Dodaj do ulubionych

E.Kishon- zabawny prezent dla Przyjaciół

    • Gość: Kasia E.Kishon- ZABŁĄKANY W JERUZALEM IP: *.pai.net.pl 20.01.02, 19:37
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
      ZABŁĄKANY W JERUZALEM
      Bardzo wiele rzeczy w Izraelu można bardzo łatwo znaleźć, ulice jednak do nich
      nie należą. Zdarza się , że ulica w ogóle nie ma nazwy , a jeśli już ma, to nie
      istnieje tablica, która by o tym informowała. Mój przyjaciel Jossele podaje
      drogę do swego domu w ten mniej więcej sposób:
      -Od placu Mograbi będzie pan szedł w kierunku plaży dopóty, dopóki nie natknie
      się pan na człowieka w skórzanej kurtce, który reperuje motorower i złorzeczy
      rządowi. Tam skręci pan w lewo i będzie pan liczył drzewa oliwne. Przy
      dwudziestym drugim poczuje pan odrażający fetor. Wtedy skręci pan w lewo i
      trzymając się kamiennego murka dojdzie pan do leżącego pod nim zdechłego kota.
      Tam trzeba skręcił wprawo i iść w stronę księgarni jugosłowiańskiej, tej
      naprzeciwko kina. Przy księgarni będę już czekał na pana osobiście, bo dalsza
      droga jest nieco skomplikowana.
      Coś podobnego zdarzyło mi się w Jerozolimie, którą odwiedziłem w nader
      niefortunnym momencie, gdy magistrat postanowi przemianować wszystkie ulice
      tak, by bardziej nawiązywały do biblijnej historii miasta.
      Mój dobry przyjaciel, niejaki Eluzywi, zaprosił mnie do Jerozolimy na
      uroczystości związane z objęciem nowego mieszkania. Eluzywi mieszka w tym kraju
      pięćdziesiąt pięć lat, a ostatnio zdołał (z wydatną pomocą banku) opuścić
      dotychczasowe lokum -drewniany baraczek -i przenieść się do pięknego,
      półtorapokojowego mieszkania w najnowocześniejszej dzielnicy miasta,
      pochodzącej już z czasów tureckich*. Eluzywi podał mi dokładny adres: ulica
      Umiłowanych Niewiast 5a. Poprzednio dom ten miał numer 113 i stał przy ulicy
      Juliusza Finkelsteina, naprzeciwko rytualnej mykwy usytuowanej przy bulwarze
      Winnej Jagody, dawniej Koszernych Jatek.
      Lubię Eluzywiego, więc szybko spakowałem się i pojechałem do Jerozolimy. Na
      miejscu postanowiłem zasięgnąć kompetentnych informacji o ulicy Umiłowanych
      Niewiast. Zwróciłem się w tym celu do pokaźnego ogonka oczekującego na
      przystanku autobusowym.
      -Jaka ulica? -zapytał chórem ogonek.
      -Umiłowanych Niewiast -odpowiedziałem.
      Ogonek oświadczył unisono, że takiej ulicy nie ma, ale to nic dziwnego, bo w
      ostatnich czasach prawie wszystkie nazwy zostały zmienione.
      -Nic nie szkodzi -pocieszyłem ogonek. -Przypadkowo wiem, że dawniej była to
      ulica Juliusza Finkelsteina.
      Tutaj muszę nawiasem wtrącić, że wzajemne dopytywanie się o ulice jest
      powszechnym, ludowym sposobem spędzania czasu w Izraelu. Ta swego rodzaju gra
      obfituje w liczne momenty dramatyczne, przy czym nigdy nie wiadomo, kto z
      rozmawiających zna naprawdę odpowiednią ulicę -pytający czy pytany. Oto taki
      zwykły, codzienny przykład -zaczepia nas jakiś człowiek i pyta:
      -Przepraszam. Ulica Goldsteina -nie wie pan, gdzie to może być?
      -Goldsteina? A który numer?
      -67. Trzecie piętro.
      -Goldsteina. ..Goldsteina. ..Widzi pan tę tam przecznicę? Tę szeroką? No
      właśnie. Więc ulica Goldsteina to jest pierwsza w lewo.
      -Nie druga?
      -A dlaczego ma być druga?
      -Tak mi się wydaje, że to jest jednak druga.
      -Gdyby była druga, to bym panu powiedział, że jest druga. Ale to jest pierwsza.
      -A skąd pan to wie?
      -Jak to: "skąd"?
      -Ja się tylko pytam, czy pan tam może mieszka?
      -Ja nie, ale jeden z moich przyjaciół.
      -Bobby Grossmann może?
      -Nie. Taki jeden inżynier.
      -A skąd pan wie, że Bobby Grossmann nie jest inżynierem? -Pan wybaczy, ale ja w
      ogóle nie znam pana Grossmanna.
      -Oczywiście pan go nie zna. A pierwsza ulica na lewo nazywa się Birnbauma, a
      nie Goldsteina.
      -Rzeczywiście! Zgadza się. Pan masz rację. Ale która jest w takim razie
      Goldsteina?
      -Goldsteina... Goldsteina... Czekaj pan. -Nieznajomy, który nas zatrzymał, aby
      zasięgnąć informacji, sam sobie teraz łamie głowę. -Już mam! Niech pan idzie
      prosto, potem skręci pan w pierwszą ulicę na prawo, a potem w trzecią
      przecznicę na lewo.
      -Serdeczne dzięki -odpowiadamy wzruszeni. -Wybaczy pan, że narobiłem panu tyle
      kłopotu.
      -Drobiazg! -odpowiada przyjaźnie człowiek, który od nas chciał się dowiedzieć,
      gdzie jest ulica Goldsteina.
      Po wymianie ukłonów udajemy się na poszukiwanie ulicy Goldsteina: prosto, potem
      w prawo, potem trzecia w lewo. Nieco zasapani wdrapujemy się na trzecie piętro
      domu nr 67 i dopiero przycisnąwszy dzwonek zaczynamy się zastanawiać, czego tu
      właściwie szukamy.
      No, tak źle to jeszcze ze mną nie jest. Bądź co bądź wiedziałem, że ulica
      Umiłowanych Niewiast była przedtem ulicą Juliusza Finkelsteina.
      -Czemu pan tego nie powiedział od razu? -zapytał stojący w ogonku mężczyzna z
      walizką.
      -Ulica Finkelsteina przecina ulicę Kokluszową. Ale ta nazywa się teraz jakoś
      inaczej.
      -Jakim autobusem tam dojadę?
      -Wsiądź pan w 37.
      Wsiadłem do autobusu numer 37. Po mniej więcej pół godzinie jazdy ośmieliłem
      się zwrócić do kierowcy:
      -Czy ja już tutaj wysiadam?
      -Czekaj pan! Czekaj pan, aż się zatrzymam! -warknął kierowca. -Ciągle ten
      pośpiech! Co za ludzie!
      Dopiero gdy wysiadłem, spostrzegłem, że w ogóle nie powiedziałem kierowcy,
      gdzie chciałbym wysiąść. Sytuacja była przykra -na ulicy ani żywego ducha. Na
      szczęście po chwili ukazał się wóz asenizacyjny. Zostałem rzeczowo
      poinformowany, że ulica Kokluszowa (do niedawna -ulica Samotnych Wdów) jest
      niedaleko: na pierwszym skrzyżowaniu trzeba skręcić w prawo, potem dwa razy w
      lewo, jeszcze raz w prawo, a potem to już prosto i trzecia ulica w lewo.
      Trafiło mi się, jeszcze kilku przechodniów i w ten sposób w ciągu niewielu
      minut zebrałem czterdzieści pięć "w lewo", tyleż "w prawo" i około
      dwudziestu "prosto". Uwzględniwszy zapadający szybko mrok trzeba uznać ten
      wynik za nienajgorsze osiągnięcie.
      Po kilku bezowocnych próbach odnalazłem wreszcie ulicę, którą można by uznać za
      położoną w geometrycznym środku terenu wyznaczonego przez udzielone mi
      wskazówki. Na nieszczęście nazwa ulicy była nie do ustalenia. Nigdzie żadnej
      tablicy, a spieszący do swoich pilnych spraw przechodnie udzielali jawnie
      sprzecznych informacji. Na chybił trafił zadzwoniłem do pierwszego z brzegu
      mieszkania i zapytałem człowieka, który mi otworzył, czy nie zna przypadkiem
      nazwy tej ulicy. Odpowiedział, że ona się jakoś nazywa, ale po hebrajsku, czego
      on -jako mówiący tylko po angielsku - nie potrafi powtórzyć. Jego mała córeczka
      natomiast, sabra -czyli urodzona już tutaj -znała kogoś, kto zapisał sobie
      nazwę tej ulicy. Niestety -jest on chwilowo nieobecny: wyjechał.
      Ponownie znalazłem się na ulicy. Właśnie przejeżdżała straż ogniowa. Szofer
      ujrzawszy mnie zwolnił i krzyknął, czy to jest ulica Stróża Brata Mego, dawniej
      Ignacego Fuchsa. Odkrzyknąłem "pierwsza w lewo". Potem zatrzymał mnie listonosz
      i dopraszał się porady, jak ma stąd dojść na ulicę Ucha Igielnego, którą
      niedawno przemianowano na ulicę Zwycięstwa Samsona nad Filistynami, co jednak
      okazało się za długie i też zostało zmienione.
      Dokładnie objaśniłem listonosza i ze swej strony zapytałem o ulicęUmiłowanych
      Niewiast. Pocztowiec pogratulował mi wylewnie:
      -Ma pan szczęcie -powiedział. –Mogę panu określić precyzyjnie: to jest druga
      poprzeczna. Tyle tylko, że nazywa się teraz inaczej -ulica Proroczych Snów.
      Radość moja, gdy trafiłem na ulicę Proroczych Snów, była nie do opisania. Domu
      numer 5a nigdzie jednak nie znalazłem. Wogóle nie było tu żadnych numerów.
      Spotkałem jakiegoś trzęsącego się patriarchę -ten także pojęcia nie miał, gdzie
      może byז numer 5a. Udzielił mi jednak cennej porady, iż może to być po prostu
      numer 5, do którego partia Mapai ze względów propagandowych domalowała swoje
      wyborcze Aleph ** .
      Zbliżała się północ, a moje poszukiwania wciąż trwały. Wreszcie wysoko na murze
      na jednej z kamienic odkryłem jakąś tabliczkę - niestety za wysoko, aby
      przeczytać. Zatrzymałem wciąż krążący w pobliżu wóz straży ogniowej i
      pożyczyłem drabinę. Na tablicy był napis ,,182-351-561 k.g.", co mi niewiele
      pomogło.
      Jakiś miłosierny przechodzień poinformował mnie, że ostatni dom
      • Gość: Kasia E.Kishon- ZABŁĄKANY W JERUZALEM dokończenie IP: *.pai.net.pl 20.01.02, 19:41
        Jakiś miłosierny przechodzień poinformował mnie, że ostatni dom na tej ulicy
        nosi numer 198.
        -Nie pozostaje panu nic innego, jak tylko począwszy od tego domu liczyć wstecz,
        aż dojdzie pan do numeru 5. Nie ma się pan czego wstydzić -ja sam też tak
        nieraz robię gdy chcę się dowiedzieć, gdzie mieszkam.
        Zastosowałem się do tej rady i odliczywszy od 198 wstecz co trzeba, pełen
        nadziei zadzwoniłem do drzwi, na które wypadło. Otworzyła jakaś starsza dama:
        -Przykro mi, tu jest numer 202 -oświadczyła.
        Na moją uwagę, że może jest to jednak numer 5, wyjaśniła mi łagodnie, iż taka
        możliwość w ogóle nie wchodzi w rachubę bowiem urząd planowania przestrzennego
        przez pomyłkę ponumerował domy po obu stronach ulicy numerami parzystymi. W tej
        chwili każdy numer występuje dwukrotnie: raz jako parzysty lewostronny, raz
        jako parzysty prawostronny. A numery od 32 do 66 znajdują się w ogóle po
        drugiej stronie miasta, w tej części ulicy, która poprzednio nosiła imię
        Juliusza Finkelsteina, a obecnie jest ulicą Kokluszową.
        -Na miłość boską -jęknąłem. -Przecież to jest ulica, której szukam. Byłem
        przekonany, że ona jest tu, gdzie teraz jesteśmy.
        -Nie, nie -starsza pani energicznie potrząsnęła głową. –Ta ulica od jutra
        będzie się nazywała Problemową, dziś jest jeszcze ulicą Dillenkopfa.
        -Dziwne. Dlaczego wszyscy mówili mi, że to jest ulica Proroczych Snów?
        -A co mieli mówić? Mieli może się z panem kłócić? -I stara jędza zatrzasnęła mi
        drzwi przed nosem.
        Jeszcze raz minęli mnie strażacy. Zatrzymali się opodal i zaczęli polewać wodą
        najbliższy budynek. Z pustej ciekawości podszedłem bliżej i natychmiast
        zostałem zapytany przez jednego ze strażaków, czy może przypadkiem znajdujemy
        się na ulicy Stróża Brata Mego i czy to jest rytualna mykwa, gdzie właśnie się
        pali.
        -Nie -odpowiedziałem. -To, co gasicie, jest to budynek z prawostronnym numerem
        102 na byłej ulicy Dylematowej .
        Strażacy rzucając soczyście mięsem zwinęli swoje węże, po czym udali się na
        dalsze poszukiwania.
        Powlokłem się w ciemną noc. Oczyma ducha (zmęczonego już bardzo ducha!)
        ujrzałem pełne wyrzutu oblicze Eluzywiego. Nagle ogarnął mnie gniew. Chwyciłem
        draba za gardło i ryknąłem mu wprost w jego wstrętną mordę:
        -Gdzie jest ta twoja ulica Umiłowanych Niewiast, śmierdzielu? Gdzie?!
        -Allah akbar -odpowiedział jordański legionista.
        W ten sposób dostałem się do arabskiej niewoli. Międzynarodowa komisja wszczęła
        natychmiast niezbędne kroki ***.
        __________________________________________________________________
        * Kłopoty mieszkaniowe należą do istotnych, nieodłącznych składników życia w
        Izraelu, ponieważ istnieją tu tylko mieszkania własnościowe. -Za pieniądze
        można tu dostać wszystko -pouczał mnie jeden z doświadczonych wujów. -Możesz
        polewać się kosztownymi olejkami, możesz jadać egzotyczne, najbardziej
        wyszukane potrawy , możesz ubierać się u najlepszych krawców, możesz zdobyć
        miłość najpiękniejszych kobiet -jednego tylko nie dostaniesz: mieszkania. Jest
        za drogie.
        **Każda izraelska partia polityczna używa jako swego symbolu jednej z liter
        alfa- betu hebrajskiego. Zważywszy stale rosnącą liczbą tych partii, można się
        spodziewaז, że zajdzie wkrótce potrzeba powiększenia abecadła o kilka nowych
        liter
        ***Połowa Jerozolimy należy do Jordanii, co stwarza sytuację mniej więcej taką,
        jakby w Nowym Jorku połowa Fifth Avenue należała do Związku Radzieckiego.
        Uprzytomnienie sobie tego jest szczególnie drażniące jeśli zważyć, że Nowy Jork
        był bajorem pełnym kumkających żab, gdy Jerozolima była już stolicą państwa
        żydowskiego.
    • Gość: Kasia E.Kishon- JAK SIĘ TERRORYZUJE TERRORYSTÓW IP: *.pai.net.pl 20.01.02, 21:14
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
      Terroryści wściekli na El Al.
      BEIRUT AP. Rzecznik terrorystów ostro zaprotestował przeciwko obecności
      uzbrojonych agentów na pokładzie jednej z maszyn El Al. Mamy tu do czynienia z
      rażącym naruszeniem międzynarodowych przepisów komunikacji lotniczej -
      stwierdził. W nadanym przez Radio Damaszek komunikacie oświadczył następnie, że
      to "oburzające pogwałcenie przepisów" unicestwiło plan uprowadzenia samolotu.
      Podobne naruszenie przyjętych przez cały cywilizowany świat zasad wydarzyło się
      na lotnisku w Tel Awiwie, gdy opanowany przez arabskich terrorystów samolot
      Sabeny został zaatakowany i oswobodzony przez grupę izraelskich komandosów. Tak
      rzecz przynajmniej wyglądała w relacjach agencji prasowych. Jak było naprawdę,
      dowiecie się Państwo z poniższego raportu:
      JAK SIĘ TERRORYZUJE TERRORYSTÓW
      Sprawa wyglądała raczej kiepsko. Uprowadzony samolot wylądował przed kilkoma
      minutami, terroryści przekazali swoje żądania drogą radiową i oświadczyli, ze w
      razie ich niespełnienia natychmiast spowodują eksplozję przygotowanego ładunku.
      W wieży kontrolnej portu lotniczego Lydda obradował sztab kryzysowy.
      -Jest tylko jedno wyjście: trzeba wziąć bandę na przetrzymanie. Trzeba osłabić
      ich bojowość, udręczyć ich tak, aż się załamią nerwowo.
      -Bardzo pięknie. Ale jak?
      -I na to tez jest tylko jedna odpowiedz: Schultheiss!
      W dziesięć minut później samochodem Sztabu Generalnego, przy akompaniamencie
      syren policyjnych, zajechał pod wieżę Ezechiel Schultheiss, gwiazda
      biurokratycznego establishmentu. Przybywał wprost ze szpitala, gdzie od dwóch
      dni i dwóch nocy nieprzerwanie negocjował w sprawie dwuprocentowej podwyżki
      plac z przywódcą związku zawodowego piekarzy. Trzeba tu zauważyć, ze w czasie
      długotrwałych pertraktacji raz po raz to ten, to ów przedstawiciel piekarzy
      bywał odstawiany do szpitala z objawami krańcowego wyczerpania nerwowego.
      Jedynie Schultheiss w całej swej świeżości trwał na posterunku.
      Na lotnisku został poinstruowany osobiście przez ministra obrony narodowej :
      -Jeśli nie uda się inaczej uwolnić pasażerów, to wymienimy ich na terrorystów,
      których mamy w więzieniu. Pan, panie Schultheiss, ma w pertraktacjach wolną
      rękę. Niech pan zastosuje swoje zwykle metody. Spodziewam się, ze będzie pan
      traktował tych tam tak, jakby byli izraelskimi płatnikami podatku dochodowego.
      -Okay -powiedział Schultheiss, zamówił herbatę z cytryną i poprosił o
      przysłanie telefonistki ze swojego biura.
      Ilana rozłożyła swoje wtyczki i słuchawki, po czym natychmiast nawiązała
      połączenie radiowe z samolotem. Z kokpitu dobiegł głęboki, męski glos:
      -Śmierć Żydom. Tu mówi organizacja "Czarny Wrzesień". Macie wykonywać moje
      rozkazy.
      -Momencik -przerwał Schultheiss. -Bardzo ile słychać. Co jest czarne -
      organizacja czy wrzesień?
      -Mordę w kubeł i słuchać mnie. ..
      -Przepraszam, ale kim pan właściwie jest?
      -Co to za głupie pytanie: "kim ja jestem!"
      -Pan wybaczy, ale skąd ja mam właściwie wiedzieć, ze pan jest terrorystą? Pan
      może być równie dobrze zwyczajnym pasażerem.
      -Czy wtedy bym z panem rozmawiał?
      -A może oni przyłożyli panu pistolet do głowy?
      -No i co z tego?
      -To stworzyłoby całkiem nową sytuację prawną. Mielibyśmy tu mianowicie do
      czynienia raczej z przypadkiem rozmów pośrednich, niż z pertraktacjami
      dwustronnymi.
      -A cóż to za różnica, do jasnej cholery?!
      -O, wielka, łaskawy panie. W przypadku pośrednictwa musiałbym włączyć ze swej
      strony jeszcze inne urzędy. Proszę mi wierzyć, ze ożywia mnie chęć jak
      najlepszej współpracy z panem, niemniej muszę się trzymać przepisów. A jak
      pańskie nazwisko, jeśli wolno zapytać?
      -Kapitan Kamal Rafat.
      -Z jednym „s" w srodku?
      W głośniku zachrypiało i posypały się przekleństwa. Po chwili zgłosił się
      kapitan samolotu:
      -On jest naprawdę komendantem tej grupy, może mi pan wierzyć.
      -Akceptuję pana jako świadka pomocniczego. Pański numer paszportu ?
      -75103/97381.
      -Miejsce i data wystawienia?
      W tym momencie wmieszał się do rozmowy kapitan Rafat -Jeśli pertraktacje nie
      zostaną podjęte w ciągu dwudziestu sekund, rozpieprzymy to pudlo!
      -Dwadzieścia sekund od kiedy?
      -Co to znaczy?!
      -To znaczy, od kiedy liczy się dwadzieścia sekund?
      -Od tej chwili! Natychmiast! Już!
      -Przepraszam, a która u pana godzina?
      -11.29, raz jeszcze do jasnej cholery!
      -Na moim zegarku jest dopiero 11.22 -muszę sprawdzić, może nie nakręcony. W tej
      sytuacji każda sekunda gra wielką rolę. Proszę zaczekać.
      -Halo! -warknął kapitan Rafat, ale połączenie zostało już przerwane na trzy
      minuty. Gdy kapitan zdołał ponownie je nawiązać, usłyszał glos Ilany: -A kto ci
      naopowiadał, ze wychodzę za Chaima? Dudi jest kłamczucha -ty jej nie znasz....
      Kapitan Rafat? No, nareszcie. Już pana szukali. Proszę mówić.
      I kapitan Rafat zaczął mówić:
      -Żądamy natychmiastowego zwolnienia trzystu dziewięćdziesięciu terrorystów,
      których trzymacie w swoich więzieniach. Dyktuję nazwiska...
      -Tylko nie przez telefon -upomniał go Schultheiss. -A poza tym trzysta
      dziewięćdziesiąt zwolnień? To przekracza wszelkie dopuszczalne normy. Nie mamy
      nawet dla tylu osób środków transportowych. Ja spodziewałem się sześciu,
      siedmiu, no, najwyżej ośmiu.
      -Trzystu dziewięćdziesięciu.
      -Dziewięciu. Jeden z nich jąka się.
      -Bo przestanę. ..
      -No dobra, dziesięciu. Sześciu w momencie wejścia w życie tej umowy, trzech 31
      października, a jeden...
      -Żądamy: natychmiast i wszystkich.
      -Wszystkich dziesięciu?
      -Trzystu.
      -Jedenastu, bez potwierdzenia odbioru.
      -Dwustu pięćdziesięciu. To moje ostatnie słowo.
      -Dwunastu. Mnie samego to więcej kosztuje.
      Połączenie między kokpitem a wieżą zostało znowu przerwane.
      Gdy je przywrócono, do uszu kapitana Rafata dotarły strzępy dziwacznych
      rozmów: "Galilea-Import-Export... Schechter, Gurewicz, Misrachi... Wszyscy
      wyszli... nie ma nikogo w domu...". Potem dal się słyszeć w eterze podniecony
      glos kapitana samolotu:
      -Uwaga, wieża kontrolna! Terroryści przystępują do zapalania lontu. Dają nam
      jeszcze ultimatum -trzydzieści minut. I wygląda na to, ze mówią poważnie.
      Uwaga, wieża kontrolna! Czy dobrze zrozumieliście? Ultimatum! Trzydzieści minut!
      -Zrozumiałem -odpowiedział Schultheiss. -Ale ja to muszę mieć na piśmie. Muszę
      być kryty wobec przełożonych. Niech pan powie tym ludziom, żeby na papierze
      firmowym Sabeny napisali mniej więcej tak: "My, niżej podpisani terroryści,
      zamieszkali tam a tam, oświadczamy niniejszym, ze stojącą w porcie lotniczym
      Lydda maszynę Sabeny postanowiliśmy, przy użyciu środków wybuchowych..." i tak
      dalej, i tak dalej. W trzech egzemplarzach: po hebrajsku, po arabsku i po
      flamandzku. Fotografie formatu paszportowego pożądane.
      Kapitan statku nic nie odpowiedział. Zglosil się natomiast Rafat i zażądał
      karetki Czerwonego Krzyża.
      .-U nas to się nazywa Czerwona Gwiazda Dawida –pouczył go Schultheiss.
      Rafat zignorował go:
      -Wóz ma podjechać do samolotu i mieć białą flagę -dokończył dysząc. ,
      -Jakiej wielkości?
      -Co to znaczy: "jakiej wielkości"?
      -Pytam, jakiej wielkości ma być ta flaga.
      -A gówno mnie to obchodzi, stary bałwanie! Mała, biała flaga! -Bo my mamy dwie
      flagi: jedna 78 na 45, a druga 75 na 30 centymetrów, ale ta druga jest właśnie
      w praniu. Gdyby ta pierwsza była dla pana za duża, to moglibyśmy posłać po
      mniejszą do Hajfy .
      Z krtani komendanta terrorystów dobył się tylko głuchy jęk: -Przyjeżdżajcie bez
      flagi.
      -Nie rozumiem. Kto ma przyjechać -ja czy karetka? Proszę, niech się pan
      zdecyduje. Ja muszę wiedzieć, co mam wpisać do protokółu. Halo? Halo?
      Przez dłuższą chwilę panowała cisza w eterze. Następnie porywacze
      zakomunikowali, ze gotowi są wymienić swoich zakładników na dwudziestu pięciu
      bojowników palestyńskich, pod warunkiem jednak, ze nie będą już zmuszeni do
      pertraktowania z Schultheissem.
      Schultheiss zaproponował powołanie komisji mieszanej. W skład komisji mieliby
      wejść: jeden akredytowany terrorysta ze strefy Gazy, jeden bezpartyjny urzędnik
      • Gość: Kasia E.Kishon- JAK SIĘ TERRORYZUJE...dokończenie IP: *.pai.net.pl 10.02.02, 10:33
        Schultheiss zaproponował powołanie komisji mieszanej. W skład komisji mieliby
        wejść: jeden akredytowany terrorysta ze strefy Gazy, jeden bezpartyjny urzędnik
        z Ministerstwa Sprawiedliwości oraz doktor Bar Bizua z Ministerstwa Komunikacji.
        Kapitan Rafat zapytał, czy może skorzystać z pomocy lekarskiej. Głos kapitana
        brzmiał głucho. Także jego zastępca, który teraz przejął mikrofon, zdradzał
        objawy rozstroju nerwowego.
        -Porywacze -oświadczył -gotowi są natychmiast odlecieć do innego kraju, gdy
        tylko maszyna zatankuje paliwo.
        -Zaraz połączę z naszym magazynem paliw -powiedziała Ilana.
        Obecni w wieży usłyszeli następujący dialog:
        CYWA (telefonistka w magazynie) Przykro mi, ale kierownik wyszedł.
        RAFAT Kiedy wraca?
        CYWA Skąd ja mogę wiedzieć? Jest chyba na obiedzie.
        RAFAT Otwieraj, dziewczyno, bo będzie nieszczęście.
        CYWA Ale klucz ma Mordche.
        RAFAT Liczę do trzech. Potem każę swoim ludziom wysadzić samolot w powietrze.
        Zaczynam: raz... dwa...
        SCHECHTER Halo, tu Schechter: Galilea-Import-Export.. Czym mogę panu służyć?
        RAFAT (zamierającym głosem) Tu... Czarny... ja bym chciał... Czarny
        Październik...my...byle nie tutaj...byle nie z nim...
        W tym momencie inicjatywę przejął Schultheiss:
        -Kapitan Rafat? -zapytał- Wszystko w porządku. Cysterna zaraz podjedzie.
        Kiwnął głową w stronę ministra obrony narodowej. Minister kiwnął w stronę
        komendanta grupy bojowej. Resztę znacie Państwo z gazet, które jednak w ogólnym
        zamieszaniu zapomniały wspomnieć o jeszcze jednym ważnym drobiazgu:
        Po owocnym zakończeniu swej misji na lotnisku Ezechiel Schultheiss wrócił do
        szpitala, by kontynuować negocjacje z piekarzami.
    • Gość: Kasia E.Kishon-SPRAWIEDLIWOŚCI DLA DOKTORA PARTZUFA! IP: *.pai.net.pl 20.01.02, 21:49
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      SPRAWIEDLIWOŚCI DLA DOKTORA PARTZUFA!
      Nadejdzie jeszcze chwila, ze i ja powiem cos dobrego o Żydach, inaczej
      zdemaskuje mnie ktoś jako antysemitę. Mógłbym w końcu przytoczyć kilka
      doniosłych osiągnięć żydowskich jak choćby chrześcijaństwo, marksizm,
      psychoanaliza, teoria względności, szczepionka Salka czy tez kawa z macą.
      Mieszka w nas także duch sprawiedliwości. "Żyd zawsze szuka sprawiedliwości" -
      mówi stare hebrajskie przysłowie. Jak ta sprawiedliwość wygląda, kiedy ją
      wreszcie poszukujący znajdzie, to już całkiem inna sprawa. Zwłaszcza, gdy się
      chce czynić sprawiedliwość w miejscu tak niestosownym, jak na przykład autobus
      miejski w Tel Awiwie.
      Prawdę mówiąc, to historia samego Tel Awiwu tez jest trochę osobliwa. Przed
      pięćdziesięcioma laty siedziało sobie. dwóch Żydów na piaszczystym pustkowiu i
      wiodło spór. Jeden z nich. wyraził pogląd, ze tutaj przy życiu nie utrzyma się
      żadna ludzka istota, drugi natomiast dowodził, ze gdzie jest chęć, tam musi być
      i sposób.
      W końcu założyli się. I w ten sposób został założony Tel Awiw.
      Ale warunki były w samej rzeczy takie, ze przez dłuższy czas nikt nie chciał
      się przyłożyć do tego założenia. Tych, którzy mimo wszystko próbowali,
      piekielne gorąco rozpędziło wkrótce na cztery strony świata. Nawet owa garstka
      Żydów, która z niewyjaśnionych bliżej powodów zmuszona została do wybudowania
      tu paru nędznych baraków i prowadzenia jakichś wątpliwych geszeftów,
      rozpierzchła się przy pierwszej okazji.
      Tel Awiw powstał bez jakiegokolwiek planu, ale za to przy akompaniamencie
      niebywałego hałasu. Gdy liczył już półtora tysiąca mieszkańców, gwałt był tak
      wielki, ze pięć tysięcy z nich musiało wziąć nogi za pas.
      Skutki bezplanowej rozbudowy dają się we znaki coraz bardziej. Ulice
      zaprojektowane dla miasta dziesięciotysięcznego w żaden sposób nie mogą podołać
      wymogom ruchu w mieście pięćdziesięciotysięcznym. Najwięksi optymiści zwątpili
      już w przyszłość Tel Awiwu. Bo faktycznie: duszne, wcale nie piękne miasto,
      pozbawione jakichkolwiek terenów zieleni dla swych stu tysięcy mieszkańców,
      robi przygnębiające wrażenie. Jeśli zauważyć jeszcze, ze siec kanalizacyjna
      jest niedostateczna, wręcz szczątkowa, i po każdym deszczu zatapiane są cale
      dzielnice, to łatwo zrozumieć, dlaczego liczba mieszkańców nie może przekroczyć
      stu pięćdziesięciu tysięcy. Tel Awiw w ogóle, musimy to z przykrością
      stwierdzić, nie jest miastem pociągającym. Od ilu Żydów możemy wymagać, aby
      zamieszkali w tej kupie przeludnionych domów, w tych katastrofalnych pod
      względem higieny warunkach? No, od ilu? Od dwustu pięćdziesięciu tysięcy?
      Zgoda. Ale niech to już będzie absolutne maksimum.
      Ja nie jestem zawodowym malkontentem. Ale ja się tylko pytam: Dlaczego miasto
      mające czterysta tysięcy mieszkańców nie zdobyło się jeszcze na ogród
      zoologiczny, czemu nic nie robi dla swojej dziatwy? Dlaczego na przykład nie ma
      jakiejś przyzwoitej plaży! Dlaczego w okolicy nie uświadczysz kawałeczka
      zieleni, gdzie by można wyjeżdżać na weekend? Takich pytań nie wolno
      bagatelizować, zażalenia siedmiuset tysięcy Żydów to nie żadna bagatela!
      Ostatnia chwila, żeby się ojcowie miasta zaczęli o te rzeczy martwić. W
      przeciwnym razie za dwa, trzy lata Tel Awiw osiągnie milion mieszkańców...
      Ale wracajmy do naszych poszukiwaczy sprawiedliwości.
      Miejsce akcji: dowolny żydowski przystanek autobusowy
      Czas: obojętny
      Osoby: sami porządni obywatele
      DR PARTZUF (otwiera zamknięte już drzwi i wciska się do właśnie ruszającego
      autobusu) Już w porządku. Jedziemy.
      KIEROWCA (wyłącza motor) Ej, Panie! Wysiadaj pan!
      DR PARTZUF Dlaczego?
      KIEROWCA Ja nie jestem biuro informacji. Powiedz pan "idiota" albo cos
      podobnego i wysiadaj pan.
      DR PARTZUF Ja wcale tak nie myślę. Tu jest dużo miejsca. O, państwo się tylko
      trochę ścieśnią. No, da radę? (pcha się z całą silą na stłoczonych ludzi)
      STŁOCZENI LUDZIE Au! Chr! Br! (powstaje szczelina)
      NERWOWY PASAŻER Co jest z panem, panie kierowco? Jedz pan już! Jeden gość
      więcej, jeden mniej -nie gra żadnej roli. Jedziemy!
      STARSZA DAMA Całkiem słusznie. I to w dodatku taki szczupły mężczyzna. On w
      ogóle nie zajmuje miejsca. Jedzmy już w końcu.
      KIEROWCA Póki ten człowiek jest w wozie, nie ruszymy. Ja mam czas.
      DR PARTZUF Idiota! (chce wysiadać)
      PAN W CWIKIERZE (chwyta go za ramię) Poczekaj pan, poczekaj pan! Nie tak
      nerwowo. A pan, panie kierowco, niech pan przestanie z tymi swoimi dowcipami i
      pozwoli człowiekowi jechać. I nie rób pan z tego sprawy prestiżowej. No, daj
      pan gazu i jedziemy!
      KIEROWCA Ja nie wiem, do kogo pan mówisz. Ja mam czas.
      NERWOWY PASAŻER Bezczelność I to ma być socjalizm? Człowiek jedzie do pracy i
      nie chce się spóźnić. No, jedz pan już, kretynie!
      MANFRED TOSCANINI Przez takich jak ten kierowca upada nasza gospodarka. To jest
      jeden wielki skandal!
      STARSZA DAMA Pfuj!
      ZYD Z IRAKU Ben Gurion. Naturalnie. Ben Gurion.
      DR PARTZUF Ja wysiadam...
      CWIKIER Spokojnie, spokojnie, stary przyjacielu. My panu nie pozwolimy wysiąść.
      To już nie jest pańska prywatna sprawa. To dotyczy nas wszystkich. Niech pan
      nie będzie tchórzem. No, opieprz pan kierowcę i nie łam się pan.
      DR P ARTZUF Ja chciałbym wysiąść.
      GLOSY ZEWSZĄD Nie wysiadać...Mowy niema. ..My panu nie pozwolimy... To pańskie
      prawo, człowiecze... Co się pan lamie? Płaci pan podatki? ...Nie pozwolimy się
      tyranizować... Co dziś tobie, jutro mnie. ..
      NERWOWY PASAŻER (wychyla się przez okno, co jest surowo zabronione) Policja!
      Policja!
      Kierowca sortuje z niezmąconym spokojem bilon.
      POLICJANT (wciska się mozolnie do wozu) Wszyscy do tylu, wszyscy do tylu,
      proszę!
      Szczelina przy ścianie powiększa się.
      POLICJANT Proszę się nie pchać. Co się tu dzieje?
      NERWOWY PASAŻER Ten bezczelny łobuz, ten kierowca, nazwał tego pana idiotą i
      chciał zepchnąć ze stopnia. ..Ten pan musiał się bronić i musiał go uderzyć...I
      kierowca mu oddal... I to wszystko. ..
      POLICJANT Jeśli tak, to zabieram kierowcą na posterunek (wyciąga książkę
      raportow) Potrzebuję dwóch świadków do protokółu... Zimny powiew przeciąga
      przez autobus. Pasażerowie na myśl, że będą godzinami wysiadywać w
      poczekalniach i na korytarzach biur policyjnych, popadają w przerażenie.
      POLICJANT Pańskie nazwisko?
      NERWOWY PASAŻER Ja turist. Nie mówić po hebrajski. Amerikaner. Nie ponimaju pa
      ruski.
      POLICJANT To może pani?
      STARSZA DAMA Dobry pan sobie! A kto ugotuje kaszkę małemu Herszelkowi? Może
      pan? Ano właśnie! A poza tym ja nic nie widziałam. Zostawiłam okulary w domu.
      POLICJANT (do Żyda z Jemenu) Pan się nazywa?
      ŻYD Z JEMENU Ben Gurion.
      POLICJANT (macha ręką zrezygnowany, rozgląda się naokoło ) Dość tego! Jeśli nie
      będzie świadków, nie będę mógł wkroczyć... Hej, pan tam!
      Panika wybucha dokoła, wszyscy rzucają się do jedynego wyjścia z tej pułapki na
      myszy. Autobus przypomina kocioł czarownic. Brat walczy przeciw bratu, synowie
      sprzedają ojców. Tu i tam widać postaci przerażonych ludzi wyskakujących przez
      okna.
      POLICJANT (blokując wyjście własnym ciałem) Dość! Ten pan tam! Proszę
      natychmiast do mnie, obywatelu! Pańskie nazwisko?
      MANFRRED TOSCANINI Doktor Ezechiel Sauermilch, choroby wewnętrzne, bulwar Abdul
      Nasera 101, dwa razy dzwonić (ukrywa się pod ławką, podczas gdy policjant
      notuje).
      POLICJANT Potrzebuję jeszcze jednego świadka. ..(zalega śmiertelna cisza.
      Słychać sapanie astmatycznej muchy tłukącej się o szybę)
      NERWOWY PASAŻER Nie wiem, doprawdy nie wiem, co takiego można zarzucić temu
      kierowcy. Czy to jego wina, ze jakiś niezdyscyplinowany pasażer nie chciał
      opuścić przepełnionego autobusu?
      STARSZA DAMA Jestem tego samego zdania! Żydowski kierowca pracuje w
      najtrudniejszych warunkach, a tu przychodzi taki spekulant jakiś...
      MANFRED TOSCANINI (wystawiając głowę spod ławki). Przeciwko temu dzielnemu
      człowiekowi pracy nie wolno złego słowa powiedzieć. Te czasy już minęły!
      DR PARTZUF Tak... tak... oczywiście... No, nie...
      • Gość: Kasia E.Kishon-SPRAWIEDLIWOŚCI DLA DOKTORA...dokończenie IP: *.pai.net.pl 20.01.02, 21:52
        MANFRED TOSCANINI (wystawiając głowę spod ławki). Przeciwko temu dzielnemu
        człowiekowi pracy nie wolno złego słowa powiedzieć. Te czasy już minęły!
        DR PARTZUF Tak... tak... oczywiście... No, nie... Ja w ogóle nie chciałem...
        CWIKIER Zamilcz pan lepiej! Przed paroma minutami darł się pan na cale gardło,
        a teraz to „ja w ogóle nie chciałem". Wielki mi bohater! Następnym razem
        wysiadaj pan od razu, kiedy kierowca grzecznie pana prosi!
        MANFRED TOSCANINI Dlaczego my się z facetem cackamy? Wyrzucić go i możemy
        jechać.
        WIELE GŁOSÓW Tak jest... Racja... Panie sierżancie, wyrzuć pan tego tłustego
        łobuza... Kierowca swój chłop... Ben Gurion... Jedziemy, jedziemy!
        DR PARTZUF Ależ, proszę państwa... ja chciałem...
        POLICJANT (wyrzuca go z wozu) Ja pana nauczę, ja panu pokażę co to znaczy
        utrudniać komunikację miejską. Jazda, podnieś się pan! Pański dowód osobisty?
        KIEROWCA (zapuszcza motor) Dziękuję, stary .Dobrze to załatwiłeś.
    • lady_hawk up!!! 21.01.02, 17:39
      przejrzalam forumowe dysputy.
      eeeech
    • Gość: Kasia E.Kishon- BEZ MUNDKA NIE DA RADY IP: *.pai.net.pl 21.01.02, 21:56
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
      BEZ MUNDKA NIE DA RADY
      Mamy niby rząd robotniczy. To nie znaczy wcale, ze robotnicy zawładnęli
      aparatem rządowym. Oni ograniczyli się tylko do opanowania poszczególnych
      dziedzin przemysłu, fabryk i pozostałych zakładów. bez wyjątku. Także teatrów.
      W Izraelu ostatni pomocnik przesuwacza kulis zarabia więcej niż pierwszy aktor
      charakterystyczny. Według poglądów naszych ekonomistów jest to wyraz wzajemnych
      stosunków między podażą a popytem: każdy chce być wielkim aktorem, nikt
      natomiast małym robotnikiem do przesuwania kulis.
      Nasze teatry pracują na zasadach spółdzielczych. Młody amant ma te same prawa
      co stary oświetlacz, tyle tylko, ze nic nie dostaje za godziny nadliczbowe -
      trzeba przecież składać jakieś ofiary na ołtarzu sztuki. A gdy aktorzy zbuntują
      się czasem przeciwko dyktaturze proletariatu, rewolta kończy się żałośnie jak
      monolog Hamleta lub tybetańskie powstanie przeciwko Chinom.
      I w ten sposób doszliśmy do Jardena Podmanickiego. Niestety, wtedy w kawiarni
      próbę ucieczki podjąłem zbyt późno. Najznakomitszy aktor charakterystyczny,
      Jarden Podmanicki, już mnie był dojrzał i ruszył w moją stronę z rozwartymi
      ramionami.
      -Niech pan siada -powiedział. -Napije się pan czegoś?
      Wyglądał na niezwykle zatroskanego: głębokie, sine podkowy pod oczami, mnóstwo
      zmarszczek na szerokiej słowiańskiej twarzy .
      A przecież nie zanosiło się w najbliższym czasie na żadną premierę.
      -Nie robi pan wrażenia kogoś, kto się dobrze czuje -powiedziałem. -Nie
      chciałbym przeszkadzać.
      -Niech pan siada i niech pan pije. Jeśli mi pan przyrzeknie, ze nic pan o tym
      nie napisze, opowiem panu coś.
      -Niestety, przyrzec opublikowania nie mogę.
      -Mundek.
      -Co proszę?
      -Mundek. Ten, który mnie zamorduje.
      -Kto to jest Mundek?
      -Pan nie wie, kto to jest Mundek?! Gdzie pan żyje, człowieku? Mundek to jest
      najstarszy robotnik do przesuwania kulis w naszym teatrze. I jeżeli ja wkrótce
      wykorkuję, to świat powinien jego i tylko jego uczynić odpowiedzialnym za moją
      śmierć.
      -Co pan sądzi o ostatniej mowie Chruszczowa?
      -Wspaniały chłop, tryskający energią i kompletnie bezzębny. Pojęcia nie mam,
      jak znalazł się w tym teatrze. On sam twierdzi, ze go założył. Niech mnie pan
      ile nie zrozumie. Ja nie jestem reakcjonistą. Wręcz przeciwnie -klasa
      robotnicza ma we mnie wypróbowanego przyjaciela. Ale kiedy myślę o Mundku,
      zaczynam tęsknic do tych pięknych czasów feudalnych. Cały świat leży u mych
      stóp - wie pan przecież -frenetyczny aplauz, gdzie tylko się pokażą - a ten
      Mundek traktuje mnie jak jakiego statystę. Posłuchaj pan - taki tylko przykład:
      na ostatnim przedstawieniu "Ryszarda II" rozpoczynam swój słynny monolog w
      piątym akcie, mówię nieśmiertelne wersy Szekspira tak, jak tylko ja to potrafię
      mówić: "Już zrozumiałem, ze ten świat porównać można do więzienia" -publiczność
      zawisła na moich wargach, aż tu nagle koło mnie, w śmiertelnej ciszy, za kulisą
      ten gnój Mundek zaczyna potężnie wysmarkiwać nos. A potem odzywa się do swoich
      kolesiów: "Kinder, efszer mir wellen szpilen a bissele kurten?" Żargonem jidysz
      to powiedział, bo innego języka on w ogóle nie zna. I powiedział to głośno, ze
      słychać go było w ostatnim rzędzie parteru. I pomyśl pan -ja, Jarden
      Podmanicki, we współczesnym świecie najznakomitszy chyba aktor szekspirowski,
      mówię monolog Ryszarda i co widzę za kulisami? Pana Mundka i jego kumpli
      rżnących w karty, jakby świat do nich należał. Ja się pana pytam: co by pan
      zrobił na moim miejscu?
      -Poprosiłbym go, żeby przestał.
      -Niech pan nie będzie śmieszny. Czasami to potrafi pan cos powiedzieć jak jaki
      kretyn albo krytyk. Czy pan wierzy, ze tym ludziom w ogóle można przemówić do
      rozsądku? Weźmy na przykład inny numer z Mundkiem. Co wieczór przynosi pół kilo
      sera, bochenek chleba i dwie ogromne rzepy. Ja tu mam uwodzić księżniczkę, mam
      paść na kolana, wręczyć jej klucz do mojej kryjówki i ledwie tylko
      przyklęknąłem, mój Mundek odgryza kawał tej rzepy z takim trzaskiem, co ja
      mówię z trzaskiem -z hukiem, jakby ktoś rozłupał belkę. A o zapachu lepiej nie
      wspominać. Ileż to razy błagałem go: "Mundek, zaklinam pana, żryj pan tę swoją
      rzepę później, albo wcześniej, w każdym razie nie podczas mojej sceny
      miłosnej". A co na to Mundek? Jest mu przykro, powiedział, ale ma zwyczaj
      posilać się wieczorem dokładnie o dziewiątej, a jeśli mi to nie odpowiada, to
      niech przesunę swoją scenę miłosną. "Mundek -mówię. - Czyżby pan uważał swoją
      rzepę za ważniejszą od mojej sceny miłosnej?" A Mundek na to prosto i
      otwarcie: "Tak". I to wszystko... Albo sposób, w jaki on chodzi za sceną. Słoń,
      powiadam panu - słoń! Deski trzeszczą, kulisy się chwieją, kable się kołyszą.
      Któregoś dnia nie wytrzymałem. "Przestań się pan wreszcie kręcić w czasie
      przedstawienia!" -warknąłem. Na to Mundek ośmielił się odrzec, ze ja tu nie mam
      mu nic do rozkazywania. Tego już było za wiele. Wpadłem w szal: "Robaku! Zero!
      Kompletne zero! Kto tu jest gwiazdą -pan czy ja?!" Mundek wzruszył
      ramionami. "Ile pan zarabia?" -zapytał. "Sto czterdzieści pięć bez potrąceń" -
      powiedziałem, bo wstydziłem się podać prawdziwą sumę. "No i widzisz pan -
      powiedział Mundek -A ja mam trzysta dwadzieścia pięć bez nadliczbowych. Nu?" On
      jest teraz absolutnym dyktatorem. Cala władza koncentruje się w jego ręku. Gdy
      facet od kurtyny jest na urlopie, kto go zastępuje? Mundek. I co się dzieje?
      Ledwie zacząłem swój słynny monolog w piątym akcie, ledwie zacząłem recytować
      nieśmiertelne szekspirowskie wersy, jeszcze nie skończyłem "już zrozumiałem, ze
      ten świat", gdy nagle kurtyna zjeżdża w dół. Lekarz teatralny udzielił mi
      pierwszej pomocy, otworzyłem oczy i rzuciłem się na Mundka: "Jak pan mógł to
      zrobić, szumowino!? Jak pan śmiał przerwać mi mój monolog?" I podniosłem
      pięść. "Tylko bez nerw -powiedział Mundek. -Tak czy inaczej sztuka jest za
      długa, poza tym zaczęliśmy z opóźnieniem, a pan, panie Podmanicki, był tak
      żałosny, ze już nie dało się pana dłużej słuchać. Wierz mi pan: to był
      najwyższy czas, żeby spuścić kurtynę". Mogłem tylko jęknąć: "Człowiecze, tę
      sztukę napisał Szekspir!" Mundek wzruszył ramionami: "Dla mnie to mógł ją
      napisać nawet Ben Gurion. Ja jestem w teatrze od trzydziestu siedmiu lat i jak
      panu Mundek mówi, ze sztuka jest za długa, to jest za długa". To były dni, gdy
      poważnie myślałem o samobójstwie. I wie pan, jak się urządziłem?
      -Weronal?
      -Nie. Poszedłem do Sulzbergera, do jego gabinetu dyrektorskiego. "Sulzberger -
      powiedziałem spokojnie. -Pan wie, ze ja nie jestem przewrażliwiony, ale jeżeli
      tak dalej pójdzie, to pańska scena będzie musiała zrezygnować z Jardena
      Podmanickiego". I powiedziałem mu wszystko. Wszystko. I to, ze w przerwach
      Mundek siaduje na moim tronie i nieraz celowo zostawia tam swoją żydowską
      gazetę. Raz nawet wsadził do mojego kołpaka królewskiego żarzący się niedopałek
      papierosa. Publiczność tarzała się ze śmiechu, bo jeszcze nigdy nie widziała
      króla z dymiącą koroną. Wtedy spróbowałem z Mundkiem po dobroci. "Pan przecież
      zdaje sobie sprawę z tego, kto to jest król -powiedziałem. -Jak więc pan mógł
      mnie, królowi, cos takiego zrobić? Pomyśl pan -jestem królem, a z korony mi się
      kopci". "Że kto pan jesteś? Król? -powiedzial Mundek. -Pan nie jesteś żaden
      król. Pan jesteś stary szmirus, Jarden Podmanicki. Król nie odgrywa teatru". Od
      trzydziestu siedmiu lat robi ten idiota w tym interesie i ciągle jeszcze nie ma
      pojęcia, o co na scenie chodzi. To wszystko powiedziałem Sulzbergerowi. To i
      jeszcze inne rzeczy. A na koniec powiedziałem: "Sulzberger - albo ja, albo
      Mundek. Niech się pan zdecyduje". Sulzberger usiłował mnie uspokoić, że nie
      jest tak źle, że to minie, ze Mundek nie jest wieczny -ale ja byłem twardy. Tak
      twardy, ze Sulzbergerowi nie pozostało nic innego, jak tylko mnie zwolnić. I
      zwolnił mnie. Co pan na to powie? On zwolnił Jardena Podmanickiego. Rozumie pan?
      -Rozumiem. On pana zwol
      • Gość: Kasia Re: E.Kishon- BEZ MUNDKA NIE DA RADY IP: *.pai.net.pl 21.01.02, 22:01
        To wszystko powiedziałem Sulzbergerowi. To i jeszcze inne rzeczy. A na koniec
        powiedziałem: "Sulzberger - albo ja, albo Mundek. Niech się pan zdecyduje".
        Sulzberger usiłował mnie uspokoić, że nie jest tak źle, że to minie, ze Mundek
        nie jest wieczny -ale ja byłem twardy. Tak twardy, ze Sulzbergerowi nie
        pozostało nic innego, jak tylko mnie zwolnić. I zwolnił mnie. Co pan na to
        powie? On zwolnił Jardena Podmanickiego. Rozumie pan?
        -Rozumiem. On pana zwolnił.
        -Pan chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co to znaczy! Powiadam jeszcze do
        Sulzbergera: "A więc Mundek jest panu milszy niż Podmanicki?" A Sulzberger mi
        na to, ze nic podobnego. "Ale jego zwolnić nie mogę, bo zaraz mi zastrajkuje
        cały personel techniczny i nie będzie przedstawienia. A poza tym według umowy
        zbiorowej musiałbym mu wypłacić trzydzieści pięć tysięcy funtów tytułem
        odprawy .Skąd ja je wezmę?" Muszę przyznać, ze z tym to on miał trochę racji.
        My, aktorzy, pozostajemy na posterunku czy nam się płaci, czy nie. Ale niech
        pan tylko każe Mundkowi poczekać na zapłatę za nadgodziny dłużej niż dziesięć
        minut! Mundek jest wszystkim, Podmanicki niczym...
        Najznakomitszy aktor charakterystyczny jakby zapadł się w sobie -pustym
        wzrokiem patrzył gdzieś w dal. Z kretesem przegrany człowiek. Aż mi się go żal
        zrobiło.
        -Jardenie Podmanicki -spróbowałem go pocieszyć. -Pan jest tytanem współczesnego
        teatru. Pan jest za wielkim człowiekiem, aby taki karzeł jak Mundek mógł panu
        zaszkodzić. Niech pan go wymaże ze swojej pamięci. Niech pan o nim przestanie
        myśleć. ..
        -Gdybyż to było takie proste! -westchnął Podmanicki. -Bo co się choćby wczoraj
        wieczorem wydarzyło -jak pan myśli? Mundek miał zwolnienie lekarskie, pierwszy
        raz w życiu. Mundka nie było. Nie było tupania, nie było smarkania. Żadnej
        rzepy! W ogóle niczego... Było tak przerażająco spokojnie za sceną, ze się
        zdenerwowałem. I z tego zdenerwowania trzy razy się sypnąłem.Bez Mundka nie da
        rady.
    • Gość: Kasia E.Kishon- EXITUS IP: *.pai.net.pl 21.01.02, 22:54
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      EXITUS
      Żaden z aktorów mego musicalu -chodzi tam o historię Tarzana, człowieka-małpy,
      który przegrywa swój majątek w karty, ale słonie odnoszą mu go z powrotem -
      żaden więc z moich aktorów nie różni się od swych kolegów, jeśli chodzi o
      wymagania co do solówek. W pojęciu każdego prawdziwego aktora scena jest niczym
      innym, jak tylko pseudorealistycznym pudłem, w którym środkami metafizycznymi
      osiąga się sukcesy, jeśli się pamięta, że należy jak najwięcej przebywać na
      scenie i możliwie jak najwięcej mówić.
      Niestety, pisarze dramatyczni mają skłonność do wikłania w akcję nadmiernej
      liczby postaci oraz do rozdzielania tekstu. -zazwyczaj bez wyraźnego powodu -
      między różne osoby. W rezultacie żaden z aktorów nie ma możliwości
      potwierdzenia swego kunsztu. Ponadto większość sztuk napisana jest według
      przestarzałych recept kompozycyjnych, które wymagają, by aktor od czasu do
      czasu schodził. Cóż biedakowi w takich okolicznościach pozostaje? Nic innego mu
      nie pozostaje, jak tylko schodzić.
      Słowom "schodzić" lub "zejście" nie należy przypisywać jakichś makabrycznych
      treści. Nie chodzi tu o tak zwane zejście letalne, czyli śmiertelne, znane w
      medycynie pod nazwą "exitus". Słowem tym określa się w teatrze ten zapierający
      dech moment, gdy aktor ma na , dłuższą lub krótszą chwilę zniknąć ze sceny, a
      publiczność już czuje tę zbliżającą się -jakże dotkliwą! -pustkę, której kres
      położy dopiero ponowne wejście ulubieńca, nagrodzone hucznymi oklaskami
      wielbicieli.
      Dobre zejście wywołuje u dobrej publiczności dwie, niekiedy nawet trzy salwy
      oklasków zejściowych. Oczywiście nie w jakieś marne wtorki, lecz w niedziele,
      kiedy to aplauz bywa nawet gęsto przeplatanymi okrzykami "brawo!".
      Prawa zejścia są twarde i okrutne. O tym, czy widownia wybuchnie spontanicznym
      huraganem oklasków, decydują nie dające się zdefiniować okoliczności tego
      brzemiennego skutkami momentu, gdy aktor już jest jedną nogą za kulisami. Co to
      za okoliczności - trudno powiedzieć, a wszelkie planowanie i kalkulowanie jest
      tu tak samo bezsensowne jak w ruletce.
      Weźmy na przykład Jardena Podmanickiego. Według powszechnej, zgodnej opinii
      aktor ten w scenie śmierci tyrana przerasta sam siebie. Podczas tych krótkich,
      lecz głęboko wstrząsających chwil, gdy sam wzywa swego ducha w zaświaty, nie
      słyszy się najmniejszego szmeru, najlżejszego kaszlnięcia, najdrobniejszego
      skrzypnięcia krzesłem. Widownia boi się uronić choćby nawet jedno słowo aktora
      i prowadzi go wzrokiem, gdy z godnością zbliża się do rampy i kamienieje. Za
      nim zapada czarna kotara, z góry chwytają go trzy reflektory .A on trwa.
      Elektryk Mundek powoli blenduje światło, dostojna postać Podmanickiego zwolna
      wsiąka w mrok. Aplauz wisi w powietrzu -jeszcze widać kontur twarzy, jeszcze
      jakiś cień tragicznego uśmiechu -kurtyna spada... I co? I nic. Żadnych braw.
      Dlaczego? Nikt nie potrafi tego wytłumaczyć. Podmanicki twierdzi, ze mógłby w
      czasie ściemniania jednym jedynym słówkiem wywołać huragan oklasków. Ale
      dyrektor i reżyser zabronili mu dodawać choćby słówko do zatwierdzonego tekstu
      roli. I dlatego Podmanicki zapada w mrok, a braw nie ma.
      Taki na przykład Mordche Szulewicz! Wystarczy, żeby powiedział tylko
      słowo „meszuge", a publiczność wpada w szal.
      Każdy wie, ze Szulewicz to żaden aktor -to nieszczęście dla zespołu i
      katastrofa dla roli. Ale w trzecim akcie, w scenie starcia z Kardynałem, ma
      swoją godzinę wielkości trwającą dobre dwie minuty. Guterman robi z Kardynała
      prawdziwe monstrum -widzowie od pierwszego spojrzenia czują doń antypatię, a
      już w scenie inkwizycyjnej to go wprost nienawidzą. I wtedy właśnie, zanim
      zbiry odprowadzą Szulewicza do izby tortur, Kardynał go pyta:
      -Może teraz cos wreszcie powiesz, ty parszywy psie? Szulewicz potrząsa głową.
      -Ty chyba straciłeś rozum, człowiecze! -perswaduje Kardynał więźniowi.
      Na to Szulewicz podnosi nad głowę skute łańcuchami dłonie i po kilku pełnych
      napięcia sekundach odpowiada dumnie:
      -Ekscelencja sam jest meszuge! (Schodzi ze sceny).
      I to jest zejście! Aplauz nie ma końca. Nawet przodujący krytyk teatralny, I.
      Konstetter, poddał się .ogólnemu entuzjazmowi: "Mordechaj Szulewicz -napisał w
      recenzji -z początku był w roli Mucjusza jak skrępowany, później wszakże
      rozkręcił się i w końcu osiągnął zdumiewające efekty".
      Tak, tak. Jedno małe słówko może sprawić cud. Oczywiście także szczęście gra
      pewną rolę. Autorowi natomiast nie zależy wcale na sukcesie aktorskim -jego
      interesuje tylko powodzenie sztuki. Ściślej -samego, żałosnego zazwyczaj,
      tekstu. Jeszcze gorzej zachowuje się reżyser ten wręcz sabotuje zejścia (a więc
      i aplauzy zejściowe), kierując się rzekomo "troską o niezakłócanie toku akcji i
      rytmu wydarzeń". Z całą powagą mówi o tym rytmie, nie wstydzi się występować z
      czymś tak niskim, dyktowanym przez najzwyklejszą zawiść. A my tak jego
      zapytajmy, co on robi, gdy przerywa próbę i ryczy: -Nie kłaniać się, do jasnej!
      Ile razy mam powtarzać, żeby się pani nie krygowała?! Ma pani zejść zwyczajnie,
      bez tych wszystkich swoich zagrań!
      Madame Kiszyniowska próbuje upierać się przy swoim:
      -Wybaczy pan -szepcze tym swoim docierającym wszędzie głosem -ale gram biedną,
      skromną służącą: muszę mieć respekt dla swojej pani i muszę to jej okazywać.
      -Nieprawda! Wcale tego pani nie musi! Jest pani głupią gęsią z zapadłej wiochy
      i nie ma pani pojęcia o takich rokokowych reweransach! Proszę, jedziemy dalej !
      Odtąd madame Kiszyniowska, doświadczona przecież i zdyscyplinowana aktorka, nie
      pozwala sobie w czasie prób na żadne gierki. Dopiero na premierze robi przed
      zejściem ten swój ukłon: głęboki, pełen szacunku rewerans...i żadnych braw!
      Skłania ją to do zastosowania na następnym przedstawieniu dodatkowej sztuczki:
      pochyla się przed swoją panią i przejmująco szepcze: -Kobiety takie jak pani są
      winne, ze w kraju szaleje inflacja. -I gdy łkając oddala się za kulisy, wybucha
      wreszcie upragniona burza oklasków.
      Co z tego, ze autor dostaje ataku szalu i składa zażalenie na niesłychany
      wybryk aktorki! Skarga zostaje przez kolektyw oddalona: madame Kiszyniowska
      jest nie tylko aktorką, jest także człowiekiem. Poza tym jest zasłużonym,
      długoletnim członkiem kolektywu i ma niezaprzeczalne prawo do współdecydowania
      o sztuce.
      Problem zejścia jest zatem kwestią inicjatywy i zarazem intuicji. Aktor musi
      sam baczyć, by mimo obojętności autora i wrogości reżysera urządzić sobie
      efektowne zejście. Ma do dyspozycji gesty i miny, a w razie konieczności także
      improwizacje słowne. Oto kilka wzorów:
      Schodzący aktor zamyka drzwi bardzo cicho i bardzo powoli. Ledwie wyszedł, pada
      za kulisami głośny strzał rewolwerowy.
      Albo: schodzący aktor tuz przed drzwiami staje, odwraca się, jakby chciał
      powiedzieć cos bardzo ważnego i trwa chwilę w tej pozie. W końcu jednak macha z
      rezygnacją ręką i dopiero wtedy schodzi.
      Albo inny wariant: sytuacja jak poprzedni ale zamiast machnięcia ręką -
      sataniczny uśmiech.
      Gdy chodzi o aktorkę, to dobrze jest, jeśli nagle wyrwą się jej z piersi
      słowa: -Jeszcze tylko jedno chciałabym ci powiedzieć, Robercie. (Pauza). Jestem
      w trzecim miesiącu.
      Przy wchodzeniu na szafot wskazane jest wydanie rozdzierającego okrzyku: -
      Ojcze!!! (Ofiara spostrzega nagle, ze ma być powieszona lub ścięta przez
      własnego ojca).
      Listę sposobów i chwytów można ciągnąc bez końca. W każdym jednak wypadku o
      sukcesie lub niepowodzeniu decydują ułamki sekund. Prawdziwy rutyniarz potrafi
      wywołać burzę oklasków zwykłym potknięciem się lub zakasłaniem.
      Ale najpewniejszą metodą jest rozlokowanie na parterze paru krewnych i
      przyjaciół.
      • Gość: . Re: E.Kishon- EXITUS IP: *.pai.net.pl 10.02.02, 20:42
    • Gość: Kasia E.Kishon- KOMANDO DUCHÓW IP: *.pai.net.pl 21.01.02, 23:41
      Ephraim Kishon (tłum.Stanisław Lewański)

      KOMANDO DUCHÓW
      Zdarzyło się to podczas kręcenia filmu "Gdzie orły szukają żon". Film ten był
      jednym z najambitniejszych przedsięwzięć kinematografii Państwa Izrael. Autorem
      scenariusza i reżyserem byłem ja. Kapitał -zagraniczny, a ściślej mówiąc -
      subwencja rządowa. Akcja oparta na prawdziwych wydarzeniach przeze mnie samego
      wymyślonych: mały oddział izraelski wysadza bazę rakietową w Tangerze i bez
      strat wraca do atelier. Co zresztą wcale nie było takie proste, ponieważ
      aktorzy musieli przejść przez Egipt, Libię, Algierię i z powrotem. Płaciłem im
      za to ciężkie pieniądze.
      Pierwsze sceny poszły dość gładko. Dowódca grupy -Jarden Podmanicki w roli
      zażartego bojownika Griszki -zebrał swoich ludzi i trzy dni i trzy noce
      prowadził ich przez piaski Sahary, którą zastępczo grał kawałek pustyni Negew
      należący do kibucu Ejn-Zachar. Po trzech dniach zjawił się przed moim barakiem
      i rzekł:
      -Jutro muszę być w Tel Awiwie.
      -Oszalał pan? Jutro wpada pan w nieprzyjacielski potrzask, wie pan przecież.
      -Przykro mi, ale sekretarka teatru specjalnie dzwoniła: jutro rano rozpoczynamy
      próby "Hamleta". Ja gram ducha ojca. To będzie rola mojego życia.
      -Chce więc pan zerwać kontrakt? !
      -Nie „chcę", tylko muszę. Jestem członkiem kolektywu. Jak tylko będę mógł,
      zaraz wracam. Trzymajcie się, cześć.
      Wziął kurs na północ i odszedł.
      Postanowiłem kręcić nadal według planu. Tyle tylko, ze do dialogu wprowadziłem
      kilka zdań, które miały wyjaśnić nagle zniknięcie komendanta. Ta wyjaśniająca
      rozmowa odbyła się między sierżantem Trippolim a radiotelegrafistą:
      TELEGRAFISTA Tanger już blisko... Ale Griszka? Gdzie on się podział?
      TRIPPOLI (ze znaczącym uśmiechem) Kiedy będzie trzeba, na pewno się zjawi.
      Spokojna głowa!
      Niestety -nie zjawił się. W nocy natomiast zadzwonił do mnie, żeby mi przekazać
      nowe informacje: kolektyw zlecił u dodatkową rolę, mianowicie ducha dziadka
      Hamleta. Tekst ma napisać sobie Podmanicki sam. Potrwa to jakiś tydzień.
      -Podmanicki -powiedziałem. -Jest pan zwolniony.
      Chciał jeszcze wiedzieć, ile mu potrącą, ale nie pozwoliłem się wciągnąć w
      żadną dyskusję i odłożyłem słuchawkę
      Sytuacja, nawet jak na stosunki izraelskie, była trudna. Według scenariusza
      cala jednostka miała wrócić do bazy komplecie. Ale kto mógł w czasie pisania
      przewidzieć te hamletowskie powikłania!
      Było tylko jedno wyjście: Griszka musi umrzeć. Aby dać jego śmierci jakąś
      artystyczną oprawą, zażądałem od kierownika produkcji dostarczenia sępa
      ścierwnika, który będzie krążył w powietrzu i w odpowiednim momencie runie na
      zwłoki Podmanickiego.
      Wiadomość o śmierci dowódcy została przekazana publiczności przez sierżanta
      Trippoli w krótkich, męskich słowach:
      -Zabili Griszkę... Drogo mi za to zapłacą! -powiedział i podniósł prawicę jak
      do przysięgi.
      Oddział ruszył w dalszą drogę pilotowany przez córkę szlachetnego szejka
      Beduinów, Cypi Wajnsztajn. Zakochana pierwotnie w Griszce, przeniosła teraz
      swoje uczucia na sierżanta. Zespół mozolnie przemierzał Saharę. Wreszcie
      zmęczony, ale pełen bojowego ducha dotarł do kibucu, gdy zza grzbietu piaskowej
      wydmy wyłonił się Griszka krzycząc donośnie:
      -Wszystko odłożone na później! Reżyser ma grypę. Jestem wolny do wtorku!
      -Ma pan pecha, Podmanicki -stwierdziłem chłodno. -Od wczoraj pan nie żyje. A
      padlinożerca jest już w drodze.
      Przyszło mi jednak na myśl, ze Podmanicki wziął za udział w filmie kupę
      pieniędzy; byłoby wprost marnotrawstwem nie wykorzystać go w pełni. Wiadomość o
      śmierci Griszki została już wprawdzie nakręcona, ale mógłby w końcu Podmanicki
      także dla nas odegrać rolę ducha. Takiego unoszącego się nad głowami swoich
      ziemskich towarzyszy broni. A w nocy mógłby duch Griszki wskazywać na przykład
      oddziałowi właściwą drogę przez manowce pustyni. Ponadto zjawił się Podmanicki
      w samą porę, bo Trippoli, który wyjechał tymczasem do Ejlatu, jeszcze nie
      powrócił. Ten przez wszystkich reżyserów rozrywany aktor pracował zazwyczaj w
      trzech filmach jednocześnie. W naszym konkretnym wypadku rozpoczynał swoje
      czynności tuz przed północą w Galilei; o świcie pojawiał się u nas, kręcił do
      południa, a potem odwoził go do Ejlatu dżip amerykańskiej telewizji. Tam
      występował przed kamerami mniej więcej do północy. Dziś w drodze z Galilei do
      nas przepadł i wszelki słuch o nim zaginął. Albo gdzieś zasnął, albo został
      uprowadzony przez Beduinów- trudno było cos powiedzieć. Tak czy inaczej,
      musieliśmy kręcić bez niego.
      Ustne wyjaśnienie sytuacji powierzyłem jednemu z bojowników, pastuchowi
      wypożyczonemu nam przez zarząd kibucu:
      -Ludzie -powiedział stłumionym głosem, a kamera ujmowała go w bliskim planie: -
      Ludzie! Trippoli padł...
      -Osłaniał nasze tyły -dodał (też w zbliżeniu) drugi bojownik. -Był sam. Walczył
      do ostatniego naboju.
      Teraz dopiero spostrzegłem, ze nie mam już w oddziale ani jednego renomowanego
      aktora. Ale i z tym trzeba sobie jakoś poradzić.
      Następna scena wypadła świetnie. Zza wydm zabiegła drogę błąkającemu się
      oddziałowi Cypi Wajnsztajn:
      -Jestem po waszej stronie i obejmuję dowództwo! -rzuciła zdecydowanym
      żołnierskim tonem.
      Problem dowództwa został więc rozwiązany, ale pozostała jeszcze sprawa ojca
      Cypi, szlachetnego szejka Beduinów. Bez wahania kazałem i jemu wyłonić się zza
      wydmy:
      -Kapitan Lolik Tow z izraelskiego kontrwywiadu -przedstawił się i zdjął arabski
      burnus. -Za mną!
      A wszystkiemu winien był Trippoli, który prawdopodobnie chrapał na jakiejś
      stacji benzynowej .
      Szeregi zostały więc uzupełnione, a na ich czele maszerował nowy komendant.
      Pustynne słonce palilo jednak okrutnie, wieczorem więc okazało się, ze kapitan
      dostał udaru.
      -W filmie -zadecydowałem -nie będzie to żaden udar, lecz malaria. Dwaj
      żołnierze podniosą komendanta na noszach.
      Pasterz kibucowy i radiotelegrafista przyjęli na siebie te wyczerpujące
      obowiązki. Wieczorem oświadczyli mi, ze nie mają zamiar dłużej harować.
      Kontrwywiadowca jest, ich zdaniem , za ciężki a ponadto bez ustanku się obżera.
      Cóż miałem zrobić? Lolika także dosięgła zdradziecka kula, dum-dum wystrzelona
      z zasadzki. Córka emerytowanego szejka rzuciła się na zwłoki ojca i łkała
      rozdzierająco.
      Scena ta została jednak przerwana przez krzyki nadbiegającego ajenta
      teatralnego:
      -Pani Wajnsztajn! Gdzie się pani podziewa, panno Wajnsztajn? Mamy dla pani
      rolę! Czekamy na panią! Prędko, prędko!
      Jak mi wyjaśniono, Cypi Wajnsztajn zaangażowała się równocześniesnie do
      ludowego zespołu pieśni i tańca Żydów z Jemenu w Hajfie. Także ona -mówił mi to
      jakiś glos wewnętrzny -nie pojawi się już na naszym planie. Folklor zwycięży.
      Natychmiast wysłałem dziewczynę w zaświaty przy pomocy śmiertelnego upadku ze
      skały. Zważywszy , ze sceny tej nie było już z kim kręcić, przeniosłem kamerę
      do wnętrza namiotu, gdzie tez wkrótce siedzący w nim żołnierze usłyszeli
      rozdzierający krzyk kobiecy. W chwilę potem wszedł do namiotu pastuch i ze
      zwieszoną głową wykrztusił z siebie tragiczny meldunek:
      -Zapędziła się za daleko... ale nie cierpiała długo... jej ostatnie słowo
      brzmiało -Tanger...
      W tym momencie telegrafista odważył się wyrwać z uwagą, którą odczułem jako
      wręcz bezczelną. Oświadczył mianowicie, ze Tanger leży w jednym z nielicznych w
      tej części świata krajów, które nie są z nami w stanie wojny. I z tego choćby
      względu byłoby wskazane całą akcję komandosów po prostu odwołać. Chłodnym
      spojrzeniem przywołałem do porządku tę nędzną kreaturę żałując, ze przyznałem
      telegrafiście wręcz zawrotną, a jak się okazuje niezasłużoną gażę.
      • Gość: Kasia Re: E.Kishon- KOMANDO DUCHÓW dokonczenie IP: *.pai.net.pl 21.01.02, 23:44
        Pannie Cypi wyprawiłem piękny pogrzeb. Pogrzeby w ogóle wypadają w filmach
        bardzo korzystnie. Kręci się je bez udziału nieboszczyka. Duch Griszki miał na
        pogrzebie Cypi wzruszającą mowę według tekstu, który napisałem na poczekaniu.
        Po ceremonii Griszka odciągnął mnie na bok.
        -Przemyślałem jeszcze raz całą swoją rolę -oświadczył. - Moja śmierć mnie wcale
        nie zadawala. Bo kto lubi umierać tak jakby ukradkiem? Z dramatycznego i
        malarskiego punktu widzenia byłoby lepiej, gdyby mnie pan pogrzebał w piasku
        pustyni. Cos tak niby drugiego Mojżesza, któremu nie dane było. ..
        -A dlaczego? -przerwałem, cos już podejrzewać.
        -Mój syn, powiem panu szczerze, ma jutro otrzymać świadectwo ukończenia
        przedszkola, a ja przyrzekłem mu, ze będę na tej uroczystości. Niech mi pan
        pozwoli umrzeć zwyczajnie i ostatecznie dziś wieczorem. Do końca życia będę
        panu wdzięczny.
        -Czy mógłby mi pan chociaż powiedzieć -wycedziłem -kto zdobędzie ten cholerny
        Tanger, jeśli wszystkich powybijam?
        -Dziecko -rzekł wcale nie zbity z tropu Podmanicki -dziecko nauczyło się już na
        tę okazję wierszyka.
        -A idź pan do diabla!
        Wymyśliłem specjalną minę, która rozerwała ducha Griszki na strzępy.
        Po odejściu Podmanickiego usiadłem, by gruntownie przemyśleć sytuację. Uważnie
        rozglądałem się wokoło. W pewnym momencie wzrok mój padł na telegrafistę,
        zaangażowanego na pięć dni. Musiał to być wzrok nie wróżący niczego dobrego, bo
        telegrafista zbladł i drżąc schował się za żelazną beczkę w kącie namiotu.
        Zbliżyłem się do niego powoli.
        -Nie! -wyszeptał zbielałymi ustami. -Co to, to nie. Tego mi pan nie zrobi...
        zostały jeszcze według umowy dwa dni... Jestem młody... Chcę żyć Nie!!! -glos
        przeszedł mu w nieartykułowany skowyt.
        Skazałem go na śmierć następnego dnia. Zginął z pragnienia pośród piachów
        pustyni. Straszna śmierć. Ale kto z nami walczy, ten nie zasługuje na litość.
        Teraz pozostał mi tylko pastuch.
        -Tanger! -wykrzyknął podczas gdy kamera panoramowała dach i kibucową wieżę
        ciśnień. -Tanger!!! -i ostrym, bojowym głosem sam sobie wydal komendę: -Za
        mną!!!
        W tym momencie, tuz przed zdobyciem bazy rakietowej, brutal- nie wkroczył
        zarząd kibucu: pastuch ma natychmiast wracać do obory , bo wzdęła się krowa.
        -Przyjaciele! -zaklinałem spółdzielców. -Dajcie mu chociaż trochę czasu na
        jakieś honorowe odejście z tego świata!
        Z niechęcią przychylono się do mojej prośby. Przedstawiciel któregoś z licznych
        w Tangerze gatunków jadowitych węzy ukąsił jedynego pozostałego przy życiu
        komandosa w nogę. Ja zaś, przebrany za obserwatora ONZ, oddałem biedakowi
        ostatnią posługę. Oprócz mnie wziął jeszcze udział w pogrzebie kucharz
        kibucowy, który miał akurat dzień wolny od pracy.
        W czasie montażu dorzuciłem trochę salw armatnich i grzechotu pistoletów
        maszynowych. A nad cmentarnym wzgórzem unosił się duch Griszki (uroczystość w
        przedszkolu została przesunięta na koniec tygodnia). W przestworzach krążył
        kraczący ponuro sęp ścierwnik.
        Zmieniłem tytuł na "Komando duchów". Grana przeze mnie rola obserwatora ONZ
        wybiła się na plan pierwszy. Krytycy, których zaprosiłem na premierę, płakali
        przez cały film, a potem nie ustawali w pochwałach. To, ze tylko jednemu udało
        się osiągnąć cel, dla którego poświeciło swe życie tak wielu -podkreślali
        krytycy - daje filmowi jakiś specyficzny, głęboki wydźwięk i czyni z niego
        przejmujący dokument ludzkiego losu.
        Prawdę mówiąc, ja tez mam takie wrażenie.
    • Gość: Kasia E.Kishon- PROBLEMY TAKTYCZNE IP: *.pai.net.pl 21.01.02, 23:53
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      PROBLEMY TAKTYCZNE
      Teza Darwina o przezywaniu najsilniejszych jednostek nigdzie się nie potwierdza
      tak wyraźnie, jak w teatrze. Szczególnie w walkach o rolę. Natarcie rozpoczyna
      się nie później niż w dwie godziny po przyjęciu nowej sztuki do repertuaru.
      Starego, ostrzelanego w bojach aktora poznaje się po tym, ze trzymając w ręce
      egzemplarz nowej sztuki podkreśla na czerwono wszystkie linijki swej roli, po
      czym z niezłomnym uporem rachmistrza biura statystycznego zlicza je do kupy.
      Jeśli wynik sumowania go nie zadawala, porusza niebo i ziemię, by się tej
      parszywej roli pozbyć. Jest to jakiś szczególny rodzaj walki wyzwoleńczej .
      Rozstrzygająca bitwa rozgrywa się jednak na scenie. Próby są tylko niewinnymi
      wprawkami. Tu i ówdzie usiłuje się wywalczyć korzystniejsze ustawienie,
      gdzieniegdzie przedłużyć pauzę, tam znów odsłonić widok na siebie albo
      wprowadzić efektowną poprawkę tek- stu -w żadnym jednak wypadku nie zdradzając
      partnerom do czego to wszystko zmierza. To się okaże dopiero na premierze.
      Dokładnie w tym zapierającym dech momencie, gdy bohater chwyta się za serce i
      pada na podłogę, by z wszelkimi niuansami odegrać wstrząsającą scenę śmierci,
      dopiero wtedy, dokładnie w tej dziesiątej części sekundy, opiera się główna
      bohaterka, niby przypadkiem, o czerwony piedestał w głębi sceny i odchyliwszy z
      lekka spódnicę zaczyna poprawiać swoje czarne, siatkowe pończochy. Teraz już
      może sobie chłopina umierać w najbardziej kunsztowny sposób -nikt na niego
      nawet nie spojrzy.
      Jeśli ma się instynktowne wyczucie czasu, można nawet zniweczyć partnerowi
      efekty każdego monologu. Dyskretne zakasłanie we właściwym momencie wystarczy,
      by najbardziej nawet przejrzystą scenę uczynić dla widza niezrozumiałą.
      Rutyniarze z upodobaniem uprawiają tak zwaną grę zwrotnicową. Podstawą tej
      taktyki jest spostrzeżenie, ze aktor w głębi sceny stoi zawsze twarzą do
      widowni, jego partner natomiast z konieczności musi stać tyłem i świecić w
      stronę widzów łysiną. I stąd się właśnie bierze to, ze w czasie dialogu aktorzy
      systematycznie posuwają się w głąb sceny, póki jeden z nich nie oprze się o
      ścianę.
      Na ogół tego rodzaju chwyty uchodzą za godziwe. „I nie tylko takie. Nie ma na
      przykład wieczoru, by aktorzy nie zakładali się, czy gdy madame Kiszyniowska
      przystąpi do swej wielkiej sceny wyznań miłosnych, czy i tym razem jej partner,
      Saul Finkelstajn, zacznie starannie czyścić swe okulary, czy nie.
      Do wypróbowanych manewrów odwracania uwagi od konkurenta należy poprawianie
      fryzury i odpędzanie wyimaginowanej muchy. Równie ulubionym sposobem
      jest "parawanowanie" partnera, do czego nadają się szczególnie role postaci
      tęższych, jak Falstaff lub Gargantua. Walentyna Gurewicz, dama wielce okazalej
      tuszy, tak długo przysłaniała chuderlawego Szymona Gurewicza, aż się musiał
      zdecydować na małżeństwo z nią.
      Na tej wojnie wszystkie chwyty są dozwolone. „Wojna jest przedłużeniem próby
      generalnej, lecz prowadzonym innymi środkami" -jak powiedział już dawno wielki
      strateg Clausewitz, gdy zdarzyło mu się kiedyś stanąć na scenie samemu, bez
      partnerów, i wymówić wreszcie swoje zdanie do końca...
    • Gość: Kasia E.Kishon- SZLACHETNY KUNSZT-KARATE IP: *.pai.net.pl 03.02.02, 14:09
      Ephraim Kishon- (tłum. Stanisław Lewański)

      Karate -szlachetna sztuka japońskiej samoobrony. Szturmem zdobyła ekrany
      filmowe, a producenta filmów z Hongkongu zrobiła milionerem. Nowa moda
      wtargnęła takie do kin izraelskich. I to nie tylko na ekrany, lecz może nawet
      przede wszystkim na widownię. Zdarzyło się na przykład pewnego wieczoru, że
      Ruben Lewkowicz stojąc przed piętnastym rzędem krzeseł chwycił za kołnierz
      biletera, wepchnął mu jego latarkę kieszonkową do ust i wrzasnął:
      -To nie ;jest moje miejsce, ty beczko smrodu!
      Bileter ratując swoje życie uciekł z podświetlonymi od wewnątrz policzkami na
      ulicę i tam spędził resztę wieczoru upatrując policjanta. W kinie natomiast
      komendę przejął Lewkowicz. Rozrzucał wkoło za- palone zapałki, ciągnął za włosy
      dziewczyny, a gdy na ekranie Romeo delikatnie ujął dłoń Julii, Lewkowicz zerwał
      się na równe nogi, wydal dziki okrzyk Tarzana i wywrzeszczał w stronę
      nieporadnego kochanka kilka praktycznych porad:
      -Wykręć jej rękę, idioto! Wykręć jej rękę!
      W tym czasie na sali sześciuset dwunastu mężczyzn kuliło się pod przemożnym
      ciężarem kompleksu niższości, sześciuset dwunastu mężczyzn siedziało zżeranych
      tym samym palącym a niespełnionym pragnieniem: podnieść się, szepnąć swojej
      towarzyszce: "Poczekaj chwilę, kochanie, zaraz wracam", podejść do
      rozrabiającego Lewkowicza i rozłożyć go jednym eleganckim ciosem. Tym prastarym
      snem o potędze rozpoczynamy opowiadanie:

      SZLACHETNY KUNSZT -KARATE
      Zawsze dobrze jest wspominać Teodora Herzla i jego historyczne
      powiedzenie: "Jeśli naprawdę czegoś chcecie, to nie jest to już tylko
      marzenie." Dwie trzecie naszych kin wyświetla tak zwane karate-filmy, w których
      paru przysadzistych facetów z czarnymi pasami na okrągławych brzuchach kosi
      całe brygady olbrzymich Lewkowiczów. I żeby tylko to! Przed rozpoczęciem seansu
      wchodzi na estradę Gideon, izraelski mistrz karate. Kantem dłoni rozbija parę
      dachówek i brukowców, jakby chciał powiedzieć: "Co do mnie, to spokojna głowa!
      Mnie w kinie nic się zdarzyć nie może". Pięcioletnie studia w Tokio
      wystarczają, aby osiągnąć taki poziom dobrego samopoczucia. Gideon jest o głowę
      wyższy niż normalny, dobrze wyrośnięty obywatel, ramiona ma tak grube, jak kto
      inny talię, a jego talia -nie próbujemy jej nawet opisywać. Mówi Gideon po
      japońsku jak sam boski cesarz. Nos Gideona wznosi się groźnie nad okolicą, a
      jego pięści z trudem tylko można nieuzbrojonym okiem odróżnić od młotów
      pneumatycznych. Byłby z niego idealny wykidajło.
      Wszedłem do sali treningowej Instytutu Gideona cicho, ponieważ przedtem trzeba
      zdjąć buty. Podłoga wyłożona jest matami z mongolskiej trawy, co stwarza
      przytulny nastrój. Wokół na ścianach wiszą portrety Gideona w różnych pozycjach
      karate, prócz tego fotografie koreańskiego czempiona, który jedną ręką łamie
      rogi dorosłego wolu, a także fotografia tegoż wolu, lezącego bez tchu na piasku.
      Na matach trenowała właśnie tak zwana "grupa intelektualistów", składająca się
      z nauczyciela matematyki, śpiewaka operowego, architekta wnętrz, przemysłowca
      Zweckera i jakiegoś nieznanego mi nowicjusza. Pozostałymi uczniami Gideona
      opiekowano się w domach.
      Wszyscy obecni byli boso i nosili na białych kimonach różnego koloru pasy,
      każdy według stopnia swoich kwalifikacji: białe, żółte, pomarańczowe. Alex, jak
      mnie poinformowano, zdobył już nawet zielony pas, chwilowo jednak leży jeszcze
      w gipsie.
      Przycupnąłem na ławce w głębi sali, aby nie wpadać zanadto w oczy.
      Tuz po godzinie siedemnastej podłoga pod naszymi stopami zadrżała. Gideon
      wkroczył do sali. Na biodrach miał czarny pas.
      Natychmiast wszyscy uczniowie dali dowód zdyscyplinowania, które w nich był
      wpoił: upadli na kolana, skłonili się głęboko i krzyknęli "hej", co po japońsku
      znaczy tyle co "hej". Gideon oznajmił nam, ze na początek pokaże cios Sekuczu-
      Oczikawa. Cios ten powinien być wyprowadzony pod ostrym kątem. Wykonał dwa
      szybkie kroki naprzód, wydal przeraźliwy okrzyk i ciął powietrze dłonią jak
      toporem.
      Z gromadki uczniów wystąpił architekt wnętrz i poprosił o zwolnienie z
      dzisiejszego treningu. Ma reumatyzm.
      Gideon udzielił mu dyspensy. Architekt wnętrz z ulgą zajął miejsce obok mnie.
      Gideon tymczasem omiótł grupę elewów swym orlim spojrzeniem. Każdy się
      skurczył, każdy usiłował skryć się za plecami drugiego, każdy zdawał się
      pytać: "Czemu właśnie ja?"
      Mistrz zdecydował się na młodego przemysłowca:
      -Niech pan stanie prosto i stoi bez ruchu. Nie zrobię panu nic złego.
      Przedstawię tylko teorię ciosu. Proszę spokojnie.
      Zmierzył odległość okiem, skoncentrował się, skoczył ze świdrującym uszy
      wrzaskiem "ychaa!" naprzód i straszliwym uderzeniem wyładował na karku elewa.
      Ten, śmiertelnie przerażony, chciał się cofnąć, ale już dopadło go powtórnie
      długie ramię Gideona. Z tępym jękiem ofiara osunęła się na podłogę, po czym na
      czworakach odpełzła do umywalni.
      -Trzeba się uczyć odporności na ciosy -szepnął mi dyspensowany architekt wnętrz
      tonem, w którym czuło się zarówno fachowość, jak i rodzaj ukrywanej
      satysfakcji.
      -Kto nie umie znosić ciosów, nigdy nie nauczy się karate -i jakby na poparcie
      tych słów dotknął swego żółtego pasa.
      Z kolei dowiedziałem się, ze Gideon sypia na podłodze nieogrzewanego pokoju,
      jada mięso i nie ma telefonu. Uczniowie są mu ślepo oddani, szczególnie od
      czasu, gdy im pokazał cios po oczach Nikuczu-Nokita. Chodzą za nim wszędzie w
      cichej nadziei, ze gdzieś, może w supermarkecie, może w kinie, ktoś, a może
      cała banda rozrabiaczy, nadzieje się na Gideona.
      Ale jak dotąd nic się takiego jeszcze nie zdarzyło. Każdy "rowdy" w mieście zna
      Gideona. Kiedyś, w klubie kręglarskim, jakaś ośmioosobowa banda chuliganów
      usiłowała porozrabiać. Gideon został spiesznie wezwany z pobliskiej kawiarni. W
      chwili jego wejścia oprychy robiły takie wrażenie, jakby miały ochotę rzucić
      się na mistrza z pięściami, nogami od krzeseł i kastetami. Wyglądało na to, ze
      nareszcie cos się zacznie dziać. Ale Gideon tylko rzekł spokojnie: -Nazywam się
      Gideon -a banda rozpadła się na kawałki i rozpłynęła we mgle
      Gideon demonstruje właśnie cios Yoko-Kyaga. Większość studentów pragnęłaby
      wsiąknąć w ściany. Przed ich oczyma jak w kalejdoskopie przesuwają się sceny z
      dzieciństwa.
      Tylko nowicjusz pozostał na miejscu. Do niego zwraca się Gideon:
      -Proszę uważać: moje barki znajdują się w jednej linii z biodrami, noga
      zakroczna odstawiona pod kątem prostym, noga wykroczna podana do przodu. Proszę
      się nie ruszać. Nie dotkną pana. Pokażę tylko, jak cios ma być wyprowadzony.
      Proszę stać spokojnie.
      Jeszcze mówił, gdy nowicjusz rejterowa1 w dzikich susach. Gideon
      ryknąwszy "mishoda!" skoczył za nim i dosięgnął go wyciągniętą stopą -barki w
      jednej linii z biodrami. Dosadne kopnięcie w zadek cisnęło nowicjusza o ścianę,
      a ze w tym właśnie miejscu znajdowały się przypadkowo drzwi, elew zniknął i już
      nie powrócił.
      Powoli zaczynałem rozumieć, dlaczego w klasie jest tak mało uczniów.
      -Gideon obchodzi się z nami w jedwabnych rękawiczkach, bo jesteśmy
      intelektualistami -poinformował mnie architekt wnętrz. -Zobaczyłby go pan, jak
      pracuje z młodymi kibucnikami!
      Im dłużej obserwowałem Gideona, tym jaśniej poczynałem rozumieć, na czym polega
      tajemnica karate: na japońskim krzyku. Przypomniałem sobie z czasów szkolnych
      takiego kolegę, niejakiego Tibora Gondosa. Każdą klasę repetował. Nawet w
      sporcie nie miał żadnych osiągnięć. Ale jako rozrabiaka był niezrównany. Kiedy
      zamierzał dać komuś szkołę, oczy nabiegały mu krwią, gęba wykrzywiała się w
      potwornym grymasie. A gdy wreszcie atakował, czynił to z takim przerażającym
      wrzaskiem, ze większość jego przeciwników nie wytrzymywała nerwowo i brała nogi
      za pas. Nie mieli pojęcia, ze ulegali urodzonemu mistrzowi karate. Człowiek
      wściekły albo taki, który potrafi przekonywająco wściekłość udać, ma z góry
      przewagę nad przeciwnikiem.
      Do stopnia tej wściekłości dostosowane są tez ko
      • Gość: Kasia Re: E.Kishon- SZLACHETNY KUNSZT-KARATE cz.II IP: *.pai.net.pl 03.02.02, 14:21
        Do stopnia tej wściekłości dostosowane są tez kolory pasów. Nasz nowy kolega na
        przykład długo będzie nosił pas biały jak lilia.
        Zanim jeszcze ugruntowało się moje przekonanie, ze wszystko zależy od
        właściwego wrzasku. architekt wnętrz udzielił mi pouczeń także w innej sprawie:
        -Koncentracja to grunt -powiedział. -Właściwie cale karate polega na
        koncentracji.
        -W zeszłym tygodniu -ciągnął- Jobbi Kaczkies, nasz izraelski mistrz wagi
        ciężkiej w zapasach, sprowokował awanturę w pewnej restauracji w Jaffie. Był
        już trochę na bańce. I na kogo się nadział? Powiedz pan -na kogo? Na członka
        japońskiej delegacji handlowej, która przybyła do Tel Awiwu z okazji targów.
        Nazwał go żółtą małpą, chlusnął mu kufel piwa w oczy, wyczyniał przed nim
        jakieś dzikie grymasy i w ogóle zachowywał się jak wariat. A Japończyk?
        Uśmiechał się grzecznie i milczał. Pan wie, Japończycy wyglądają jak dzieci:
        mali, delikatni, sama skóra i kości. Człowiek boi się dmuchać na gorącą zupę,
        żeby takiego przypadkiem nie zdmuchnąć.
        -No i dobrze. Kaczkies rozrabia, Japończyk się uśmiecha. Nagle Kaczkies zrobił
        jakąś ordynarną uwagę pod adresem damy towarzyszącej tej delegacji. Wtedy -
        słuchaj pan, co zrobił ten mały Japończyk. On powstał, zrobił krok do tylu,
        przeniósł ciężar ciała na lewą nogę, podniósł prawą dłoń mniej więcej na
        wysokość biodra i, zanim ktoś spostrzegł co się dzieje, sięgnął do kieszeni,
        wycięgnę1 z niej fiolkę i opryskał Kaczkiesa gazem łzawiącym. Co ja będę panu
        opowiadał -nasz mistrz wagi ciężkiej leżał na podłodze i płakał jak dziecko.
        Ładne, prawda?
        -Bardzo ładne -potwierdziłem. -Ale co to ma wspólnego z karate?
        -Kaczkies uczył się karate, ale nie potrafił się koncentrować. A jest właśnie
        tak, jak mówiłem -wszystko zależy od koncentracji...
        Tu mój architekt wnętrz przerwał, gdyż został wezwany przez Gideona do małego
        pokazu. Mimo reumatyzmu. Nie było już bo- wiem nikogo innego. W tej sytuacji
        wycofałem się do umywalni mając nadzieję, ze tam go znowu spotkam. Nie
        przyszedł. Pokaz, być może, miał zbyt ożywiony przebieg.
        Opuściłem instytut. Przez otwarte drzwi innej klasy ujrzałem Rubena Lewkowicza
        z brązowym pasem na brzuchu.
        W drodze do domu nabyłem rewolwer i fiolkę sprayu na insekty. Trenuję teraz w
        domu. Rycząc "azanyad!" skaczę do okna i szprycuję tym muchozolem owady.
        Utrzymuję przy tym prawy bark w równej linii z biodrem, a lewej, wyciągniętej
        przed siebie nodze, pozwalam się swobodnie obracać. Od wczoraj noszę zielony
        krawat. Oznacza on czwarty stopień "fioli" -starego, szlachetnego kunsztu
        samoobrony przed karate.

        • zbik Brawo Kasiucos normalnego zanim Vist nas zaspamuje 03.02.02, 14:32
          Oszalal z boi-owkami i boi sie.
          Zbik (mjr)
    • Gość: Kasia E.Kishon-KRÓTKI KURS ATLETYKI PROFESJONALNEJ IP: *.pai.net.pl 03.02.02, 14:51
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      Dzięki telewizji popularność sportu w Izraelu rośnie. By ściągnąć parę tysięcy
      żydowskich fanatyków, nie trzeba aż dwudziestu dwóch piłkarzy -wystarczy
      niekiedy dwóch ciężkiej wagi zapaśników. Pod warunkiem jednak, że znają się na
      interesach. Nie chcę przez to powiedzieć, że w sporcie profesjonalnym chodzi
      wyłącznie o szmal. Chodzi także o to, aby publiczność tego nie zauważyła.

      KRÓTKI KURS ATLETYKI PROFESJONALNEJ
      -A więc uważaj pilnie, Wajsberger. Wchodzisz na ring, ale nie tak zwyczajnie,
      tylko skaczesz nad linami jak pantera.
      -A dlaczego?
      -Dlatego, ze ty., Wajsberger, jesteś Potworem z Tangeru. Ile razy mam ci to
      powtarzać! Dalej. Widzowie zaczynają na ciebie gwizdać. Wtedy ty się na nich
      wypinasz, a dystyngowanemu panu siedzącemu tuz przy ringu strącasz okulary i
      rozbijasz nos. Ale tak, żeby się krew polała.
      -Koniecznie tak muszę?
      -Nie zadawaj głupich pytań. On już zresztą jest opłacony. Jako brutal chwytasz
      jeszcze sędziego za kołnierz i wyrzucasz go z ringu.
      -Biedny gość.
      -Biedny? Już ty się o niego nie martw -dostaje swoje trzy procent od wpływu
      brutto. Kiedy wróci na ring, będzie chciał ci udzielić upomnienia. A ty mu się
      tylko roześmiejesz w nos i pogrozisz pięścią. W tym momencie jeden z
      podnieconych widzów rzuci w twoją stronę flaszkę po piwie, żeby ci rozbić
      głowę...
      -Aj waj!
      -Nie ma strachu, Wajsberger. On chybi. Na pewno. Ten facet już nie pierwszy raz
      dla mnie rzuca. A poza tym policjanci natychmiast go wyprowadzą.
      -Można im zaufać?
      -Spokojna głowa! Wczoraj przećwiczyliśmy z nimi tę scenę dwa razy. Wszystko w
      porządku. A teraz pomówmy o naszej brutalnej walce. Od pierwszej chwili nie ma
      żadnych Wątp1iwosci, ze o regułach czystej gry nigdy w życiu nie słyszałeś.
      -A czemu?
      -Wajsberger, zaczynam w ciebie wątpić. Kim chcesz w końcu zostać: zawodowym
      atletą czy żebrakiem? A więc: nadrywasz mi uszy , rzucasz mnie na matę,
      skaczesz po mnie kopytami i przeklinasz po arabsku.
      -Wolałbym po żydowsku...
      -Nie wchodzi w rachubę. Zapominasz, Wajsberger, że ty jesteś Potwór z Tangeru.
      Kiedy ty mnie będziesz poniewierał, wyskoczy nagle z drugiego rzędu pewna pani
      i zacznie histerycznie krzyczeć: "Ja nie mogę na to dłużej patrzeć! Pfuj!
      Wyrzucić tego kalosza! Potwór z Tangeru przekupił sędziego!"
      -Ale to nieprawda.
      -Nie bądź idiotą. Kobieta jest żoną tego sędziego. Wszystko, Wajsberger, musi
      być z góry zaplanowane. Więc sędzia ringowy będzie usiłował nas rozdzielić, ale
      ty wciśniesz mu głowę między liny, a kiedy będzie ledwie dyszał, ściągniesz mu
      spodnie. Ze wstydu zemdleje. Sprowadzony z sali lekarz stwierdzi atak serca.
      -Wielki Boże!
      -Przestań wreszcie jęczeć, Wajsberger. Doktor także jest nasz. Zanim nowy
      sędzia wejdzie na ring, publiczność urządza koncert gwizdania przeciwko tobie.
      Ty się znowu wypinasz, pokazujesz język, robisz różne nieprzyzwoite i obraźliwe
      gesty.
      -Czy to konieczne?
      -Taki jest zwyczaj. Tymczasem policja dostaje posiłki z komisariatu i obstawia
      ring dookoła.
      -Czyżby policja... tez?
      -A coś ty myślał? Nasza walka toczy się dalej i jest coraz bardziej bestialska.
      Wkładasz mi palce w oczodoły i naciskasz tak, ze gały mi lada chwilą wypłyną...
      -Uj, niedobrze mi... Dałoby się to może jakoś inaczej?
      -Wajsberger, bądź mężczyzną. Catch-as-catch-can to nie zabawa. Bezrobocie tym
      bardziej.
      -Ale ja nie jestem żadnym brutalem. Ja jestem tylko gruby.
      -A jak byś ty chciał wygrać bez brutalności?
      -To znaczy, ze ja tę walkę wygram?
      -Powiedziałem tylko "chciał". O wygraniu mowy nie ma. Ja, Samson Ben Portat,
      Duma Negewu, z arabskim potworem przegrać nie mogę. Co do tego, to ty nie
      powinieneś mieć żadnych wątpliwości. Dobra. Siedzisz więc na mnie i wykręcasz
      mi stopę tak straszliwie, ze ja się zwijam z bólu. W pewnym momencie padam na
      łopatki. Sędzia zaczyna mnie liczyć. Ale właśnie, gdy dochodzi do dziewięciu,
      ja nagle odwracam się i drugą, tą wolną nogą, daję ci takiego kopa w brzuch, ze
      ty...
      -Uj, nie, nie.
      -Kopnięcie jest już zafiksowane, Wajsberger. Odrzucam więc cię na trzy metry,
      ty zaplątujesz się w liny, ja skaczę na ciebie, rzucam cię na matę i wśród
      dzikiego wrzasku publiczności kładę na łopatki. Gdy sędzia ogłasza moje
      zwycięstwo, rzucasz w niego stołkiem.
      -Stołkiem?
      -Stołkiem. Po to właśnie stoi w narożniku. Ale nie trafisz w sędziego, tylko w
      takiego starszego pana, który siedzi w trzecim rzędzie. Staruszek jęcząc pada
      na ziemi«. Oburzony tłum rzuca się w stronę ringu, żeby cię zlinczować.
      -Na miłość boską!
      -Nie ma strachu, Wajsberger, zaręczam ci. Czyżbyś jeszcze nie pojął tego
      wszystkiego? Widzowie także nalezą do sitwy. Wiedzą, ze mają cię zlinczować,
      gdy tylko starszy pan osunie się z krzesła.
      -No dobrze, ale... jeżeli ktoś odkryje, ze to wszystko jest wyreżyserowane. ...
      -Co to znaczy "ktoś" ! Czyżbyś przypuszczał, ze będę czekał, aż się w nasze
      szeregi wciśnie ktoś niepowołany? Wajsberger, Wajsberger! Przezorność wprawdzie
      nakazuje liczyć się z interwencją policji. Że niby oszukujemy publiczność. Ale
      nam potrzebny jest ruch. Nam potrzebna jest reklama w prasie. Na cud nie wolno
      liczyć... Masz jeszcze jakieś pytanie?
      -Tylko jedno. Jeżeli ci ludzie wiedzą, ze będą oszukani, to czemuż oni
      przychodzą na nasze walki?
      -Bo oni są miłośnikami sportu, Wajsberger. Oni kochają sport. Oni są
      idealistami.

    • Gość: Kasia E.Kishon- TAXI Z TELEWIZOREM IP: *.pai.net.pl 03.02.02, 15:24
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      TAXI Z TELEWIZOREM
      Na pierwszy rzut oka taksówka, do której wsiadłem na rogu ulicy Frischmanna,
      była taka sama jak wszystkie inne na Bliskim Wschodzie: trochę zdezelowana,
      jednak zdolna jeszcze do jazdy, popielniczki zapchane resztkami jedzenia i
      papierkami, na siedzeniach poprzylepiane resztki gumy do żucia, na oparciach
      sprężyny sterczące przez dziury wypalone papierosami. Jednym słowem: normalna
      żydowska taksówka. Osobliwością był jednak kierowca -kawał barczystego draba,
      pochodzenia chyba wschodnio-europejskiego, jak mogłem wywnioskować z jego
      profilu. Mówię o profilu, bo właśnie tylko profil miałem możność obserwować w
      czasie jazdy. Kierowca bowiem jechał siedząc bokiem i mając wzrok wbity gdzieś
      w podłogę -tak na prawo w dół.
      Nagle usłyszałem znane staccato: "pi-pi-pi-pi". Była dokładnie godzina
      dwudziesta pierwsza.
      -Co tam będzie w radiu? -zapytałem.
      -Nie mam pojęcia -brzmiała odpowiedz. -Włączyłem telewizję;. Simon Templar .
      Pochyliłem się; trochę; do przodu i spojrzałem kierowcy przez ramię;. Istotnie:
      u jego stóp leżał mały telewizorek. Na ekran wchodził właśnie nowy
      odcinek: "Simon i 40 rozbójników". Dźwięk i obraz były nienajgorsze, czasem
      jednak skrzynka mocno podskakiwała, ponieważ magistrat Tel Awiwu zabrał się
      wreszcie do reperowania głównej arterii miasta. Gdy przemierzaliśmy ulicę Ben
      Jehudy, Simon rozłożył właśnie jakiegoś łotra- intelektualistę na podłodze, a
      sam obejmował kibic apetycznej branki. Aliści helikopterem nadlatywał już
      tłusty szpieg.
      -Usiądź pan już wreszcie -powiedział kierowca nie zmieniając ustawienia
      profilu. -Zasłania mi pan widok do tylu.
      Chcąc nie chcąc musiałem opaść na siedzenie.
      -Jak ja panu przeszkadzam? Przecież i tak patrzy pan cały czas na swoje nogi.
      -Nie pański interes. Ja znam trasę i nie muszę jej stale obserwować.
      -To pewnie dlatego pan teraz przejechał skrzyżowanie na czerwonym świetle, co?
      -Cicho! Nadchodzą...
      Moje na nowo podjęte próby podglądnięcia, co się dzieje, kierowca skontrolował
      nielojalnie: przestawił skrzynkę w drugi kąt. A trzeba wiedzieć, ze przepadam
      za Simonem Templarem. Wolę go nawet od "Bonanzy" .
      Na nieco chwiejnych kołach wtoczyliśmy się w aleję Nordau. Jeżeli dobrze
      słyszałem, to na ekranie szła akurat dzika rozróba;
      -Siadać! -zarządził profil.-To jest aparat miniaturowy - tylko dla kierowcy.
      O włos minęliśmy się z jakimś mopedem pomalowanym na psychodeliczne kolory, ale
      najwyraźniej jeszcze bez telewizora. Profil wychylił się przez okienko. Jego
      glos osięgnął natężenie syreny holownika ryczącej we mgle portowej :
      -Gdzie się pchasz, baranie? Naucz się najpierw jeździć! Chcesz nas pozabijać,
      idioto?
      Podczas gdy dziecko na hulajnodze porównawszy wytrzymałość naszych pojazdów
      poszukało ratunku w ucieczce, mnie udało się rzucić okiem na ekran. Simon jedną
      rękę rozwalał czaszkę grubemu łotrowi, temu z mikrofilmem, a drugą trzymał na
      dystans jego agentów. I to wszystko w jadącej slalomem taksówce.
      -Nędzne pudło -użalił się profil. -Japoński szmelc. W Ameryce kosztuje
      osiemdziesiąt dolarów, a tu żądają dwa tysiące funtów. Ale nie ode mnie, he,
      he! Na mnie długo jeszcze poczekają. Mój szwagier z Brooklynu przeszwarcował to
      bez cła..
      Zaniósł się śmiechem, ale raptownie przerwał, bo właśnie Simon zagroził
      wstrętnemu milionerowi, ze go wsadzi do pudła, a ponadto prawe koło wpadło na
      chodnik, odbiło się i z hukiem wylądowało na jezdni. Zwolna zacząłem tracić
      cierpliwość.
      -Czemuż, do diabła, prowadzi pan jedną ręką?
      -Drugą muszę trzymać drut, bo inaczej odbiór wysiada. Jeden mechanik mi
      powiedział, ze kiedy trzymam drut, to jestem jak antena. On żyje z moją
      siostrą. Już od dwóch łat. Mechanik. Równy chłop.
      Prześliznęliśmy się o jakieś półtora milimetra obok długiego, ciężkiego
      transportera. Jeśli tak dalej pójdzie, to Simon wplącze nas jeszcze w jakieś
      nieszczęście.
      -Przepisy! -krzyknąłem pomiędzy dwoma dzikimi skokami auta. -Przepisy
      zabraniają instalowania telewizorów w wozach osobowych.
      -Śmiej się pan z tego! Pokaz mi pan taki przepis. Ale są inne przepisy. Ze, na
      przykład, zabrania się pasażerowi rozmawiać z kierowcą.
      -Niech się pan nie obawia. Już policja się tym zajmie.
      -Jaka policja? Simon musi wszystko sam załatwić. Policja zjawi się jak nic już
      nie będzie do roboty. Tak samo jak u nas. A potem dadzą im jeszcze
      ordery .Niech mi pan nie opowiada takich bajeczek o policji, panie kochany.
      Simon musiał widocznie przystąpić do decydującej rozgrywki, bo profil patrzył w
      podłogę jak skamieniały. Jechaliśmy zygzakiem.
      -Twardy chłop, nasz Simon. I babkom tez się nie daje. Pogada, poderwie, ale do
      małżeństwa się nie pali. Trzyma się w formie, żeby załatwić gangsterów. I jak
      on ich załatwia! Ludzie mówią, ze ma szczęście. Ale w tych rzeczach można nie
      mieć szczęścia i...
      A jednak. Czasami trzeba mieć. Jak na przykład my teraz. Chociaż auto z
      przeciwka waliło wprost na nas, uniknęliśmy zderzenia czołowego. Od momentu,
      gdy Simon siedział na karku gangstera uciekającego ze skradzioną bombą, miałem
      takie niejasne wrażenie, jak byśmy jechali ulicą jednokierunkową pod prąd.
      -Siadać -warknął profil. -Ile razy pan mi jeszcze zasłoni widok do tylu?
      -Niech mi pan przynajmniej powie, co się dzieje na ekranie.
      -Zwariował pan? Jak ja mam to zrobić? Prowadzić, drut trzymać, patrzeć i
      jeszcze opowiadać?
      -Uwaga!!!
      Zgrzyt hamulców i w ostatniej sekundzie stanęliśmy nos w nos z ogromną,
      ciemnoczerwoną cysterną. Simon wyszedł cudem bez szwanku. Profil wrzucił
      wsteczny bieg i dojechał do narożnika.
      -Dość -powiedziałem. -Wystarczy mi. Wysiadam.
      -Osiem siedemdziesiąt.
      Wziął należność i nawet na nią nie spojrzał. Pieniądze go nie interesowały.
      Interesował go Simon Templar .
      Wysiadłem z taksówki. Wokół jakaś całkiem nieznana okolica.
      -Gdzie ja jestem? To przecież nie jest Ramat Awiw.
      -A pan chciał do Ramat Awiw? Czemu mi pan tego nie powiedział?
      I odjechał nie oglądając się na mnie. Oczy miał zresztą skierowane na ekran
      japońskiego telewizorka. Nędzny to grat, ale, jeśli się trzyma drut ręką, to
      odbiór nie jest w końcu najgorszy.

    • Gość: Kasia E.Kishon- KTO, Z KIM, KOGO NA EKRANIE TELEWIZORA IP: *.pai.net.pl 03.02.02, 16:21
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewński)
      Pożegnajmy telewizję, ten ze wszech miar potępienia godny środek przekazu
      masowego, rzutem oka na serial, który stopniowo zawojował cały świat: na "Sagę
      rodu Forsyte’ów". O, błogosławione tygodnie, gdy rozwijała się przed naszymi
      oczami historia tej rodziny, a my identyfikowaliśmy się z jej poszczególnymi
      członkami! Było wielkim błędem Egipcjan, że na dokonanie ataku nie wybrali tego
      właśnie wieczoru, gdy roznamiętniony Soames zniewałal obałamuconą Irenę. Cały
      Izrael znajdował się wówczas w stanie odrętwienia. Ale Egipcjanie też chyba
      wtedy oglądali "Forsyte' ów".

      KTO, Z KIM, KOGO NA EKRANIE TELEWIZORA
      -Kto to jest? -zapytałem. -Czy to ten człowiek, który ukradł książki mężowi
      Fleur?
      -Idiota- odpowiedziała najlepsza z żon. -To jest kuzyn Winifredy, żony
      Montague'a.
      -Tej, co spadła z konia?
      -To była Frances, matka Joan. Zamknij się.
      Każdego piątku z Amirem, który od dawna powinien już być w łóżeczku, siadamy
      naprzeciwko Forsyte'ów. Każdego piątku zagłębiam się w. gąszcz ich drzewa
      genealogicznego. Ostatnio na przykład przez cały czas myślałem, ze malarz, ten
      od tej nagiej modelki, jest synem tej... no, jak jej tam... W każdym razie, ze
      jest synem. A dopiero Amir pouczył mnie, ze chodzi o kuzyna Jolyona starszego.
      Zamknij się.
      Mogliby przecież w jakichś regularnych odstępach wyświetlać na ekranie imiona
      wszystkich bohaterów.
      Uwaga: Mąż Fleur przemawia w Izbie Gmin, a ja nie mam zielonego pojęcia, czy on
      jest synem Soamesa, który przed pięcioma tygodniami zgwałcił Irenę, czy nie.
      Ponadto z pokoju naszej niedawno narodzonej córeczki, Renany, dochodzą
      podejrzane szmery i głośne westchnienia. Wszystko, po prostu wszystko się na
      nas uwzięło! Może dziecko stoi na głowie i trenuje akrobatykę? Żeby tylko nie
      wypadło na podłogę. Okropna myśl. Zimny pot występuje mi na czoło. Moja żona
      tez nie czuje się dobrze.
      -Kto to taki? -pytam znowu. -Myślę o tym chłopcu, co zakochał się we Fleur .
      Gdzieś w ciemnościach słychać dzwonek telefonu. Nikt się nie rusza. I słusznie!
      Kto dzwoni podczas Forsyte'ów, ten już sam wyłączył się z kręgu ludzi
      cywilizowanych.
      Przed trzema tygodniami, zaraz na początku odcinka- dzwonek do drzwi: telegram.
      Dziesięć minut musiał się listonosz dobijać. Tyle trwała rozmowa między
      Soamesem a Ireną. Chodziło tam o zaręczyny Joan, jeśli się nie mylę.
      -Cicho! -warknąłem w stronę drzwi, spoza których dochodziły właśnie zakłócenia
      akustyczne.
      -Cisza! Forsyte'owie! - I skoncentrowałem uwagę na ekranie.
      Plums! Złowieszczy dźwięk czegoś padającego na podłogę i w ślad za tym głośny
      płacz. Żadnych wątpliwości: Renana wypadła z kołyski .
      -Amir! -w moim glosie drga prawdziwa ojcowska troska. - Zobacz, co się stało,
      na milosc boską!
      -Po co? -odpowiada spokojnie mój syn. -Przecież ona już wypadła.
      Wstyd. Ta idiotyczna telewizja jest dla niego ważniejsza niż rodzona siostra. A
      i jego matka tez ogranicza się do dramatycznego załamywania rąk. Na ekranie
      Soames kłóci się z jakimś młodym adwokatem, którego nie znam.
      -A ten co to znowu za jeden? Jakiś krewny Ireny? -Zamknij się.
      Z naszej sypialni dobiegał łoskot, jakby ktoś przesuwał meble i tłukł szyby.
      Młody adwokat w żaden sposób nie może być synem Heleny. Tamten zginał przecież
      trzy odcinki temu. Nie, to jednak nie był w ogóle on. To był architekt
      Bosinney, który wpadł pod powóz.
      -Chcę wreszcie wiedzieć, kto to jest! Może brat Marjorie? -Ona w ogóle nie ma
      brata -syknęła matka moich dzieci. -
      Spójrz na prawo!
      Poczekałem, aż obraz trochę ściemniał i spojrzałem we wskazanym kierunku. Stał
      tam jakiś facet. Z maskę na twarzy i z wyładowanym workiem na plecach. W
      kuluarach parlamentu Michal Mont, mąż Fleur, został właśnie spoliczkowany.
      -Kto to jest ten, co mu dal po ryju? -zapytał człowiek z workiem. -Może to mąż
      Winifredy?
      -Niech pan nie będzie śmieszny- skarciłem go. -Jej mąż już dawno jest w
      Ameryce! Zwiał przecież z tę aktoreczkę. Morda w kubeł !
      Tymczasem Soames wdał się w kolejną scysję z adwokatem i doznał od niego wielu
      przykrości.
      -Ileż ten biedny człowiek musi wycierpieć! -w ciemnościach zabrzmiało
      współczujące westchnienie mojej żony. -Wszyscy huzia na niego.
      -Nie musi go pani tak znowu żałować -powiedział mężczyzna z workiem. -Niech
      pani sobie przypomni, jak on się świńsko zachował wobec Ireny. A to kto?
      -Cicho!
      W pokoju pojawił się obok drugi człowiek z workiem. -Siadać! -krzyknąłem. -Nic
      nie widać!
      Obaj mężczyźni usiedli na dywanie u naszych stóp. Moja życiowa i telewizyjna
      towarzyszka pochyliła się ku mnie:
      -Co tu się dzieje? -szepnęła. -Kto to jest?
      -Brat Anny -odpowiedział jeden z tych dwóch. -I druga żona Jona. Pst!
      Ci dwaj z workami zaczęli gadać między sobą, co bardzo zagłuszało dźwięk. Moja
      żona nerwowymi gestami dawała mi do zrozumienia, ze powinienem cos
      przedsięwziąć, jednakże w sytuacji, która się wytworzyła na ekranie, żadna
      interwencja nie mogła wchodzić w rachubę, dopiero, gdy ukazała się gospodyni
      siostry kuzynki Soamesa, stara, nieapetyczna baba, która nie budziła mojego
      zainteresowania, wymknąłem się do kuchni, żeby wezwać policję. Długo musiałem
      czekać, wreszcie ktoś podniósł słuchawkę i podrażnionym głosem powiedział:
      -Jesteśmy zajęci. Dzwoń pan za godzinę.
      -Ale w moim pokoju siedzi dwóch rabusiów.
      -Czy Forsyte tych tam złapał?
      -Złapał. Przyjeżdżajcie zaraz.
      -Cierpliwości -powiedział dyżurny policjant. -A kto to taki?
      Podałem swoje nazwisko i adres.
      -Nie pana miałem na myśli. No, zresztą dobra. Zachowajcie państwo spokój, zaraz
      tam będziemy.
      Wróciłem do filmu.
      -Dużo mi uciekło? A to kto! Jolly, brat Holly?
      -Bałwan -skwitował mnie tęższy rabuś. -Jolly zmarł na tyfus już w drugim
      odcinku.
      -To znaczy, ze to może być tylko Vic, kuzyn tej nagiej modelki.
      -Vic, Vic, Vic...
      To ćwierkała nasza córeczka Renana, która na czworakach przyczołgała się ze
      swojego pokoju i teraz usiłowała wleźć na mój fotel. Z ulicy dobiegło wycie
      syreny policyjnej. Jeden z rabusiów usiłował powstać, ale w tym momencie
      Marjorie weszła do szpitala i stanęła oko w oko z Fleur przy łózku pacjenta,
      który niewątpliwie był krewnym, tyle tylko, ze nie miałem pojęcia w jakim
      stopniu. Napięcie było nie do zniesienia.
      Ktoś jak ten głupi zaczął się dobijać do naszych drzwi.
      -Kto to? -zapytałem. -Czy to nie ten, którego chcieli wysłać do Australii?
      -To był ojczym Ireny. Zamknij się.
      Drzwi zostały wyłamane. Miałem takie niejasne uczucie, jakby za naszymi plecami
      pojawiło się kilku policjantów i stanęło pod ścianą.
      --Kto to jest? -zapytał jeden z nich. -Mąż Holly i żona Vela?
      -Panowie! Bardzo proszę...
      -Po chwili wahania Fleur odrzuciła zaproponowane pojednanie z Marjorie i poszła
      do domu, aby pielęgnować brata Anny. Dalszy ciąg za tydzień.
      -Nieładnie postąpiła ta Fleur -odezwał się sierżant policji. -To był przecież
      bardzo ludzki gest ze strony Marjorie i Fleur mogła się z nią przeprosić. Przy
      łożu śmierci jej brata!
      Już od drzwi sprzeciwił się jeden z rabusiów:
      -Jeśli pan chce wiedzieć, to Marjorie jest zwykłą szantażystką. A poza tym to
      wcale nie był jej brat. To był Bicket, mąż Vic. To on zaangażował detektywa.
      -Bicket! -wykrzyknąłem, podczas gdy stróże i gwałciciele prawa wspólnie
      wychodzili z mego domu. -Bicket dwa tygodnie temu wyjechał na Daleki Wschód!
      -Wyjechał Wilfred, jeśli wolno zauważyć -skorygowała mnie szyderczo najlepsza z
      żon.
      Jak ona mogła! Ona, która dwa odcinki temu wystawiła się na pośmiewisko
      twierdząc, jakoby Jolyon sprzedawał na ulicy baloniki, zanim wyjechał na wojnę
      burską!
      Jeśli o Forsyte'ów chodzi, to nikt mnie uczyć nie będzie.
    • Gość: Kasia E.Kishon- SZCZERA ROZMOWA Z PEWNYM PSEM IP: *.pai.net.pl 03.02.02, 16:57
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
      Według starej legendy, chętnie kolportowanej przez miłośników psów, kró1
      Salomon umiał podobno rozmawiać ze zwierzętami. Wyznam, że nie robi to na mnie
      wrażenia. Trudno mi też z szacunkiem myśleć o szczekającym królu. Już raczej
      wołałbym psa mówiącego ludzkim głosem.
      SZCZERA ROZMOWA Z PEWNYM PSEM
      Przez kilka miesięcy miałem wrażenie, jakoby moja suczka Franzi interesowała
      się seksem tylko w jego grupowej formie. w końcu odkryłem jednak, ze jest
      zakochana w pewnym kudłatym, czarnym kundlu niewiadomego pochodzenia, który
      ostatnio regularnie u nas bywa i jest traktowany przez Franzi jako ktoś stały.
      Ja osobiście nie cierpiałem tego drania. Cala jego postać napełniała mnie
      wstrętem. Robił na mnie wrażenie hipisa. Wpuszczałem go do domu tylko ze
      względu na Franzi. Podczas ostatniej wizyty, gdy Franzi zajęta była czymś w
      kuchni, moja gościnność posunęła się tak daleko, ze zacząłem go drapać po
      brzuchu. Psy przepadają za tym. Lubią się położyć na grzbiecie i wyciągnąć
      wszystkie cztery łapy do góry, żeby tylko niczego nie uronić z rozkoszy
      drapania.
      -Dobry piesek, dobry, dobry -mruczałem podczas tej pieszczoty. -Piesek bardzo
      się cieszy, kiedy go drapiemy -prawda?
      -Ani, ani -zabrzmiała głośna i wyraźna odpowiedź. -W ogóle nie cieszę się. Ale
      sam nie mogę się tam podrapać. Takie jest życie.
      Byłem nieco zaskoczony. Jak to? Ten kundli bękart, włóczący się całymi dniami
      po ulicach i nie mający z pewnością nawet podstawowego wykształcenia, mówi
      bezbłędnie po hebrajsku?
      -Wybaczy pan -powiedziałem zaaferowany. -Pan rozumie ludzką mowę?
      --Wszystkie psy rozumieją ludzką mowę. One tylko ukrywają to przed ludźmi.
      -Ale dlaczego?
      -Ponieważ ludzie z ich głupią gadaniną i tak są dostatecznie nudni. Gdyby
      jeszcze wiedzieli, ze my ich rozumiemy, nie byłoby z tym końca. ..Ale dlaczego
      przestał pan mnie drapać po brzuchu, drogi panie? Proszę spokojnie kontynuować,
      jeśli to panu sprawia przyjemność. O mnie niech się pan nie martwi. Ja jestem
      nauczony nie stawiać oporu. Czy życzyłby pan sobie może, abym jeszcze wyciągnął
      język i merdał ogonem? Albo rozkosznie mruczał?
      Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Nie mam żadnego doświadczenia w rozmowach z
      obcymi psami.
      -W każdym razie -powiedziałem wreszcie -gratuluję panu, ze znalazł pan sobie
      taką miłą suczkę jak nasza Franzi.
      -Miłą?
      -Tak sądzę. Przecież wystarczy, żebym gwizdnął, a już siedzi mi na kolanach i
      liże mnie po brodzie. Czasami to nawet staje na ty1nych łapkach, żeby sięgnąć
      mego nosa. Ona jest mi szczerze oddana.
      -Szczerze! -zawarczał amant mojej suczki i zapalił papierosa. -Oddana! Można
      się uśmiać! Ona w ogó1e nie wie, co to słowo znaczy. Mnie na przykład pozwala
      się do siebie zbliżyć, kiedy jest w tym okresie, co pan wie. A gdy tylko
      dostanie co jej trzeba, wyrzuca mnie za drzwi. Nigdy jeszcze nie wpadła na
      pomysł, żeby przedstawić mnie swoim szczeniętom, do których powstania przecież
      przyczyniłem się w jakimś stopniu. Nigdy tez nie zdarzyło się jej zostawić dla
      mnie choćby jednego kąska z tego, co dostaje od pana, a dostaje przecież za nic.
      -Do mnie -odparłem oburzony -odnosi się bardzo serdecznie i po przyjacielsku.
      -Nic dziwnego. Ona jest religijna.
      -Ona jest jaka?
      -A żeby pan wiedział, mój panie! Franzi w stosunkach z psami jest stworzeniem
      brutalnym i egoistycznym. Serdeczna i przyjacielska jest tylko wobec bogów. A
      już wszechmocnego obdarza miłością wręcz fanatyczną.
      -Kto to jest „wszechmocny"?
      -Pan.
      -Ja?
      -Tak, pan. Z psiej perspektywy. Pan jest duży i silny, pan może zbić. Pan żywi
      Franzi, pan zapewnia jej dach nad głową i daje ochronę prawną. A co pan dostaje
      w zamian? Dzienną rację merdania ogonem, służenie na tylnych łapkach i tym
      podobne dziecinne figle. I wszystko w porządku. Ludzie interesuję się przecież
      psem o tyle, o ile pies się zachowuje po ludzku. Wtedy jest to pieseczek,
      kochany pieseczek. No, nam to tez odpowiada. Wpadamy automatycznie w
      podniecenie, gdy drapiecie nas po brzuchu. Jesteśmy gotowi natychmiast biec po
      kij, który nam rzucacie, wiemy bowiem, że to was uszczęśliwia. No bo jednak
      łatwiej odgrywać teatr, niż latać po świecie z pustym brzuchem.
      -Tak czy inaczej, psy są najwierniejszymi przyjaciółmi ludzi.
      -Ludzi? Jakich ludzi? Franzi jest pańskim przyjacielem. Pańskim i nikogo
      więcej. Ponieważ pan jest tym, który dba o jej egzystencję. Czyżby pan jeszcze
      nie znal tego łacińskiego przysłowia "ubi bene, ibi canis"? Co się
      tłumaczy: "Gdzie dobrze jest, tam i pies." Gdyby Franzi dostawała lepsze żarcie
      od kogoś innego, wtedy on byłby jej bożkiem, nie pan. Ona jest ściśle
      monoteistyczna. Wierzy w jednego bożka i lekceważy innych, zwłaszcza
      niezamożnych i tych, od których nie można się spodziewać żadnych korzyści.
      Czyżby pan nie zauważył, jak ona zaczyna dziko szczekać, gdy w drzwiach stanie
      żebrak lub domokrążca? A jeżeli nie szczeka, może być pan pewien, ze to jakiś
      oszust, który w domu trzyma pod materacem całe paczki banknotów.
      -W każdym razie Franzi wykonuje swoje obowiązki -pilnuje naszego domu.
      -Franzi pilnuje pańskiego domu! Niech pan nie będzie śmieszny, mój panie! To,
      czego Franzi pilnuje, jest jej domem. Ona pilnuje swego chleba powszedniego i
      surowo baczy, aby inny pies jej tego nie zabrał. To, co pan uważa za
      wypełnianie obowiązków, jest zwykle walkę o byt. Można to tez nazwać
      egzystencjalizmem, jeśli czytał pan Sartre’a.
      -Nie czytałem. Nie jestem psem.
      -Nie, oczywiście nie. Ale być wszechmocnym to duża przyjemność. I puszyć się
      swoją wielkodusznością. I od rana do wieczora pozwalać się wielbić jakiejś
      zależnej od siebie kreaturze. Zaiste –być psem przy człowieku to szczególny
      zawód. Sądzę, ze my, psy, jesteśmy jedynymi na świecie stworzeniami, które żyją
      z głupoty człowieka -zechce pan wybaczyć.
      Popadłem w zadumę:
      -No, tak... zatem... cóż by należało czynić?
      -Nic. Niech pan zapomni, co panu mówiłem, łaskawy panie. To był tylko żart. A
      poza tym -psy przecież w ogóle nie potrafią mówić...
      To mówiąc położył się na grzbiecie i wyciągnął zapraszająco wszystkie cztery
      łapy, jak to zwykle czynią psy, gdy chcą być podrapane po brzuchu.
      Podrapałem go. Spojrzał na mnie, zaczął przyjaźnie mruczeć i wywalił język.
      Psy bardzo lubią, kiedy się je drapie po brzuchu.

    • Gość: Kasia E.Kishon- DWIE WERSJE PEWNEGO WYWIADU IP: *.pai.net.pl 03.02.02, 17:12
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)
      Długoletnie doświadczenie doprowadziło mnie do wstrząsającego odkrycia: poziom
      wywiadu prasowego nie zależy bynajmniej od inteligencji lub dowcipu osoby
      wypytywanej, lecz pytającej. I klops. Chyba, że się. trafi na jakiegoś
      dziennikarza-intelektualistę.. Ale gdzie są tacy?
      DWIE WERSJE PEWNEGO WYWIADU

      WYWIAD PRZEPROWADZONY:
      -Szalom, panie Tola'at Shani. Pan pozwoli -na imię mi Ben. Redakcja mnie tu
      przysłała. To znaczy do pana. Czyli na wywiad.
      -Niech pan siada, młody człowieku. Jestem do pańskiej dyspozycji.
      -Niezła buda, ta tutaj pańska. Pierwszy sort, daję słowo. Podpiwniczona ?
      -Powiedzmy, ze tak. ..
      -I z ogródkiem. Takie chałupy teraz kosztują, no nie?
      -Z pewnością.
      -.No więc. Jak już powiedziałem. Mam zrobić z panem wywiad na temat pańskiej
      ostatniej powieści. Napisał ją pan przecież, co?
      -Skończyłem właśnie pracę nad tym dziełem.
      -Wspaniałe. Czyli ma pan już to z głowy. Jaki tytuł
      -"Z prochu powstałeś".
      -Fajno. Możemy przejść na "ty".
      -To jest tytuł mojej nowej książki.
      -Ach, tak. No, ale to będzie na pewno bomba. Jak i poprzednie pańskie książki.
      Pan w ogóle pisze same bombowe rzeczy.
      - Staram się jak mogę. Uda mi się, to i czytelnicy są zadowoleni.
      -Bardzo słusznie. Ale dlaczego pan, panie Tola'at Shani, ten kurz, to znaczy tę
      powieść, czy co tam to jest. Jednym słowem tę książkę -czemu panu ją napisał? I
      właśnie teraz?
      -Niech pan, proszę, jakoś to bardziej sprecyzuje, mój chłopcze.
      -Okay! Może być. Dla mnie to wszystko jedno. A więc ja bym chciał wiedzieć, o
      co się w tym kawałku rozchodzi.
      -Jeśli pana dobrze zrozumiałem, to chciałby pan poznać fabułę mego utworu?
      -O, właśnie. Fabułę. Tak przecież mówiłem.
      -Nie sądzi pan, ze należałoby robić jakieś notatki, przyjacielu?
      -A po co? Ma się wszystko tutaj. W głowie. No więc ta cala fabuła -jak to z nią
      jest?
      -Moja powieść jest szeroką panoramą ludzkich ułomności, potknięć i cierpień.
      Akcja rozgrywa się podczas drugiej wojny światowej. Bohaterem jest żołnierz
      brygady żydowskiej we Włoszech. Piękna córka burmistrza pewnej małej
      miejscowości na południu zakochuje się w tym żołnierzu...
      -Powiedział pan "żołnierzu". Będzie więc chyba dużo fajnej kopsaniny, co?
      -Czego, proszę?
      -Kopsaniny. To znaczy takich, no... walk.
      -Owszem, o tym tez piszę, ale raczej marginesowo. Głównie chodzi mi o ten
      wewnętrzny konflikt, który powstaje w duszy naszego bohatera, gdy styka się z
      okrucieństwami wojny.
      -Co to znaczy "naszego bohatera"? Co to za bohater?
      -Bohater tej powieści.
      -Powinien pan to powiedzieć wyraźniej. No, ale co z nim w końcu.
      -W sercu tego żołnierza toczy się walka między jego uczuciami patriotycznymi a
      głęboką odrazą do nieludzkich aspektów tej wojny.
      -Kto wygrywa? A to tam -co to jest za obraz?
      -Jaki obraz?
      -Ten na ścianie. Nad panem.
      -To nie żaden obraz, młody przyjacielu. To mój dyplom uniwersytecki.
      -Dyplom. Świetnie. A za co ten dyplom? Zresztą nieważne.
      A więc pańska książka o Włoszech jest historią prawdziwą?
      -W pewnym sensie. Sceneria jest autentyczna, ale fabuła jest jakby
      trawestacją „Antygony" Sofoklesa.
      -Kogo?
      -Sofoklesa. Autora większości tragedii greckich.
      -Znam. Z tym to ma pan rację. Ale przedtem mówił pan cos o jakimś proteście
      przeciwko wojnie.
      -Antygona była córką króla Edypa. ..
      -Oczywiście, Edypa. Tego od psychoanalizy. Całkiem nieźle... A zatem to jest ta
      pańska fabuła, jak ją pan nazywa.
      -Fabuła z konieczności ma charakter lokalny. Ale ogólne przesłanie jest
      uniwersalne. Jest jakby inwentaryzacją problemów naszej epoki. Czy jednak nie
      powinien pan sobie kilku rzeczy zapisać, drogi przyjacielu?
      -Nie ma potrzeby. Ja pamiętam wszystko. O to niech się pan nie martwi. Co tu
      jeszcze? Aha: nie posiada się pan, oczywiście, z radości?
      -A to czemu?
      -Zawsze jak się cos upchnie, to człowiek z radości chce wyskoczyć ze skóry.
      Wyskakuje pan ze skóry?
      -Hm. ..jakby tu powiedzieć...raczej ...

      WYWIAD OPUBLIKOWANY:
      "NIE POSIADAM SIĘ Z RADOŚCI!" -MÓWI AUTOR POWIEŚCI "ODKURZACZ" UDZIELAJĄC
      EKSKLUZYWNEGO WYWIADU NASZEMU WSPÓŁPRACOWNIKOWI
      Znany literat Tola'at Shani udzielił mi w swojej rezydencji nader ekskluzywnego
      wywiadu. Tematem była jego najnowsza powieść, której autor przepowiada
      przyszłość bestsellera.
      Siedzę naprzeciwko pisarza w jego ze smakiem urządzonym atelier i podziwiam
      ostro zarysowany profil, smukłą sylwetkę, a także długie, nerwowe palce
      Mistrza. Za oknem piękny widok na sąsiednie wille. Jest późne popołudnie.
      Tola'at Shani: -Jak się panu podoba mój dom?
      Ja: Owszem, niczego.
      T. Sh. (z dumą): -Mam tu własny ogródek, czterdzieści sześć metrów kwadratowych
      powierzchni użytkowej i łazienkę z wodą bieżącą. Nabycie i utrzymanie takiego
      domu kosztuje dzisiaj majątek.
      Ja: -Czy mógłbym pana zapytać o fabułę pańskiej nowej powieści?
      T. Sh: -Alei proszę. Bardzo chętnie. Oto historia. Jest więc pewien major
      żydowskiej brygady (akcja rozgrywa się za granicą). Niedziela. Wielka
      strzelanina i bijatyka. Krótko i węzłowato: nieziemska rozróba! A młoda córka
      we włoskim miasteczku (rzecz ma charakter klasyczny!), piękna jak gwiazda
      filmowa, zakochuje się w pewnym młodym pisarzu, który nic tylko marzy i marzy.
      Taki ogólnie marzyciel, można powiedzieć.
      Ja: -Jeden z naszych żołnierzy, prawda?
      T. Sh: -Słusznie. W domu chodzi na uniwersytet (jeśli już mówimy o tym
      żołnierzu). Chodzi nawet na różne wydziały. Ale tu, jako żołnierz, popada w
      liczne konflikty, w ostrą rywalizację o tę dziewczynę. Ona nazywa się Szula...
      Ja (przerywając): -Momencik, drogi przyjacielu. Szula... Szula- to brzmi jakby
      imię z jakiejś greckiej tragedii.
      T. Sh: -Zgadza się. Trafił pan w sedno. Ta dziewczyna -Szula, jakeśmy ją
      nazwali- jest przeciwko wojnie, a zarazem jest zwariowana na punkcie tego...
      Ja: -Edypa?
      T. Sh: -O, właśnie. Tak więc to zręcznie urządziłem, że kompleks nawiązuje
      wprost do tragedii Syfoluksa. Może powinienem pana jeszcze uświadomić, że nasz
      bohater ma trochę innego rodzaju skłonności -pan rozumie? Ale on to starannie
      ukrywa. W końcu jednak jest to historia z życia.
      Ja: -Czy można by zatem powiedzieć, że jest to jakby bilans epoki atomowej?
      T. Sh: (zaskoczony): -Sądzi pan?
      Ja: -Bez wątpienia tak jest.
      T. Sh: -No, nie chciałbym wkładać kija w mrowisko, pan rozumie. Tam na ścianie
      wisi mój dyplom.
      Ja: -Wspaniale, Tola'at Shani.
      T. Sh: -A dyplomów nie dostaje się tak sobie, zgodzi się pan chyba? Coś jeszcze
      może?
      Ja: -Tylko jedno, ostatnie już pytanie: jest pan zadowolony, ze ma pan
      ten "Odkurzacz" z głowy?
      T. Sh: -Wprost nie posiadam się z radości!
    • Gość: Kasia E.Kishon- NIE MA LITOŚCI DLA WIERZYCIELI IP: *.pai.net.pl 03.02.02, 17:29
      Ephraim Kishon (tłum. Stanisław Lewański)

      NIE MA LITOŚCI DLA WIERZYCIELI
      Nie ma na świecie rzeczy bardziej przykrej niż dług moralny. Oprócz
      finansowego. Kombinacja obu jest absolutnie zabójcza. Jak tego dowodzi
      następująca historia:

      Czwartek, 7 czerwca -
      Spotkałem dziś na ulicy przypadkowo Manfreda Toscaniniego. Był bardzo
      wzburzony. Jak wynikało z jego przeplatanego przekleństwami opowiadania,
      pragnął pożyczyć sto funtów od Jaszy Obernika, a ten lump, ten opryszek, ten
      śmierdzący skunks nie wstydził się odpowiedzieć: -Mam, ale ci nie pożyczę! -
      Długo będzie czekał, nim znowu Manfred zechce z nim rozmawiać! -Czyżbyśmy już
      tak nisko upadli? -zapytał mnie Manfred. -Czy już na tym zepsutym świecie nie
      tli się ani jedna iskierka przyzwoitości, przyjaźni, życzliwości?
      -Alei, Manfredzie! -uspokajałem go. -Po co te nerwy? -I wręczyłem mu banknot
      stufuntowy.
      -Nareszcie człowiek! -wyjąkał Manfred i z trudem ukrył napływające do oczu
      łzy. -Najpóźniej w ciągu dwóch tygodni dostaniesz pieniądze z powrotem, możesz
      na mnie polegać!
      Jeśli dobrze zrozumiałem wypowiedz mojej żony, to jestem idiotą. Ale przecież
      przywróciłem Manfredowi Toscaniniemu wiarę w człowieka. I nie chciałbym mieć w
      nim wroga.

      Poniedziałek, 18 czerwca
      Gdy wychodziłem z "Cafe Rio", natknąłem się na Manfreda Toscaniniego. Poszliśmy
      dalej razem. Starannie unikałem jakiejkolwiek wzmianki o pożyczce, wydawało mi
      się jednak, że to właśnie budziło jego szczególne rozgoryczenie. -Powodu do
      obaw chyba nie masz -zasyczał. -Przyrzekłem ci, że dostaniesz swoje pieniądze w
      ciągu czternastu dni, a czternaście dni jeszcze nie minęło. Czego ty właściwie
      chcesz? -Broniłem się wskazując na to, ze nie wspomniałem o pieniądzach ani
      słowem. Manfred oświadczył, iż nie sądzi, abym był lepszy od innych, i
      pozostawił mnie na środku ulicy.

      Wtorek, 3 lipca
      Przykre zajście na tarasie kawiarni. Manfred Toscanini siedział z Jaszą
      Obernikiem i przyglądał mi się badawczo. Był wyraźnie wzburzony. Starałem się
      możliwie niewinnie patrzeć prosto przed siebie, ale to tylko pogorszyło sprawę.
      Manfred powstał, przystąpił do mnie i oświadczył tak głośno, ze słychać go było
      w całej kawiarni: -Dobrze, przyznaję: jestem kilka dni w zwłoce. No i co z
      tego? Świat się nie zawali. I nie musisz mi się tak przyglądać z wyrzutem! -
      Usiłowałem replikować, ze nic takiego nie uczyniłem. Na to Manfred nazwał mnie
      kłamcą i jeszcze dodał cos, co raczej trudno powtórzyć. Obawiam się, ze mogą
      być komplikacje.
      Moja żona powiedziała to, co kobiety zwykle w takich razach powtarzają: -A nie
      mówiłam? -I uśmiechnęła się sardonicznie.

      Środa, 111ipca
      Jak słyszę, Manfred Toscanini rozgłasza wszędzie, ze jestem beznadziejnym
      narkomanem i że dwie znane adwokatki wniosły przeciwko mnie proces o alimenty.
      Oczywiście ani słowa w tym prawdy! Morfina! Ja nawet nie palę.
      Żona jest zdania, ze dla wewnętrznego spokoju powinienem zrezygnować z tych stu
      funtów.

      Piątek, 13 lipca
      Widziałem dziś Toscaniniego stojącego w ogonku do kina. Na mój widok postawił
      oczy w słup, żyły na czole mu nabrzmiały, a kark zesztywniał. -Manfred -
      powiedziałem łagodnie. - Chciałbym ci cos zaproponować: zapomnijmy o całej
      historii z tymi pieniędzmi. To zresztą drobiazg. Już nie jesteś mi nic winien.
      W porządku? -Toscanini dygotał z wściekłości. Nie panował już nad sobą -w takim
      stanie jeszcze go nie widziałem. Obernik, z którym szedł do kina, musiał go
      hamować, inaczej rzuciłby się na mnie.
      Moja żona tylko powiedziała: -Czy ja ci tego nie mówiłam?

      Czwartek, 2ó lipca
      Coraz częściej ludzie pytają mnie, czy prawdą jest, ze zgłosiłem się na
      ochotnika do Vietcongu i tylko ze względów zdrowotnych zostałem odrzucony.
      Wiem, naturalnie, kto kryje się za tymi pogłoskami. Ten sam, który w nocy wybił
      mi okno kamieniem wielkości pięści. Gdy wczoraj wszedłem do kawiarni, poderwał
      się i zaczął warczeć: -Czy to jest kawiarnia, czy azyl dla włóczęgów? -Aby
      uniknąć komplikacji, kelner wyrzucił mnie za drzwi.
      Moja żona to przepowiadała.

      Środa, 8 sierpnia
      Dziś odwiedził mnie mój ukochany kuzyn Aladar i poprosił o pożyczkę w wysokości
      dziesięciu funtów. -Mam, ale ci nie pożyczę -odpowiedziałem. Aladar jest moim
      ukochanym kuzynem, nie chciałbym tej przyjaźni rujnować. I bez tego mam dosyć
      kłopotów. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zabrało mi paszport. -Czekamy na
      wiadomość z Wietnamu -padła tajemnicza odpowiedź, gdy zapytałem, kiedy otrzymam
      paszport z powrotem. Tyle co do moich planów ucieczki za granicę.
      Moja żona, której ostrzeżenia puszczałem wcześniej mimo uszu, nie pozwala mi
      już wychodzić na ulicę samemu. W jej towarzystwie udałem się po ratunek do
      psychiatry. -Toscanini nienawidzi pana, ponieważ wzbudza pan w nim poczucie
      winy -wyjaśnił mi. -W stosunku do pana cierpi na przemieszczenie kompleksu
      ojcowskiego. Powinien pan mu pomóc ten kompleks odreagować. Na przykład
      umożliwiając mu ojcobójstwo. Ale to chyba zbyt wielkie wymagania? -
      Potwierdziłem. -Istnieje jeszcze ewentualnie inna możliwość. Żądza mordu będzie
      tkwiła w Toscaninim dopóty, dopóki nie będzie mógł oddać panu pieniędzy. Czy
      nie mógłby pan stworzyć mu taką możliwość drogą, powiedzmy, jakiejś anonimowej
      zapomogi? -Podziękowałem psychiatrze wylewnie, pospieszyłem do banku, podjąłem
      pięćset funtów i dyskretnie wrzuciłem je do skrzynki na listy w mieszkaniu
      Toscaniniego.

      Poniedziałek, 13 sierpnia
      Na ulicy Dizengoffa spotkałem Toscaniniego. Zobaczył mnie, splunął i poszedł
      dalej. Złożyłem o tym raport psychiatrze. –Uceluje, kto próbuje -powiedział. -
      Wiemy przynajmniej, ze w ten sposób nie da rady.
      Z zaufanego źródła dowiedziałem się, ze Manfred kupił ogromną lalkę szmacianą,
      trochę do mnie podobną. Wieczorami, przed pójściem do łózka, wbija jej w
      okolice serca cienkie szpileczki. Policja odmawia interwencji.

      Piątek, 17 sierpnia
      Nieprzyjemne uczucie na plecach, jakby od kłucia igiełkami. W nocy obudziłem
      się zlany zimnym potem i zacząłem się modlić. -Zgrzeszyłem, Panie! -jęczałem. -
      Bliźniemu swemu w Izraelu pożyczyłem pieniądze. Czyż będę znosił skutki mego
      szaleństwa aż do śmierci? Czy nie ma już dla mnie ratunku? -Z wysoka usłyszałem
      glos:-Nie ma!

      Wtorek, 28 sierpnia
      Igły w biodrach, igły między zebrami, kompleks ojcowski wszędzie. Wsparty z
      jednej strony o laskę, .a z drugiej o ramię żony, dowlokłem się do internisty.
      Po drodze ujrzeliśmy idącego z przeciwka Obernika
      -Ephram -szepnęła moja żona. -Przyjrzyj mu się dokładnie! Okrągła gęba...
      błyszcząca łysina... idealny typ ojcowski!
      Byłażby jeszcze d1a mnie jakaś nadzieja?

      Czwartek, 30 sierpnia
      Spotkałem Toscaniniego przed kawiarnią i zatrzymałem go. -Nie dawaj mi
      pieniędzy, dziękuję! -zawołałem szybko, by nie próbował mnie zamordować. -
      Obernik uregulował twój dług co do grosza. Prosił mnie wprawdzie, abym ci tego
      nie mówił, ale powinieneś przecież wiedzieć, jakiego masz dobrego przyjaciela.
      Od dziś, jeśli już jesteś komuś winien sto funtów, to nie mnie, lecz Obernikowi.
      Oblicze Manfreda rozpogodziło się. -Nareszcie człowiek! -wykrzyknął, z trudem
      powstrzymując Izy. -Najpóźniej w ciągu dwóch tygodni będzie miał swoje
      pieniądze z powrotem.

      Poniedziałek, 17 września
      Gdy dziś ramię w ramię maszerowaliśmy ulicę Dizengoffa, Manfred powiedział: -
      Obernik, ta pożałowania godna kreatura, przygląda mi się w ostatnich czasach
      tak bezczelnie, ze mam ochotę dać mu po mordzie. Zgoda, jestem winien mu jakieś
      pieniądze, wcale się nie zapieram. Ale to go nie upoważnia do traktowania mnie
      jak żebraka. On mnie jeszcze nie zna, ale mnie pozna -wierz mi!
      Uwierzyłem mu.
    • Gość: Kasia _______TŁUMACZOWI ST.LEWAŃSKIEMU- w hołdzie IP: *.pai.net.pl 03.02.02, 21:15
      Gdy kilka tygodni temu żegnalam sie z Forum obiecałam, ze dokończe
      wątek "Kishonowy" wczesniej rozpoczęty.
      Miał on być w założeniu odtrutką na wszystkie szowinizmy , antysemityzmy,
      ksenofobie i inne paskudztwa na Forum. Bolały mnie one i miałam płonną
      nadzieję, że przyczynię się do większej forumowej tolerancji. Chciałam pokazać,
      że jest pisarz, który całe swe literackie życie oparł na wyszydzaniu swego
      narodu i nikt się nań o to nie gniewa, co więcej -wszyscy Go kochają. Przypadek
      Kishona miał być dla nas , Polaków i -w większości, do której i ja sie zaliczam-
      katolików-obrażających się o byle co, ale tez z byle powodu noszacych Bogo-
      Ojczyźniane sztandary, przykładem zdrowego podejscia do wielu religijno-
      narodowościowych problemów i problemików. Miał wreszcie pokazać wszystkim
      żydozercom , ile przyjemności - by nie rzec serdecznego smiechu-mogliby zaznać,
      gdyby wreszcie zechcieli sie z żydostwem, Judaizmem, czy judaicami zapoznac...
      Bo jestem przekonana, ze jak kazdy szowinizm, tak i antysemityzm -znajduje swe
      podłoże w niedouczeniu, niedoczytaniu, niewiedzy... Poczatkowo z ksenofobiami
      na forum dyskutowałam nie zważając na poziom wiedzy moich adwersarzy. I nie on
      mnie pokonał. Pokonała skala tego zjawiska i zupełnie prymitywne chamstwo.
      Odeszłam z Forum. Ale Kishonowy wątek dokończyłam, bo wielu osobom sprawiał on
      przyjemność i czekano na dalsze odcinki. Mnie dał satysfakcję, że nie dopisał
      się doń żaden oszołom o małym rozumku , jeszcze mniejszej wiedzy, ale za to
      wybitnym braku kultury.
      Mili Koledzy.
      Zeskanowałam dla Was przez ten czas CAŁĄ KSIĄŻKĘ: " W tył zwrot, Pani Lot",
      wydaną w 1988 r. przez Wydawnictwo Dolnoślaskie. Jest to wybór z kilku
      Kishonowych pozycji, wybór dokonany przez STANISŁAWA LEWAŃSKIEGO, który całośc
      zarazem przetłumaczył.
      I tym ostatnim postem chcę złożyć hołd tłumaczowi, który dokonał prawdziwego
      cudu-przełożył Kishona niczym Irena Tuwim-Puchatka - KONGENIALNIE. Nie znam
      oryginału, ale znam inne na polski przetłumaczone "Kishony" i jeśli
      zdecydowałam się na pokazanie najstarszej w Polsce wydanej pozycji- to
      dlatego, ze tak znakomicie się to czyta i tak wspaniale "pachnie" to
      tłumaczenie tym żydowskim sposobem myślenia, który wszyscy na świecie tak lubią-
      dowcipnym, ironicznym, pełnym sprytu i madrości i przede wszystkim ogromnego
      wdzięku.
      W imieniu nas wszystkich- Kishonem zarazonych- PIĘKNE DZIĘKI PANU
      STANISŁAWOWI... Może znacie jeszcze inne Jego tłumaczenia ? Napiszcie...

      A na poparcie mojej tezy, ze Pan Stanisław Lewański Mistrzem Jest poniżej
      pokaże Wam Kishona w innym tłumaczeniu. Jest to opowiadanie, które już znacie
      pod nazwą "Sum-Sum, Wus-Wus".
      Porównajcie.
      Styl. I przypisy , które u Kishona-Lewańskiego są perełką samą w sobie, a
      których tu czasem po prostu nie ma...
      I tym razem żegnam się na stałe, ale zostawiam Wam cos strasznie miłego-
      znajdzcie inne ksiazki Kishona i bawcie sie dobrze- Kasia



      TĘSKNOTY ŻOŁĄDKA
      Współczesna medycyna dowiodła już bezspornie, że każdy żołądek prowadzi własne
      życie: nie pozwala wydawać sobie żadnych rozkazów i z uporem idzie swoją,
      drogą,. Z tego faktu wynika wiele komplikacji. Prześledźmy jednak tę kwestie w
      porządku chronologicznym.
      Każdy nawy emigrant po zejściu na ląd najpierw całuje ziemię po której
      wędrowali jego przodkowie, potem rozbija szyby w oknach kilku urzędów
      państwowych, następnie osiedla się na pustyni, by w końcu stać się pełnoprawnym
      obywatelem. Jednakże jego konserwatywny, obciążony uprzedzeniami żołądek
      pozostaje węgierski lub holenderski, turecki czy po prostu taki, jak kraj , z
      którego przybył.
      Weźmy pierwszy z brzegu przykład: mnie. W miarę upływu lat stałem się tak
      zasiedziałym Izraelczykiem, ze mój hebrajski nabiera już niekiedy lekkiego
      polskiego akcentu. A mimo to wzdycham głęboko, gdy przypominam sobie, ze już od
      lat nie jadłem gęsiej wątróbki. Mam na myśli prawdziwą gęsią wątróbkę, z
      prawdziwej gęsi.
      Początkowo usiłowałem zdusić w sobie to kosmopolityczne uczucie. Z naciskiem
      przekonywałem mój żołądek:
      -Posłuchaj, żołądku, gęsia wątróbka jest be. Nie potrzebujemy żadnej gęsiej
      wątróbki. Będziemy jedli piękne, dojrzale, czarne oliwki, mój chłopcze, a
      potem. staniemy się, nieprawdaż, silni i zdrowi, niczym wiejski byk w okresie
      żniw.
      Ale mój żołądek nie chciał słuchać. Żądał dekadenckiego, pełnego delikatesów
      wiktu, na którym wyrastał. A tak w ogóle, węgierski szowinizm mego żołądka
      przysporzył mi wiele kłopotów. W Stanach Zjednoczonych omal nie zostałem z jego
      powodu zlinczowany.
      Było to w jednej z owych "Cafeterii", gigantycznej samoobsługowej knajpie,
      gdzie człowiek nakłada po części sam, a po części nakładają mu na tacę
      wszystkie możliwe rzeczy .Moja taca była już bardzo pełna, kiedy podszedłem do
      punktu wydawania napojów.
      -Poproszę filiżankę zimnej herbaty bez lodu -powiedziałem do czarnej kelnerki.
      -Bardzo proszę -odparła i rzuciła do mojej herbaty pół tuzina kostek lodu.
      -Pani wybaczy , ale powiedziałem: bez lodu. -Chciał pan przecież filiżankę
      mrożonej herbaty, nieprawdaż?
      -Chciałem filiżankę zimnej herbaty . Dziewczyna spojrzała na mnie bezradnie
      oczyma jak latarnia morska we mgle i dorzuciła jeszcze parę kostek lodu do
      mojej herbaty .
      -Ma pan. Następny.
      -Nie w ten sposób, córeczko. Chciałem herbatę bez lodu.
      -Nie może pan dostać herbaty bez lodu. Następny!
      -D1aczego nie mogę jej dostać bez lodu?
      -Lód jest gratis. Następny!
      -Ale mój żołądek nie znosi lodu, nawet jeśli jest gratis. Czy nie może mi pani
      dać zwyczajnej filiżanki herbaty zaraz po tym, kiedy ją pani naleje, a przed
      tym, zanim pani wrzuci do niej kostki lodu?
      -Co proszę? Jak? Nie rozumiem.
      Z kolejki, jaka w trakcie tej rozmowy ustawiła się za mną, doszły mnie pierwsze
      pomruki zniecierpliwienia na temat tego, co sobie ci zagraniczni idioci
      właściwie myślą. Poczułem, jak budzi się we mnie orientalna duma.
      -Chciałbym dostać zimną herbatę bez lodu- powiedziałem. Kelnerka zaczęła się
      najwyraźniej obawiać, ze mogę stać się niebezpieczny dla otoczenia, zawołała
      więc menedżera, nieokrzesanego typa, który groźnie żuł cygaro .
      -Ten człowiek chce mrożoną herbatę bez lodu -wyjaśniła. -Ja się go boję.
      -Drogi panie -oświadczył protekcjona1nie menedżer -u nas co miesiąc wypija
      mrożoną herbatę milion dziewięćset tysięcy gości i jeszcze żaden z nich się nie
      skarżył.
      -Możliwe -odparłem tym samym tonem. - Ale ja po prostu nie znoszę zimnych
      napojów i dlatego chciałbym dostać herbatę bez lodu.
      -Wszyscy goście piją herbatę z lodem.
      -Ja nie.
      Menedżer zmierzył mnie oczyma od stop do glow.
      -Co to znaczy: pan nie? Jeśli coś jest dobre d1a stu sześćdziesięciu milionów
      Amerykanów, to chyba będzie dobre i d1a pana, nieprawdaż?
      -Od lodu dostaję kurczów żołądka.
      -Posłuchaj, chłopcze -czoło menedżera pokryło się przerażająco głębokimi,
      groźnymi zmarszczkami. -Ta kafeteria istnieje od czterdziestu trzech 1at i jak
      do tej pory zadowoliła każdego gościa.
      -Chcę dostać herbatę bez lodu.
      W tym czasie pozostali klienci zdążyli mnie już okrążyć i rozpoczęli
      przygotowania do linczu. Menedżer wyg1ądal tak, jakby zaczął tracić cierpliwość.
      -W Ameryce mrożoną herbatę pije się z lodem! -ryknął. -Zrozumiano?!
      -Chciałem przecież tylko. ..
      -Znamy tu takich jak pan. Nie można was zadowolić, hę? Skąd pan w ogóle
      przyjechał?
      -Ja? Z Syrii.
      -Od razu tak mys1alem -stwierdził menedżer. Powiedział coś jeszcze, ale już
      tego nie usłyszałem. Wziąłem nogi za pas, ścigany przez rozwścieczony tłum.
      Był to dopiero początek. Później, gdzie tylko przyjechałem, opinia publiczna
      Ameryki powoli, ale konsekwentnie zwracała się przeciwko naszym arabskim
      sąsiadom. W jakiś sposób trzeba będzie im pomóc...
      Wróćmy do gęsiej wątróbki, której nie jadłem w Izraelu od lat. Wróćmy do mego
      nieuleczalnie węgierskiego żołądka, który , ja jako świeży emigrant, chciałem
      przez pewien czas uciszyć dekadenckim, europejskim wiktem. Niestety nie trwało
      to z
      • Gość: Kasia Re: _______ST.LEWAŃSKIEMU- w hołdzie -dokończenie IP: *.pai.net.pl 03.02.02, 21:25
        Wróćmy do gęsiej wątróbki, której nie jadłem w Izraelu od lat. Wróćmy do mego
        nieuleczalnie węgierskiego żołądka, który , ja jako świeży emigrant, chciałem
        przez pewien czas uciszyć dekadenckim, europejskim wiktem. Niestety nie trwało
        to zbyt długo. Przeniosłem się w okolicę, gdzie istniała tylko jedna maleńka
        restauracja. Należała do niejakiego Naftalego, świeżego emigranta z Iraku.
        Kiedy po raz pierwszy przyszedłem do Naftalego, mój żołądek doznał bolesnych
        kurczów już na sam widok jego knajpki. Naftali stał za bufetem i obserwował
        mnie z uśmieszkiem, którego zagadkowości móg1 mu pozazdrościć każdy sfinks. Na
        bufecie leżały równie trudne do zdefiniowania surowce w technikolorze, na
        regale z tylu zaś stały przygotowane pojemniki z najprzeróżniejszymi, wesołymi
        przyprawami. Nie było wątpliwości: trafiłem do oryginalnej, a zarazem
        podejrzanej arabskiej garkuchni. Zanim jednak zdążyłem stamtąd uciec, żołądek
        zasygnalizował mi palący głód.
        -Co mamy dzisiaj w karcie? -zapytałem od niechcenia.
        Naftali spoglądał w jakiś punkt oddalony mniej więcej o pięć centymetrów w bok
        od mojej głowy.
        -Chumuc, mechsi z burgulem lub wus-wus -odparł po chwili usłużnie.
        Miałem trudny wybór. Chumuc przypominał mi ze słyszenia łacińskie przysłowie.
        ale wus-wus było dla mnie całkowitą nowością.
        -Niech pan mi poda wus-wus.
        Fantastyczna kombinacja naleśnika. ryżu i kawałków mięsa w sosie miętowym, jaką
        podał mi Naftali, smakowała obrzydliwie, nie zamierzałem jednak dać mu okazji
        do kolejnego zagadkowego uśmieszku. Więcej nawet: chciałem wywrzeć na nim
        wrażenie.
        -Ma pan cos jeszcze? -zapytałem od niechcenia.
        -Naturalnie -Naftali wyszczerzył zęby w uśmiechu. -Może chciałby pan skosztować
        kebabu z bacharatem, szaszłyka z elfą. wołowiny "Sechon” lub może trochę smir-
        smir?
        -Wszystkiego po trochu.
        Do podjęcia tej decyzji byłem zmuszony już choćby dlatego, ze nie mogłem
        zapamiętać egzotycznych nazw .Oczekiwałem, iż Naftali poda mi teraz mocno
        przyprawiony pasztet, gęsty, przesłodzony kompot i jakąś kwaskowatą, mączną
        papką;. Nic z tych rzeczy .Postawił przede mną swego rodzaju stolik
        laboratoryjny i zaczął na nim mieszać trochę surowych baranich podrobów z
        wędzoną rybą. Posypał to potem olbrzymią ilością pieprzu, a następnie
        absolutnie na wyczucie dodał nieco oleju, smoły i kwasu siarkowego.
        W niecałe dwa tygodnie później zostałem zwolniony ze szpitala i mogłem znowu
        podjąć pracę. Pomijając okazjonalne zawroty głowy czułem się całkiem dobrze i
        powoli zapominałem o tamtym przerażającym posiłku. Co czyni jednak los?
        Oczywiście płata mi figla.
        Pewnego dnia, kiedy w drodze do domu przechodziłem obok będącego własnością
        Naftalego gniazda żmij, ujrzałem go stojącego w drzwiach i uśmiechającego się
        bezczelnie. Honor zabronił mi dać drapaka przed tym ironicznym uśmiechem.
        Wszedłem więc do środka, pewny siebie spojrzałem mu prosto w oczy i
        powiedziałem:
        -Mam ochotę na cos ostro przyprawionego, przyjacielu!
        -Już się robi! -odparł usłużnie Naftali. - Może pan zjeść doskonały kibah z
        kamonem albo haszi-haszi.
        Zamówiłem kombinowaną, podwójną porcję, która okazała się zestawem wszelkich
        wykopanych przez archeologów ingrediencji starożytnej kuchni perskiej z
        dodatkiem odrobiny sproszkowanego gipsu. Kiedy wdusiłem już w siebie owo
        bezcenne znalezisko, zażądałem deseru.
        -Suarsi z misz-misz czy baklawa z sum-sum? Zjadłem oba. W dwa dni potem
        organizm mój przestał już cokolwiek czuć, a ja zataczałem się po okolicy niczym
        lunatyk. Tylko w ten bowiem sposób da się wyjaśnić. Ze kiedy następny raz
        ujrzałem uśmiechającego się Naftalego. znowu wszedłem do jego garkuchni.
        -Co podać dzisiaj, przyjacielu? -zapytał podstępnie z pogardliwie opuszczonymi
        kącikami ust.
        Wtedy doznałem boskiego objawienia i jednocześnie. oprócz dumy pozwoliłem
        rozbłysnąć memu talentowi pełnym blaskiem. W następnej chwili wymyśliłem dwie
        całkowicie nowe perskie potrawy narodowe:
        -Poproszę porcję kimsu i może jeszcze sbagi z kub-kubon.
        I co się wydarzyło? Jak myślicie?!
        Naftali zniknąl na zapleczu swej ponurej spelunki z uprzejmym "Już się robi!" i
        po krótkiej chwili powrócił. stawiając przede mną zgrabnie obłożony burakami
        udziec barani.
        Ale nie dałem się tak łatwo pokonać: -Hej! A gdzie jest kub-kubon?
        Nigdy nie zapomnę skwapliwości. z jaką Naftali wyczarował zza bufetu puszkę kub-
        kubonu.
        -Doskona1e -stwierdziłem. -A teraz chciał- bym jeszcze szklankę Vago-Giory .Ale
        zimnej, jeśli można prosić.
        Także i to życzenie zostało niebawem spełnione. Kiedy z miłym uczuciem
        siorbałem Vago-Giorę, zrozumiałem. ze wszystkie te egzotyczne oryginalne dania,
        wszystkie te burgule, bacharaty i wus-wusy, mechsi czy pechsi nie są niczym
        innym, jak tylko podłym oszustwem. które miało ośmieszyć nas- dumnych
        emigrantów z Europy. To właśnie kryło się za tajemniczym uśmieszkiem sfinksa.
        By uniknąć nieporozumień: Vago Giora to nazwisko znanego mi osobiście dyrektora
        banku. który załatwił mi pożyczkę na bardzo korzystnych warunkach. Właśnie
        dlatego chciałem w jakiś sposób uwiecznić jego imię.
        Od tamtego dnia nie lękam się już kuchni orientalnej. To raczej ona odczuwa lęk
        przede mną,. Naftali musiał nawet z poczerwieniałą, ze wstydu twarzą, zabrać z
        powrotem do kuchni mao-mao. z którego nie byłem zadowolony.
        -To ma być mao-mao? -zapytałem go szyderczo. -Od kiedy mao-mao podaje się bez
        kafki?
        I odmówiłem zjedzenia stojącego przede mną mao-mao, dopóki na stole nie
        znajdzie się kafka.
        A to dlatego, ze bez względu na nasz stosunek do Franza Kafki, gastronomicznie
        jest on poza wsze1ką, krytyką. Szczególnie w sosie curry .

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka