Gość: marek
IP: *.dip0.t-ipconnect.de
23.12.03, 00:31
Newsweek numer 51-52/03, strona 84
Spotkanie narodów na Szaberplacu
Wrocław AD 1945. Kanciarze i szabrownicy, rozwłóczeni żołnierze i
paniusie-spekulantki, Sowieci i Żydzi, Polacy i Niemcy - największa kupa
dziadów na największym rumowisku Europy.
Kiedy Polacy zaczęli przybywać na ziemie zachodnie wczesną wiosną 1945 r.,
były to jeszcze tereny niczyje - prowizoryczna polska administracja dopiero
powstawała. Wśród napływających przeważali początkowo złodzieje, awanturnicy i
kombinatorzy. Kusiło ich mienie, pozostawione przez Niemców w czasie
pospiesznej ewakuacji; o osiedlaniu się mało kto jeszcze myślał. Szybko
okazało się, że w pomorskich oraz śląskich miastach i miasteczkach zdobyć
można bez wysiłku niemal wszystko: od złota, antyków i kosztowności po
jedzenie, narzędzia i materiały budowlane.
Także władza zachęcała do zamieszkania na ziemiach odzyskanych, czyli
wschodnich obszarach Rzeszy, przyznanych po wojnie Polsce. "Zachodnie Ziemie
to racja stanu, to ostatni bój o nasze dziedzictwo po Piastach - obwieszczał
plakat propagandowy z 1945 r. - Rolnicy, Rzemieślnicy i Robotnicy, tam
znajdziecie Eldorado. Więcej Polak nie będzie wygnańcem pod zabójczym klimatem
tropikalnym Brazylii i Afryki, nie będą marnowane najżywotniejsze siły narodu.
Żołnierz polski krwawym trudem wyzwolił prastare ziemie polskie. Grabieżców
niemieckich przepędzimy precz poza Odrę". Do Państwowego Urzędu
Repatriacyjnego zaczęły zgłaszać się całe rodziny, a nawet wsie, deklarujące
chęć przeprowadzki na Zachód.
Wrocław i Szczecin miały być polskim Dzikim Zachodem. Jednak - odwrotnie niż w
Ameryce - pionierzy trafiali do świata cywilizacyjnie bardziej rozwiniętego
niż ich własny. To, co zobaczyli, oszołomiło ich. "Miejscowość Kattern w
niczym nie przypominała znanych nam wsi, a pod wieloma względami nie
ustępowała miasteczku Gródkowi - wspominał przesiedleniec z Kresów Wschodnich.
- Domy murowane, wzdłuż brukowanych ulic chodniki. Przy głównej ulicy nawet
dwupiętrowe kamienice i wiele piętrowych willi. Większość mieszkańców
pracowała w różnej wielkości gospodarstwach rolnych, we wsi nie brakowało
warsztatów, sklepów, restauracji, funkcjonowały też mleczarnia, masarnia,
piekarnia i młyn. Na miejscu byli lekarz, dentysta, aptekarz i fryzjer, a
także poczta i bank. W mieszkaniach nie brakowało mebli, a nawet naczyń, w
szopach narzędzi rolniczych, jakich u nas nawet dwory nie miały, w stajniach
podziwiano umieszczone przy żłobach poidełka".
Wrocław, nawet zrujnowany, robił wrażenie na przyjezdnych. "Szerokie aleje,
tysiące willi wśród ogrodów, kanały Odry obramowane bulwarami, koło nich laski
brzozowe, zapach jesienny Getyngi, zagranica, asfalt" - wspominał swój
przyjazd do miasta wybitny polski matematyk Hugo Steinhaus.
Większość przesiedleńców stanowili mieszkańcy wsi i małych miasteczek ze
środkowej i wschodniej Polski. Na nich niemieckie miasta i ulice wywarły
szczególnie silne wrażenie. Nowością była bieżąca woda w kranach (zimna i
gorąca), łazienki w mieszkaniach, elektryczne oświetlenie, odkurzacze i
froterki, telefony. Jedni szybko uczyli się korzystać z nowoczesnej techniki,
inni ignorowali ją.
W wannach przechowywali węgiel i kartofle, budowali sławojki w ogrodach i na
podwórkach, chociaż domy były w pełni skanalizowane. Burzyli piece kaflowe i
stawiali ceglane, które nie tylko ogrzewały, ale służyły też za kuchnię, a
nawet miejsce noclegu. Rolnicy, przenosząc się do miast, zabierali ze sobą
cały dobytek, łącznie z żywym inwentarzem - na ulicach i skwerach wypasali
krowy i kozy, balkony zamieniali na kurniki. Często w obawie przed kradzieżą
zwierzęta zabierali na noc do mieszkań.
Po wielu dniach podróży w bydlęcych wagonach pionierzy trafiali do stacji
końcowej. Stąd wolno im było iść, dokąd chcieli. Teoretycznie mogli zająć
każdy dom wraz z majątkiem, niezasiedlony dotąd przez Polaków. Następnie
wieszali na nim biało-czerwoną flagę oraz kartkę ze swoim imieniem i
nazwiskiem i mogli mieszkać. W praktyce jednak nieraz rządziło prawo
silniejszego. Najlepiej zachowane i wyposażone wille z reguły rezerwowano dla
ludzi nowej władzy i ich protegowanych. Zdarzało się, że uzbrojone szajki
wyrzucały osiadłe już rodziny z domów.
Kradzieże i rabunki były największą plagą w pierwszych latach po wojnie.
Proceder ten uprawiali przeważnie szabrownicy z centralnej Polski, którzy w
zorganizowanych grupach plądrowali poniemieckie majątki. "Był to proceder
niezwykle niebezpieczny - pisał przybyły do Szczecina repatriant - gdyż już
wtedy w tej branży decydowało prawo dżungli i niejeden człowiek, dożywszy
szczęśliwie końca wojny, oddawał życie za jakiś niewiele wart przedmiot".
Majątki poniemieckie rabowano bez zahamowań, bo ogromna większość Polaków nie
wierzyła, że tutejsze ziemie przypadną im na stałe. Spodziewano się rychłego
powrotu dawnych właścicieli - bądź wskutek nowej wojny, bądź z woli zwycięskich
mocarstw.
Szabrownikami bywali też stróże prawa - do milicji przyjmowano bez zadawania
zbędnych pytań. Zdarzało się, że członkowie gangu przywdziewali biało-czerwone
opaski, zakładali posterunek i całymi miesiącami mogli grabić okolicznych
kolonistów.
Nic dziwnego, że pionierzy zajmowane przez siebie domy zamieniali w prawdziwe
twierdze. "Do wysoko usytuowanego okna na poddaszu wchodziło się po drabinie -
wspomina osadnik z podwrocławskiej wsi. - W stropie na strychu wyrąbano
dziurę, przez którą schodziła w dół następna drabina. Od wewnątrz ryglowano
drzwi grubymi sztabami i obie drabiny wnoszono potem do domu. Zamieszkaliśmy w
jednym pomieszczeniu, do którego z trudem weszły dwa łóżka i mały stolik.
Poczuliśmy się bezpieczni".
Gangi przewoziły łupy na wschód. Mekką pomniejszych szabrowników był plac
Grunwaldzki we Wrocławiu - pozostałość po lotnisku, które Niemcy zbudowali w
centrum miasta, yburzając całe kwartały kamienic. Widok szaberplacu, jak go
nazywano, robił niesamowite wrażenie. "Z jednej strony tysiące łapserdaków w
butach z cholewami, obarczonych plecakami, kanciarze, szabrownicy, rozwłóczeni
żołnierze, Sowiety, Żydzi-wszystkoroby, paniusie skromnie spekulujące i
pospolici złodzieje - pisał Steinhaus - z drugiej - Niemcy z białymi opaskami,
Niemki w spodniach wlokące jakieś wózki, manatki, tłumoczki; mówią wolapikiem,
szachrują, oglądają, oddają, wracają, pakują i popychają się, największa kupa
dziadów na największej kupie cegieł i rumowiska w Europie".
Nie wszyscy decydowali się na ryzykowną wyprawę na zachód z własnej woli.