Dodaj do ulubionych

psychiatra dla ciebie interes do zrobienia

28.10.03, 21:00
Psychoobrona

Jak to możliwe, że wszyscy, którzy znają ciemną przeszłość Andrzeja Leppera,
trafiają po kolei do szpitali psychiatrycznych? Co łączy lidera jednej z
głównych sił politycznych w kraju z faraonem sekty Lech Polska 3000?

Jest styczeń 2002. Zbieramy materiał na bulwersujący temat – rolnicy
opowiadają, jak Andrzej Lepper wyłudzał od nich pieniądze, obiecując
oddłużenie w rządowych agencjach. Oddłużenia nie załatwił, pieniądze
zniknęły.

Dzwonimy do Andrzeja Leppera. Przewodniczący pyta o nazwiska pokrzywdzonych.
Wymieniamy trzech jego współpracowników z początków Samoobrony: Piotra
Trznadla, Bogdana Dziubałę i Józefa Ż.

– To ładnych ma pan informatorów! Bardzo ładnych! Wszyscy badani
psychiatrycznie! O czym pan chce ze mną rozmawiać, o pierdołach?! – Lepper
rzuca słuchawką. Wypowiedź lidera Samoobrony dziwi nas, ale nieprzesadnie:
nie odbiega od stylu, w jakim zwykł on wyrażać się o politycznych
przeciwnikach.

Sytuacja powtarza się, gdy szykujemy artykuł na temat obrońcy Leppera –
mecenas Róży Żarskiej, świeżo mianowanej z rekomendacji Samoobrony sędzią
Trybunału Stanu. Rolnicy opowiadają nam o udziale Żarskiej w procederze
uprawianym przez Leppera i o tym, jak obecna sędzia Trybunału Stanu namawiała
ich do wysadzania w powietrze komorników.

Od Żarskiej słyszymy identyczną argumentację:
– Wszyscy nasi rozmówcy to osoby, którymi zajmował się psychiatra. Po
publikacji dzwoni do nas Kajetan Wróblewski, pełnomocnik Róży Żarskiej. Ma
pretensje:
– Jak poważna gazeta może opierać swoje informacje na wypowiedziach osób, co
do których poczytalności są poważne wątpliwości?

Pomóżcie, jestem w szpitalu psychiatrycznym

Prawdziwa bomba wybucha dziesięć miesięcy później. W listopadzie ub.r.
odbieramy telefon od Piotra Trznadla, byłego szefa wielkopolskiej Samoobrony,
zwierzchnika obecnej posłanki Renaty Beger, który przeciwstawił się
Andrzejowi Lepperowi.

– Pomóżcie, jestem w szpitalu psychiatrycznym w Gnieźnie – prosi. Trznadel
wyjawił nam sprawy, o których przewodniczący wolałby zapomnieć. Jest jedną z
osób, które Lepper naciągnął na spore sumy, obiecując oddłużenie w
państwowych agencjach. Widzieliśmy ruinę pięknego niegdyś gospodarstwa
Trznadla w Pobórce Wielkiej koło Piły. Piotr Trznadel to informator, którego
wiarygodność wielokrotnie weryfikowaliśmy. Prawdziwe okazały się jego
informacje o wyłudzaniu przez Leppera pieniędzy od rolników, znajomości
przewodniczącego z Jerzym Urbanem czy finansowania Samoobrony przez senatora
Henryka Stokłosę.

Od rodziny Trznadla dowiadujemy się, że 22 maja ub.r. sąd w Chodzieży orzekł
wobec Trznadla „zastosowanie środka zabezpieczającego w postaci umieszczenia
w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym” z powodu konfliktu o miedzę z
sąsiadem. Podczas kłótni – zdaniem sąsiada – Trznadel miał mu grozić. Według
Trznadla było odwrotnie. Sąd zalecił biegłym psychiatrom zbadać Trznadla, a
ci stwierdzili, że jest chory. Dlatego sędzia Piotr Giedrys z Chodzieży
sprawę umorzył, a pacjenta kazał przymusowo leczyć.

Jedziemy do szpitala Dziekanka w Gnieźnie. W osłupienie wprowadza nas postawa
lekarzy i dyrektora szpitala. Dziennikarz „GP” zostaje niemal siłą wyrzucony
z budynku. Przed naszym przybyciem Trznadla przywiązano do łóżka pasami.
Lekarze zabierają mu telefon komórkowy, by uniemożliwić kontakt z nami. Nie
dopuszczają do niego nawet rodziny. Przez tydzień Trznadel przykuty jest do
łóżka, bez możliwości skorzystania z łazienki.

Nie rozumiemy agresji, z jaką zarówno do pacjenta, jego rodziny, jak i do nas
odnosi się dyrektor szpitala Barbara Trafarska i ordynator oddziału Agnieszka
Grodzka-Bartel. Aby usunąć rodzinę ze szpitala, jego kierownictwo wzywa
policję. Zarzut: córka pacjenta odpięła go od łóżka, umożliwając mu pójście
do ubikacji.
Rodzina słyszy od ordynatora:
– Ja go mam wypuścić, a on znów naubliża sędziemu?
Sędziemu? Przecież oficjalnie chodziło o konflikt Trznadla z sąsiadem!
Publikujemy na ten temat wstrząsający reportaż („GP” nr 50 z 11 grudnia
2002). Interwencję w szpitalu podejmuje senator Zbigniew Romaszewski, którego
pracownicy jadą do Gniezna. Po zbadaniu sprawy senator zawiadamia
prokuraturę. Temat podejmują inne media, m.in. „Gazeta Wyborcza” i program
TVN „Uwaga!”. W efekcie Sąd Okręgowy w Poznaniu szybko zwołuje posiedzenie,
na którym przywraca – nie dopilnowany wcześniej przez adwokata – termin
odwoławczy w sprawie Trznadla. Mężczyzna, który jeszcze parę tygodni
wcześniej miał być tak niebezpieczny, że trzeba go było przykuwać do łóżka,
wychodzi na wolność.

6 czerwca br. Sąd Okręgowy wydaje werdykt uchylający postanowienie sądu z
Chodzieży w sprawie leczenia Trznadla. Piotr Trznadel już prawie rok przebywa
na wolności i nie jest dla nikogo niebezpieczny. Na nowo układa sobie życie,
pracuje w fundacji pomagającej biednym dzieciom.

Horror, czyli historia Bogdana Dziubały

Trznadel już w szpitalu przekonywał nas, że to, co spotkało jego, dotyczy
także innych. Błaga o interwencję. W Kłodzisku koło Wronek odnajdujemy
człowieka, który przeżył podobną historię. – Miałem nie żyć – mówi rolnik
Bogdan Dziubała. Przeżył celę z katującymi go kryminalistami i więzienny
oddział psychiatryczny, w którym siedział w jednym pokoju z czterema
mordercami. I on, i Trznadel byli współpracownikami Leppera. Łączy ich też
podobna historia z pętlą zadłużenia.

Dziubała należał do najlepszych gospodarzy w okolicy. Do dziś z dumą
przechowuje dyplomy uznania od wojewody. U szczytu powodzenia miał 70 koni i
3 tys. kur. W Kłodzisku zobaczyliśmy, podobnie jak w Pobórce u Trznadla,
ruinę dawnej świetności. Z papierów wynika, że Dziubałę oszukało kierownictwo
lokalnego banku spółdzielczego. Potem przyszła pułapka zadłużeniowa.

Ze swą krzywdą pukał do wielu drzwi, ale szukanie sprawiedliwości wobec
potężnych lokalnych przeciwników okazało się złudne. Lepper obiecał pomóc.
– Za oddłużenie dałem mu 250 starych mln. Licząc z tym, co dałem jego
prawnikowi, mecenas Żarskiej, za pomoc prawną i na kampanię związku – na
Samoobronę wydałem 380 mln – wylicza Dziubała. Kredytu naprawczego nie
doczekał się do dziś.

Bogdan Dziubała nie odpuścił. Prawdę o Lepperze zaczął rozgłaszać dookoła.
Wtedy zjawił się u niego adwokat Marek Lech, były zastępca Leppera. Oznajmił,
że jest skłócony z przewodniczącym i zaoferował pomoc. W tym czasie Dziubałą
zajął się komornik, na prowincji mniej przejmujący się obowiązującym
procedurami.

– Działał bezprawnie, bez spisu inwentaryzacyjnego, protokołu, jakiejkolwiek
dokumentacji. Sprzedaż jednej maszyny pokryłaby zobowiązanie wobec banku –
mówi Dziubała. Poskarżył się na komornika do sądu. Ten – w osobie asesora
Arkadiusza Wołoszczuka – oddalił wniosek.

Lech skierował do sądu obraźliwą skargę na Wołoszczuka. Podpisał się pod nią
nazwiskiem Dziubały. Urażony sędzia oddał sprawę do prokuratury, która
oburzona „narażeniem sędziego Wołoszczuka na utratę zaufania niezbędnego do
wykonywania zawodu sędziego” wszczęła sprawę z urzędu. Oskarżenie nie
wskazało, kto konkretnie miałby utracić do sędziego zaufanie, skoro skarga
Dziubały trafiła do... sędziego Wołoszczuka.

Asesor Urszula Mroczkowska z Piły po przeczytaniu skargi Dziubały wysłała go
na badania psychiatryczne. Nie pomogły tłumaczenia rolnika, że to nie on jest
autorem skargi. W przychodni w Pile Dziubała dowiedział się, że badanie jest
dobrowolne. Więc się nie zgodził i wrócił do domu. Mroczkowska dwukrotnie
zarządziła, aby Dziubałę doprowadzono na badanie siłą, ale nie udało się tego
zrobić, bo rolnik jeździł w tym czasie po kraju. Wobec tego, „z uwagi na
uzasadnioną obawę jego ucieczki”, pani s
Obserwuj wątek
    • Gość: @@@ Paranoja a' la polonaise IP: *.pl / 192.168.1.* 28.10.03, 22:33
      Paranoja a' la polonaise


      Człowiek uważnie śledzący wydarzenia w Polsce, ot, choćby czytający gazetę
      lub oglądający dzienniki w telewizjach, jest nieuchronnie skazany na
      postępującą chorobę psychiczną. W Polsce ostatnich lat zakłócony bowiem został
      związek przyczyny i skutku, co oznacza takie samo odczucie, jak u człowieka,
      który myśli, że wsiadł do samolotu, tymczasem maszyna rusza po torach i lada
      moment dojedzie do Koluszek. Paranoja?
      Prokuratura, jak uczą na prawie, służy do ścigania przestępstw i ich sprawców.
      W Polsce, jak słyszymy, prokuratorzy ścigają dziennikarzy, którzy o
      przestępcach piszą. Nie wierzycie Państwo? Od wielu miesięcy prawdziwym
      popisem prokuratorskich talentów wykazują się stołeczne dzienniki, którym ufa
      się bardziej niż zawodowym prokuratorom. Pewnie dlatego, że ci ostatni uważani
      są za politycznych służących, lezących na pasku władzy. Mało skuteczni,
      powolni, uwikłani w układy kuzynowsko-towarzyskie, jak określił kondycję tego
      fachu sam prokurator generalny, czyli minister Kurczuk jako taki. Kogo więc
      dziwi, że media wzięły w swoje ręce miotłę i wymiatają z szybkością światła i
      skutecznością Herkulesa stare i nowe brudy, skrywane pod dywanem przez
      rządzących, opozycję, samorządowców? Dziwi to prokuraturę. Ba! – złości nawet
      okrutnie. Zatem ta nieudolna, leniwa, nieskuteczna i zależna od polityki
      prokuratura co robi? Zaczyna ścigać dziennikarzy... Paranoja!
      Ministerstwo Marka Pola, odpowiadające rangą przedsięwzięć i powagą urzędu
      jedynie Ministerstwu Głupich Kroków Monty Pythona, zajmuje się, jak wiemy,
      niebudowaniem autostrad z powodu niemania środków finansowych. Pomysły winiet,
      opłat rogatkowych itp. wzbudziły żywe zainteresowanie środowiska psychiatrów
      klinicznych, ale tylko ich. Głównym refrenem lamentu wicepremiera Pola jest
      właśnie owo niemanie forsy, tymczasem jego osobisty zastępca Sergiusz Najar
      (swoją drogą, Najar – odbiło Ci, żeś się zgodził na tę fuchę? Jakaś chwilowa
      depresja?), człek bystry i niezależny, mówi: – Forsy ci u nas dostatek, możemy
      budować setki kilometrów autostrad, tylko nie umiemy tego wykorzystać. Ależ
      się Pol spienił, gdy to usłyszał. Normalnie, jak proszek vizir z wybielaczem.
      I zamiast budować drogi, od razu papier do Millera napisał, Najara wyrzucił na
      bruczek, jak Nikodem Dyzma w niezapomnianej powieści. Paranoja.
      Sojusz Lewicy Demokratycznej, formacja o nazwie dumnej, choć nic nadto,
      postanowiła wreszcie wywiązać się z wyborczych obietnic i przejść od typowego
      dla siebie pierd.... do czynów. Można by pomyśleć naiwnie, że zmniejszy
      podatki, zwolni połowę urzędników, pozbędzie się kopalni, PKP, rozwiąże
      Narodowy Fundusz Zdrowia i zlikwiduje deficyt budżetowy, ale nie. Sojusz
      Lewicy postanowił zalegalizować związki homoseksualne i zliberalizować ustawę
      aborcyjną. Nareszcie! Naród długo czekał, ale się doczekał. Teraz to nam już
      tylko zostaną jakieś drobiazgi, zaś SLD czeka spokojny, długi i szczęśliwy byt
      polityczny. We wrażliwym homoseksualnie Sojuszu czarną owcą okazała się
      blondynka z Pabianic, która nie pęka i do kamery wali śmiało, co myśli o
      pedałach i ich skarpetkach. To bezpruderyjne zachowanie boskiej Błochowiakówny
      ujęło inną intelektualną gwiazdę Sejmu, posła Pęka, który omal nie zapisał
      Anity do Ligi Polskich Rodzin. Czysta forma paranoi.
      Albo inny psychiatryczny casus – Antoni Kowalczyk, szef policji, o którym
      ostatnio mówi się różne rzeczy, ale rzadko dobre. Głównie, że kręci, mataczy i
      nie wiadomo, komu służy: państwu, policji czy partyjnym przełożonym. Minister
      Janik, który w każdym szanującym się państwie byłby już tylko rentierem,
      owszem, z biegiem lat odzyskującym sympatię, powiada, że musi jeszcze
      przemyśleć, czy Kowalczyka, który więcej czasu spędza w prokuraturze niż w
      komisariacie, zwolnić czy nadal błogosławić. Gdyby zasięgnął rady internautów,
      dowiedziałby się, że 86% ankietowanych widzi Kowalczyka tam, gdzie jego
      miejsce – pośród zieleni, na parkowej ławeczce, obok Janika zresztą. Ale tak
      się nie dzieje, bo to jest właśnie paranoja.

      Henryk Martenka

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka