ALISTAIR COOK – LIST Z AMERYKI
Zaraz po 11 września otrzymałem bardzo wzruszający list od młodej studentki z
drugiego brzegu zatoki San Francisco, z samego centrum studenckiego
radykalizmu: z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley.
List ten był jednocześnie wzruszający i przygnębiający i musze powiedzieć,
smutnie znajomym – był rodzajem beznadziejnego protestu, jaki pojawiał się za
każdym razem po wybuchu wojny z udziałem Ameryki po zakończeniu drugiej wojny
światowej.
W latach sześćdziesiątych, w dekadzie hippisów, nagminną była, między innymi,
rekrutacja na campusach małych armii natychmiastowego protestu.
Określały się one jako walczące o pokój i z następujących po tym demonstracji
oraz przemówień wynikało, że w przeciwieństwie do mnie lub do was, byli oni
także przeciwko biedzie, biedzie ludzi naszego wroga, która zasługiwała na
ich szczególną troskę.
Młoda kobieta, która do mnie napisała, była oczywiście przeciwna wojnie w
Afganistanie.
Była bardziej zawstydzona, więcej niż czymkolwiek innym, atakiem na Dwie
Wieże, lecz jednocześnie potępiała przeciwdziałanie swego własnego kraju.
Cały jej lament jednak dotyczył biednych w Afganistanie - o których,
prawdopodobnie, wcześniej nigdy nie słyszała – gdzie zastanawia się, jako
żołnierz pokoju, w jaki sposób mogłaby im pomóc.
Zasugerowałem jej, że jej obiekcje wobec amerykańskiej polityki nie mają nic
wspólnego z biednymi w Afganistanie lub w jakimkolwiek innym kraju porażonym
biedą.
Jest to reakcja na czyn fanatycznej sekty islamskiej, która od samego
początku zadeklarowała trzy cele wojny: wybić wszystkich Żydów i jak
najwięcej jak tylko można Amerykanów oraz przysiąga ciągłej wojny przeciw
obecności Amerykanów – ambasady, konsulaty, biznesy i uniwersytety – w
świecie..
Na nasze nieszczęście, głównym mesjaszem tej patologicznej sekty jest
człowiek posiadający sumę kilku setek milionów dolarów, która wystarcza na
finansowanie sieci – jak to ku naszemu przerażeniu uświadomiliśmy sobie tej
jesieni, światowej sieci terrorystów, a która przed wrześniem uchodziła
naszej uwadze, postrzeganej najwyżej za rozrzuconych bezładnie na Bliskim
Wschodzie zaciężnych różnorodnych grup terrorystycznych
Nie napisałem o tym w mojej odpowiedzi do delikatnej i szczerej dziewczyny z
Berkeley.
Co naprawdę jej powiedziałem, to że uważam, iż wybór World Trade Center,
które widocznie dominowało nad centrum Nowego Jorku, był doskonałym celem z
ich punktu widzenia, jako że zniszczony został symbol amerykańskiego
kapitalizmu, przy jednoczesnym podkreśleniu wagi miasta Nowego Jorku jako,
jak to nazywają Arabowie, ”stolicy światowego żydostwa” – który nią naprawdę
jest, biorąc pod uwagę, tak jak to niegdyś powiedziałem, że w Stanach
Zjednoczonych wśród 280 milionów Amerykanów jest sześć milionów Żydów, z
których dwa miliony mieszka w tym mieście.
Kiedy wielka fala imigrantów z Europy Centralnej i Wschodniej wylądował na
tym brzegu na przełomie XIX i XX wieku, dużą większość z nich stanowili Żydzi
uciekający przed pogromami na terenach Rosji, Polski i Niemiec, przed
okrutną, długą obowiązkową służbą wojskową.
A kiedy przeszli przez tutejszą kontrolę imigracyjną, większość z nich nie
dała się skusić agentom rolniczym, którzy namawiali ich, aby przyjęli ziemię
na prerii w prezencie, za dobre pięcioletnie zbiory, po których ziemia
mogłaby być ich własnością za darmo.
Większość z nich, bojąc się znanych im już prześladowań, osiedliła się blisko
siebie w Nowym Jorku, szukając bezpieczeństwa w swojej masie, pocąc się w
mozole i pracując o ile można niezależnie od kogokolwiek.
Jak jest nam wiadomo, niektórzy z nich wzbogacili się na wielką skalę i na
pewno, tak jak to uczynili w moim rodzinnym mieście Manchester, podnieśli
poziom kultury, dzięki swej pasji do mecenatu sztuk pięknych, muzyki i
teatru.
Jeszcze niedawno, większość mieszkańców miasta była po cichu nastawiona
antysemicko, w uprzejmy, formalny sposób. Pozwólcie mi natychmiast
powiedzieć, jak pojmuję „jeszcze niedawno”.
Kiedy 52 lata temu, szukałem nowego, większego mieszkania, chodziłam ze
znajomym po tej części miasta, w której się po raz pierwszy osiedliłem i w
której w dalszym ciągu wolałbym mieszkać – po dzielnicy zwanej Upper East
Side.
W każdym bloku z mieszkaniami do wynajęcia, do którego wchodziliśmy,
znajdowała się tabliczka w drewnianej, prostokątnej ramce, na której było
napisane złotymi literami następujące ogłoszenie, na przykład: "nowoczesne
mieszkania, od trzech- do ośmiopokojowych".
Poniżej, zawsze mniejszymi złotymi literami znajdowało się jedno
słowo: „restricted - ograniczone”. Było to tak powszechne, że nie zwracało
się na to uwagi.
Odwiedzający mnie kolega, z którym niegdyś studiowałem w kolegium, a który
się u mnie zatrzymał po dobrym roku mojego tam zamieszkania, zapytał się
pewnego dani: „Słuchaj, co znaczy ten napis „restricted ” na dole przy
wejściu?”
Bez wahania i zastanawiania się odpowiedziałem: „ To znaczy, nie dla Żydów.”
"Aha," odpowiedział. A był to rok 1937.
Kiedy cztery lata wcześniej studiowałem w kolegium, często napotykałem inny
napis w witrynach sklepowych oraz agencjach pośrednictwa pracy.
Napis mówił "Nina" - N.I.N.A. Często precyzowany jako - "No Irish Need Apply"
(„Nie Dla Irlandczyków”

.
Na początku lat czterdziestych napisy „Nina” zniknęły. W tym czasie
Irlandczycy i Włosi rządzili już Partią Demokratyczną w Nowym Jorku, a
niedługo później mieliśmy paru żydowskich burmistrzów.
Koniec napisów „ograniczone” był związany z przemyślnym działaniem
politycznym gubernatora stanu Nowy Jork w początkach lat czterdziestych.
Był nim sławny prokurator, o którym niegdyś wspominałem: Thomas Dewey,
republikanin, który La Guardię wynajęła do zwalczania gangsterów.
Odniósł on tak wielki sukces, że został się gubernatorem stanu Nowy Jork.
Był, bardzo, bardzo dobrym gubernatorem, a zniesienie wszystkich
restrykcyjnych praw, nie tylko deklaracji restrykcyjnych, stanowiło jedynie
przyczynek w jego wartej podziwu legislacji o sprawiedliwym prawie
mieszkaniowym, które później stało się prawem federalnym.
Dziś nikt, żaden obywatel, żadna figura publiczna, nie śmie głośno
wypowiedzieć czegoś co może być uważane jako antysemickie. Spowodowałoby to
razu co najmniej krzyk w mediach; a w najgorszym przypadku, sprawę o
zniesławienie wniesioną przez społeczność walczącą z zniesławieniem.
Ta widocznie pro izraelska polityka każdej administracji, począwszy od
Harrego Trumana – a to już ponad pięćdziesiąt lat – nie wynika z oczywistej
siły głosów z Nowego Jorku, żydowskich głosów, lecz ze strachu Trumana, że z
chwilą kiedy Palestyna przestałaby być brytyjskim mandatem, Arabowie podbiją
i opanują całą ziemie Judei.
Stąd zdumiewające naleganie Trumana na to, aby 100.000 europejskich
bezdomnych – bezdomnych Żydów – miało prawo osiedlenia się w Palestynie z
chwilą kiedy Brytyjczycy stracą nad nią kontrolę.
Pamiętajmy, były to czasy, kiedy antysemityzm skazał na banicję lub wyrżnął
niemieckich Żydów i kiedy miał się dobrze w Austrii, Polsce i Związku
Radzieckim, a ze wszystkich stron walczących w drugiej wojnie światowej,
jedynie Stany Zjednoczone, w postaci siłowego prezydenta Trumana, były pełne
determinacji, aby ujrzeć powstanie Izraela jako niepodległego państwa oraz
jego utrzymanie jako niezawodnego alianta Ameryki na Bliskim Wschodzie.
Może pamiętacie, choć przykro o tym mówić, Wielka Brytania – która miała
bardzo wiele do powiedzenia o przyszłości Palestyny – wyraziła zgodę na
nadchodzącą falę europejskich Żydów po warunkiem zgody ze strony Arabów.
Arabowie jasno nie wyrazili takiej zgody i prawdopodobnie od tej chwili
zaczęły się obecne k