -zaprotestowałem. -Nie fatyguj się! W ogóle proszę sobie nie robić
żadnych kłopotów!
-Drobiazg -powiedział Aurel i zaczę1 wkładać płaszcz.
N a przystanku wysiedliśmy z auta i podziękowaliśmy gorąco Aurelowi za
przysługę. Odczekawszy kilkanaście sekund ruszyliśmy
pieszo w stronę domu. Nie doceniliśmy złotego serca Aurela. Już za chwilę
hamował obok nas.
-Dokąd? Dokąd, kretyni? Przecież autobus do Petach Tikwa to nie w tę stronę!
Po czym wcisnął nas, poczciwiec, z powrotem do auta i zawióz1 na właściwy
przystanek, gdzie nie było ani żywej duszy. Aurel, nie poddając się zmęczeniu,
starannie zaczął studiować rozkład jazdy. Po chwili ciężkie westchnienie
wyrwało się z jego piesi:
-Aj, aj, aj! Ostatni autobus odjechał przed pięcioma minuta- mi. To straszne!
Spóźnicie się na to ważne spotkanie.
-Nie szkodzi -starałem się go uspokoić. -Takie ważne to ono znów nie było.
-No, no! Nie upierałbyś się tak z wyjściem, gdyby nie było ważne...Ale wiecie
co? Po prostu podrzucę was swoim wozem.
-O, na to nie pozwolę! -krzyknąłem. -Gościnność tez ma swoje granice!
-Ani słowa więcej -rozstrzygnął sprawę Aurel. -Oka bym dziś w nocy nie zmrużył,
gdybym was natychmiast nie odwióz1 do Petach Tikwa.
I pojechaliśmy. W czasie calej drogi klęczeliśmy z żoną na tylnym siedzeniu,
tępo patrzeć na oddalające się światła Tel Awiwu, pełni najczarniejszych myśli.
Petach Tikwa pławiło się w łagodnym świetle księżyca.
-Jaki adres? -zapytał Aurel i stłumił ziewnięcie.
Mój umysł zaczął gorączkowo pracować. Jedynym adresem, jaki w Petach Tikwa
znalem, był hotel Grynszpana(2), i to tylko dlatego, ze kiedyś mieszkał tam
jeden z moich wierzycieli. Zwróciłem się więc do Aurela:
-Wysadź nas, proszę, przed Grynszpanem.
Wreszcie auto przystanęło. Jeszcze raz podziękowaliśmy Aurelowi za jego
zniewalającą uczynność i wkroczyliśmy do hotelu. Przyjął nas portier nocny -
jakoś nie najlepiej usposobiony.
-My tylko na chwileczkę -powiedziałem mrugnąwszy do nie- go. -Zaraz sobie
pójdziemy.
Gdy tak staliśmy czekając na definitywny odjazd auta Aurela; nagle moja żona aż
się zachwiała:
-On wraca -wyszeptała.
Drzwi obrotowe zawirowały i wyłonił się z nich Aurel. Wyjaśnił, ze trochę
przemarzł, i zażądał szklanki herbaty.
Niezadowolenie portiera podskoczyło o jeszcze jeden stopień.
-Co się tu dzieje? Kogo pan właściwie szuka?
-Kto? Ja?
-Tak, pan.
-Jeśli m n i e pan ma na myśli, to... umówiłem się tu na spotkanie... No więc
krótko i węzłowato... muszę z nim zaraz rozmawiać.
-Jak się nazywa ten gość?
-Co to znaczy: "jak się nazywa"? Aha, rozumiem... oczywiście... Pan pyta o jego
nazwisko. Herszkowicz, jeśli się nie mylę. Tak, oczywiście, Herszkowicz. Czy
pan Herszkowicz już przyjechał?
-Owszem- odpowiedział portier. -Jest już tutaj.
-Proszę, niech pan sprawdzi jeszcze raz. On mus i tutaj być. Umówiłem się z nim.
-Przecież mówię panu, ze jest. Pokój 23.
-To jest prawdziwy Herszkowicz! Przysiągłbym, ze nie przyjedzie.
-Ale przyjechał -wycedził portier. Ile razy mam panu , powtarzać, ze on tu jest.
-Kto jest?
-Herszkowicz! W pokoju numer 23. Zaraz do niego zadzwonię. -I zanim zdążyłem
temu zapobiec, chwycił za słuchawkę. -Pan Herszkowicz? Przepraszam, ze
przeszkadzam. Niestety, muszę pana obudzić... Tutaj jest ktoś, kto pilnie chce
z panem rozmawiać -zatkał mikrofon dłonią i zwrócił się do mnie: -Herszkowicz
pyta, o co chodzi.
-Sprawa osobista -odpowiedziałem. -Ściśle poufna.
Gdy Herszkowicz zjawił się w piżamie, z na wpół zamkniętymi jeszcze oczami,
miałem wrażenie, ze kołnierzyk zrobił mi się o dwa numery za ciasny. Na czoło
mojej żony wystąpiły kropelki potu. Tylko Aurel siedział spokojnie i ze smakiem
siorbał swoją herbatę.
Herszkowicz przystąpił do mnie z miną nie rokującą nic dobrego.
Nagle, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej, oblicze mu się rozjaśniło:
-Halo, stary draniu! -krzyknął rozpromieniony. -Co ty tu robisz? Co za mila
niespodzianka!
Przez następną minutę obaj przyjaciele, Herszkowicz i Aurel, zajęci byli
wzajemnym poklepywaniem się po plecach. W końcu Herszkowicz dowiedział się od
Aurela, ze to nie on, lecz my jesteśmy tymi, którzy chcę z nim pilnie rozmawiać.
-Czego pan sobie życzy ode mnie? -zapytał grzecznie Herszkowicz.
-Hm, to nie jest takie proste. Pali pan?
-Nie.
-Ja tez nie. Dawniej to paliłem fajkę, ale mój lekarz...
-Ja pana bardzo przepraszam, a1e czego pan sobie ode mnie życzy?
-A więc, panie Herszkowi