Dodaj do ulubionych

Ojej, co tu wybrac 2010 - 2 (vol. 6)

    • grek.grek na dziś/Rewers 15.03.10, 15:02
      Coś macie na dzisiaj ciekawego ?

      Ja się instaluję na czeskiejk Jedynce, gdzie dają Dziecko Rosemary - połowy nie zrozumiem, co czeski tylko pozornie i w odcinkach jest do polskiego podobny, ale w Dziecku nie chodzi o słowa, a o klimatyczne sprawy, więc będzie dobrze ;)

      Btw, widzieliście Rewers ? Bo ja, szachista z refleksu, dopiero teraz odkryłem go w necie; ktokolwiek nie widział (jeszcze), ktokolwiek chce - wystarczy wpisać niezwykle skomplikowane hasło : "rewers cz.1" (tak, se robię jaja z samego siebie, osła, który nie wpadł na to, zeby poszukać, tam gdzie wszystko można znaleźć) i voila, reszta na pasku będzie (są dwa paski, więc : na tym niżej ;)
      • barbasia1 Re: na dziś/Rewers 15.03.10, 15:34
        grek.grek napisał:

        Ha! "Rewers" w necie!!! jak to w ogóle możliwe!??
        Obejrzę (zanim usuną), moze nawet dziś wieczorem, bo nic ciekawego w
        TV nie wypatrzyłam (A" Dziecko Rosemary" na czeskiej Jednynce czy
        innym kanale leci? Jedynkę odbieram, ale momentami bardzo
        snieży...).

        Nie, jednak coś wypatrzyłam, na TVN o 22.35 dokument
        Sekielskiego "Władcy marionetek"?!?!
        Ale czytałam Twoją krytyczną opinię w innym wątku na temat
        zawartości tego dokumentu (nie mylę się, że o tym dokumencie
        pisałeś, prawda?), więc się teraz zastanawiam, czy rzucić na to
        okiem, czy jednak sobie darować!?
        :)
        • grek.grek Re: na dziś/Rewers 15.03.10, 15:48
          DR na Jedynce czeskiej, może uda Ci się złapać...

          E tam, wiesz, moja opinia nie jest żadną wiążacą przecież :)
          Przeczytałem, że to o tym, iż politycy nie dotrzymuję zobowiązan
          wyborczych, więc o tym, o czym każdy chyba wie i każdy rozumie.
          A kuchnia polityczna... co mnie obchodzi, jak się robi zieloną
          kiełbasę ? :) Grunt, że jest zielona i niezjadliwa.

          Poza tym, Sekielski jest naiwnym dziennikarzem, pozującym na awangardę.
          Miele oczywistości i banały, a nie jest w stanie powiedzieć czy przedstawić czegoś nowego, ciekawego. To tak jak TVN w całości - jak reklamują nowy film z własna współprodukcją, to musowo g,niany, jak ładują kasę w serial i jego lans, to wiadomo,że wyjdzie plastik, jak reklamują nowy szoł, to będzie guma do żucia i wyplucia, a jak dają publicystykę, to powierzchowną i trywialną. Niestety, stacja ta ma ambicję robienia sensacji z rzeczy 'la, za przeproszeniem, baba z chłopem za stodołą ;)
          • barbasia1 Re: na dziś/Rewers 15.03.10, 16:32
            Ale na kwestiach politycznych i okołopolitycznych znasz się jak mało
            kto, więc z Twoim zdaniem się bardzo liczę (mimo, że różnimy się
            niestety nieco!? poglądami politycznymi).

            >To tak jak TVN w całości [...]

            Rozumiem.
            W takim razie chyba sobie daruję ten dokument.
            A Ty jak jednak się zdecydujesz i obejrzysz i coś nowego wypatrzysz
            to napisz!
            :)
        • grek.grek Re: na dziś/Rewers 15.03.10, 15:56
          Ja jestem anty, ale Wielowieyska jakby bardziej rozgranicza :
          wyborcza.pl/1,90913,7659795,Wladcy_marionetek__niezly_populizm.html
          • barbasia1 Re: na dziś/Rewers 15.03.10, 16:20
            O dzięki, rzuciłam okiem, zaraz przeczytam! :)
      • pepsic Re: na dziś/Rewers 15.03.10, 21:35
        W takim razie może się ze mną zgodzisz - chociaż trochę, co do przereklamowania Rewersu, ale głowy nie dam ;)
        • grek.grek Rewers, na gorąco słów kilka 16.03.10, 14:38
          Hmmm... :) Właśnie skończyłem oglądać i : nie powiem, żeby mnie wbił w fotel, że to jakieś wielkie arcydzieło, ale powiem Ci/Wam, ze to B.DOBRY film - głównie z powodu zdjęć i wspaniałego aktorstwa całej... szóstki - Buzek, Polony, Janda, Dorociński, Woronowicz, ze szczególnym ukłonem w stronę zmieniającego się jak kameleon, płynnie bardzo i wiarygodnie, Dorocińskiego i Polony, która , jak dla mnie, robiła film, w tym znaczeniu, że jak się pojawiała jej zadzierzysta babcia, to od razu się temperatura podnosiła, a scena, kiedy Sabina randkuje z jegomościem, a ona, ze swojego pokoju, łoi laską w ścianę, bo chce się dowiedzieć, jak się tam sprawy mają - bezcenna :)
          Przyznam, że nie mam porównania na razie, więc nie wiem, czy te wszystkie nagrody aktorskie dla Buzek były zasadne, więc nic nie powiem, poza tym, że była dobra - czy naprawdę była to kreacja kobieca ostatnich lat ?
          P.S : Lankosz rewelacyjnie dobrał aktorki, wszystkie grają w swoim emploi, a Janda ma ich kilka, więc miała łatwiej ;))

          Historia ciekawa, makabryczna nieco, od pewnego momentu trochę przewidywalna, ale narracja poprowadzona zgrabnie, zagrane to wszystko perfekcyjnie, więc się dobrze oglądało, jakkolwiek nie znoszę filmów wyświetlanych na monitorze ;)

          Świetne zdjęcia, precyzyjne kadrowanie, żadnych ujęć, które by można wykopsać bez szkody dla filmu - kompozycja pierwsza klasa; tak jak sądzę, że powinno się zabronić fotografowania kobiet w kolorze, a koniecznie i tylko oraz wyłącznie w czarno-bieli, tak tutaj ten zabieg z czarno-białą taśmą wypadł przekonująco i właściwie po projekcji trudno wyobrazić sobie, że mógłby zostać nakręcony w kolorze. Niby prosta rzecz, dodająca maksymalnie wiarygodności całemu filmowi, wehikuł przenoszący widza w przeszłośc, jakby nie patrzeć, odległą, a dopiero Lankosz na to wpadł i przeprowadzić się udało Koszałce.

          Dobra muza - wczoraj, z okazji Dziecka Rosemary, można było się zachwycić niemal Komedą i jego improwizacjami w momentach największego napięcia, bez których film byłby, nie chcę powiedzieć - ubogi, ale bardzo zubożony, a w Rewersie niejaki mister Pawlik pomaga budować klimat dzielnie i skutecznie.

          Scenariusz - Bart, czyli pisarz, nie przepadam za polską literaturą, oraz za XX wieczną w ogóle, więc nie znam jego powieści, ale powiem Wam, to co i tak już wszyscy zdązyli powiedzieć :), ze to jest dobry kierunek - scenariusze pisane przez pisarzy. Powieści ich nie muszą być znakomite, ale scenariusze wystarczy, ze będą dobre i spójne, a to już coś będzie znaczyło.

          Realia PRL wreszcie bez przesadnej chamówy, martyrologii, a nawet z pstrykiem w nos władzy - baby (ale jakie, hehe) wykańczają pierwowzór agenta Tomka :)

          To ode mnie kilka uwag, tak "na gorąco", kwadrans po zakończeniu :)

          Pepsic, głowię się nad tym, co napisałaś, i naprawdę nie wiem, jak się ustosunkować do Twojej opinii :) Biorąc pod uwagę te pod niebo strzelające "ochy" i "achy", to z pewnością trochę racji masz pisząc o nim jako "przereklamowanym" - może ten zachwyt był zbyt wielki i film nie daje rady tego - zrobionego przez krytyków - apetytu zaspokoić, ale z drugiej strony - łapię się na tym, że mimo nie ma tej iskry bożej, która o określeniu czegoś mianem arcydzieła, które porywa i unosi, to film jest, naprawdę, tak świetnie zrobiony, zrealizowany, nakręcony, wyreżyserowany, zagrany (!), że zasługuje na same najlepsze oceny :)

          • pepsic Re: Rewers, na gorąco słów kilka i spojlerowania 16.03.10, 15:49
            Trudno mi się zachwycać, skoro uczucia wywołał letnie, a zawiązanie
            intrygi dłużyło się niemiłosiernie. Owszem brawa należą się za
            niebanalne podejście do tematu i doborową obsadę z rewelacyjną Anną
            Polony na czele. Akcja ukatrupienia złego ubeka i pozbywani się
            zwłok - nie będę owijać w bawełnę - wbrew pozorom mało
            emocjonująca. Aspekt techniczny - w kinie przeszkadzała muzyka
            stereo, ale to akurat nie wina twórców. Epilog dokręcony w
            technikolorze - za bardzo nie wiem, po co? Tak samo wątek
            gejowski? O nadmiernej charakteryzacji w końcówce nawet nie wspomnę,
            co by nie być posądzaną o czepianie się. Chronologia też im chyba
            nie wyszła, ale tu mogę się mylić. Napewno film godny odnotowania,
            tym bardziej, że debiutancki, ale bez fajerwerków, mnie nie porwał.
      • barbasia1 Re: na dziś/Rewers 16.03.10, 13:35
        Ahoj pane Greku,
        rzuciłam okiem, na czeską Jedynkę i na "Dziecko Rosemary" -na scenę
        kiedy Rosemary informuje męża, że zostali zaproszeni do państwa
        Castevetów na kolecję/ obiad? Rosemary mówi do Guy'a - "jesli na
        chcesz ne musyisz ist" /- czy jakoś tak :)/ Ale w końcu idą razem,
        miło spędzają wieczór, jedzą, potem piją autralijskiego drinka,
        potem Rosemary pomaga pani Castevetowej pomyć talerze, w trakcie
        mycia pani C. pyta Rosemary o jej rodzinę. Widziałam scenę wizyty
        pani Castevetowej ze znajomą u Rosemary, kiedy to Castevetowa
        podarowała jej naszyjnyk z wisiorkiem- talizmanem...
        i to było na tyle, bo jednak mocno snieżyło ....
        Jak nie lubię dubbingu, tak ten czeski podobał mi się bardzo!
        :)

        W niektórych stanach w USA "Dziecko Rosemary" było zakazane.
        • grek.grek Re: na dziś/Rewers 16.03.10, 14:55
          Ahoj, slecna Barbasiu :)

          Ja mam analogiczny, do Twojego z Jedyenką, problem z czeską Dwójką, od kiedy przenieśli ją na satelitę, ale udaje mi się czasami półśnieżnie ją odbierac na audiovideo, po ustawieniu jej jako programu do nagrywania. Ambaras się zrobił :)

          Heh, nie dziwię się, ze zabronili ;), jeszcze by się znaleźli wariaci chętni kopiować to, co na ekranie...
          Dalsza fabuła jest dość prosta, ale nie wiem, czy chcesz żeby ją dopowiedzieć, więc na razie się wstrzymam. Atmosfery zaś, niestety, słowami się oddać nie da :) (może wkrótce w TVP się ten film zdarzy, zauwazałem nieraz takie transfery : najpierw widziałem film w CT, a potem w TVP, między innymi dlatego zdecydoałem się kiedyś nie oglądać
          "Hannbiala, po drugiej stronie maski" na czeskim - stwierdziłem, że pewnie za niebawem TVP go nada, więć spokojnie poczekam. I co ? I za 2 miesiące był :) MOże 2 m-ce , to niezbyt zachęcający termin, ale... cóż.

          A jak u Ciebie z Rewersem ? Wystartowałaś ?

          Powiem Ci, że tam mają kilka filmów w ofercie, więc już się zbieram do "Enen" z Szycem. Moze w tym tygodniu, jak skończę Piratów, którzy mi się jakoś dłużą, mimo że... a właśnie, miałem spytać - powiedz, może Ty znasz odpowiedź, jakim cudem Johnny Depp nie dostał jeszcze Oskara za rolę Sparrowa ? :) (ja wiem, że to nie jest film ambitny do szczękościsku, ale Depp jest po prostu porywający - widziałem dwie poprzednie częsci, teraz widzę trzecią i właściwie się zastanawiam, czy nie powinno się zrobić jakiejś osobnej składanki, tylko ze scenami z jego udziałem - to by skróciło czas samego filmu i pewnie nawet gdyby miało być zbiorem chaotycznie pozlepianych epizodów dałoby krociowe zyski ;)

          • barbasia1 Re: na dziś/Rewers 16.03.10, 15:57
            grek.grek napisał:

            > Ahoj, slecna Barbasiu :)

            Greku, myślałam, że 'slecna' zaczy po naszemu 'śliczna' ( ach, ten
            język czeski!) :)))))
            No niestety znaczy po prostu 'panna' ;/

            Znam "Dziecko Rosemary", widziałam chyba ze trzy razy!, pamiętam
            fabułę w miarę dobrze, więc nie domagałabym się specjalnie tego
            streszczenia, ale jeśli chcesz, możesz napisać, w końcu to jeden z
            najgłosniejszych filmów Polańskiego.

            "Rewers" na razie tylko część 1. widziałam, więc trochę później
            dołączę się do podwątku o "Rewersie"
            /a jeszcze Masłowskiej miałam coś napisać! Ależ mam zaległosci!!!!/

            >powiedz, może Ty znasz odpowiedź, jakim cudem Johnny Depp nie
            dostał jeszcze Oskara za rolę Sparrowa ? :)

            Nie wiem, też mnie to bardzo dziwi! W 2004 miał nawet nominację za
            Sparrowa, sprawdziłam , ale Oscara zdobył wtedy Sean Penn za rolę
            w "Rzece Tajemnic". Szkoda!
            Tak, Sparrow Deppa to fanstastyczna kreacja! :)
            • barbasia1 Re: na dziś/Rewers 17.03.10, 12:43
              > Tak, Sparrow Deppa to fanstastyczna kreacja! :)

              Uroczy łajdak! :)

              choć z drugiej strony dwa słowa to zdecydowanie za mało by
              scharakteryzować tę złożoną i pełną sprzeczności postać!

              :)
            • grek.grek Rewers/Piraci z Karaibów 17.03.10, 13:19
              Hehe, to widzę pani fachowiec jest w temacie, a ja się oferuję ze streszczaniem :)

              To skandal jest z tym brakiem Oskara dla Deppa. Mówię powaznie :)

              "Piraci vol 3" jakoś mnie nie zaskoczyli, hehe, ale coś mi tam się widzi, ze twórcy szli bezczelnie na kasę i to ostro - rozmach inscenizacyjno-scenograficzno-jakiśtam godny pozazdroszczenia, film maksymalnie efektowny, z rewelacyjną charakteryzacją, ale bez drugiego dna, bez specjalnej ambicji, z cienkawą fabułką i ogranymi grepsami.

              Pierwsza część była odkryciem. Druga szła na fali entuzjazmu nietuzinkowością pierwszej. Trzecia, to, wg mnie, tylko odcinanie kuponów od popularności oryginału i trzyma się na coraz bardziej imponującym wizualu, który niestety ma dwie wady : a) nie jest już nowością, b) stanowczo jest go za dużo, aż staje się nieznośną rutyną i niezmiennie kapitalnym Deppie-Sparrowie, któremu ani nienowośc ani rutynowość nie jest w stanie uszczknąć choćby grama uroku - przy bezbarwnych Bloomie i Knightley był dodatkowo wyrazisty; świetny Geoffrey Rush, jako Barbosa, pomysłowo zrobiona postać przeklętego pirata Jonesa z tymi mackami wokół głowy, do ten pan orientalny z efektowną brodą w warkoczyk i czarodziejka z dredami epatująca osobliwym seksapilem, w sumie : cała galeria fajnych wizualnie i dysponujących potencjałem postaci; nie wiem jak Tobie/Wam, ale mnie się bardzo dłużyły sceny bez udziału Deppa - co, jak dla mnie, jest najlepszym świadectwem, ze ów potencjał wszystkich innych nie został należycie wykorzystany w scenariuszu, a wyłącznie, albo prawie wyłącznie, ogrywano ich zajmujące imidże, a do tego te sekwencje pojedynków i strzelanin z armat - baaaardzo wyczerpujące ;) Niemniej, podziwiam kunszt twórców, udało im się stworzyć/odtworzyć naprawdę zajmujący świat i wykreować interesującą (nad)rzeczywistość. A Ty/Wy ? Jak to znaleźliście ? :)

              Barbasiu, ta rola przejdzie do klasyki - metroseksualny pirat, safanduła, wiecznie na koksie nieznanego pochodzenia, zawsze kombinujący, jak by się tu wyłgać od zadymy ... Kto to widział kiedy ? ;)
              I, jak pewnie wiesz sama, Depp stworzył tę postać od podstaw, samodzielnie - od wyglądu po styl bycia.

              ILe już mają Bad Boys ? pewnie z 10 lat... A ja dopiero wczoraj ich nagrałem. Nie ma to jak oglądać filmy czwartego wieku ;) Oglądałaś/liście ? No to ew. czekam na jakieś zachęcajki, albo odstraszajki, żeby mi się ręce trzęsły przy włączaniu video ;)

              • barbasia1 Re: Rewers/Piraci z Karaibów 17.03.10, 14:30
                grek.grek napisał:

                > Hehe, to widzę pani fachowiec jest w temacie, a ja się oferuję ze
                streszczaniem :)

                Nie przesadzamy z tą fachowoscią! :)
                Greku, ja napisałam tylko że "nie domagałabym się specjalnie
                (sic!)", co nie znaczy, że się nie domagam w ogóle, bo się domagam,
                moze nieśmiało, ale jednak (jak zawsze! :). Napisz koniecznie! A ja
                coś dodam od siebie, albo raczej ... od pana Kałużyńskiego! :)


                Trzeciej cześci jeszcze nie widziałam, więc się nie wypowiadam.
                Ale ejsli tak jest, jak piszesz, to Depp już nie ma szans na Oscara
                za tę rolę.

                Natomiast zgadzam się i podpisuję się pod stwierdzeniem, że rola
                Sparrowa przejdzie do klasyki (jeśli już nie przeszła!).

                Nie zgadzam się natomiast z opinią, że Jack Sparrow
                to "metroseksualny pirat", przecież on nieszczególnie dba o higienę!
                Niedomyty jest (Elizabeth w 1. części, kiedy Sparrowowi zebrało się
                na czułości, w oczy mu rzuciła, że "śmierdzi" :)) i niechlujny, nie
                mówiąc już o tym, że stale w jednym i tym samym niemodnym pirackim
                stoju chodzi!? :)

                > zawsze kombinujący, jak by się tu wyłgać od zadymy ...

                ale jednocześnie stać go również na bardzo szlachetne,
                bezinteresowne uczynki (np. ratował Elizabeth)


                "Bad Boys" Oglądałaś/liście ?
                Chyba nie widziałam.
                • grek.grek Re: Rewers/Piraci z Karaibów 17.03.10, 14:57
                  Hehe :) Nie mam żadnych kłopotów z "niedomaganiem" sie, po prostu zabawnie wyszło, bo nie spytałem czy widziałaś ten film wcześniej, i, w sugestii, wyszło, ze najpewniej nie, i zaraz się zacząłem z opisami oferować. To raczej był nietakt z mojej strony, więc powiem tylko, że więcej tak nie zrobię - najpierw spytam :).

                  Nic to. Ciekawsza jest inna kwestia - jak sądzisz, czy Polański chciał pokazać tutaj : a) thriller, czyli historię parano(j)i, w jaką bohaterka wpada po wpływem bycia w ciązy, a później stresu po-porodowego, czy jednak : b) horror, czyli że naprawdę miała dziecko z szatanem, którego przywołała jakaś sekta ?

                  Powiem Ci, że o ile 4/5 filmu mógłbym podłączyć do pierwszej opcji, to końcówka, w okolicznościach party w mieszkaniu Castevetów, juz mi raczej pod drugą mozliwość podpada - no chyba, ze by to wyjaśnić, iż jest to sen Rosemary, albo jakaś wizja.
                  Jak sądzisz ?

                  Haha :) Co racja, to racja - z higieną Sparrowowi jakoś nie do twarzy. No cóż, ograniczona podaż kosmetyków robi swoje, hehe. Ale, z drugiej strony, te podmalowane oczy, te ruchy miękkie... a gejem nie jest :)

                  POdobno wzorował postać na osobie Cliffa Richardsa (pisałas o nim, rzeczywiście pojawia się w 3 częsci, jako specjalista od odczytywania kodeksu piratów), ale Cliff ruszał się jednak mniej... artystycznie :)

                  Może, kto wie, Cliff nie próbował tych ziółek, które przez nos aplikuje sobie pan pirat ? hehe.

                  • barbasia1 Re: Rewers/Piraci z Karaibów OT 18.03.10, 12:26
                    grek.grek napisał:
                    > Nie mam żadnych kłopotów z "niedomaganiem" sie

                    Wiem, Greku! To oczywiste!
                    To ja przepraszam Cię za małe zamieszanie i dezorientację, za to że
                    od razu nie powiedziałam, że znam/widziałam DR.

                    Poprosiłam Cię o opisanie DR tylko dlatego, że w końcu pożałowałam,
                    że nie będzie w naszej kolekcji "Dziecka Rosematy" (by Grek)!
                    Poza tym pomyslałam, pamięć jest ulotna dziś pamięta się szczegóły
                    filmu w miarę dobrze, jutro już nie, więc niezależnie od tego, czy
                    ktoś widział, czy nie, warto kilka słów napisać, aby w razie
                    konieczności można było wrócić do tekstu i sobie przypomnieć...

                    I jeszcze jedno, Greku, wykonujesz tu gigantyczną pracę (chapeau
                    bas!), więc musimy o Ciebie dbać, żebyś się nam nie zamęczył, stąd
                    czasami "niedomaganie się", albo "domaganie nieśmiałe".
                    Ale tak naprawdę opowieści filmowych domagamy się od Ciebie
                    zawsze /no tak, rozpieściłeś i rozpuściłeś nas niemożliwie! :))/,
                    zawsze (chyba wszyscy się ze mną zgodzą) z wielką przyjemnością i
                    zaniteresowaniem czytamy streszczenia, wszelkie Twoje uwagi,
                    komentarze , nawet do dobrze znanych nam filmów.
                    /Oczywiście z ogromną przyjemnoscią i uwagą czytam(y) też
                    wszytskich i innych - Pepsic, Manię, Ewę i każdego, kto tu pisał/
                    pisze ! :)/

                    Ufff , mam nadzieję, że zrozumiałeś coś z tych wyjaśnień
                    na gorąco pisanych :)

                    Kończąc - jak mówi mądrosć ludowa, co się odwlecze to nie uciecze,
                    mam nadzieję, że w przyszłosci jeszcze pojawi się tu streszczenie
                    DR Twojego autorstwa, chyba, że ktoś inny zechce napisać!? :)
                    • grek.grek Dziecko Rosemary 18.03.10, 13:25
                      Może zatem przy następnej okazji :) (A może ktoś się inny skusi ? W moim wykonaniu fabuła by zajęła dwa akapity, a próba interepretacji, przegryzana znęcaniem się nad Kłopotowskim, który swego czasu sugerował, że Polański kręcąc m.in DR napytał sobie biedy od mocy nadnaturalnych - jakieś 5, więc byłoby to dość niestrawne)

                      Ewrytink kumam :) Ja tekże, Ciebie oraz Was czytam od deski do deski. Czasami coś zajarzę zbyt późno, albo przeczytam bezmyślnie, ale robię postępy stale oraz mozolnie, hehe.

                      • barbasia1 Re: Dziecko Rosemary 18.03.10, 13:48
                        > Ewrytink kumam :) [...] Czasami coś zajarzę zbyt późno, albo
                        przeczytam bezmyślnie, ale robię postępy stale oraz
                        > mozolnie, hehe.

                        chichichichi :)

                        No to strasznie się cieszę! :))

                        >a próba interepretacji, przegryzana znęcaniem
                        > się nad Kłopotowskim, który swego czasu sugerował, że Polański
                        kręcąc m.in DR napytał sobie biedy od mocy nadnaturalnych

                        Aaa, przypominam sobie taką "próbkę", pisaną przez Ciebie niegdyś po
                        tym, jak owe słowa Kłopotowski ujawnił wszem i wobec! Podobało mi
                        się! :)
                        • grek.grek Re: Dziecko Rosemary 18.03.10, 14:19
                          Odbierałem potem o trzeciej w nocy głuche telefony... ;)

                          Aż się musiałem telefonu pozbyć ;))

                          Żartuję sobie. Żałuję że Zygmunt Kałużyński nie dożył takiego stopnia rozwoju technologicznego - wyobrażasz sobie, że prowadzi teraz blog i łoi tam film za filmem ? Ech... :)
                          • barbasia1 Re: Dziecko Rosemary 18.03.10, 14:45
                            grek.grek napisał:

                            >Odbierałem potem o trzeciej w nocy głuche telefony... ;)
                            > Aż się musiałem telefonu pozbyć ;))

                            haha:)))
                            Nie zdziwiłabym, gdyby tak było naprawdę! :)

                            Tak wielka szkoda, że nie mozemy już czytac nowych komentazy
                            Kałużyńskiego, znał się na kinie jak mało kto i miał odwagę mówić to
                            co naprawdę myśli. Jego ktytyka zawsze była celna!
                  • barbasia1 Re: Rewers/Piraci z Karaibów 18.03.10, 13:15
                    Ale do ciekawszych kwestii przejdźmy, najpierw może do Jacka
                    Sparrowa i Keitha (!) Richardsa! (bo Cliff wygląda się, nosi się i
                    zachowuje znacznie lepiej od Keitha :) /Keith był wielokrotnie
                    aresztowany i karany za posiadanie narkotyków oraz nieobyczajne
                    zachowanie. /za wiki/

                    Mów mi ojcze! :)
                    goofybeast.files.wordpress.com/2008/04/keith-richards1.jpg
                    Ojciec i syn! ;)
                    img2.timeinc.net/people/i/2007/features/theysaid/070611/keith_richards.jpg


                    A mnie własnie ten chwiejny krok, miękkie ruchy Deppa-Sparrwowa nie
                    kojarzyły się nigdy z gejem, a raczej z człowiekiem, kótry jest pod
                    wpływem jakis używek, trunków, które przyjemnie rozluźniają
                    człowieka, np. - rumu, który, przecież Jack stale nosi ze sobą, a
                    może właśnie jakichś ziółek!?
                    Czy w którejś cześci Piratów sugerowano, ze Sparrow raczy się też
                    ziółkami? Pamiętasz Greku? :).

                    Wiesz, taki rodzaj ruchu, miękkiego, chwiejnego zauważyłam dawno
                    temu u naszego artysty Maleńczuka, ojca trzech, albo czterech
                    córek, wrażliwego na kobiece(fanek) piękno, męża swej wyrozumiałej
                    żony ;). Poźniej dowiedziałam się, że on popala trawkę, nie stroni
                    od alkoholu itp. i skojarzyłam to z owym specyficznym ruchem. to
                    samo widze teraz u Sparrowa.
                    Depp naprawdę mistrzowsko doddał tu ruchy, gestylkulację człowieka
                    będącego pod wpłwywem używek.

                    :)

                    A oczy podmalowane czarna kreską nadają twarzy groźnego wyglądu! :)
                    • grek.grek Re: Rewers/Piraci z Karaibów 18.03.10, 13:31
                      Ciekawy wywód.

                      Nie pamiętam... chyba nic o ziołach nie było, hehe, ale coś go musiało zmiękczyć - pewnie wielu by chciało poznać nazwę tej cudownej mikstury ;)

                      Może Cię zainteresuje coś takiego :
                      www.filmowo.net/postacie/jack_sparrow.html
                      • barbasia1 Re: Rewers/Piraci z Karaibów 18.03.10, 13:57
                        O świetna stronka! Dzięki! Pózniej się zagłębię!

                        O specyficznym sposobie poszuszania się Sparrowa piszą tu tak (z
                        początku tekstu):
                        "Jego ruchy przy tym nasuwają na myśl tyleż chybotliwe pokłady, co
                        niezliczone butelki rumu pod tropikalnym słońcem"

                        czyli jednak głównie rum! :)

                        O Panasewiczu zapomniałam, on też ma takie miekkie ruchy, zwłaszcza
                        jak występuje na scenie, zuważyłeś?! :)
                        • grek.grek Re: Rewers/Piraci z Karaibów 18.03.10, 14:24
                          ja mam problem z oglądaniem Panasewicza na scenie - nawet w tiwi; jakoś tak się irracjonalnie boję,ze on zaraz jakąs butelką rzuci i mnie trafi w czoło ;) A potem zażąda, zebym mu zapłacił odszkodowanie, hyhy.

                          Ale ruchy w tej estetyce - ma, a od Panasewicza trop chyba wiedzie do Mike'a Jaggera. Oni się zresztą chyba zawsze mieli za polskich Stonesów - Panasewicz był Jaggerem, a Borysewicz Richardsem ;) Jaki kraj, tacy Stonesi, hehe.
                          • barbasia1 Re: Rewers/Piraci z Karaibów 18.03.10, 14:49
                            >Jaki kraj, tacy Stonesi, hehe.
                            haha Racja.
                            Ale z drugiej strony, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co
                            się ma.
                            Ja tam mam sentyment do starej Lady Punk. :)

                            > irracjonalnie boję,ze on zaraz jakąs butelką rzuci i mnie trafi w
                            czoło ;) A potem zażąda, zebym mu zapłacił odszkodowanie, hyhy

                            chichichi

                            :)
                            • grek.grek Re: Rewers/Piraci z Karaibów 19.03.10, 13:27
                              Kiedyś podobała mi się ich "Rysunkowa postać", a potem... to już mi się nic ichniego nie podobało :)
                              • barbasia1 Lady Pank - Rysunkowa postać 19.03.10, 14:27
                                Niemal zapomniałam o tej piosence! :)

                                www.youtube.com/watch?v=NmQStrlbcWw
                                • pepsic Re: Lady Pank - Rolling Stones 21.03.10, 20:06
                                  Szczerze mówiąc nie kojarzę tego utworu, ale i też nigdy nie przepadałam za muzyką Lady Punk, choć dzisiejsze ladys pewnie określiłyby niegdyś Borysewicza niezłym ciachem. Co do Rolling Stonesów - też nie do końca się w nich wsłuchiwałam na tyle, na ile zasługują jako legenda rocka, chociaż jest chlubny wyjątek, wiadomo Angie, podobno zadedykowana żonie kumpla, którą Jagger był zauroczony.
                                  To dla miłego nastroju:
                                  www.youtube.com/watch?v=JMkFjYRWM4M&feature=fvw
                                  • barbasia1 Re: Lady Pank - Rolling Stones - Angie 26.03.10, 19:54
                                    Znalazłam "Angie" - piękna ballada o miłości! Dzięki za
                                    przypomnienie! :)


                                    Akurat "Rysunkowa postać" to jednej z tych mniej znanych utworów,
                                    bardzo rzadko można było go usłyszeć w radiu, czy w telewizji,
                                    pewnie dlatego go nie kojarzysz.
                          • pepsic Re: Rewers/Piraci z Karaibów 19.03.10, 10:56
                            Lady Punk trochę ładniejsi ;)
                            A propos Rolling Stones, jako że wątek tv, przypomniała mi się scena
                            z "Hair", kiedy na pytanie komisji wojskowej: czy jesteś
                            homoseksualistą? - pada odpowiedź poborowego: nie, ale Micka Jaggera
                            z łóżka bym nie wyrzucił.
                            • grek.grek Re: Rewers/Piraci z Karaibów 19.03.10, 13:29
                              Ech, no to klasyka kina, hehe.
                            • barbasia1 Re: Rewers/Piraci z Karaibów 19.03.10, 14:08
                              pepsic napisała:

                              Świetne! :)))

                              Nie rozumiem co też kobiety widzą w tym Jaggerze.
                              :)


                              • grek.grek Re: Rewers/Piraci z Karaibów 19.03.10, 15:12
                                Kobiety, to jeszcze pół biedy, ale co w nim widział ten chłop, co go by z łózka nie wyrzucił ?.. ;)
                                • barbasia1 Re: Rewers/Piraci z Karaibów 19.03.10, 15:33
                                  grek.grek napisał:

                                  > Kobiety, to jeszcze pół biedy, ale co w nim widział ten chłop, co
                                  go by z łózka nie wyrzucił ?.. ;)

                                  :)))))))))))))))))))))))))
                                  No właśnie!
                  • barbasia1 Dziecko Rosemary 18.03.10, 14:38
                    grek.grek napisał:

                    > [...] jak sądzisz, czy Polański chciał pokazać tutaj :
                    a) thriller, czyli historię parano(j)i, w jaką bohaterka wpada po
                    wpływem bycia w ciązy, a później stresu po-porodowego, czy jednak :
                    b) horror, czyli że naprawdę miała dziecko z szatanem, którego
                    przywołała jakaś sekta ?

                    Myślę, że obie interpretację są uprawnione, dopuszczalne, a wręcz z
                    korzyścią dla filmu. Osobiscie skłaniałabym się ku pierwszej
                    interpretacji (a), że Polański chciał przede wszytskim pokazac stan
                    ducha kobiety w ciąży z jej nerwowością, lękami o dziecko, z jej
                    wyolbrzymioną podejrzliwością, ostrożnością itd.
                    Jednak nie można lekceważyć i tej drugiej interpretacji (podpunkt b)
                    i pominąć problemu szatana, albowiem, jak zauważa Kałużyński,
                    absolutną nowością w "Dziecku Rosemary" było to, że diabeł
                    przyszedł na świat, zwycieżył! Zdarzyło się to po raz pierwszy w
                    historii kinia, wcześniej bowiem zawsze zło udawało się (w finale)
                    pokonać, zniszczyć, spalić w płomieniach itd.


                    :)
                    • pepsic Re: Dziecko Rosemary 19.03.10, 11:17
                      Zawsze traktowałam DR, jako thriller satanistyczny, a schizom
                      ciążowo-porodowym nigdy nie dałam wiary.
                      Ps. Co autor miał na myśl? Wprowadzić celowo niedopowiedzenia i
                      zamęt, co bardziej ekscytuje, niż postawienie kropki nad "i".
                      • grek.grek Re: Dziecko Rosemary 19.03.10, 13:23
                        Końcówka faktycznie skłania ku takiej właśnie interpretacji. Ja jednak zawsze, takie odchylenie, skłaniam się ku racjonalnym rozwiązaniom, więc odbierałem to jak senny koszmar Rosemary w ramach szoku poporodowego.
                      • grek.grek Re: Dziecko Rosemary 19.03.10, 13:32
                        Końcówka wiedzie faktycznie ku takiej interpretacji. Ja zawsze jakoś się trzymałem jednak racjonalnej wersji, ze to koszmaru Rosemary ciąg dalszy, w ramach szoku poporodowego.
                    • grek.grek Re: Dziecko Rosemary 19.03.10, 13:40
                      On zawsze coś ciekawego zauważał w tych filmach. Mistrz.

                      Jak dla mnie, to własnie jest wielkośc tego filmu - pozostawienie widzowi swobody interpretacji. Niby końcówka jest w tym duchu - satanistycznego spełnienia, ale z drugiej strony - moment zapłodnienia pokazany jest tak, że skłania jednoznacznie do uznania, ze Rosemary
                      śni koszmar, i w tym momencie doznaje jakiegoś szoku, wpada w alternatywną rzeczywistość, co się odbywa w jej głowie wyłącznie, a napięcia związane z ciążą wpędzają ją w ostateczną szajbę.
                      • barbasia1 Re: Dziecko Rosemary i trzecie znaczenie! 20.03.10, 17:16
                        Poza tym Kałużyński by erudytą. Znał się nie tylko na kinie, ale
                        także na literaturze, sztuce, muzyce, czemu wielokrotnie dawał wyraz
                        w swych recenzjach fimowych.

                        >moment zapłodnienia pokazany jest tak, że skłania jednoz
                        > nacznie do uznania, ze Rosemary śni koszmar

                        A ja myślę, że równie dobrze można interprtować tę scenę jako spisek
                        satanistycznej sekty przygotowany w porozumieniu z mężm R. -Guyem i
                        zorganizowany tak, by Rosemary miała wrażenie, że to tylko koszmarny
                        sen.

                        :)
                        Znalazłam jeszcze jedna interpretację DR w komentarzu "Tadeusza
                        Sobolewskiego" -


                        "Jest jeszcze trzecia, ukryta, symboliczna warstwa tej historii,
                        która wskazuje, że Rosemary istotnie jest ofiarą, ale nie szatana -
                        w którego Polański nie wierzy - tylko wyniesionego z dzieciństwa
                        religijnego kompleksu, który utwierdza w niej lęk przed grzechem i
                        utratą niewinności. Rosemary została zgwałcona we śnie nie tyle
                        przez diabła, ile przez własnego męża, potraktowana przez niego jak
                        maszyna do płodzenia dzieci. W koszmarze, który Rosemary śni w noc
                        zapłodnienia, pojawia się mąż i papież, zderza się ze sobą religia i
                        gwałt, seks i niewinność. Rosemary podświadomie szuka dla siebie
                        ratunku przed potępieniem i znajduje wyjście paradoksalne: w akcie
                        wyzwolenia, w ramach pojęć, które jej wpojono, gotowa jest uznać
                        swoje diabelskie dziecko, zostać anty-Matką Boską. Czy można
                        wyobrazić sobie bardziej przewrotne wyjście z kompleksu? Wybrała
                        dziecko, chociażby szatańskie, przez to samo stając po stronie
                        dobra, niwelując zło."

                        wyborcza.pl/1,102030,7114165,O_filmach_Polanskiego.html?as=2&startsz=x

                        • barbasia1 Re: Dziecko Rosemary i trzecie znaczenie! 20.03.10, 17:31
                          O tym, że nie był to tylko senny koszmar świadczyłyby przede
                          wszytskim zadrapania na ciele Rosemary, była mowa o tym w filmie!? o
                          ile dobrze pamiętam.

                          /A tak się chwaliłam znajomością DR! Ech! ://

                          :)

                        • grek.grek Re: Dziecko Rosemary i trzecie znaczenie! 22.03.10, 17:45
                          O, właśnie, dla niego film był okazją do grzebania we wszystkich dziedzinach sztuki, zycia społecznego, polityki, żeby tam znaleźć
                          możliwe interpretacje, tła i dodatkowe smaczki. Niby wielu tak robi, ale on był w tym mistrzem.

                          Ja bym powiedział, że Sobolewski trafia w punkt :) ALE... zawsze jakieś ALE będzie.
        • grek.grek Re: na dziś/Rewers 16.03.10, 15:11
          P.S : A propos 1 sezonu Californication, który miałem Ci zaprezentować... Wszystko działa, wszystko pod kontrolą, mam dotychczas zagrane przez Czechów 3 odcinki, ale poczułem moc :) : miałem opisywać po 3 naraz, ale dam radę od razu z 4-ema, więc pierwszy rzut w przyszłym tygodniu odpalę :)

          /ech, ta pierwsza seria... kiedy teraz oglądam ją ponownie, to druga nie dorównuje jej jeszcze bardziej niż kiedyś :)/
          • barbasia1 Re: na dziś/Rewers 16.03.10, 15:27
            grek.grek napisał:

            OK! Może być czteropak! :)

            Trzecią seria też niezła! Polecam i zachęcam! :) /Widziałam w
            programie TV, że leci teraz na HBO, kto ma ten może oglądać./

            Niech moc zawsze będzie z Tobą!
    • grek.grek "Niepokój", TVN, dziś. 18.03.10, 13:38
      "Niepokój" - TVN, 21:30 - z opisu wynika, ze to coś w stylu Alfowego "Okno na podwórze". Z obsady nie kojarzę nikogo, oprócz Carrie Ann Moss, czyli Trinity z Matrixa; spośród tworców - jeszcze mniej się orientuję. Ktoś z Was widział azaliż ówżesz film, czy będzie to filmowa randka w ciemno ? ;)
      • barbasia1 Re: "Niepokój", TVN i Wszystkie wcielenia Tary :) 18.03.10, 14:09
        Nic nie wiem na temat "Niepokoju"!?

        A potem o 23.35 "Wszystkie wcielenia Tary" znów późno, ale tym
        razem dotrwam! :)
        Dziś w odwiedziny do Gregsonów przyjeżdżają rodzice Tary ...

        :)
        • la.bruja Re: "Niepokój", TVN i Wszystkie wcielenia Tary :) 18.03.10, 21:55
          "Niepokój" wzięłam onegdaj z wypożyczalni, oglądnęłam i ... mało co
          pamiętam ;) Są dwie możliwości: albo nie był wart zapamietania albo
          mam słabą pamięć.
          Z oczywistych powodów wolę pierwszą z podanych możliwości ;)
          • paero123 Re: "Niepokój", TVN i Wszystkie wcielenia Tary :) 18.03.10, 23:05
            W tym filmie główna idiotyczna rzecz jest taka, że zaobrożowany bohater prowadzi
            obserwacje lornetkowo-kamerowo-łokitokową przy włączonym świetle i odsłoniętych
            zasłonach w pokoju, z którego obserwuje. Kazdy potencjalny obserwowany widzi
            durnia z lornetką gapiącego się w jego stronę...
          • grek.grek Re: "Niepokój", TVN i Wszystkie wcielenia Tary :) 19.03.10, 13:20
            Wyczuwam entuzjazm w Waszych słowach ;)

            Nic, na razie nagrałem, a na okoliczność obejrzenia schowam brzytwę
            i noże, co by jakaś ew. pokusa nie chwyciła ;)
            • pepsic Re: "Niepokój" 19.03.10, 13:44
              Miałam wczoraj ochotę na prosty, nieskomplikowany film, co bym nie
              musiała się trudzić z interpretacją. Nadzieje spełnił, z tym że do
              pierwszych, a może drugich reklam.
            • barbasia1 Re: "Niepokój", TVN i Wszystkie wcielenia Tary :) 19.03.10, 14:03
              A ja zaczęłam oglądanie mniej wiecej po drugich reklamach, pod
              koniec uciekłam z krzykiem od telewizora!!!, ;)))
              po tym jak podglądany sąsiad (coś miał w twarzy z Hanibala
              Lectera) ni z tego ni z owego zaczął dusić sasiadkę, matkę tego
              chłopaka, który podglądał. (Matka poszła do sąsiada-Hanibala zaraz
              po wizycie policji przepraszać go za zachowanie syna, który wywołał
              to wcześniejsze zamieszanie z policją oskażajac sąsiada o
              przechowywanie trupa w garażu). A natępnie poleciał dusić
              chopaków ... :)

            • barbasia1 Wszystkie wcielenia Tary 19.03.10, 15:09
              Odcinek 6. "Wszystkich wcieleń" szczęsliwie zaliczony, podobał mi
              się, choć miałm wrażenie, że wizyta rodzców została przedstawiona
              dość stereotypwo - czyli jak dopust Boży, oczywiście podczas
              rodzinnej imprezy rodzice muszą zepsuć atmosferę, swoim bezmyślnym
              gadaniem.

              Mąż, Max (Corbett) był absolutnie wspaniały, cudowny, kiedy jak lew
              bronił swojej rodziny, dzieci przed dziadkami i ich pomysłami. Robił
              wszytsko, żeby Tara się nie zdenerowała i nie wcieliła się w przy
              rodzicach, w którąś z alterek (świetna scena - kiedy Max czując, że
              kryzys jest blisko, wyciąga Tarę z domu i zmusza do biegania w
              kółko, co bardzo rozśmiesza Tarę. Napiecie zostaje więc
              rozładowanie, a kryzys chwilowo zażegnany. :)

              Ciekawam, czy pani Diablo wymyśliła sobie od początku do końca tego
              Maxa, czy też czerpie inspirację z realnie istniejącego osobnika
              (np. swego osobistego męża?).

              • grek.grek Re: Wszystkie wcielenia Tary 19.03.10, 15:18
                No i na końcu pięknie zaszantażował starych żony :) Gość robi na razie za alfę i omegę, pełna kontrola, hehe.
                Pewnie go sobie wymyśliła; ktoś taki nie ma prawa istnieć, bo w realu od tej kręcioły ze zmultiplikowaną żoną sam by się dorobił własnych 24 nowych wcielenia, z których ostatnie popełniłoby z ulgą rytualne seppuku ;)

                • barbasia1 Re: Wszystkie wcielenia Tary 19.03.10, 15:27
                  grek.grek napisał:

                  > No i na końcu pięknie zaszantażował starych żony :)

                  Tak, tak! :)

                  A kto właściwie sikał ojcu do łóżka? (trzeba mieć łeb jak sklep ,
                  żeby wpaść na taki koncept, nieprawdaż!!? :))
                  Tara? Któraś z alterek!?

                  >ktoś taki nie ma prawa istnieć, bo [...]
                  hahaha
                  To prawda! :)
                  • grek.grek Re: Wszystkie wcielenia Tary 19.03.10, 15:34
                    No własnie, mnie się zdawało, ze Tara, ale po twarzy nie poznałem, ani po niczym innym ;)
                    • barbasia1 Re: Wszystkie wcielenia Tary 20.03.10, 15:17
                      grek.grek napisał:

                      Miałam tak samo.

                      Wiesz co pomyślałam, że być może ujawniło się jeszcze jedno
                      wcielenie Tary, niezdiagnozowane, o którym na razie nic nie wiadomo -
                      alterka, która robi brzydkie żarty i kawały (obraźliwy napis na
                      ścianie u klinetki Tary, teraz sikanie do łóżka!?).

                      Oczywiście to tylko moje przypuszczenia, nie czytałam żadnych
                      streszczeń kolejnych odcinków.
                      • grek.grek Re: Wszystkie wcielenia Tary 20.03.10, 15:30
                        Zobaczymy, to dopiero połowa serii.
    • grek.grek Lejdis; warto ? 19.03.10, 13:45
      No to hycior dzisiaj - Lejdis, TVN 20:00 ;)

      Pewnie wszyscy widzieli, hehe. Ja widziałem fragmenty tylko, i jakoś
      szczególnie zafrapowany nie byłem, wyglądało mi to na tajwańską podróbę "Seksu w wielkim mieście", która ma porwać widza wulgarnością myloną z odwagą (przełamywania obyczajowych tabu), szarżą pokićkaną z finezją i
      drobnomieszczańską uciechą z chamstwa myloną z nonkonformizmem.

      Może jednak warto, hę ? może jest tam jakiś pozytyw ?
      • barbasia1 Re: Lejdis; warto ? 19.03.10, 14:18
        Nie wiem, czy warto, nawet fragmentów nie widziałam, ale obejrzę,
        żeby sie przekonać, że masz rację. :)))
        • grek.grek Re: Lejdis; warto ? 19.03.10, 15:23
          mam jednak nadzieję, że jej mieć nie będę, bo szkoda by było czasu straconego na takim gniocie :)
          • barbasia1 Re: Lejdis; warto ? 19.03.10, 15:30
            Obejrzę, żeby się przekonać, czy masz rację. :)))




          • barbasia1 Re: Lejdis; warto ? 19.03.10, 15:35
            Zatem obejrzę, żeby się przekonać, czy masz rację. :)))

            (W końcu tyle czekałam, żeby obejrzeć te Lejdis w telewizji)
      • barbasia1 Re: Lejdis; warto ? 20.03.10, 14:47
        Jakże trafny jest ten Twój wczorajszy komentarz!

        Widzę, Greku, że nie masz nic do dodania w spprawie "Lejdis"!? :)))
        Oglądałeś wczoraj Lejdis, czy jednak odłożyleś oglądanie tego dzieła
        na przyszłość? :)


        Żenująca, trywialna, momentami nudna komedia, pozbawiona kompletnie
        zabawnych, zgrabnych dialogów, grepsów ( entuzjaści Lejdis pisali na
        forumach, zaraz po premierze, że teksty tak świetne i takie
        zabawne, że do języka potocznego wejdą, minęły już dwa lata – i
        co, jakoś niespecjalnie weszły?), bez dobrego humoru sytuacyjnego
        (nie przypominam sobie żadnej sceny, żadnego epizodu, który byłby
        wart zapamiętania, opisania tu), oryginalnych, błyskotliwych
        pomysłów . Do tego kupa stereotypów na temat kobiet, mężczyzn,
        psychologia rodem z tasimcowych seriali, prymitywne, często
        wulgarne żarty, chwyty komediowe zapożyczone z innych filmów,
        płaskie, papierowe postaci, które wywołują tylko obojętność (nawet
        najbardziej rozbudowana postać Gośki, w którą wciela się tu dobra
        Iza Kuna), Adamczyk (albo jego sobowtór ;))) sztuczny do bólu! Nawet
        nie chce mi się o tym pisać.

        Derszowska -„Korba” tu uwodzicielka mężczyzn (podobno według
        jednej z recenzentek taka kobieta to "marzenie każdego
        mężczyzny"!??) jak własna ciotka wyglądała w turbanie na głowie i
        długiej kiecy).

        Lata świetlne dzielą "Lejdis" od „Seksu w wielkim mieście” czy od
        takich fantastycznych komedii, jak: "To właśnie miłość", "Cztery
        wesela i pogrzeb", "Notting Hill", "Dziennika Bridget Jones"!

        :)
        • grek.grek Re: Lejdis; warto ? 20.03.10, 15:20
          Dobrze, że nie trefny ;) Dzięki za recenzję. Tym bardziej, że jakoś, intuicyjnie oraz bazując na fragmentach widzianych... gdzieśtam, trzymałem się z daleka od odbiornika, hehe.

          A swoją drogą, ten film, w kinach, miał megaoglądalność - de gustibum... no i chyba lans, nie ? :)

          O "Dzienniku Bridget JOnes" sam Mr. Kałużyński napisał był swego czasu pochlebną recenzję, co by powiedział, jakby Lejdis zobaczył ? Może lepiej, że nie widział. I nie słyszał. Nie ma nic gorszego w kinie od marnej łaciny.
          • barbasia1 Re: Lejdis; warto ? 20.03.10, 16:07
            grek.grek napisał:

            > Dobrze, że nie trefny ;)

            No wiesz, Greku! :)

            no i chyba lans, nie ? :)

            Tak, lans, megareklama w TVN m.in.

            > O "Dzienniku Bridget JOnes" sam Mr. Kałużyński napisał był swego
            czasu pochlebną recenzję!

            a czy jest gdzieś w internecie ta recenzja?
            Chętnie bym przeczytała!

            • grek.grek Re: Lejdis; warto ? 21.03.10, 12:25
              Niestety, nie wiem, czy w necie jest. Mam ją z papierowego wydania polityki, a raczej - wiem, ze miałem i pamiętam, ze pisał dobrze nawet o Zellweger ;) Poszukam, jak znajdę, a to nieuniknione, to coś o tym napiszę, jesli chcesz.
              • barbasia1 Re: Lejdis; warto ? 21.03.10, 12:54
                grek.grek napisał:

                Bardzo bym chciała, jeśli to nie problem! :)

                • grek.grek Re: Lejdis; warto ? 21.03.10, 13:56
                  Żaden problem. Będzie :)
        • pepsic Re: Lejdis; warto ? 21.03.10, 19:17
          Nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z twoją opinią Barbasiu oraz wizjonerską Greka. Produkt dla mas w tvn-wskim stylu oderwanym od rzeczywistości stworzonym dla mało wymagającego widza, próbujący niezbyt udolnie pokazać problemy współczesnych trzydziestolatek. Pozytyw jest - to jeden z niewielu filmów skierowany do damskiej części widowni. Ale i zabawny epizod w końcówce też: Więckiewicz bagatelizuje obecność w szpitalu starożytnych Rzymian, mówiąc do skołowanego Szyca: to pewnie CBA przyszło zaaresztować któregoś lekarza.
          • grek.grek Re: Lejdis; warto ? 22.03.10, 14:59
            3 do zera, "Lejdis" knockout ;)
    • grek.grek Bad Boys/Constantine 20.03.10, 12:13
      "Bad Boys" - teraz wiem, dlaczego tego starego grata nie oglądałem nigdy - bo oglądąłem w tym czasie zawsze Miami Vice i Gliniarza z Beverly Hills. Dwóch przyjaciół, gliniarzy od narkotyków łapie handlarza nimi, jednocześnie chroniąc świadka zabójstwa, jakiego ten handlarz dokonał. Wszystkie ograne chwyty świata : pościgi, strzelaniny, zabawa w good and bad cop, heroiczne czyny w zwolnionym tempie, ucieczka z wielkiego hangaru, pełnego koksu, który eksploduje oczywiście sekundę po tym, jak bohaterowie z niego wyjeżdzają autem itd.

      Lukrem na tym torciku mieli być Will Smith i Martin Lawrence, jako dwaj policaje z plastycznymi twarzami, którzy ciągle sobie dogadują, ze swadą się spierają i dowcipkują nawet w sytuacjach najwyższego zagrozenia ("jak zginę, to cię zabiję" itp.), mieli być Eddiem Murphym w dwóch osobach. Ich relacje miały być tym zabawniejsze, że w trakcie śledztwa muszą się zamienić tożsamoścami : szarżujący beznadziejnie Lawrence musi udawać kawalera-casanovę Smitha, a - równie mało wiarygodnie robiący się na cool - casanova Smith zonatego ojca-polaka Lawrence'a. Nie wiem, może to i dla kogoś byłoby rajcujące, ale dla mnie Eddy Murphy w pojedynkę ich kasuje pod wg vis comica, że o parze Johnson-Thomas nie wspomnę, oni zresztą prowadzili nieco mniej strzelankowo-wybuchowe śledztwa i jak oglądałem Miami Vice, to czułem Miami i Florydę przez ekran, jak blisko podszedłem. Albo byłem wtedy świeższy i nie przytępiony zmysłowo, albo nie wiem co, ale w Bad Boys Miami i Florydy w ogóle nie ma, jakby kręcili w Biłgoraju ten film.

      Jakoś dotrwałem do końca, ale na ostatnich nogach. Ile można patrzeć na gonitwy, latanie kulek w powietrzu i kolejne wyczyny jak z marzeń sennych piromana...
      POlecam wszystkim. Jak się raz zmęczycie trochę, to Wam nie zaszkodzi ;))

      "Constantine" - Keanu Reeves gra faceta, co ma taką akcję, że widzi wszędzie zjawy z piekła rodem. Kiedyś chciał strzelić samobója z tego powodu, ale go odratowali, więc jest skazany na potępienie wieczne i łapiąc oraz pokonując zjawy próbuje sobie wytargować, że jednak nie pójdzie tam, tylko gdzies indziej, do czyśćca pewnie. Poza tym ma raka, jak to w filmach/reportażach/dokumentach pokazywanych przez TVN, więc wiele czasu mu nie zostało. I jest dziewczyna, której siostra też była takim mediów, co Reeves i została zmuszona przez te zjawy do samobójstwa. I jest groźba jakiegoś zmasowanego ataku zjaw na świat, czyli na Amerykę i Reeves musi im zapobiec.

      Ale badziew. Postać Reevesa przypomina bardziej jakiegoś Marlowe'a, czy też postaci delonowskie albo bogartowskie, czy innego bohatera szwedzkich kryminałów - odpala fajkę od fajki, wiecznie jest skwaszony, przytłoczony, napięty jak gacie na d,pie.
      Poza tym dominują efekty komputerowe - wizje piekła jak z Boscha i w estetyce obrazów starego Beksińskiego, tyle że ożywione ekranowo, potworom atakującym z lądu i powietrza najbliżej do wytworów wyobraźni twórców czwartorzędowych horrorów dla trzynastolatków, akcja się ciągnie jak guma do majtek i tak na dobra sprawę pomysłów fabularnych jest w niej na jakieś 40 minut, czyli na jeden odcinek "Po tamtej stronie", albo "Z archiwum X", reszta służy wyłącznie stworzeniu sztucznej przestrzeni dla miliona kolejnych efektownych obrazków z piekła dla fanów death-metalu rodem.

      Wg mnie, tylko dla fanów, albo dla ludzi z wyjątkowo odpornymi żołądkami ;).
      • barbasia1 Re: Bad Boys/Constantine 20.03.10, 15:10
        >"Bad Boys" -

        to jak też odchaczam ten film i uznaję go za zaliczony! :)

        >ale w Bad Boys Miami i Florydy w ogóle nie ma, jakby kręcili w
        Biłgoraju ten film.
        chichichichi :)

        "Constatntine"
        Nawet mnie to zaciekawiło! ;)) (widziałam wczoraj w przerwach
        reklamowych na Lejdis, zajawkę tego filmu).

        A Reevesowie oczywiście w finale udaje się uratować świat i uwolnić
        się od zjaw, tak?
        • barbasia1 Re: Bad Boys/Constantine 20.03.10, 15:20
          oczywiście - "odHaczam"!

          :)
        • grek.grek Re: Bad Boys/Constantine 20.03.10, 15:28
          Nie inaczej. Chyba ;). Przyznam, że mnie ten film sprowadził do parteru, zwłaszcza,ze byłem świeżo po Bad Boys, hyhy. Czekam na
          jakąś odtrutkę.
          W Miami Vice koloryt Florydy był osobnym aktorem. W Bad Boys są głównie
          ładne wnętrza, jakby operator kamery miał alergię na powietrze i słońce; btw, luksusowy, sterylny(do czasu) i bezpłciowy dom Smitha nie umywa się nawet do finezyjnego jachtu Crocketta z krokodylem w roli (współ)lokatora, hehe.

          • barbasia1 Re: Bad Boys/Constantine 20.03.10, 15:42
            > W Miami Vice koloryt Florydy był osobnym aktorem.

            Namiętnie oglądałam! :) i "Gliniarza ..." i "Miami Vice", ale tego
            krokodyla na jachcie Sony'ego nie pamiętam!??

            O "Lejdis" w wielkim skrócie było, ale jeśli masz jakieś pytania,
            wątplwości, pytaj śmiało! Postaram się odpowiedzieć. :)
            • grek.grek Re: Bad Boys/Constantine 20.03.10, 16:01
              www.tvcres.com/reptiles_alligators_elvis.htm
              :))

              Nie mam jakichś konkretnych pytań, zdaję się na Twoje wrażenia i obserwacje :)
              • barbasia1 Re: Bad Boys/Constantine 20.03.10, 16:29
                grek.grek napisał:

                > www.tvcres.com/reptiles_alligators_elvis.htm

                Jeszcze raz to samo, /bo Twój link sie nie otwiera/:

                www.tvacres.com/reptiles_alligators_elvis.htm
                Dzięki! Tak, teraz sobie przypomnam Elvisa! :)


                To może jutro poznęcam się jeszcze nad "Lejdis"! :)
                • grek.grek Re: Bad Boys/Constantine 21.03.10, 12:38
                  Jak zwykle wpisałem niewłaściwie... moja osobista plaga :)

                  Poznęcaj się, chętnie poczytam, lubię czytać jak ktoś przeprowadza sekcje zwłok ;))

                  Wczoraj Czesi dali "Underworld. Evolution" - też niedorzecznośc, bajanie takie, o wojnie między wampirami-hrabiostwem i wilkołami-chamstwem, w które wmieszana jest wampirzyca Selena, która jednym i drugim zawadza i jest na celowniku, a pomaga jej jeszcze lepszy numer, bo gość, co jest hybrydą wampira i wilkołaka - żaden fabularny majstersztyk, też chodzi o epatowanie mordobiciem i rozwałką, z listkiem figowym rozdzącego się romansu między Seleną, a tym hybrydowym, ale jakże lepiej zrobione jest to od Constantine - atmosferum naprawdę mroczne, świat brudny i ohydny, maszkarony rzeczywiście znakomicie dopracowane i nie rozśmieszające do rozpuku, a może nawet przeciwnie (przeraźliwe... do rozpuku ;), akcja w żwawym tempie, wyrazisty główny bohater (bohaterka) i znakomity soundtrack (a'propos muzyki, jesli będziesz/cie kiedyś oglądać, to nie wyłączajcie na liście płac).



                  • barbasia1 "Underworld. Evolution" muzyka 21.03.10, 13:02
                    > znakomity soundtrack (a'propos muzyki, jesli będziesz/cie kiedyś
                    oglądać, to nie wyłączajcie na liście płac).

                    Czy o tym kawałku myślałeś ?

                    www.youtube.com/watch?v=A6bKlpccPeE

                    Bradzo pasuje do klimatu filmu.

                    :)
                    • grek.grek Re: "Underworld. Evolution" muzyka 21.03.10, 13:54
                      Między innymi :) Dzięki za link. Cała ścieżka jest świetna, w ogole do kina akcji są najlepsze soundtracki (także Blade, Matrix, Kill Bill).

                      Aha, i obejrzałem Niepokój. Miałaś, i - mieliście, rację : słabizna. Nie mogłem uwierzyć przez cały film, że nikt nie wpadł na to, żeby chłopak, podglądając sąsiada-killera, zgasił światło we własnym pokoju :) Właściwie, nie dostrzegłem żadnego plusa w tej produkcji, może poza tą sekwencją, kiedy jego orientalny kolega niby jest ścigany i zabijany przez sąsiada, ale później się okazuje, że to żart, a następnie chłopak dostrzega na filmie zwłoki w foliowym worku - tyle, że to też grubymi nićmi szyte, że niby w mgnieniu oka, z odległości kilku metrów od monitora zobaczył coś, co "zwróciło jego uwagę, mimo że zwrócić nie za bardzo miało czym", a co dopiero na maksymalnym zbliżeniu okazało się połową twarzy nieboszczyka. Strasznie naciągane, jak i zresztą cała ta akcja, od początku do końca.
                      • barbasia1 Re: "Underworld. Evolution" muzyka 21.03.10, 14:37
                        Kiedyś musimy jeszcze wrócić do ścieżek dźwękowych z Matrixa i
                        Blade'a.
                        Do "Kill Billa" filmu i ścieżki mam wielki sentyment po naszej
                        forumowej rozmowie ! Parę dni temu, w środę chyba leciała w TVN
                        pierwsza cześć Kill Billa (przeoczyliśmy!), w przyszłą środę będzie
                        druga.

                        >a następnie chłopak dostrzega na filmie zwłoki w foliowym worku -
                        tyle, > że to też grubymi nićmi szyte,

                        Nie mówiąc już o tym, że ukrycie tupa przez podobno sprytnego
                        mordercę -psychopatę we własnym domu w jakimś w otworze (co to w
                        ogóle za miejsce było) kominowym, wentylacyjnym!? to idiotyczny
                        pomysł.

                        A jak się kończy ten film? Udało się komuś wyjść cało z tej makabry?


                        A propos makabreski ja wczoraj "Rewers" obejrzałam! :)
                        Nie mogłam się oderwać od monitora!
                        Bardzo dobry film. Uważam, że załugiwał na tak pozytywne recenzje.

                        I teraz własnie usiłuję napisać słów kilka o "Rewersie" (o
                        pastwienie się nad Lejdis zostawiam na później) ... :)
                        ale coś mi dziś myśli wolno krążą po głowie ;)
                        • pepsic Re: "Underworld. Evolution" muzyka 21.03.10, 18:41
                          "w środę chyba leciała w TVN pierwsza cześć Kill Billa (przeoczyliśmy!)"
                          Ja nie przeoczyłam, wprawdzie nie dotarłam do sceny, którą tak ładnie opisaliście i podesłaliście linka, ale jakąś tam namiastkę mam.
                          Ps. Zdecydowanie wolę Umę Thurman w ciemnych włosach a la Kleopatra (czyli z Pulp Fiction).
                          • barbasia1 Re: "Underworld. Evolution" muzyka 22.03.10, 16:07
                            pepsic napisała:
                            > Ja nie przeoczyłam,

                            Nasz honor uratowany! :))

                            O Umie znalazlam kiedyś bardzo ciekawą informację:

                            "Dziadek Umy Thurman, znanej przede wszystkim z filmów Pulp Fiction
                            i Kill Bill, nazywał się Friedrich Karl Johannes von Schelbrugge i
                            urodził się 21 listopada 1886 roku w Głogówku, wówczas Oberglogau na
                            Śląsku. Był z urodzenia baronem, a z wykształcenia prawnikiem. Jego
                            ojciec pochodził z Wrocławia, a matka, czyli prababka Umy, z Pokoju
                            koło Namysłowa.

                            Prawdopodobnie w latach 30. Friedrich Karl wyjechał do Szwecji,
                            gdzie ożenił się po raz drugi. To z tego małżeństwa przyszła na
                            świat znana w latach 60. szwedzka modelka Nena Birgitte Carolina von
                            Schelbrugge, czyli matka Umy Thurman."

                            www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090514/POWIAT11/566827767

                        • grek.grek Re: "Underworld. Evolution" muzyka 22.03.10, 15:07
                          W "Niepokoju" wszyscy przeżyli. Oprócz policjanta, co przyjechał do do domu tego sąsiada, gdzie już się zaczynała finiszowa akcja, i gdzie zgładził go ów killer, no i samego killera, który dostał od głównego bohatera nożycami ogrodowymi w brzuch.

                          Nie mogłem zrozumieć tego zapalonego światła w pokoju, ale i nie mogłem pojąć jak to jest : przyjeżdza ten policaj, killer zachodzi go od tyłu i jednym ruchem rąk skręca mu kark; 10 minut później szarpie się z tym chłopakiem i ma idealną sytuację,żeby tak samo i jemu kark skręcić, a zamiast tego łapie go w pół i rzuca nim o ścianę... ;)

                          No to czekam na Twoje wrażenia po "Rewersie" :)

                          P.S : Kill Bill jest dobry, fajnie było/będzie go sobie przypomnieć.
                          • barbasia1 Re: "Underworld. Evolution" muzyka 22.03.10, 15:37
                            grek.grek napisał:

                            Dzięki! :)
                            A matka głównego bohatera też przeżyła / duszenie w domu killera /?

                            > Nie mogłem zrozumieć tego zapalonego światła w pokoju, ale i nie
                            mogłem pojąć [...]
                            :)
                            Obawiam się , że to stanowczo nie jest film dla ludzi myślących,
                            dociekliwych i spostrzegawczych. Nie ten target. :)


                            > No to czekam na Twoje wrażenia po "Rewersie" :)

                            Dobrze. Tylko myśli zbiorę... :)

                            • grek.grek Re: "Underworld. Evolution" muzyka 23.03.10, 12:15
                              Tak, killer ją tylko poddusił, i - jak się później okazało - zakneblował
                              i przywiązał do ściany w piwnicy - bardzo obszernej zresztą : trafia tam główny bohater w jej poszukiwaniu, a przy okazji odkrywa, że piwnica kryje kilka już zdrowo rozłożonych ciał, w jakiejś sadzawce pod podłogą.

                              Nie da się ukryć. film nienajwyższych lotów :)

                              • barbasia1 Re: "Underworld. Evolution" muzyka 23.03.10, 14:27
                                grek.grek napisał:

                                > Tak, killer ją tylko poddusił

                                Łaskawca! ;)
                                Dzięki za dopowiedzenie.
                    • pepsic Re: "Underworld. Evolution" muzyka 21.03.10, 19:37
                      Halo, halo, czy chłopaki czasem nie zgapili z tego hiciora?
                      www.youtube.com/watch?v=qbtCo6z8GHo
                      Na wszelki wypadek, jakbyście nie wytrwali, podaję wstawki do porównania:
                      Deep Purple min. 3,24, Underwold - min. 0,53
                      :))
                      • barbasia1 Re: "Underworld. Evolution" muzyka 22.03.10, 15:45
                        No no no, masz bardzo dobrą pamięć muzyczną i słuch, Pepsic!
                        Rzeczywiście bardzo podobne kawalki, jeśli nie takie same (ale tak
                        dobrego słuchu, żeby to stwierdzić na sto procent to niestety ja nie
                        mam, ).
                        A może to jakiś cytat muzyczny? Zapożyczenie? Może ukłon w stronę
                        Deep Purple?

                        Deep Purple świetne, dzięki! :)
                        • pepsic Re: "Underworld. Evolution" muzyka 22.03.10, 17:39
                          Tak mi się skojarzyło, bo "Dzieckiem w czasie" byłam niegdyś katowana oczywiście w pozytywnym sensie :))
                          • grek.grek Re: "Underworld. Evolution" muzyka 23.03.10, 12:17
                            No to miałaś wypas, ja byłem katowany Urszulą Sipińską ;)
                            • barbasia1 Re: "Underworld. Evolution" muzyka 23.03.10, 14:52
                              grek.grek napisał:

                              >ja byłem katowany Urszulą Sipińską ;)

                              chichichichi :)

                              Pamiętam , chyba jeszcze na poczatku lat 90. w każdą niedziele w
                              programie pierwszym Polskiego Radia leciał "Koncert życzeń". Nie
                              było niedzieli, żeby nie śpiewała Sipińska, "Cudownych rodzców mam"
                              albo inny hicior. :)
                              • barbasia1 Re: "Underworld. Evolution" muzyka 23.03.10, 15:38
                                albo innego hiciora.
                                :)
                            • pepsic Licytacji cd. 23.03.10, 20:32
                              A co byś powiedział na "Parostatek" Krawczyka o poranku?

                              Ps. Zawsze uwielbiałam "Poziomki"! Ale pieśń o cudownych rodzicach to faktycznie - masakra.
                              • grek.grek Re: Licytacji cd. 24.03.10, 12:00
                                A co byś powiedziała na Eleni "Miłośc jak wino" ? ;)
                                • pepsic Re: Licytacji cd. 24.03.10, 21:41
                                  I tu mnie masz. Nie znam(??), ale mogę sobie wyobrazić :))
                                  • grek.grek Re: Licytacji cd. 25.03.10, 11:44
                                    Stanowczo nie radzę ;)
                                  • barbasia1 Re: Licytacji cd. 25.03.10, 13:59
                                    To wielki przebój Eleni, w radiowych koncertach życzeń też chyba
                                    się pojawiał często.

                                    Dla Was Pepsic, Greku, ode mnie z okazji nadejścia wiosny -
                                    "Miłość jak wino"

                                    www.youtube.com/watch?v=3vnIG-as5tA
                                    Barwny kwiecień, tuż, tuż. :))))
                                    • pepsic Re: Licytacji cd. 26.03.10, 18:21
                                      Dziękuję Barbasiu, choć przyznaję prezent troszkę kłopotliwy.
                                      Ale za mnie niewdzięcznica ;)
                                      Ps. Z tą miłością to pani Eleni przesadziła - jak wino? Być może, ale mniej
                                      ekscytuje :))
                                      • barbasia1 Re: Licytacji cd. 26.03.10, 18:49
                                        pepsic napisała:

                                        > Dziękuję Barbasiu, choć przyznaję prezent troszkę kłopotliwy.

                                        :)

                                        Pepsic, pisałaś, że nie znasz utworu, więc postanowiłam go
                                        zalinkować, także dlatego, żeby samej sobie przypomnieć jak to
                                        leciało!
                                        A potem przyszło mi do głowy (głupio jak zwykle ), żeby dodać
                                        dedykację z przymrużeniem oka.


                                        Grek, też jakby się przestarszył tego prezentu!??? Nie skomentował.
                                        W sumie się nie dziwię skoro pisał, że "Miłością jak wino" był
                                        katowany ;))

                                        Dobra, koniec już z głupimi żartami! :)
                                        Przepraszam Was.

                                        W ramach przeprosin przyjmijcie coś naprawdę pięknego -

                                        Charlie Haden & Pat Metheny "Spiritual" z płyty "Beyond The Missouri
                                        Sky"
                                        :)

                                        www.youtube.com/watch?v=jtSpiF5q-Cg
                                        Miłego wieczoru! :)
                                        • pepsic Re: Licytacji cd. 26.03.10, 19:02
                                          Ależ Barbasiu, zrozumiałam Twoje intencje i pozwoliłam sobie na żart w druga stronę:)) A Grek zapewne nie doczytał. Przy okazji skromnie przypomnę, że "Angie" też chyba nie dostrzegliście. Wszystko przez te drzewka.

                                          Ps. Dzięki, że mi przypomniałaś o istnieniu Patha Metheniego.

                                          Pzdr i życzę wytrwałości przy porządkach przedświątecznych.
                                          • barbasia1 Re: Licytacji cd. 26.03.10, 19:19
                                            Tak mi się coś wydawało,
                                            ale nie byłam pewna,
                                            /zawsze wolę dmuchać na zimne! :)/

                                            Przy okazji skromnie przypomnę, że "Angi
                                            > e" też chyba nie dostrzegliście.

                                            Właśnie nie!!! Zaraz będę szukać!!!!
                                            Miałam Ci też odpisać na Twój post dotyczący Forresta (nie
                                            wspominając już o innych rzeczach), ale to jeszcze w swoim czasie.
                                            Coś nie nadążam ostanimi czasy. :/

                                            > Ps. Dzięki, że mi przypomniałaś o istnieniu Patha Metheniego.
                                            Maj pleże! :)

                                            > Pzdr i życzę wytrwałości przy porządkach przedświątecznych.
                                            Zostało mi jeszcze tylko jedno okno do umycia, ale największe.
                                            :)
                                            pozdro! :)
                                            • pepsic Re: Licytacji cd. 26.03.10, 19:37
                                              Ja również bardzo chętnie dopisywałabym się więcej (mam wątpliwości, czy z
                                              korzyścią dla wątku)
                                              , choćby ostatnio do Bridget Jones, którą uwielbiam (!),
                                              czy Leona Zawodowca, że nie wspomnę o obiecanym Sherlocku Holmesie. Ale ostatnio
                                              trochę mi się nazbierało.
                                              Ps. Z Forestem to akurat nie kojarzę nawet tego, co sama popełniłam(??). Na
                                              pewno nie jest to mój ulubiony film.
                                              Ps. O ile dobrze kojarzę, to z tym dużym oknem miałaś podobnie rok temu. Musi
                                              być przeogromne :))
                                              • barbasia1 Re: Licytacji cd. 26.03.10, 20:04
                                                > Ps. O ile dobrze kojarzę, to z tym dużym oknem miałaś podobnie rok
                                                temu. Musi być przeogromne :))

                                                chichichichi

                                                Zawsze zostawiem je na sam koniec. :)) To jest okno balkonowe,
                                                trzyskrzydłowe, duże, ale nie aż takie znowu strasznie duże. :)
                                                Może w przyszłym roku zaczne dla odmiany od tego okna. :))

                                                > Ps. Z Forestem to akurat nie kojarzę nawet tego, co sama popełniłam
                                                (??). Na pewno nie jest to mój ulubiony film.

                                                No właśnie to napisałś i ja Cię chciałam do niego przekonać!!!? :)
                                                • pepsic Re: Licytacji cd. 28.03.10, 12:00
                                                  Moją przedświąteczną zmorą, a raczej wyrzutem sumienia są szafki kuchenne, no ale ja takiego balkonu nie posiadam :))
                                              • barbasia1 Re: Licytacji cd. 26.03.10, 20:19
                                                pepsic napisała:

                                                > Ja również bardzo chętnie dopisywałabym się więcej (mam
                                                wątpliwości, czy z korzyścią dla wątku)
                                                , choćby ostatnio do
                                                Bridget Jones, którą uwielbiam (!) czy Leona Zawodowca, że nie
                                                wspomnę o obiecanym Sherlocku Holmesie.

                                                Co się odwlecze ... mam nadzieję! :)
                                                Przy jakieś okazji można jeszcze dopisać jak nie tu, to w nowym
                                                podwątku, zawsze można podciagnąć linkę i połączyć stare posty z
                                                nowym.
                                                :)

                                                >Bridget Jones, którą uwielbiam (!)
                                                Jeśli tak to do Bridget przy jakiejś okazji (emisji w TV) musimy
                                                wrócić, bo to też tylko zaczęty podwątek...

                                                >czy Leona Zawodowca,

                                                O Leonie musisz napisać w pierwszej kolejności! :)
                  • barbasia1 Re: Bad Boys/Constantine 21.03.10, 14:12
                    grek.grek napisał:

                    > Jak zwykle wpisałem niewłaściwie... moja osobista plaga :)

                    Nie rozumiem???
                    Zawsze piszesz właściwie, Greku / nawet jeśli czasami się z Tobą nie
                    zgadzam / nawet już nie pamiętam, kiedy się z Tobą ostatnio nie
                    zgadzałam/! :))/
                    • grek.grek Re: Bad Boys/Constantine 21.03.10, 14:22
                      O ten adres-link do krokodyla mi chodziło.

                      Umówmy się, że każdy pisze "właściwie", o ile pisze szczerze i od siebie :)
                      • barbasia1 Re: Bad Boys/Constantine 21.03.10, 14:46
                        grek.grek napisał:


                        Wybacz, Greku, naprawdę dziś ciężko myślę i w ogóle ! :/

                        Gdzieś, kiedyś czytałam, że takie błędy przy kopiowaniu linków
                        zdarzają się w niekórych przeglądarkach o ile dobrze zrozumiałam!???

                        > Umówmy się, że każdy pisze "właściwie", o ile pisze szczerze i od
                        siebie :)

                        Zgoda! :)

                        • barbasia1 Re: Bad Boys/Constantine 21.03.10, 14:48
                          Ale cytować pana Kałużyńskiego i Raczka można? ;)
                      • barbasia1 Re: Bad Boys/Constantine OT 21.03.10, 15:30
                        grek.grek napisał:

                        PS
                        > Umówmy się, że każdy pisze "właściwie", o ile pisze szczerze i od
                        siebie :)

                        Zawsze taką zasadę wyznawałam!
                        :)
                        • grek.grek Re: Bad Boys/Constantine OT 22.03.10, 14:57
                          Dobra rzecz :) Zaś cytaty - zawsze mile widziane, zwłaszcza z Kałużyńskiego i Raczka, hehe.
                          • barbasia1 Re: Bad Boys/Constantine OT 22.03.10, 15:49
                            To świetnie! :)
          • barbasia1 Re: Bad Boys/Constantine 20.03.10, 15:50
            "Sonny'ego!"


            Jan Hammer - Crockett's Theme (Miami Vice)

            www.youtube.com/watch?v=_UmOY6ek_Y4
            !!!

            "Policjanci z Miami" - dawne czasy! :)


    • grek.grek Tydzień z T.Cruisem. 22.03.10, 15:17
      Kto przypomniał sobie wczoraj "Leon zawodowca" ? :) Trzy życiowe role w jednym filmie, to się rzadko zdarza : najlepszy w karierze Reno, najlepszy Oldman, ciągle najlepsza rola, a w każdym razie wielki debiut - Natalie Portman.

      Jakiś tydzień z Tomem Cruisem się zapowiada - dzisiaj w Polsacie (20:00) "Zakładnik", w czwartek w TVN (21:30) - Mission Impossible. Oba pamiętam, jak przez mgłę, więc - ja sie już szykuję. A Wy ? :)
      • barbasia1 Re: Tydzień z T.Cruisem. 22.03.10, 20:31
        grek.grek napisał:
        >Kto przypomniał sobie wczoraj "Leon zawodowca" ? :)

        Ja sobie przypomniałam "Leona zawodowca"! :)
        i przypomniałam sobie o najlepszym przyjacielu Leona, roślince
        doniczkowej (o której na śmierć zapomniałam), hehe :)


        Podobno wersja telewizyjna "Leona" jest okrojona i różni się od
        kinowej, która zwiera kontrowersyjne sceny sugerujące nieco inną niż
        przyjaźń relację między Leonam a Matyldą. Słyszałeś o tym, Greku?

        To prawda, znakomicie zadebiutowała Natalie Portman.
        Już w jednej z pierwszych scen pokazuje klasę, myslę tu o scenie,
        kiedy przerażona i ledwo panująca nad emocjami Matylda puka do
        sąsiedniego pokoju, w którym mieszka Leon, by tam znaleźć
        schronienie.
        Szalenie przekonująca gra małej Portman, sugestywna mimika oddająca
        przerażenie, rozpacz, paniczny strach( że i ją spotka zaraz śmierć)
        i jeszcze to mamrotanie nosem prośb-błagań-zaklęć, by jej otworzono,
        sprawia, że ta stosunkowo długa scena pod drzwiami Leona jest pełna
        autentycznego napięcia, dramatyzmu.

        Świetna była też pod koniec filmu scena rozmowy Matyldy z Tonym,
        znajomkiem Leona, który obiecał przechować Leonowi pieniądze (w
        przypadku śmierci Leona kasę miała dostać Matylda). Tony domyśla
        się, że Leon nie żyje, chce dać Matyldzie trochę pieniędzy Leona.
        Ale Matylda tłumaczy mu poważnym tonem, że nie chce od niego żadnych
        pieniędzy, że chce dostać pracę, chce "sprzątać"-(czyli zajmować się
        tym, czym zajmował się Leon) . Usiłuje zachowywać się i mówić jak
        stara, jak dorosła, pewna siebie kobieta (w ciele dziewczynki; co
        oczywiscie jest nieco zabawne, ale jednocześnie i przerażające w
        kontekście jej słów i pomysłu by zostać płatną morderczynią :)( I
        Portman jest tu bardzo sugestywna.) Ale kiedy zaszokowany tym
        pomysłem Tony krzyczy na Matyldę, usiłując wybić jej to głowy, ta
        zaczyna płakać i na powrót staje się już tylko małą, bezbronną 12-
        letnią dziewczynką.



        Zobaczyłabym Toma w "Mission Impossible"!?
        :)
        • maniaczytania Re: Tydzień z T.Cruisem. 22.03.10, 22:08
          Ja jakos przestalam lubic Toma i nie lubie ogladac go w filmach.
        • grek.grek Tydzień z T.Cruisem/Leon. 23.03.10, 12:26
          Coś o tym słyszałem, cóż plotka, jak plotka :)
          Leon jest pasywny, nie nastaje na cnotę dziecka, broni się jak może przed zauroczeniem Matyldy, to znacznie lepiej pasuje do całej konwencji filmu. Nie chce mi się wierzyć, ze Besson na poważnie rozważał modyfikację ich relacji w kierunku jednoznacznym seksualnie. To nawet nie chodzi, wg mnie, o polityczną poprawność, ale o konsystencję filmu, że się takim terminem posłużę :)

          Mnie z kolei zawsze najbardziej zajmowała rola Oldmana - w każdym wejściu jest po prostu psycholem, co się zowie, zmienne nastroje, makabryczny urok, muzyka poważna, hehe, tona koksu pod deklem, ta scena, kiedy krązy wokół Matyldy, jak kot wokół myszy i doprowadza ją do rozpaczy z przerażenia - mistrzowska. W ogóle popisał się tym filmem. Powiedziałbym, ze jego postać weszła do Olimpu (na Olimp) oszołomów filmowych.
          • barbasia1 Re: Tydzień z T.Cruisem/Leon. 23.03.10, 15:35
            grek.grek napisał:
            > Leon jest pasywny, nie nastaje na cnotę dziecka, broni się jak
            może przed zauroczeniem Matyldy,

            Tak, on staje sie opiekunem podobnie jak on samotnej dziewczynki,
            która mogłaby być jego córką, ona czuje wdzieczność, że okazał jej
            tyle dobra, ciepła, (mówi juz na początku - nikt inny wczesniej nie
            był dla mnie taki dobry) a potem jest nim zafascynowana, zauroczona
            po dziecięcemu.


            > to znacznie lepiej pasuje do całej konwencji filmu.

            Zgadzam się!
            Myślę, że cały urok straciłby ten film, gdyby było inaczej.
            • grek.grek Re: Tydzień z T.Cruisem/Leon. 24.03.10, 12:09
              Hmm, wg mnie, trochę się w niej kobiecość już budzi :) I w nim jakieś tam nastroje też grają, a jednocześnie on czuje, ze jest jakaś bariera, której nie przekroczy. Na końcu niemal wyznają sobie miłośc. I to
              nie taką wujek-podopieczna, tylko kobieta-mężczyzna. Ale bez podtekstów seksualnych, na szczęscie, bo, będę się tego trzymał, jak pijany płotu, to by popsuło całe wrażenie - ta relacja jest ciepła, liryczna nawet momentami, zabawna, a potem tragiczna - nie ma tu miejsca na aluzje seksualne, aczkolwiek na jakieś sugestie platonicznego zauroczenia wzajemnego - i owszem, i reżyseiro to fajnie dostrzegł i wykorzystał.

              Portman jest naprawdę znakomita.

              Reno - też rewelacyjny; i zwiędł, się zmarnował, po Leonie - po Wielkim Błękicie był gwiazda, po Leonie był gwiazdą do kwadratu, a potem już tylko pikował, odcinając kupony od sławy z filmów Bessona - aż dziwne, że przez 15 lat nikt go nie zagospodarował. Szkoda, fajny aktor poszedł na marnację ;)
              • barbasia1 Re: Tydzień z T.Cruisem/Leon. 24.03.10, 14:00
                grek.grek napisał:

                > Na końcu niemal wyznają sobie miłość
                Rzeczywiście, kiedy w tej dramatycznej sytuacji rozstania Matylda
                mówi do Leona "nie chcę cię stracić" jest bardziej zakochaną
                kobietą niż przybraną córką ...

                Masz całkowitą rację co do istoty relacji Matyldy i Leona ,jest
                dokładnie tak jak piszesz, teraz to widzę wyraźniej.

                Co za doskonałe oko! Nie pierwszy raz ta myśl mi przychodzi do
                głowy, widzisz rzeczy, kótrych (przeciętny) mężczyzna, co ja mówię
                przeciętny człowiek często nie dostrzega, nie jest w stanie
                zobaczyć, nie umie, nie potrafi?
                Gdzie się tego nauczyłeś? ;).


                No tak marnuje się talent Reno, choć może jeszcze nie wszystko
                stracone, mężczyznom, aktorom niezależnie od wieku jakoś łatwiej o
                dobre, ciekawe role w filmie.
                • grek.grek Re: Tydzień z T.Cruisem/Leon. 24.03.10, 14:14
                  Hehe, wiesz jak jest, czasami słyszy się jakieś... głosy ;)

                  Otóż to, celna uwaga. Ja też mam nadzieję, że jeszcze dostanie jakąs naprawdę dobrą rolę, na miarę jego możliwości, bo by szkoda człowieka było. Niemniej, facet się już zapisał w historii - choćby tylko tą rolę w Leonie.
                  Kiedyś o tym rozmawialiśmy, i pamiętam, ze zwracaliśmy uwagę własnie na to, ze czasami trzeba jednej roli, albo przełomowej albo wybitnej, albo chociaż popularnej maksymalnie (w dobrym filmie najlepiej), żeby aktor mógł się poczuć spełniony. Może Reno już takim jest, a tylko my byśmy go chcieli więcej i lepiej ? A jak sądzisz, może Leon go zaszufladkował - tak się z tą rolą zrósł, z tą postacią, ze się reżyserzy za niego nie łapią, bo trudno stworzyć wyrazistą postać dając jej twarz aktora, który tak mocno się kojarzy z inną - wręcz kultową ?
                  • barbasia1 Re: Tydzień z T.Cruisem/Leon. 24.03.10, 15:21
                    grek.grek napisał:

                    > Hehe, wiesz jak jest, czasami słyszy się jakieś... głosy ;)

                    Greku, czy Ty mnie tu czasem nie zwodzisz? ;))


                    Pewnie, że chcielibyśmy oglądać Reno w znakomitych filamch, bo to
                    naprawdę utalentowany, świetny aktor, no i przystojny facet. :)

                    Czy zaszufladkowany? Nie wiem, tyle czasu minęło od premiey Leona,
                    że dawno powinien był już wyjść z tej szufladki, jeśli rzeczywiscie
                    kiedykolwiek w niej był.
                    Może po prostu Reno nie ma szczęścia do dobrego scenariusza, albo
                    podejmuje złe wybory.

                    Reno pojawi się jutro w zapowiadanym przez Ciebie filmie "Mission
                    Impossible" (ale zdaje się nie będzie to żadna spektakularna rola?!)
                    • grek.grek Re: Tydzień z T.Cruisem/Leon. 25.03.10, 11:48
                      No coś Ty, sam jestem zwodzony. Przez te głosy. Potem plotę, raz głupio, a raz jeszcze głupiej ;)

                      Wiesz, "M.I"< to jednak jest jednak kino akcji, bez większych podtekstów. Wielki Błękit, Leon, to jednak inna liga, z jakąs psychologią. Reno zagrał w nich bardzo dobrze, a potem nagle zrobił
                      się z niego gość od grania w sensacji, kryminale i jakichś Purpurowych rzekach i Wasabi, które są już zdecydowanie poniżej jego poziomu, a przynajmniej zaprezentowanych możliwości.

                      • barbasia1 Re: Tydzień z T.Cruisem/Leon. 25.03.10, 14:13
                        grek.grek napisał:

                        > No coś Ty, sam jestem zwodzony. Przez te głosy. Potem plotę, raz
                        głupio, a raz jeszcze głupiej ;)

                        a potem nagle zrobił
                        > się z niego gość od grania w sensacji, kryminale i jakichś
                        Purpurowych rzekach i Wasabi,

                        i mało zabawnych kontynuacjach "Różowej Pantery" (widziałam pierwszą
                        część). Rzeczywiście marnacja talentu.
                        • barbasia1 Re: Tydzień z T.Cruisem/Leon. 25.03.10, 14:16
                          grek.grek napisał:

                          > No coś Ty, sam jestem zwodzony. Przez te głosy. Potem plotę, raz
                          > głupio, a raz jeszcze głupiej ;)

                          :)))
                          To może ja już nie będę drążyć tematu. :)
                          • grek.grek Re: Tydzień z T.Cruisem/Leon. 25.03.10, 14:56
                            Hehe :)
    • pepsic Re: Ojej, co tu wybrac 2010 - 2 (vol. 6) 22.03.10, 17:53
      Wczoraj również poleciałam powtórkami. Oglądnęłam ponownie "Przypadkową
      dziewczynę" zajmując się głównie rozważaniami, czy Gwyneth Paltrow lepiej w
      jasnych, czy w ciemnych blond włosach, a ponadto czy te drugie nie są czasem peruką?
      • barbasia1 Re: Ojej, co tu wybrac 2010 - 2 (vol. 6) 22.03.10, 20:43
        pepsic napisała:

        haha
        I co ci wyszło?

        Czytałam, że "Przypadkowa dziewczyna" do "Przypadku" Kieślowskiego
        trochę nawiązuje (świadomie, albo nieświadomie?). Warto obejrzeć?
        • pepsic Przypadkowa dziewczyna 23.03.10, 21:11
          To film z gatunku poprawnie zrealizowanych, tylko nie budzących żadnych emocji -
          przede wszystkim z powodu bezbarwności głównych bohaterów, którzy nie
          potrafili z siebie wykrzesać żadnej energii i snuli się po ekranie wygłaszając
          wyuczone formułki wywołujące tylko obojętność. Pokazane są dwie wersje. W jednej
          dziewczyna spóźnia się na metro, więc o zdradzie chłopaka dowiaduje się pod
          koniec filmu, w drugiej - nie spóźnia się i nakrywa chłopaka (wyjątkowo
          paskudny) z byłą dziewczyną w łóżku na początku. Po czym spotyka "księcia na
          białym koniu" i po pokonaniu paru przeszkód szykuje się happy end. Jeszcze
          wcześniej pokazany jest dramatyczny w zamyśle finał, ale jak cały film - mało
          emocjonalny.
          Kieślowski to raczej nie był :((

          Ps.Wyszło mi na ciemniejsze.
          • grek.grek Re: Przypadkowa dziewczyna 24.03.10, 12:12
            Wygląda na to, ze to był klasyczny film na prime time w TVP w niedzielę, hehe.
          • barbasia1 Re: Przypadkowa dziewczyna 24.03.10, 13:30
            Dzięki Pepsic! :)


    • grek.grek Kałużyński o "Dzienniku Bridget Jones" 22.03.10, 18:24
      Barbasiu, dwa słowa o tej recenzji Bridget Jones pióra ZK.

      Więc, wg ZK Bridget jest kobieta korzystającą ze współczesnego rozluźnienia gorsetu rozmaitych konwenansów ("ma około 30-tki,dobre stanowisko w firmie wydawniczej, jest namiętną palaczką, często korzysta z alkoholu, nie dba o kokiteteryjny wygląd i popada w nadwagę, nie ma również skrupułów, jesli idzie o sprawy damsko-męskie : gdy ma ochotę i jest okazja, to proszę bardzo. Ma grono przyjaciół o poglądach równie swobodnych (...) co prawda, ostatnio Bridget niepokoi się, że nadmiar tytuoniu i ginu szkodzi jej, próbuje tez pozbyć się otyłości o ćwiczy aerobik; ale poza tym, jej zyciorys wydaje się wyrównany"), czyli realizującą w jakimś stopniu ideał oświeconego feminizmu, ale zarazem stojącą przed wyborem klasycznym dla kobiety tzw. tradycyjnej, czyli : partnera męskiego, pomiędzy dwoma kandydatami, aby się uczuciowo ustabilizować " co wymaga rewizji jej dotychczasowego stylu zycia" - "czy powinien on się zmienić, a jesli tak, to na jaki ? To własnie pytanie zdecydowało o oryginalności i powodzeniu powieści i filmu : kobiece wyzwolenie natrafia na kontrast - wyłania się tradycjna damska sytuacja, tak jak ona wygląda w codzienności".

      Ciekawie ZK mówi o feminizmie, który np. w Izrealu sąsiaduje z porządkiem rodzin chasydzkich, w których kobiety w bierności i poddaniu się odwiecznym obyczajom znajdują szczęscie i spełnienie, co dziwi niektórych badaczy problemu (ZK mówi o niejakiej Grupińskiej i jej reportażu "Najtrudniej jest spotkać Lilit". Aktywny we Włoszech feminizm wcale nie wymazał włoskich mam, faktycznych głów domu, które spełniają role archetypowe dla kobiety, podlegają pewnej obyczajowości niezmiennej od wielu pokoleń, a jednocześnie mają bardzo mocną pozycję w rodzinie, niekiedy nawet rozstrzygający głos należy do nich, one podejmują ważne decyzje "i liczą się z nimi nawet najkrawsi mafiozo". "Feminizm nie był im potrzebny w starej cywilizacji, która ustaliła, że mężczyzna potrzebuje męskiego, a kobieta - kobiecego".

      Dalej, już o "Dzienniku BJ".
      "Dziennik' byłby farsą jakich wiele, gdyby nie jego oryginalność obyczajowa : dziewczyna wolna, która osiągneła sukces zawodowy, nie musi się liczyć z zakazami, uprawia używki, alkohol, gastronomię, seks bez ograniczeń, obraca się w towarzystwie bez przesądów - staje wobec perspektywy wybrania towarzysza życia, założenia rodziny, prowadzenia gospodarstwa, czyli losu odwiecznej kury domowej, a wszystko to na tle dzisiejszej metropolii. Jest to okazja do groteski i film, postępując na ogół wiernie za powieścią, wykorzystał ją"

      Z jej dwóch kandydatów : Mark jest konwencjonalnym uległym maminsynkiem i kpi z nieodpowiedzialności Bridget, ona zaś kpi z niego w swoim dzienniku.
      Daniel przypomina ją samą, jest równie swobodny : ("elegancki, ale egoista i łajdak używający Bridget jako ewentualnej rezerwy w oczekianiu na bardziej atrakcyjne okazje, co nie powinno jej niepokoić, zważywszy jej podobbna nonszalancję, ale jednak, irytuje ją... ten drugi, Mark, się przybliża... Szykuje się rezygnacja z Daniela, który niemalze staje się symbolem, oznacza stopniowo nastepującą odmianę : bridget z feministycznej niepodległości przesuwa się do odwiecznej misji kobiecej. Final jest do przewidzenia".

      "Historyjka mogłaby się okazać banalna, gdyby nie humor filmu : polega on na przeciwstawieniu swobody obyczajowej postaci oraz sytuacji wymagających regularnego, powszechnie przyjętego sposobu zachowania się, do czego Bridget, ani jej otoczenie nie pasuje".
      ZK smieje się przede wszystkim ze sceny, kiedy Mark z Danielem chcą się bić o Bridget - uznają, że tak nakazuje konwencja, ale obaj się bić nie umieją, więc szarpią się rozpaczliwie, trzymają za kieszenie, próbują sobie sprzedać nieudolnego kopniaka, tarzają się po ziemi etc. (Nie widziałem tego filmu, ale chyba bym chciał ;)/
      I inna scena - zabawa kostiumowa, panowie mają się przebrać za osoby duchowne, a panie za ulicznice. Tyle że w ostatniej chwili nastąpiła zmiana, ale nie do wszystkich info dotarło, więc wszyscy przyszli w eleganckich garniturach, a Mark i jakiś drugi jegomość w strojach biskupa i prałata.
      W innej scenie, występuje znany pisarz Salman Rushdi (ten od Szatańskich wersetów), niepoznawany przez nikogo i absurdalnie pytany ciągle np. "nie wie pan, gdzie tu jest ubikacja" etc.

      "Natomiast dziwowiskiem filmu jest główna rola amerykańskiej aktorki Renee Zellweger. Gra ona paroma grymasami i robi z Bridget stale zdezorientowanego głupka; ciągle zaskoczona, bo nic jej nie wychodzi z tego, co zamierzała, co jednak ma być sympatyczne. Bridget jest kimś innym zupełnie; oczywiście jest spontaniczna, ale jej wolnośc łączy się z bystrością i nawet, gdy aranżuje kłopotliwe sytuacje, wie co robi. Następnym dziwowiskiem jest, że ten klops aktorski nie przeszkadza. Jest to tryumf znakomitego scenariusza nad nietrafnym wykonaniem" (gdzie ja tę pochwałę dla Zellweger widziałem ???)

      "Jego sukces polega na osiągnięciu przekonującej równowagi. Łatwo tu bowiem mogło dojśc do kompromitacji albo damskiego dązenia do wolności, albo kobiecej potrzeby zyciowego ładu. Bywały filmy, które ośmieszały feminizm na rzecz jakoby wartościowszego porządku familijnego. Tutaj konwencjonalny Mark oświadcza,że bierze Bridget taką jaka ona jest i powtarza to parę razy, bo nie jest zbyt błyskotliwy w sformułowaniach. Co odpowiada opinii sławnej modelki Glorii Steinem, zapytanej co sądzi o feminizmie : 'po co ten cały zgiełk wystarczy trochę czułości, trochę ciepła, pieszczot i wszystko się wyjaśni'. Popieram najgoręcej, tym bardziej, że "dziennik Bridget Jones", jest jak dotąd najlepszą komedią sezonu"

      recenzja jest z papierowej "POlityki", nr 24, 16 czerwca, 2001 :)
      • barbasia1 Re: Kałużyński o "Dzienniku Bridget Jones" 22.03.10, 20:38
        Ha!

        Dziękuję Ci serdecznie, Greku!

        Bardzo Ci jestem wdzięczna za poświęcony czas na to specjalne
        (potężne!) streszczenie!


        Zabieram się do czytania...

        Pozdówka wieczorową porą! :)

        • grek.grek Re: Kałużyński o "Dzienniku Bridget Jones" 23.03.10, 12:39
          Majpleżer :)
      • barbasia1 Re: Kałużyński o "Dzienniku Bridget Jones" 23.03.10, 14:22
        Dzięki raz jeszcze. :) (Niestety w żadym z tomów "Leksykonu
        filmowego na XXI wiek" nie ma tekstu o Bridget Jones)
        Pan Kałużyński jak zwykle przewrotny, mówiąc o feminizmie,
        rozpisuje się o chasydkach z Izraela, na wspomnienie, których
        feministki na całym świecie dostają czkawki oraz ciężkiego bólu
        głowy, albo o włoskich kobietach z południa, zajmujących się
        wyłącznie domem la mammach, których słuchają się nawet najgorsi
        mafiozi, hahaha :)

        Pisząc swego czasu o filmie „Thelma i Lousie” Kałużyński nie mógł
        pojąć idei i sensu istnienia ruchów feministycznych, zwłaszcza u
        nas, gdzie „kobiety są rozpanoszone, proszę pana” :) (chyba już
        kiedyś o tym mówiłam).

        Mam tę książkę Grupińskiej!!! / w nocy mi się przypomniało,
        strasznie dawno temu kupiłam, w księgarni z tanią książką, której
        już niestety nie ma :), przyznam się, że przeczytałam tylko
        fragmenty.:/ Obiecuję sobie, że kiedyś do niej wrócę, bo to naprawdę
        ciekawa rzecz /


        A tu jeden z moich ulubionych fragmentów z Brigitte Jones:
        1’58”- 3’

        www.youtube.com/watch?v=rxfIJEVH1iE&feature=related
        Musisz koniecznie zobaczyć całość.
        :)

        To na razie tyle :)

        > "Natomiast dziwowiskiem filmu jest główna rola amerykańskiej
        aktorki Renee Zellweger.

        hahaha
        Tylko Kałużyński mógł tak napisać! :)








        • grek.grek Re: Kałużyński o "Dzienniku Bridget Jones" 24.03.10, 12:17
          Hehe, komizm sytuacyjny - szacun :)

          O, Kałużyński wie co mówi, w końcu nie kto inny, jak on leżal na chodniku przed domem kobiety, w której był zakochany i wył serenady, aż go musieli przepędzać :) (pisał o tym Urban w swoim "Alfabecie")

          • barbasia1 Re: Kałużyński o "Dzienniku Bridget Jones" 24.03.10, 13:25
            grek.grek napisał:
            hahaha

            Nigdy bym Kałużyńskiego nie posądziła o taką fantazję!
            Jak to pozory mylą. :)
    • barbasia1 Edith i Marcel i Cudowna Julia 23.03.10, 16:11
      "Edith i Marcel" (1983) film Claude'a Leloucha opowiadający historię
      wielkiej, choć trwającej bardzo krótko miłości Edith Piaf i Marcela
      Cerdana, słynnego francuskiego boksera, ktory zginął tragicznie w
      katstrofie lotniczej. Film ten dziś o 1.20, ech, szkoda nawet
      komentować tę porę.

      Poznali się podczas nowojorskiego tournee Piaf. Ich trwający
      zaledwie rok romans przerwała tragiczna śmierć ukochanego, którego
      Edith (1915 - 1963) przeżyła o 14 lat. Nazywana "paryskim
      wróbelkiem" wielka francuska pieśniarka o szorstkim, pełnym
      dramatyzmu i bardzo charakterystycznym głosie, dużych oczach i
      filigranowej figurze, była w nim zakochana do szaleństwa już po
      pierwszym spotkaniu. On - bokser, ulubieniec całej sportowej
      publiczności, również nie potrafił się oprzeć jej urokowi. Kiedy się
      poznali, on był żonaty i miał dzieci. Sfilmowana historia płomiennej
      miłości tych dwojga, rozpoczyna się w 1949 r., od katastrofy
      lotniczej. Edith Piaf jeszcze śpi w swoim nowojorskim apartamencie.
      Tymczasem w milczeniu zbierają się przyjaciele, żeby przekazać jej
      smutną wiadomość. Marcel zginął tragicznie, lecąc do Nowego Jorku na
      spotkanie z ukochaną. Kiedy Edith dowiaduje się o jego śmierci,
      przeżywa szok. Zaczyna siebie obwiniać o tragedię, spazmuje, że sama
      go zabiła, nalegając, by przyleciał wcześniejszym samolotem. Chciała
      go mieć jak najszybciej przy sobie. Akcja filmu przenosi się do 1939
      roku. Na tle wojny jest pokazany romantyczny wątek miłosny dwojga
      innych bohaterów. We Francji Marcel szykuje się do walki o tytuł
      mistrza Europy w wadze półśredniej, dopinguje go cały kraj.
      Tymczasem Editha Piaf, oblegana przez tłumy wielbicieli, śpiewa dla
      nich swoje rzewne piosenki. Wówczas jeszcze się nie znali. Choć
      słyszeli o sobie, nie mieli pojęcia, że los ich połączy. Od
      pamiętnego spotkania, które odmieniło ich całe życie, dzieliło ich
      jeszcze parę lat. Ostatecznie drogi Edith i Marcela krzyżują się w
      Nowym Jorku. On odnosi sukcesy na ringu, ona triumfuje na scenie. Na
      nowojorski koncert Edith zarezerwowała miejsce nawet sama Marlena
      Dietrich. Cały Nowy Jork huczy o jej występie. Zafascynowany
      pieśniarką Marcel zaprasza ją na kolację do restauracji, a ona
      przyjmuje zaproszenie.
      www.telemagazyn.pl/program/3510688123.html


      Prawdziwi Edith i Marcel -

      www.susandunn.cc/edithpiafmarcelcerdan.gif

      A TVP2 W Kocham Kino - "Cudowna Julia" (2003)dramat obyczajowy z
      Annette Bening w roli głównej o 22.40.
      Tyle na dziś wypatrzyłam, aaaa i jeszcze Wojewódzki do wyboru.

      :)




      • pepsic Re: Edith i Marcel i Cudowna Julia 23.03.10, 21:18
        Barbasiu a propos Edith Piaff - chyba dobrze kojarzę, że oglądałaś "Niczego nie
        żałuję". Ja również uważam, że to piękny i wzruszający film :((
        • pepsic Re: Edith i Marcel i Cudowna Julia 23.03.10, 21:24
          Miało być w drugą stronę :))
        • barbasia1 Re: Edith i Marcel i Cudowna Julia 24.03.10, 14:19
          Chyba kiedyś pisałam o tym, że płyta DVD z tym filmem jest dodatkiem
          do jakiejś gazety.
          Widziałam tylko początek :/ i muszę powiedzieć, że zapowiadał się
          interesująco.
          • pepsic Re: Edith i Marcel i Cudowna Julia 24.03.10, 21:50
            Byłam pewna, że to Ty Barbasiu zainspirowałaś mnie kiedyś do obejrzenia oraz odkurzenia bezużytecznie stojącej płyty i powtórzę za Edith - nie żałuję :))
            • barbasia1 Re: Edith Piaf' Nie żałuję' 27.03.10, 14:06
              pepsic napisała:

              Koniecznie musimy kiedyś napisać o tym filmie na forum.
              :)
              • pepsic Re: Edith Piaf' Nie żałuję' 28.03.10, 11:58
                Coś czuję, że niedługo puszczą o ... północy, bo w prime timie ważniejszy jest
                program o frani i PRL-u, za którym ja akurat nie tęsknię. Barbasiu i Grek -
                jesteście bardziej w temacie - oświećcie mnie, czy Daniec jest śmieszny?
                • grek.grek Re: Edith Piaf' Nie żałuję' 28.03.10, 12:38
                  Słyszałem coś o tym jego nowym programie w TVP, ale, junoł, jakoś mnie takie widowiska nie pociągają, więc nie wiem, jak w tym szole wypada.

                  natomiast mam w pamięci jego występ podczas jednej z nocy kabaretowych, w lecie pokazywanych w TVP, i mnie już tylko zniesmaczył - na scenie zamienił się z satyryka w jakiegoś walniętego lustatora, ledwie udając, ze dowcipkuje, chociaz i tak już nikt tego nie dostrzegał, a chyba każdy widział, ze Daniec poszedł w politykę i ideologię.

                  Radziłbym mu startować do Sejmu, albo Senatu - ma szanse. Tam będzie sobie politykę uprawiał.

                  I powiem Ci tak : wg mnie, Daniec jest śmieszny, niesteyty - tylko śmieszny, a szkoda, bo kiedyś bywał zabawny.
                  • pepsic Re: Edith Piaf' Nie żałuję' 28.03.10, 13:03
                    Nie miałam szansy przekonać się, czy to udany produkt, gdyż za każdym
                    przełączeniem pilota pan Daniec skutecznie mnie zniechęcał.
                    Ps. Jaką opcję wybrał?
                    • grek.grek Re: Edith Piaf' Nie żałuję' 29.03.10, 14:13
                      Opcję ? :)

                      (nie oglądałem tego szoła)
                      • barbasia1 Re: Edith Piaf' Nie żałuję' 29.03.10, 14:26
                        Mnie się wydaje, że Pepsic chodzi o opcje: lustrować - nie
                        lustrować,
                        albo też o opcje: Donaldinio - Kaczory???

                        Jeśli chodzi o pierwszą opcje, to, jak pisał Grek, pan Daniec
                        wybiera oraz popiera lustrację, w drugim przypadku właściwą opcją
                        jest chyba "Donaldinio".

                        ????
                        :)
                        • pepsic Re: Edith Piaf' Nie żałuję' 29.03.10, 20:53
                          Tak Barbasiu, chodziło mi o opcję polityczną :))
                          • barbasia1 Re: Edith Piaf' Nie żałuję' 30.03.10, 16:19
                            :)

                            Tak teraz myślę, że lustracja jest jednak przecież bardziej w duchu
                            Kaczorów!?
                            To już sama nie wiem. :)

                          • grek.grek Re: Edith Piaf' Nie żałuję' 31.03.10, 10:49
                            Musisz, mnie - niegramotnemu, wybaczyć mą konfuzję ;)

                            Więc Daniec wybrał oczywiście lustrację, on zawsze zresztą był
                            narodowoprzaśną konserwą, ze szczególnym skrętem w stronę taktyki
                            "kop czerwonego w d,pę jego" ;)
                            Ja tam nie wnikam w jego poglądy, ale zamieniać się na scenie - z
                            kabareciarza w piewcę gnojenia ludzi na podstawie jakichś papierków... Żal. Minął się z powołaniem. Btw, IPN przydałby się wygadany dowcipas, nie ? ;)
                            • pepsic Re: Edith Piaf' Nie żałuję' 31.03.10, 21:43
                              My kobiety dogadujemy się łatwiej, z tym że ja jestem lekko zawieszona, bo od kilku dni bezskutecznie poszukuję zawłaszczonej nieprawnie jednej godziny. Stąd może wynikło niezrozumienie :)
                              • barbasia1 Re: Edith Piaf' Nie żałuję' 01.04.10, 13:59
                                pepsic napisała:

                                > My kobiety dogadujemy się łatwiej, z tym że ja jestem lekko
                                zawieszona,

                                Otóż to! :)


                                I mnie ta zmiana godziny wybiła kompeltnie z rytmu :/






    • grek.grek "KOcha... nie kocha" - powtórka w piątek. 24.03.10, 12:19
      W piątek Jedynka daje powtórke tej komedii kryminalnej z Audrey Tautou - "KOcha... nie kocha" - wyobraźcie sobie, że o godz... 9:40 :) Hehe.
      • barbasia1 Re: "KOcha... nie kocha" - powtórka w piątek -ech 24.03.10, 14:15
        Jakby nie można było dać w sobotę rano (byłaby świetna konkurencja
        dla porannego DDTVN), czy w niedzielę po popołudniu.
        • maniaczytania Re: "KOcha... nie kocha" - powtórka w piątek -ech 25.03.10, 19:19
          Daje Wam znaka, ze jestem, czytam, ale nie pisze, bo jestem w "niedoczasie" :)
          I za bardzo to nawet nie mam kiedy, co ogladac, a od jutra do niedzieli mam gosci :)
          • grek.grek nadziś : 300 / Dowody zbrodni 26.03.10, 11:46
            Podaj gościom grzybki, a jak już usną snem sprawiedliwego obejrzyj "300" dzisiaj (TVN, 20:00):)

            (widziałaś już może ?)

            Do tego w Polsacie dają kino południowokoreańskie. Aż jestem ciekaw, bo w dodatku rzecz cała dotyczy śledztwa w sprawie pierwszego w historii tego kraju seryjnego killera ("Dowody zbrodni", Polsat, 23:55)

            • barbasia1 Re: nadziś : 300 / Dowody zbrodni 26.03.10, 11:58
              grek.grek napisał:

              > Podaj gościom grzybki, a jak już usną snem sprawiedliwego
              obejrzyj "300" dzisia
              > j (TVN, 20:00):)

              Maniu, byle nie za dużą porcję tych grzybków, żeby się goście się
              potem obudzili! ;))
              Baw się dobrze! Do zobaczenia!
              :)


              Greku, a "300" to jakiś hicior?
              • grek.grek Re: nadziś : 300 / Dowody zbrodni 26.03.10, 13:34
                Niedużo, tak żeby ich tylko trochę otumaniło, hehe.

                Tak słyszałem, że to ciekawa rzecz jest - filmowo-komputerowa wizja Termopili, czy raczej adaptacja komiksu o tymże.
                • barbasia1 Re: nadziś : 300 / Dowody zbrodni 26.03.10, 16:21
                  grek.grek napisał:

                  Film o bitwie pod Termopilami - fanką tego typu kina nie jestem, ale
                  może rzucę okiem!?
                  :)
                  • grek.grek 300 / Dowody zbrodni 27.03.10, 13:13
                    No i ? rzuciłaś ?

                    Ktoś jeszcze rzucał także ? :)

                    Ja na razie nagrałem sobie, jak obejrzę, to sobie pozwolę coś powiedzieć na temat.

                    Koreańskiego thrillera niestety nie dokończyłem, bo mnie zmogło tak nagle, że nawet video zapomniałem włączyć :), ale zaczynał się nieźle - zad,pie płd-koreańskie, trzy zabójstwa kobiet : wszystkie ubrane były na czerwono i wszystkie zostały zamordowane w deszczowe wieczory, śledztwo prowadzą najpierw miejscowi - dwóch ostrych gliniarzy, którzy nie przebierając w środkach (zglanowanie, szantaż etc.) wkręcić w zabójstwo upośledzonego umysłowo chłopaka, który gdzieś tam się kiedyś szwendał za jedną z ofiar i ma podobny odcisk trampka, jak ślad pozostawiony na miejscu zabójstwa; prawie im się udaje, nawet się media zjawiają, żeby zrobić reportaż z wizji lokalnej, ich zdjęcia w triumfalnych pozach są w gazecie - z Seulu jednak przyjeżdza dwóch inspektorów, którzy ni grzyba nie wierzę w winę chłopaka i wydają się należeć do gatunku policjantów, którzy używają mózgu do kojarzenia faktów i szukania przyczyn, a nie laczka do kapciorowania podejrzanego.

                    Niestety, każdy kiedyś musi paść, więc i ja zaliczyłem debiut w tej dziedzinie - więcej mi się to nie zdarzy, ale dobrze rokujący film przegapiłem :).

                    Schemat i estetyka prawie jak z amerykańskich filmów kryminalnych- ponurzy, brutalni gliniarze z prowincji, gładcy i bystrzy inspektorzy ze stolicy, komisariat jakby odbity na ksero z Podejrzanych czy z Siedem, czy któregoś z 84747 innych podobnych, świetnie dobrane zółte twarze aktorskie, wciągająca narracja, reżyser na szczęscie nie postanowił przekornie na ogrywanie starych azjatyckich trików aktorskich, które modne były w kinie niemym, czy teatrze, ale dla współczesnego widza - wytrzeszczone oczy, nadekspresja słowna, okrzyki, zamaszyste gesty i ruchy - niby tego już nie ma, albo ten sposób grania wymiera, zwłaszcza w kinie na import, ale jest coś takiego, nie wiem, jak Wy, ale ja tak mam, ze jak zapuszczam ajaztycki film, to się trochę szczypię, czy zaraz nie wyleci jakiś mały w za krótkich portkach, co będzie rzucał łbem na wszystkie strony i grał, jakby się najadł opiatów.

                    Ktoś z Was może oglądał do końca i coś mógłby opowiedzieć ?
                    • barbasia1 Re: 300 / Dowody zbrodni 27.03.10, 14:18
                      >Niestety, każdy kiedyś musi paść, więc i ja zaliczyłem debiut w tej
                      dziedzinie - więcej mi się to nie zdarzy,
                      ale dobrze rokujący film przegapiłem :).

                      Nic się nie stało, Grek.Greku, nic się nie stało,
                      Niiic się nieee staaałooo, Grek.Greku, niiiic się nieaee staaałooo.
                      /nucić na melodię pieśni stadionowej :)/

                      Przynajmniej się wyspałeś! :)

                      No i witamy zatem w klubie, hehe. :)

                      Nic Ci nie powiem na temat tego dobrze rokującego film koreańskiego,
                      bo to nie moja pora była, ale na temat "300" kilka słów mogę
                      powiedzieć, albowiem rzuciłam okiem na ten film (od połowy)...


                      >ale ja tak mam, ze jak zapuszczam ajaztycki film, to się trochę
                      >szczypię, czy zaraz nie wyleci jakiś mały w za krótkich portkach,
                      >co będzie rzucał łbem na wszystkie strony i grał, jakby się najadł
                      opiatów.

                      haha :)

                      • grek.grek Re: 300 / Dowody zbrodni 27.03.10, 15:02
                        Hahaha :).
                        Niemniej, wiesz... szkoda trochę, bo film zapowiadał się dobrze.

                        Bardzo jestem ciekaw Twojej opinii o "300".



                        • barbasia1 Re: 300 27.03.10, 16:26
                          Przepraszamy za usterki!
                          Słów kilka o "300" za moment!


                          > Niemniej, wiesz... szkoda trochę, bo film zapowiadał się dobrze.

                          Na pewno jeszcze powtórzą! :)
                        • barbasia1 Re: 300 / Dowody zbrodni 28.03.10, 16:20
                          'moment' - czas rzecz względna :/
                          ale
                          Lepiej późno niż później! :)

                          Dwa słowa o filmie 300 ...
                          Greku, oglądałeś już, oglądasz, będziesz oglądać dziś ?


                          Film, jak już zaznaczyłeś w poście wyżej, osnuty jest wokół
                          autentycznych wydarzeń historycznych i opowiada o jednej z
                          najsłynniejszych bitew starożytności - bitwie pod Termopilami
                          Film jest adaptacją komiksu Franka Millera o tym samym tytule.

                          Cała niezwykłość, wyjątkowość „300”(dla której w końcu obejrzałam
                          ten film ) na tle innych filmów wojennych/batalistycznych polega na
                          przeniesieniu na ekran kinowy/telewizyjny komiksowego stylu i
                          estetyki (przy pomocy techniki komputerowej o czym przeczytałam
                          wczoraj w opisie w moim dodatku TV). I trzeba przyznac, że jest to
                          jest to zresztą bardzo udana i bardzo efektowna adaptacja.

                          Konsekwencją komiksowego stylu opowiadania jest odrealnienie świata
                          przedstawionego, co doskonale widać np. w scenach
                          batalistycznych ( np. od ciosów miecza efektownie spadają głowy,
                          ręce, a hektolitry krwi bryzgają wielkimi plamami z uciętych
                          kończyn;), jak i odrealnienie samych postaci bohaterów (np. król
                          Persji Kserkses przedstawiony jest jako osoba o nadnaturalnie
                          wysokim wzroście, a żołnierze Kserksesa z elitarnego oddziału
                          Nieśmiertlnych nie wyglądają jak ludzie, ale jak potwory z jakieś
                          makabrycznej fantazji /przywodzą na myśl Orków z Władcy Pierścieni/,
                          nienaturalny wygląd, potwornie zdeformowane ciało ma też zdrajca
                          Spartan – Efilates; zaś Leonidas i Spartanie przedsawieni są jako
                          piękni pomnikowi herosi obdarzeni wspaniałymi ciałami z uwdatnioną
                          przewspaniałą muskulaturą ).
                          To odrealnienie w filmie daje ciekawy efekt, opowieść nabiera, mam
                          wrażenie, cech baśniowości?!

                          Film wart jest polecenia przede wszytskim ze względu na tę wizulaną
                          stronę -efektowną scenografię, kostiumy, charakteryzację, efekty
                          specjalne (udało się świetnie oddać na ekranie dwuwymiarowość
                          właściwą komiksowi -książkce!), na widowiskowość wielu scen (wielka
                          ściana zbudowana przez Spartan z ciał zabitych Persów; scena
                          kuszenia Efilatesa, namawiania go do zdrady Spartan - cudnej urody
                          perskie tancerki? kurtyznany? tańczą i ocierają się o jego
                          zdeformowane potwornie ciało Efilatesa, całują je,dotykają, Efilates
                          omamiony obietnicą bogactwa i kobiet z radością w oczach godzi się
                          zdradzić Spartan), na klimat (takze dzięki niezłej muzyce
                          ilustrującej poszczególne sceny), na ten ciekawy efekt (ożywionego
                          komiksu) jaki osiagnięto.
                          Mam nadzieję, Greku, że zgodzisz się ze mną!?

                          Uff coś się umęczyłam przy tym opisie,
                          ale kino batalistyczne to nie moja specjalność. :/

                          :)
                          • grek.grek Re: 300 / Dowody zbrodni 29.03.10, 12:37
                            Jestem po jakichś 25 minutach, na scenie, kiedy Spartanie spotykają chłopca, który ocalał z rzezi jakiejś wioski.

                            Bardzo trafne są Twoje uwagi o wizualu i scenografii. Mam podobne wrażenia :). Do bitwy jeszcze nie doczłapałem, więc na razie mam
                            na myśli generalnie tło, wypełnienie przestrzeni pozaaktorskiej ;)

                            A resztą uwag zaostrzyłaś mi apetyt na dalszą część, hehe, zwłaszcza tymi kurtyzanami ;)
                            • barbasia1 Re: 300 / Dowody zbrodni 29.03.10, 13:29
                              grek.grek napisał:

                              > A resztą uwag zaostrzyłaś mi apetyt na dalszą część,
                              :)
                              Cieszę się!

                              hehe, zwłaszcza tymi kurtyzanami ;)
                              ;/
                              Wiesz, tak teraz myślę - jakaś skłonność do przesany ujawniła się u
                              mnie w tym opisie (zreszta nie pierwszy raz). Aż takie cudne to one
                              nie były ... ;))

                              • grek.grek Re: 300 / Dowody zbrodni 29.03.10, 14:17
                                W razie czego będę patrzył przez palce ;)
                                • barbasia1 Re: 300 / Dowody zbrodni 29.03.10, 14:29
                                  chichichi :)
                                  Greku, "wspólpraca" z Tobą to czysta przyjemność! :)))
                            • barbasia1 Re: 300 / Dowody zbrodni 29.03.10, 14:17
                              Jeszcze jedno, szczegóły samej fabuły filmu, kwestie historyczne,
                              ideologiczne, wymowę opowieści itd. (np. aluzje do wspólczesności o
                              czym piszą recenzencji w komentarzach) celowo pominęłam w moim
                              komnetarzu. Przyznam się bez tortur, nie śledziłam aż tak uważnie
                              filmu (zresztą spóźniłam się na jego początek), zaintrygowana
                              komiksowym wizualem (?!). Kiedyś na pewno jeszcze wrócę do tego
                              filmu! :)

                              Zastanawima się, czy w przypadku tych scen batalistycznych w filmie
                              lepiej mówić o "odrealnieniu", czy raczej o "hiperealistycznej
                              wzji" . Bo to chyba nie do końca to samo, jak myślisz, Greku
                              (napisz, oczywiscie jak już obejrzysz, proszę).
                              :)
              • maniaczytania Re: nadziś : 300 / Dowody zbrodni 26.03.10, 20:43
                hahahahaha :)))))

                "300" pewnie nie wypali, ale ten drugi, co zaproponowales Greku, to kto wie ...
    • grek.grek POlsat wieczorową porą :) 28.03.10, 13:23
      Zaistalowałem się wczoraj na Polsacie. Jednym okiem, bo drugim łypałem w jakieś gazecidła i nie tylko.
      Niestety, sobotnie wieczory, z jakiegoś dziwnego prikazu, czy z umowy niepisanej - poświęcone na kino kryminalne, sensacyjne, s-f itd, od dawna nie obfituje w dzieła klasy A, czy choćby B, których światowa kinematografia "kilka" jednak wyprodukowała, a w najniższych lotów... co tu dużo, kochani, ukrywać - g,wno.

      Najpierw "Repilkator". Z Van Dammem. I to właściwie wszystko wyjaśnia. Chociaż, tutaj była nikła, złudna, ale jednak, szansa na to, że się
      jednak twórcy, za przeproszeniem, posuną o pół kroku do przodu i nie nakręcą kolejnego chałmu.

      Punkt wyjścia był dość ciekawy - policj łapie i nie może złapać mordercę. Na miejscu jeden ze zbrodni znajduje włos ściganego.
      Z tego włosa w laboratorium policyjnym robią klona poszukiwanego,
      żeby, korzystając z tego, ze klon mysli, czuje i ma wyobraźnię taką
      samą, co jego pierwowzór.
      Zaczyna się więc całkiem znośnie, i tylko pytanie : kiedy się posypie.
      Odpowiedź : bardzo szybko. Van Damme próbuje grać, co już grozi klęską, a potem, żeby jego nieudolne próby zamaskować, każą mu robić, to co umie najlepiej - czyli kopać w tyłek kaskaderów. No i kopie z przyjemnością.
      Zaś jeszcze później klon Van Damme'a lata za oryginałem Van Damme'a i staczają oczywiście finałowy pojedynek między sobą, choć ostatecznie rozstrzyga go policjant, który zastrzela/zastrzeliwuje/zastrzeluje oraz zastrzeliwowuje niedobrego Van Damme'a żeby dobry van Damme mógł wygrać i związać się z prostytutką, która widział raz w życiu.

      Niektóre momenty są żenujące - np. niedobry, chytry Van Damme próbuje dobrego, ale głupawego, bo z mózgiem jak tabula rasa klona Van damme'a urobić, ze są braćmi - taka psychogierka. I co z tego wynika ? A nic nie wynika. Po co to wkręcono ? Nie wiadomo.

      Końcówka. Niedobry Van Damme pierze tego gliniarza, co się opiekuje jego klonem. Manto, po którym, na oko, gliniarz powinien wylądować na ojomie. A potem ten niedobry mierzy z pistoletu do swojego klona. I ten klon, pan Tabula Rasa, zamienia się z naiwnego pocziwca, przypominającego dziecko z porażeniem mózgowym, w psychologa i zaczyna go podjeżdzać tekstami o "ich" matce, co od razu miesza szyki temu niedobremu, który wydawał się facetem, który zwykł zabierać ze sobą mózg, kiedy idzie na rozwałkę. A tutaj zapomniał chyba ;) I do tego ten gliniarz, co powinien być na ojomie, nagle się zrywa w pełnym zdrowiu i
      atakuje niedobrego Van Damme'a łozkiem szpitalnym (rzecz cała się dzieje w jakiejś kostnicy, bo właśnie niedobry Van Damme udusił swoją matkę), a potem starcza mu jeszcze pary, żeby się z nim bić przez 10 minut. Przy okazji niedobry Van Damme zostaje zderzony ze ścianą, po czym też powinien chyba zemdleć przynajmniej, ale wyraźnie daje do zrozumienia, że ściana była z gumy i hasa jak źrebak następne 15 minut. Był jakiś pistolet, którym niedobry mierzył do dobrego i mu wypadł jak go glina zaatakował łózkiem - jesli go zgubił, to dlaczego nikt go od razu nie zastrzelił, a jeśli nie zgubił, to dlaczego tamci jeszcze żyli ? Nikt tej zagadki nie rozwikłał do tej pory ;)

      Generalnie - w 98 % scen musiał być Van Damme, albo i nawet dwóch. Przez 90 % czasu Van Damme kimś rzuca po ścianach, albo nim rzucają. I dużo wybucha róznych rzeczy. I bieganiny strasznie wiele.
      Polecam wszystkim, którzy chcą wreszcie docenić M jak Miłość :)

      Zaraz potem - Ciemne wody.
      Doskonała reżyseria, świetny, wciągający scenariusz, znakomite, sugestywne aktorstwo, oddające nastrój filmu zdjęcia i muzyka - tego wszystkiego w tym filmie nie znajdziecie.

      Tępa historyjka o tym, jak w ocenianie, na głębokości 3 tys metrów, wojsko hoduje zmutowane rekiny. Trafia tam para oszustów-naukowców, którzy wyłudzają kasę na jakieś badania, ale wpadają i przyjmują ostatecznie proppozycję tego, który ich zdybał - jakiegoś milionera-hobbysty i wyruszają na eksplorację głębin. Tam mają wypadek - atakują ich podwodną łódź te rekiny, uszkadzają ją, a ich ratuje wojsko - ich i jeszcze jednego gościa, z obsługi tej ich łajby, co się zepsowała. W srodku wojskowego laboratorium chcą ich zabić, jako niewygodnych świadków, ale mają tam takie fajne cele, że wystarczy stanąc na stołku, zdjąć kratkę, która sobie luźno leży na otworze w suficie, podciągnąc się lekko i już można spie,przać, gdzie sie chce. gdyby wszystkich zatrzymanych, i skazanych na śmierć, trzymano w takich super-fortecach, to byłoby na pewno weselej :) Najpierw wyłazi dziewczyna, potem zachodzi od tyłu tych, co pozostałyuch dwóch chcą ezgekucją potraktować, a potem się zaczyna wielka jatka - wszyscy wszystkich ścigają po całym labotorium za pół miliarda zielonych, jeden z bohaterów odnajduje własnego ojca, bohaterowie uciekają przez basen ze zmutowanymi rekinami, nad których bojowymi walorami pracują od 20 lat naukowcy i wydali na to kilkanaście miliardów dolków, i te rekiny ich nawet nie wąchają, a potem są liczne strzelanki, dekompresje, aż w końcu szlag trafia laboratirum, a bohaterowi uciekają jakąs kapsuło-łódeczką.
      Schematyczny, przewidywalny, nędznie zrobiony, z beznadziejnymi aktorami, rekiny zerżnięte z Piekielnej Głębi, też zresztą dennej. I tylko jeden dialog niezły, kiedy już blisko katastrofy jeden z naukowców zamyka się w pomieszczeniu obok rekinarium, świadom tego,że zbliża się moment, kiedy rekiny, co nie chciały jeść trójki uciekinierów, zrobią na otwartych wodach przyrodzie z d,py jesień średniowiecza, i ten naukowiec odbiera telefon od szefa wojskowej ochrony tekstem "Kapitanie, mój kapitanie", a z czego to jest tekst, to sami wiecie :)

      generalnie - nie mogę się nadziwić, dlaczego mając tyle filmów kryminalnych z Bogartem, Delonem, całe półki kina noir, Chinatownów,
      Taksówkarzy i innych dziesiątki sensacyjnych,s-f i thrillerowatych klasyków, rózne stacje w sprzyjającym czasie antenowym sięgają po takie badziewie, jak to się nagminnie dzieje, a czego wczoraj Polsat osiągnął apogeum :).
      Żeby nie było - Jedynka dawała Seagala, Dwójka jeszcze coś gorszego, a TVN Heather Locklear, czyli - zmowa jakaś chyba ?
      • barbasia1 Niedziela wieczorową porą :) 28.03.10, 17:57
        grek.grek napisał:

        Wiesz, myślałam, że nie ma nic gorszego od filmu z z Van Dammem.
        Ale okazuje się, że jest, to film z dwoma Van Dammami.


        >Zaraz potem - Ciemne wody.
        >Doskonała reżyseria, świetny, wciągający scenariusz, znakomite,
        >sugestywne aktorstwo, oddające nastrój filmu zdjęcia i muzyka -
        >tego wszystkiego w tym filmie nie znajdziecie.

        haha, A już się nastawiłam na ciekawą historię! :))))))




        Dziś wieczorem dramat obyczajowy "Piętno" z Nicole Kidman i
        Anthonym Hopkinsem w TVP1 o 22.10, po raz kolejny. Pisaliśmy o tym
        filmie, ale widze, ze dyskujsa jakby niedokończona ... Oczywiście ja
        nie dokończyłam...

        Na Dwójce "Van Helsing" - niestraszony pogromca wampirów, na
        łowach, w... a jakże by inaczej, w Transylwanii!?? W roli głównej
        przystoniak Hugh Jackman. W moim dodatku TV ten film zachwalają tak:-
        "bezwstydnie niemądra mieszanka znakomitych efektów specjalnych,
        wiktorianskie klimaty, zabawa filmowymi cytatami i gatunkowo dobry
        humor" /TV do Dziennika/
        To chyba warto rzucić okiem, co Greku!?

        :)
        • grek.grek Niedziela wieczorową porą :)/Samotne serca, spojl. 29.03.10, 12:11
          Gorszy to jest tylko mój opis, zwłaszcza drugi akapit, bo nie dopisałem, że tego klona, to zrobili po to, zeby wytropić zabójcę. Wiem, że zajarzałaś/liście, ale nie zmienia to faktu, że napisałem, jakbym się upalił czymś ;) Te filmy, które opisujesz - nie wiem, jak Van Helsing, ale Piętno na pewno warte obejrzenia.

          Ja się wczoraj znów w Polsacie gnieździłem. I było warto.
          Puścili "Samotne serca" - sądziłem, że to jakiś romansik bez ambicji, a tu tymczasem - może i romansik, może i bez WIELKICH ambicji, niespecjalnie oryginalny, ale... świetnie zrobiony, bardzo dobry film kryminalny.

          O co chodzi. Słów parę może. Są lata 40-te, Ameryka, niejaki Ray jest sprytnym i bezczelnym oszustem - ogłasza się matrymonialnie w gazetach, albo odpowiada na takowe ogłoszenia, wybiera stare panny, wdowy, panny z posagiem etc., wszystkie, które rozpaczliwie szukają uczucia, a jednocześnie są bogate - jest łysy jak Rokita, więc zakłada tupecik, podmalowuje oczy, oczarowuje je swoim sposobem bycia, wchodzi w intymne relacje, obiecuje ślub, a potem okrada i znika jak kamfora.

          Któregoś razu trafia na niejaką Martę. Urodziwą bardziej niż inne, ale tak samo poszukującą męskiego ramienia. Próbuje ją okraść, ale za bardzo nie ma z czego, bo Marta jest biedną, jak mysz kościelna pielęgniarką. Nie jest jednak idiotką, domyśla się z kim ma do czynienia, idzie za nim, jest świadkiem awantury z jego udziałem, występuje w jego obronie, a potem... zakochują się w sobie i rabują już w duecie - on nadal jest donżuanem, który biednym kobitkom spada z nieba, a ona jego siostrą.

          Na ich ślad wpada policja, a tropem pary oszustów podąży ta Travolta ;)- policjant, który po tym, jak żona palnęła samobója nie może dojśc do siebie i ma pomerdane życie osobiste : ciągle wspominając nagłą śmierć zony, która nie zostawiła żadnego listu oożegnalnego z wyjaśnieniem motywów swojego czynu,, z synem się nie może dogadać, oddala się od niego, a także nie umie się zdecydować na związek z koleżanką z wydziału - ona jest pewna, on się miota. Ciągle skwaszony, zmęczony, przpomina Gajewskiego z "Gliny".

          Fajnie by szło Rayowi i Marcie, gdyby nie fakt,że Marta zaczyna mieć problemy z udawaniem - nie obchodzą jej pieniądze, kocha Raya i obserwowanie jego kolejnych związków jest dla niej coraz trudniejsze. Ray odwzajemnia jej uczucia, ale jednocześnie chce mieć kasę i żąda zimnego profesjonalizmu, co namiętnej Marcie wychodzi z wielkim wysiłkiem. Wreszcie wybucha w niej zazdrość - zabija jedną z wkrótce-okradzionych-i-porzuconych-kobiet-Raya. I wybiera najlepszy moment - kiedy Ray i ta kobieta mają seks. Po prostu rozwala ją z armaty strzelając jej w plecy, trup leży obok łózka, a ona żarłocznie konsumuje Raya. A potem ładują babkę do kufra, a kiedy się nie mieści Marta przynosi piłkę do metalu i mówi "moja w tym głowa, zeby się zmieściła"
          :)

          POlicja z Travoltą, ciągle babrającym się oczywiście w swoich osobistych problemach, jest juz na ich tropie, wpadając na kolejne ciała ofiar oszustów - gwoli sprawiedliwości, pierwsza popełniła samobójstwo (Travolcie przypomniało to od razu zonę, to go z ta sprawą całą emocjonalnie związało).

          Wkrótce Ray poznaje niejaką Delifnę. Ma ona dziecko, mieszka w ładnym domu, w ładnej okolicy, na prowincji - córka od razu lubi Raya, Delifna jest piękna, a sam Ray jakby zapomniał, że ma ją tylko obrobić z mamony i się zastanawiał nad stabilizacją u jej boku, mówi nawet o tym Marcie. Marta mu na to, ze w takim gnuśnym życiu wytrzymałby z tydzień, nie więcej, że to nie jest jego miejsce, ale w gruncie rzeczy boi się,że Ray mógłby być szzczęśliwy z inną kobietą,że jest dziecko... ona sama pragnie dziecka, pragnie prawdziwego związku z Rayem. Traktuje więc z rezerwą Delifinę, a kiedy dowiaduje się, ze jest ona w ciązy z Rayem wpada w złość - kiedy Ray jedzie po zakupy, podaje jej jakieś srodki otumaniające, a kiedy Ray wraca każe mu ją zastrzelić - Ray się broni, ale Marta go naciska, w naprawdę dramatycznej scenie przekonuje go, że to ona jest jego jedyną miłością i aby ocalić to, co ich łączy, samego siebie ocalić, musi strzelić. Ray ryczy i się miota, ale Marta miota się i ryczy skuteczniej, bo w końcu Ray zabija Delifinę. I od tej pory mają już zjazd - wcześniej Ray zabija policjanta podczas rutynowej kontroli, więc policja już wie, gdzie są (ma zdjęcie Raya zdobyte podczas śledztwa, adresy jego ofiar przeszłych i przyszłych dzieki spenetrowaniu jego skrzynki pocztowej w NY). Oni nie wiedzą naweet, zę są ścigani, więc są beztroscy - zabierają córkę Delifiny, i wyjeżdzają sobie w drogę : przejeżdzają obok straganu przydrożonego, z warzywami jakimiś, siedzi dziadek z psem - ile pan chce za tego psa ? Tysiąc. Tysiąc ? - tu Ray się śmieje szeroko i dziadka kulką traktuje. Dziecko musi mieć psa :) tyle, że dziecko nie ma dla nich żadnej sympatii, buntuje się, i w końcu Marta wie, że z modelu 2 + 1 + pies nic nie będzie...

          Wreszcie dopada ich policja. Lezą tyralierą przez pole kapusty, detektywi w tych klasyczych dla epoki prochowcach, razem z mundurowymi, dopadają raya i Martę bez broni, kompletnie niespodziewających się jakiejś zasadzki. Szukają dziecka. Travolta znajduje ciało w... kufrze po rowerku dziecinnym, który Ray dla małej kupił.

          Oczywiście, para kochanków dostaje czapę. Marta, w rozmowie z Travoltą, mówi mu : wiesz dlaczego on zabijał ? Zabijał dla mnie. A ja dla niego. Z miłości. Kochałeś kiedyś kogoś tak bardzo, żeby dla niego zabić ?
          I odbiera mu całą satysfakcję z oglądania ich egzekucji - naprawi on relacje z synem, zapewne zwiąże się z koleżanką z pracy, później odejdzie z policji, ale zapamięta uczucie, które zobaczył, którego widok zmienia jego pogląd na sytuację : niespecjalnie obchodzą go, w tym świetle, ofiary, znacznie większe wrażenie wywołuje kobieta i jej miłośc dla mężczyzny, w której tle majaczy cień jego żony, która go zostawiła strzelając samobója.

          I egzekucja - mocna scena, kiedy doprowadzają do krzesła elektrycznego Raya, przypomina to Krótki film o zabijaniu. A potem scena samego rażenia prądem, miotający się skazaniec, dym z czaszki, piana spod maski na twarzy. Mocne.
          Marta umiera na luzie, z kamienną twarzą, a wchodząc do sali, po straceniu Raya, rzuca "czuję tu jego zapach, taki słodki..." A TRavolta na wszystko patrzy i wcale się nie cieszy, nie jest mu jakoś miło, że sprawiedliwości stało się zadość.

          na tym polega, na mój gust, klasa tego filmu - że nie chodzi w nim o trupy, oszustwa, morderstwa, ze wszstko się rozgrywa na poziomie osobistych relacji między bohaterami ich personalnych namiętności i traum. Reszta to tylko tło. Nikt tu nie jest potępiony i nikt nie jest gloryfikowany, zaś ci co umierają wcale nie przegrywają w oczach widza. Patrzycie na zaborczą Martę i fircykowatego nieco Raya, jak strzelają prosto w łeb bezbronnym ofiarom i nie macie poczucia, że są jacyś felerni, ich skomplikowana relacja uczuciowa jest wazniejsza.
          Wszystko jest tutaj dobre - od zerowej ilości tanich amerykanizmów, przez nikłą ilość wnerwiających tekstów, po grę aktorską - Travolta jest bardzo dobry, wprawdzie waży ze 234 kg, jest szerszy niż dłuższy, ale ten misiowaty wygląd pasuje do nieustannie strapionej i zastygłej w grymasie znużenia twarzy, dzięki której końcówka filmu wygląda bardzo wiarygodnie - nie ma w nim triumfalizmu, śmierć Marty i Raya go nie leczy, to spotkanie Marty i jej słowa, jej uczucie, jej żar przywracają mu wiarę w miłość - w ostatniej scenie kadr z daleka, Travolta, jego syn i koleżanka z pracy (koieta-czapla, czyli Laura Dern) w łódce, na rybach, żadnych słodkich gestów, ot siedzą i łowią - gdyby wszyscy umieli pokazywać tak dobrze pozytywne zakończenie...

          Salma Hayek, jako Marta daje ognia przez cały film. Mnie zauroczyła ostatecznie. 136 i pół centymetra czystego seksapilu :) I ten temperament latynoski... Ech. Świetna była. Jared Leto, jako Ray, ciągle pod wpływem Marty, jej agresywnego uczucia, trochę kukła rzucana na prawo i lewo między miłością, pożądaniem, a fachem w rękach.
          • barbasia1 Re: Niedziela wieczorową porą :)/Samotne serca, s 29.03.10, 14:42
            grek.grek napisał:
            Eeee coTy, wszystko jasne, do razu domysliłam się, co i jak z tym
            dobrym klonem złego Van Damma. W końcu u Ciebie jestem wyszkolona.

            Zastanowiło mnie jednak coś innego. Oczywiście wiem, że w przypadku
            vandamowych filmów nie nalezy zbytnio głowić się nad szczególami,
            czy poszukiwać sensu, czy nawet logiki w filmie, mimo wszystko
            chciałabym wiedzieć, jak policja czy kto_tam_inny zdołali wyhodować
            identycznego kropka w kropkę podobnego klona złego Van Damma w tak
            stosunkowo krótkim czasie? Czy ta kwestia jest jakoś w filmie choć
            odrobinę sensownie wyjaśniona? No intryguje mnie to, Greku!
            :)
            • grek.grek Re: Niedziela wieczorową porą :)/Samotne serca, s 29.03.10, 15:06
              Haha :) No fakt, na tych moich wtopach można się zahartować, hehe.

              Z tym klonem, to nie wiem do końca jak było, bo zacząłem oglądać od ~ 20 minuty. Ale, masz rację, jakkolwiek by nie było, to przecież osiągnięcie takiego efektu klonowania, by klon i pierwowzór byli w tym samym wieku, jest raczej trudne do osiągnięcia, aczkolwiek jeszcze niczego nie klonowałem, więc głowy, nie mówiąc o cenniejszych częściach ciała, nie dam sobie za to uciąć ;)
              • barbasia1 Re: Niedziela wieczorową porą :)/Samotne serca, s 29.03.10, 15:31
                grek.grek napisał:

                > Haha :) No fakt, na tych moich wtopach można się zahartować, hehe.
                :)
                Greku, nie o to mi chodziło, nie o to! :/


                >aczkolwiek jeszcze niczego nie klonowałem, więc głowy, nie mówi
                > ąc o cenniejszych częściach ciała, nie dam sobie za to uciąć ;)
                :)))))
                I bardzo słusznie.
                • grek.grek Re: Niedziela wieczorową porą :)/Samotne serca, s 29.03.10, 15:57
                  Wiem, wiem, żartowałem :)
          • barbasia1 "Van Helsinga" nie polecam !!! 29.03.10, 17:20
            Van Helsinga stanowczo nie polecam , dałam się zwieść gazetowej
            zapowiedzi!

            Przerost formy (efektów specjanych) nad treścią. Cieniutka fabuła
            jest tu pretekstem do pokazania całej masy efektów specjalnych (w
            wiekszosci prezentujacych się niespejalnie atrakcyjnie na małym
            ekranie), generownych komputerowo ponurych górzystych krajobrazów z
            przepaściami, wielkich mrocznych zamczysk-laboratoriów Drakuli,
            przemian człowieka w wilkołaka albo w latającego wampira czy
            wapmirzycę. Nie ma tu nic wyjątkowego, zaskaującego, czego byśmy
            już nie widzieli wcześniej w innych filmach (o Drakuli, wampirach,
            wilkołakach).

            Pogromca wampirów Van Helsing (H. Jackman) skrzyżowanie, jak ktoś
            gdzieś napisał, Indiany Jonesa (z charakterystycznym kapeluszem na
            głowie) z Agentem 007 wraz ze słabo udającym zabawnego żartownisia
            zakonnikiem!? (który, co ciekawe, podobnie jak Q z Bonda jest
            wynalazcą gadżetów służących Van Helsingowi do walki z wampirami -
            np. karabinku na srebrne naboje, specjanej kuszy, czy bomb
            likwidujących hurtowo wampiry i innych ) wyrusza na prośbę
            watykańskich duchownych do Transylwanii by zlikwidować Drakulę
            (wcielone zło) i jego familię.

            W tropieniu Drakuli pomaga mu piękna księżniczka Anna pochodząca ze
            starego rodu od wieków prowadzącego walkę z Drakulą. Anna (Kate
            Beckinsale), ostatnia z rodu pragnie zabić Drakulę by uwolnić swoją
            rodzinę od ciążącej na niej od wieków klątwy. Przez cały film Van
            Helsing z Anną ścigają Drakulę, wapirzyce, a nawet wyklute z
            kokonów! (aluzja do Obcego?) wampirzątka albo odwrotnie to Drakula,
            wapirzyce, wampiry i wampirzątka ścigają Van Helsinga i Annę.
            Pojawia się też Frankensztain, z ktorego Drakula chce wyssać energię
            by dać wieczne życie swym wampirzątkom, które w krótkim czasie po
            narodzinach wybuchają glutem same z siebie (aluzja do rozrabiających
            Gremlinów?).

            Jak więc widać w filmie do jednego gara zostały wrzucone i
            wymieszane różne konwencje, motywy, postaci z innych filmów
            (horrorów, thrillerów oraz filmów przygodowych, sensacyjnych), a
            całość okraszona została humorem w nie pierwszym gatunku i
            własciwie w ilościach śladowych.

            /Mała próbka humoru - Brat Anny ukąszony przez wilkołaka przemiania
            się w tegoż na oczach siostry, a następnie ucieka przez okno. Przez
            Za oknem noc ciemna, ulewa. Za chwilę do komnaty, bo rzecz dzieje
            się na zamku jakimś, wchodzi ten mało śmieszny żatowniś zakonnik i
            mówi: "Śmierdzi tu mokrym psem" I tyle. ???
            Reszta żartów na podobnym poziomie. :/

            Odradzam Wam ogladanie "Van Helsinga", bo rozrywka to wątpliwa, na
            dodatek wyjątkowo męcząca!

            :)
            • ewa9717 Re: "Van Helsinga" nie polecam !!! 29.03.10, 18:59
              O rany, przetrzymałaś całego? Ja się dałam zwieść trzem gwiazdkom w
              mojej gazecie z programem, ale odpadłam najdalej po 5 minutach. I
              się cieszę, że potwierdziłaś słuszność mojego odpadnięcia ;)
              • barbasia1 Re: "Van Helsinga" nie polecam !!! 29.03.10, 19:37
                Przetrzymałam tylko dlatego, że osobiście sobie i Wam polecałam ten
                film na forum. Sama rozumiesz, musiałam, to sprawa honoru. ;) Ale
                powiem Ci Ewo, w tajemnicy, że do samej końcówki już nie dotrwałam,
                potem trochę żałowałam, bo w końcu tyle oglądania, a ja nie wiem,
                jakie się rzowiazy sprawy i co za tajemnicę skrywał Van
                Helsing... Może poszukam jakichś info o tym filmie, dla porządku.

                A mnie zwiodła ta pozytywna gazetowa recenzja i 5!!! aż 5, słownie:
                pięć niezasłużonych gwiazdek!
                Muszę zareklamować do Dziennika ten ich komentarz.
                :)
                • maniaczytania Re: "Van Helsinga" nie polecam !!! 29.03.10, 19:56
                  Ja ogladalam cos innego, ale w przerwie reklamowej rzucilam okiem - no i to
                  niestety kicha byla (trafilam na wampirzy bal, na ktorym Dracula chcial Anne w
                  szyjke powabna bardzo ukasic - bardzo do powabnej sie odnosi :) )
                  • barbasia1 Re: "Van Helsinga" nie polecam !!! 29.03.10, 20:04
                    maniaczytania napisała:
                    :)
                    Van Helsing zdołal wyratować Anne z miłosneych uścisków Drakuli
                    (jeden z patentów Bonda wykrzystał).
                    A potem Anna z Van Helsingiem musieli uciekać przed goniącymi ich
                    wapmirami i wampirzycami. :)
            • grek.grek Re: "Van Helsinga" nie polecam !!! 30.03.10, 12:44
              Jak Ty to przetrwałaś ? ;) Martyrologicznie się ostatnio robi, hehe.

              Jak dać wampirom, i całej reszcie, jakieś dobre otoczenie, popracować nad punkowo-rockowo-stechnicyzowano-hiphopowo-horrorowymi wizerunkami, żeby nie śmieszyły, a raczej zaciekawiały i odbiegały od średniowiecznych wyobrażeń, dorzucić dobrą muzykę, odpowiednią choreografię nieuchronnych pojedynków na kopy w tyłek - można wtedy stworzyć nowoczesne widowisko, co udowadniają serie Bladów czy Underworldów. Powroty do klasycznej estetyki są zawodne, to już nie wychodzi, ostatni raz coś tam się powiodło Coppoli chyba, a potem widziałem, w całości albo w częsci, z dziesięć nieudolnych podróbek, z czego każda ciągneła już ku takim własnie Helsingom, gdzie atutem ma być stara konwencja w nowym opakowaniu komputerowym, co się w ogóle nie sprawdza.

              Nie wiem, jak Wy sądzicie, ale dla mnie jest jasne, że nie ma powrotu do przeszłości, w tym gatunku filmowym, Coppola postawił cezurę i nawet jesli jeszcze komuś wyjdzie (być może wyszło, a ja nie dostrzegłem - poprawcie mnie) jakaś romantyczna rzecz o wampirzym świecie z dawnych czasów, to przyszłośc należy do dynamicznych techno-widowisk, osadzonych we współczesności.

              Pomijam te obyczajówki wg pani Meyer, bo to chyba nie łapie się do konwencji ;)

              Co sądzisz ? co sądzicie ?
              • barbasia1 Re: "Van Helsinga" nie polecam !!! 30.03.10, 15:48
                grek.grek napisał:

                > Jak Ty to przetrwałaś ? ;) Martyrologicznie się ostatnio robi,
                hehe.

                haha
                Tak, tak, ja mam skłonności do martyrologii. :)))

                >Jak dać wampirom, i całej reszcie, jakieś dobre otoczenie,
                popracować nad punkowo-rockowo-stechnicyzowano-hiphopowo-horrorowymi
                wizerunkami, żeby nie śmieszył [...]

                [...] przyszłośc należy do dynamicznych techno-widowisk, osadzonych
                we współczesności.

                Ha! Ciekawy pomysł! Podoba mi się.

                Przyznam, że nie zastanawiałm się nigdy nad kwestią, ale
                pomyślę ... :)
          • barbasia1 Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 11.04.10, 15:42
            grek.grek napisał:


            Nikt tu
            > nie jest potępiony i nikt nie jest gloryfikowany, zaś ci co
            umierają wcale nie przegrywają w oczach widza. Patrzycie na zaborczą
            Martę i fircykowatego nieco > Raya, jak strzelają prosto w łeb
            bezbronnym ofiarom i nie macie poczucia, że są jacyś felerni, ich
            skomplikowana relacja uczuciowa jest wazniejsza.

            Przyznam, że ja z rosnącym przerażeniem patrzyłam na Martę (naprawdę
            dobra rola Salmy, zgadzam się), która staje się coraz bardziej
            okrutna, wręcz nieludzko okrutna, kiedy bezsensownie, z chorej,
            obłakanej miłości czy zadrości morduje w straszny sposób - jedną z
            uwiedzionych przez Raya(nie strzałem w glowę , ale uderzeniem młotka
            roztrzaskuje jej głowę (sprawdziłam), mimo, że wie, że to „tylko
            praca Raya”, jak mówi sam Ray, że ten zwiazek wkrótce się skończy,
            jak tylko przejmą jej pieniądze i potem , i kiedy spokojnie
            zabiera się do upychania w wielkiej skrzyni dogorywającej kobiety -
            mocne ), kiedy każe Rayowi zastrzelić piękną, dobrą, zyczliwą jej ,
            Bogu ducha winną Delfinę, kobietę zakochaną w Ray, która kompletnie
            jest nieświadoma całej sytuacji i uczuć Marty i Raya, i kiedy
            tamosząc małą dziewczynkę, coreczkę zamordowanej Delfiny usiłuje
            zmusić małą do tego, żeby ją pokochała jak swoją matkę, po czym
            modruje ją, kiedy ta z dzieciecym uporem odmawia.
            I kiedy zimno, obojętnie, z kamienną twarzą , z pustką w oczach
            patrzy, jak detektyw Robinson (Travolta) zbliża się do drewnianej
            skrzyni, w której za chwile znajdzie ukryte zwłoki dziecka.
            Marta wydaje się nawet być gorsza od samego Raya, bo w nim pozostały
            jeszcze jakieś ludzkie szczątkowe odruchy, ma chwile reflesji,
            przebłyski świadomosci, z napięciem pomiesznym z przestrachem,
            patrzy jak Robinson otwiera skrzynię, w której są zwłoki
            dziecka,potem w rezygnacji (może z pod wpływem wyrzutów sumienia,
            wstydu) opuszcza głowę.

            Moim zdaniem Marta Salmy Hayek to kobieta,która ma potęzne problemy
            emocjonalne, psychiczne. Marta nie potrafi odróżnić dobra od zła,
            jest nie tylko pod względem moralnym kaleką, ale też jest
            emocjonalną kaleką, nie potrafi radzić sobie z emocjami, nie umie w
            sposób normalny okazywać uczuć, być może dlatego, że nikt nigdy nie
            okazywał jej uczuć w sposób normalny, co zresztą potwierdzałyby
            słowa narratora na początku, który mówi o tym, że Marta od 10 roku
            życia była wykorzystywana seksulanie przez swego brata. Doświadczyła
            w swym życiu dużo zła i przemocy od bliskich jej osób, więc dla niej
            miłość uczucie wiąże się w sposób (nie) naturalny z zaborczością,
            przemocą, gwałtem w kazdym tego słowa znaczeniu.
            To w jakimś stopniu tłumaczy straszne postępowanie Marty, ale jednak
            chyba w żadnym wypadku nie usprawiedliwa.Zresztą w filmie, IMHO jest
            jednoznacznie negatywna ocena Marty, Ray i ich postępków (por.
            epitety jakimi obrzuca narrator Martę i Raya - „szczury”, także
            zdecydowaniwe negatywny stosunek Robinsona do Marty w rozmowie
            podczas przesłuchania) oraz jednak zdystansowanie się wobec chorych
            uczuć Marty.


            Napisałeś, że „Samotne serca” to film oparty na faktach,
            autentycznej historii. Pogrzebałam troszkę w internecie i
            znalazłam informację o prawdziwej Marcie. Marta Beck, była kobietą
            monstrualnie otyłą i ze względu na swój wygląd była wyśmiewana przez
            kobiety, odrzucana przez męzczyzn krytykowana, poniżana. I kiedy
            poznała oszusta matrymonialnego Ray, który jako jeden z niewielu
            okazał jej zainteresowanie (ponoć nawet kręciła go jej tusza) ona
            oddała mu się całkowicie i postanowiła razem znim uczestniczyć w
            przestępczym procederze, który stał się dla niej też czymś w rodzaju
            reważu za doznane krzywdy.

            :)

            • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 12.04.10, 14:47
              Ciekawe spostrzeżenia i analiza :)

              Ostatni akapit, cenny, który dodałaś, świadczyłby o tym, ze gdyby nakręcono film wg oryginalnych losów obojga, to byłby może jeszcze ciekawszy od tego jaki powstał.

              Marta była zakochana na zabój. Miłość i zazdrość idą w parze, jednego bez drugiego nie ma, i pewnie dlatego większość deklarujących miłość jest kłamcami :) Mnie się wydaje, że film ma pokazywać destrukcję do jakiej może doprowadzić ekstremalne uczucie. A na końcu dodaje przewrotnośc, wedle której ta sama miłość doprowadzająca do zabójstw, miłośc patologiczna, staje się pozytywnym impulsem dla policjanta, który jest w stanie, pod wpływem jej energii i szczerości oraz zdemonstrowanej istoty miłości, pozbierać się, zapomnieć wreszcie o przeszłości i, jak sugeruje zakończenie, rozpocząć proces porządkowania swojego życia. Wg mnie, to jest wielki atut tego filmu. Właśnie ten motyw. Być moze odczytuję go niewłaściwie, ale nie wydaje mi się :)
              • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 12.04.10, 15:58
                Dzięki Greku, a ja miałam właśnie przepraszać za nieskładny, trochę
                chaotyczny tekst, sam wiesz w jakich okolicznościach pisany. ;)

                No właśnie, też się zastanawiałam na tym, czy wyszedłby ciekawszy
                film, gdyby sciśle trzymano się faktów. Być może rzeczywiscie
                znacznie bardziej interesujące (zwłaszcza z psychologicznego punku
                widzenia) byłoby pokaznie mechanizmów, ktore decyduja o tym, że
                zwykła, przeciętna dziewczyna (z kompleksami na punkcie tuszy) z
                przeciętnej rodziny, staje się wspólniczką przestępcy i
                morderczynią...


                >A na końcu dodaje przewrotnośc, wedle której ta sama miłość dop
                > rowadzająca do zabójstw, miłośc patologiczna, staje się pozytywnym
                impulsem dla policjanta ...

                Do tego jeszcze wrócę ...


                > Miłość i zazdrość idą w parze, jednego bez drugi
                > ego nie ma, i pewnie dlatego większość deklarujących miłość jest
                kłamcami :)
                !!!???
                Greku, czy mozesz rozwinąć tę myśl?
                Co d o k ł a d n i e chciałeś przez to powiedzieć????

                • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 13.04.10, 12:22
                  Chciałem powiedzieć tylko tyle, ze ludzie mylą miłość z partnerstwem :)
                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 13.04.10, 14:30
                    grek.grek napisał:

                    > Chciałem powiedzieć tylko tyle, ze ludzie mylą miłość z
                    partnerstwem :)

                    Pewnie tak jest w wielu przypadkach.

                    Zaskakująco skromne rozwinięcie!??
                    :)

                    • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 13.04.10, 14:52
                      No wiesz, ale treściwe ;)

                      Po prostu, to co zwykliśmy w stosunkach tzw. miłosnych nazywać patologią najczęsciej jest istotą rzeczy.
                      • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 13.04.10, 15:30
                        grek.grek napisał:

                        > No wiesz, ale treściwe ;)

                        :)

                        Jestem zwolenniczką zasady, która głosi - im więcej formy, tym
                        więcej treści.


                        > Po prostu, to co zwykliśmy w stosunkach tzw. miłosnych nazywać
                        patologią najczęsciej jest istotą rzeczy.

                        Tę myśl to już musisz rozwinąć!
                  • pepsic Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 13.04.10, 15:46
                    Nie da się pomylić ;))
                    • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 13.04.10, 15:57
                      pepsic napisała:

                      > Nie da się pomylić ;))

                      !!!
                      No własnie, dlatego chciałam, żeby Grek napisał coś więcej, bo
                      pewnie, każdy z nas ma inne wyobrażenie w tej sprawie? Chyba.
                      :)
                      • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 14.04.10, 11:11
                        Ależ da się pomylić :) Dzieje się to zresztą nagminnie i nieprzerwanie.

                        Wystarczy popatrzeć na tych, którzy są w swym związku szczęśliwi, zgodni i dogadani i nazywają to "miłością" - oni właśnie kłamią najbeczelniej :) No, może nie "kłamią", bo czy może kłamać o czymś, ktoś kto nie wie, o czym mówi ? :). Miłość to odwrócenie tego stanu o 180 stopni. Dlatego jest nierealizowalna w praktyce, pozostaje skłonnością nieujarzmioną i patologiczną, a nie czymś, czemu można nałożyć uzdę, dostosować i co może egzystować wśród szeroko pojętej normalności.
                        • pepsic Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 14.04.10, 21:52
                          Grek, Ty piszesz o miłości niespełnionej bądź nieosiągalnej, oj coś kręcisz :))
                          • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 14.04.10, 22:13
                            pepsic napisała:

                            > Grek, Ty piszesz o miłości niespełnionej bądź nieosiągalnej, oj
                            coś kręcisz :))

                            Idealista???
                            :)
                          • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 15.04.10, 13:03
                            A widziałaś spełnioną albo osiągalną ? :)
                        • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 14.04.10, 22:12
                          Greku, powiem może oczywistą oczywistość, ludzie są różni każdy ma
                          inne wyobrazenie idealnego związku, dla jednego ideałam będzie
                          taki, w którym panuje przede wszytskim zgoda, pozumienie, harmonia,
                          dla drugiego ważna będzie pasja, namiętność, albo nieustanne
                          ścieranie się przeciwieństw (właściwie nie wiem dokłądnie, jakby to
                          miało wyglądać praktycznie, ale tak tak wymysliłam zainpirowana
                          Twoim postem, więc niech już zostanie, może do jutra coś wymyślę :),
                          dla trzeciego jeszcze coś innego.

                          Nie ma jednej definicji miłości, milość jest rozmaicie pojmowana.
                          Poza tym miłość pomiędzy dwojgiem ludzi też przecież ewoluuje, czy
                          tego chcemy, czy nie (bo taka jest natura, czy mówiąc prozaicznie
                          fizjologia człowieka), zmienia się z czasem, z wiekiem.
                          Stany „patologiczne” - szaleńczego zakochania, umierania z miłości
                          (tak na marginesie - miłość to choroba, miłość to szaleństwo, to
                          metafory dobrze utrwalone w języku ), nieskończonego pożadania
                          właściwe są pierwszemu etapowi miłości, później, kiedy wielkie
                          namiętności nieco stygną (inaczej człowiek by się spalił), rodzi się
                          poczucie szczęścia, zadowolenia, przyjemności. , spokoju (co
                          przecież nie oznacza nudy). Na końcu pomiędzy ludźmi wytwarza się
                          przywiązanie. /ale zracjonalizowałam to piękne uczucie :)/


                          Myślę, że bliski ideału jest taki związek, w którym jest i harmonia,
                          wzajemne zrozumienie i porozumienie, troska o drugiego człowieka i
                          szacunek dla niego, chęć bycia z z nim, fascynacja drugą osobą, i
                          przyjaźń, ale i wielka namiętność, pożądanie, pasja (oby jak
                          najdłuzej :).
                          • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 14.04.10, 22:31
                            barbasia1 napisała:
                            > Poza tym miłość pomiędzy dwojgiem ludzi też przecież ewoluuje, czy
                            > tego chcemy, czy nie (bo taka jest natura, czy mówiąc prozaicznie
                            > fizjologia człowieka), zmienia się z czasem, z wiekiem.

                            wg. naukowców, naturalmente :)
                          • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 15.04.10, 13:08
                            Miłość nie jest do zrealizowania w związku, więc jego ideał taki, czy inny, nie mieści się w jej kontekście :)

                            W drugim akapcie sama przeprowadziłaś na to dowód :)

                            Nie ma takiego połączenia, a jeśli się ktoś upiera, że są, to się tak tylko wydaje tym, którzy bardzo by koniecznie chcieli swoje uczucia zaliczać do innej kategorii niż ta, w której faktycznie się znajdują :)

                            • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 15.04.10, 13:29
                              Do drugiego akapitu miałam dodać jeszcze to:

                              Ludzie nagminnie mylą namiętność i pożądanie z miłością.



                              > Nie ma takiego połączenia, a jeśli się ktoś upiera, że są, to się
                              tak tylko wydaje tym,

                              Mówiąc "Nie ma takiego połączenia" odnosisz się tu do ostaniego
                              akapitu z mojego postu? I mojego rozumienia idealnej miłości?

                              Wiesz, ja znam/ widziałam taką miłość,szczęśliwe małżeństwa, którym
                              udało się połączyć te elementy.

                              Wszystko jednak, nawet miłość wymaga pracy, wysiłku z obu stron.

                              > Miłość nie jest do zrealizowania w związku,

                              Jeśli miłość nie jest do zrealizowania w związku to w takim razie,
                              gdzie, jak jest do zrealizowania?

                              Wybór - albo wielka niemożliwa, do zrealizowania, spełnienia miłosć,
                              albo nic? to według mnie kiepski wybór.

                              Jak Ty, Greku, rozumiesz miłość?



                              • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 15.04.10, 14:10
                                Tak, chodzi o ten 3 akapit :)

                                A ja uważam, ze nie - że to partnerstwo wymaga wysiłku, miłość jest poza sferą "pracy" i tegoż "wysiłku".

                                Jesli nie w związku, to tylko poza nim :)

                                Swoje rozumienie już trochę zarysowałem - patologiczna, samorzutna, nieujarzmiona, więc - nierealizowalna w związku, skłonność.

                                • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 15.04.10, 14:39
                                  grek.grek napisał:

                                  > A ja uważam, że nie - że to partnerstwo wymaga wysiłku, miłość
                                  jest poza sferą "pracy" i tegoż "wysiłku".

                                  Na pewno w przypadku prawdziwej, wielkiej, "samorzutnej,
                                  nieujarzmionej" miłości ten "wysiłek" i ta "praca" jest o wiele,
                                  wiele nmniejsza, naturalniejsza i zupełnie nieodczuwalna
                                  jako "praca", czy "wysiłek". Ale jednak o wszytsko trzeba dbać,
                                  nawet i o miłość, tak myślę.

                                  > Swoje rozumienie już trochę zarysowałem - patologiczna,
                                  >samorzutna, nieujarzmiona, więc - nierealizowalna w związku,
                                  >skłonność.

                                  Postawą jest by obie osoby podzielały tę samą wizję miłości, bycia
                                  ze sobą ...
                                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 15.04.10, 15:35
                                    W przypadku prawdziwej - nic nie trzeba robić, sama se da radę :) A reszta, to "miłości" nieprawdziwe, czyli wyimaginowane, albo będące skutkiem błędów definicyjnych.

                                    Wiesz, ludzie strywializowali miłość podciągając pod to pojęcie wszystko, co się da, rozmyli je, zrobili z niego wyświechatny frazes. Każda dziunia i każdy misio mają aspiracje, by swoje wspaniałe związki nazywać "miłością" :) Czy partnerstwo, porozumienie, szczęscie we dwoje, to takie karłowate rzeczy, zeby się ich wstydzić i uważać się za lepszych, wznioślejszych ?

                                    Mówienie o partnerstwie per miłość przypomina mi nazywanie przypadkowego seksu "uprawianiem miłości" - nie chodzi o porównanie zawartości tych okresleń, ale o niestosowność analogii.
                                    • pepsic Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 15.04.10, 21:38
                                      Trochę pogmatwałeś, więc spróbuję uporządkować, bo nie nadążam. Istotą
                                      dyskusji jest pytanie, czy można pomylić partnerstwo z miłością. Twierdzę nadal,
                                      że nie. Bo to, czy się kogoś kocha, czy nie - wie się i czuje, tu nie można się
                                      pomylić, gdyż ta sfera tkwi w głowie. Jeśli przykładowa Dziunia z Misiem
                                      twierdzą, że łączy ich miłość, to widać tak mają, czy komuś się podoba, czy nie.
                                      Zważ, że nie tylko wybrańcy i intelektualiści kochają, ale i zwykły szary
                                      człowiek. Pytałeś, czy widziałam pary spełnione, odpowiadam - nie raz, nawet
                                      więcej, niż mniej. Widziałam też te wojujące, co do których Barbasia ma
                                      wątpliwości, co do pożycia - jedno jest pewne: w ich przypadku nie jest nudno.
                                      Czy poruszając temat partnerstwa, nie chodzi Ci czasem o małżeństwa (związki -
                                      jak kto woli)zawierane z rozsądku?
                                      Ps. Barbasia bardzo trafnie zdefiniowała pojęcie miłości łącznie z etapami i
                                      odcieniami oraz rzekomo mylnie pojmowanej namiętności. Mylnie, bo tu akurat mam
                                      wątpliwości. Dla uzupełnienia wspomnę o obsesji z negatywnym wydźwiękiem, też
                                      czasami mylonej z miłością. Czy ten nieszczęśnik Wokulski czasem na nią nie
                                      cierpiał?
                                      • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 16.04.10, 12:51
                                        Spróbuj zadać precyzyjne pytanie :)

                                        Albo miłość ma jakąś własną twarz, albo wszystko można pod nią podciągnąć i w ten sposób jej tożsamość rozmyć.

                                        "to widać tak mają" - oni tak mają, a ja mogę ocenić, ze nic nie mają, bo z mojej perspektywy sam fakt, że są szczęśliwi zaprzecza istocie miłości, które w szczęściu się nie realizuje, a jesli się realizuje, to znaczy, że nią nie jest.

                                        "ta sfera tkwi w głowie" - a owszem, ale tkwi także w zachowaniach i reakcjach.

                                        Partnerstwo nie musi być małżeństwem, chodzi mi generalnie o związki, które, wg mnie, nie są realizacją miłości, a własnie partnerstwa. I jako takie są orajt, mnie chodzi tylko o to, żeby stosować właściwą nomenklaturę.

                                        "Pojęcie miłości łącznie z etapami" - od namiętności do porozumienia duchowego i przyjaźni, tak ? To są etapy partnerstwa, a nie miłości. QWg mnie, oczywiście, co kiepsko mi wróży ;)

                                        • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 16.04.10, 14:44
                                          grek.grek napisał:

                                          >Albo miłość ma jakąś własną twarz, albo wszystko można pod nią
                                          >podciągnąć i w ten sposób jej tożsamość rozmyć.

                                          Miłość to pojęcie nieostre, jak wszystkie pojęcia odnoszące się do
                                          zajwisk zachodzących w sferze psychice człowieka trudne są do
                                          zdefinowania, poza tym, jak już mówiłam, ludzie róznie pojmują
                                          miłość.
                                          Na pewno, jeśli chcielibyśmy zdefiniować pojęcie miłosci,
                                          czyli „pokazać jej twarz” trzeba by wyznaczyć pewne jądro
                                          definicyjne tego pojęcia, jak i wskazać sfery peryferyjne tego
                                          pojęcia, w kótrych mieścić się będą przypadki mniej lub bardziej
                                          podobne do tego jądrowego. Usytuwoane będą one blizej lub dalej od
                                          centrum w zaleznosci od tego czy są bardziej, czy mniej podobne.

                                          > "to widać tak mają" - oni tak mają, a ja mogę ocenić, ze nic nie
                                          mają, bo z mojej perspektywy sam fakt, że są szczęśliwi zaprzecza
                                          istocie miłości, które w szczęściu się nie realizuje, a jesli się
                                          realizuje, to znaczy, że nią nie jest.

                                          !!! !!!
                                          Przyznam, że z takim pojmowaniem miłości spotykam się po raz
                                          pierwszy!!!? No może wlaściwe nie po raz pierwszy, bo o miłości
                                          NIEszczęśliwej u romatnyków się czytało. Ale tam przecież chodziło
                                          o coś innego, romantyczny bohater miłość do kobiety i swoje
                                          szczęście osobiste poświęcał dla szczytej idei, dla walki o wolność
                                          umiłowanej ojczyzny (Konrad Wallenrod).

                                          Wiesz, nie rozumiem, na czym w takim razie polega miłość, w której
                                          podstawą nie jest szczęście (IMHO jeden z podstawowych składników
                                          definiujacych pojęcie miłość)?
                                          Jaka jest istota takiej miłości?

                                          >"ta sfera tkwi w głowie" - a owszem, ale tkwi także w zachowaniach
                                          i reakcjach.
                                          Zasadniczo to, co w głowie „wspólgra” z zachowaniami i rekacjami
                                          człowieka, zbyt długo nie da się udawać, (choć niektórzy ludzie są
                                          naprawde mało spostrzegawczy i nie widzą u drugiego / może nie chcą
                                          widzieć/ fałszu, zakłamania).

                                          >Partnerstwo nie musi być małżeństwem, chodzi mi generalnie o
                                          >związki, które, wg mnie, nie są realizacją miłości,

                                          Zgadzam się , z tym, ze ludzi w zwiąkach małżeńskich //a.
                                          patrnerskich niekoniecznie musi łączyć miłość, a np. tylko wspólne
                                          interesy, korzyści materialne, albo tylko seks.
                                          Ale przecież nie ma przeszkód by miłosc mogła się realizować w
                                          równie dobrz w małżeńtwie, związkach patrnerskich, jak i w związkach
                                          nieformalnych. Wszystko zależy od tego, czy się ludzie naprawdę
                                          kochają, czy nie udają, czy pragną dobra i szześcia dla siebie (to
                                          jest dla mnie podstawa miłosci myślenie o drugim człowieku,
                                          pragnienie jego dobra, szczęscia, powodzenia, pożądanie drugiego
                                          człowieka, tworzenie z nim czegoś dobrego, wspólna radość i trwanie
                                          w trudnych chwilach, życie to nie bajka, nie książka, nie film... ).


                                          >"Pojęcie miłości łącznie z etapami" - od namiętności do
                                          porozumienia duchowego i przyjaźni, tak ? To są etapy partnerstwa, a
                                          nie miłości. QWg mnie, oczywiście, co kiepsko mi wróży ;)

                                          Moim zdaniem namiętność powinna towarzyszyć ludzim w związkach przez
                                          cały czas, choć oczywiście jej natężenie, będzie się z czasem
                                          zmniejszać.
                                          Czy 80-cio albo 90-cio letni starszukowie mogą czuć jeszcze
                                          opórcz przyjaźni, pozumienia duchowego wielką namiętność i
                                          pożadąnie, takie jak na początku związku? :)
                                          Wyłączam takie przypadki, kiedy bogaty 80-cio letni staruch zapała
                                          pożadaniem i ślinić się będzie na widok cycatej tlenionej
                                          blondyny. ;)
                                          • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 16.04.10, 14:58
                                            Wyłączam takie przypadki, kiedy bogaty 80-cio letni staruch zapała
                                            pożadaniem i ślinić się będzie na widok DWUDZIESTOLETNIEJ cycatej
                                            tlenionej blondyny. ;)
                                          • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 18.04.10, 11:15
                                            U polskich romantyków rzeczywiście tak było, jak piszesz, ale u Byrona, Lermontowa i Goethego już ta miłość miała całkowicie odmienny wymiar.

                                            "Jaka jest istota takiej miłości (gdzie podstawą nie jest szczęście) ?" - wg mnie, istotą jest samo uczucie. Nierealizowalne w praktyce. Realizacja szczęscia, to partnerstwo, opierające się na szacunku, porozumieniu, wsparciu etc.

                                            "Nie ma przeszkód, by miłość mogła się realizować w małżeństwie, zw. partnerskich i nieformalnych" - wg mnie : przeciwnie. Nie da się uczucia przykroić do wzorów drobnomieszczańskiej poprawności i pragnienia usankcjonowania go w jakikolwiek spośób, zresztą - co tam drobnomieszczaństwo, tu chodzi w ogóle o to, że dla uczucia nie ma realizacji, każdy kierunek jest niewłaściwy, bo prowadzi do destrukcji albo trywialności. Cały czas opisujesz model partnerstwa - dobry, idealny może nawet, ale nie miłości, a doprecyzowując : nie miłości w jej pierwotnej, naturalnej i, wg mnie, jedynie autentycznej formie - własnie po formie poznaje się jej prawdziwość :)



                                            • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 25.04.10, 13:30
                                              grek.grek napisał:

                                              > U polskich romantyków rzeczywiście tak było, jak piszesz, ale u
                                              Byrona, Lermont
                                              > owa i Goethego już ta miłość miała całkowicie odmienny wymiar.

                                              Tak, tak, oczywiście, zgadza się (miałam to dopowiedzieć to zaraz,
                                              jak tylko wysłałam ten pierwszy post ), dodam tylko jeszcze dla
                                              porządku, że u polskich romatyków motyw rezygnacji z miłosci, ze
                                              szczęścia osobistego w imię walki o wolność ojczyzny, to oczywiście
                                              nie jedyna realizacja motywu miłości.

                                              :)
                                    • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 16.04.10, 14:52
                                      grek.grek napisał:

                                      > W przypadku prawdziwej - nic nie trzeba robić, sama se da radę :)

                                      To wariant bardzo optymistyczny, ale niech i tak będzie. :)


                                      W kwestii Dziuni i Misia zgadzam się z Pepsic. :)
                                      Jeśli mówią, że czują do siebie miłość, to tak pewnie jest,
                                      chyba że świadomie i celowo okłamują partnera i innych dokoła.


                                      >Czy partnerstwo, porozumienie, szczęscie we dwoje, to takie
                                      >karłowate rzeczy, zeby się ich wstydzić i uważać się za lepszych,
                                      >wznioślejszych ?

                                      Tu nie za bardzo rozumiem.


                                      Resta wyjaśnień w poście niżej.
                                      • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 18.04.10, 11:18
                                        Wiesz, chodzi mi o to, że ludzie koniecznie chcą swoje szczęscie we dwoje nazywać "miłością", nawet jeśli nią nie jest, a nie partnerstwem, nawet gdy ewidentnie nim właśnie jest - tak jakby to drugie było czymś gorszym, podlejszym. To arogancja, na moje oko :)
                                        • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 23.04.10, 13:20
                                          grek.grek napisał:

                                          > Wiesz, chodzi mi o to, że ludzie koniecznie chcą swoje szczęscie
                                          we dwoje nazywać "miłością", nawet jeśli nią nie jest, a nie
                                          partnerstwem

                                          Słowo „partnerstwo” brzmi tak sucho, beznamiętnie, odnosi się do
                                          relacji pomiędzy ludźmi, która nie jest oparta na uczuciach. A
                                          ludzie wierzą, chcą wierzyć, że łączy ich uczucie (zwane miłością),
                                          skoro np. nie wyobrażają sobie życia bez tej jednej konkretnej,
                                          osoby wybranej spośród wielu.
                                          • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 23.04.10, 14:50
                                            NO własnie :) I już na samym wstępie popełniają błąd - bo "wybierają" : wybierają taką, co budzi zaufanie, z którą się dogadują, fajnie czują, mogą snuć plany, lioczyć na wierność i tzw. harmonię pożycia. A miłość nie jest wyborem świadomym, miłość istnieje bez wg na to, czy obiekt odwzajemnia ją, czy nie, jest pewnym rodzajem wyboru, ale jednak innym - emocjonalnym, bezwiednym, niewytłumaczalnym, irracjonalnym.

                                            Mnie dziwią takie postawy, powiem Ci szczerze, bo... miłość, to lajza, partnerstwo jest czymś znacznie godniejszym i tak naprawdę gros ludzi tego własnie szuka - zaufania, porozumienia, harmonii. Ale, że - tak jak piszesz - chce swoje szczęście nazywać wzniośle jakoś, to popełnia błąd i w sumie : partnerstwo zostało "miłością", a miłość ? czym w takim razie została ? Brzydkim kaczątkiem, którego nikt nie chce i już nawet mu miana kaczątka odmówiono i tylko brzydkie zostało ? :)
                                            • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 23.04.10, 15:57
                                              grek.grek napisał:

                                              > NO własnie :) I już na samym wstępie popełniają błąd -
                                              bo "wybierają"

                                              Ależ na tym własnie polega dojrzała miłość (według Ericha
                                              Fromma na przykład), musi być w niej dużo racjonalności! musi być
                                              wyborem świadomym.

                                              Przecież o to właśnie chodzi, by to zjednoczenie z drugim
                                              człowiekiem było jak najbardziej udane, trwałe, szczęśliwe!!!

                                              Poznanie obiektywne drugiego cZłowieka według Fromma jest jednym z
                                              elementów warunkujących dojrzałą miłosć. Trzeba obiektywnie poznać
                                              drugiego człwoieka po to by wiedzieć, jaki jest naprawde, by pozbyć
                                              się zudzeń, jakie się na jego temat wyrobiło dopiero wtedy można
                                              obdarzyć go najprawdziwszą z głębi duszy płynącą miłością.






                                              >miłość, to lajza

                                              Co to jest "lajza"?
                                            • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 23.04.10, 17:07
                                              Wiesz, dla mnie miłość to zjednoczenie z drugim człowiekiem, ktore
                                              powinno być trwałe, szczęśliwe, pełne namiętności.

                                              Rozumiem miłość, tak jak opisywał ją wspomniany Erich Fromm w
                                              książce o „O sztuce miłosci” jako DZIAŁANIE, a nie bierne
                                              doznawanie! Działanie, czyli dobrowolne dawanie siebie drugiemu
                                              człowiekowi, dawanie tego wszytskiego, co w człowieku najcenijsze
                                              przede wszytskim swojego życia, także zaiteresowania, zrozumienia,
                                              wiedzy również dzielenie się wszelkimi uczuciami, radością, smutkami
                                              itd. Przejawem czynnego charakteru miłosci jest też, o czym już
                                              mówiłam wczesniej, troska o osobę którą się kocha, takze
                                              poczucie odpowiedzialnosci
                                              , które wiąze się w zaspokananiem
                                              potrzeb drugiego człowieka, ( odpowiedzialność „jest moją (sic!)
                                              potrzebą zaspokojenia wyrażonych lub nie wyrażonych potzreb drugiej
                                              istoty ludzkiej” jak pisze Fromm, s.9 ), poszanowanie drugiego
                                              człowieka
                                              , czyli przyjmowanie człowieka takim, jakim jest,
                                              szacunek dla jego indywidulaności, odmienności. I wreszcie
                                              poznanie
                                              poznanie obiektywne drugiego człowieka, o którym
                                              pisałam wcześniej.


                                              Miłosć jest realizowalna w praktyce, jednak miłość jest
                                              umiejetnoscią, sztuką, jak pisał Erich Fromm, której trzeba się
                                              najpierw nauczyć w teorii, jak i praktyce. A opanowywaniu teorii i
                                              praktyki musi towarzyszyć autentyczne zaangażowanie.
                                              Nie każdy o tym wie, nie każdy chce wiedzieć, stąd, ludzie, którzy
                                              nie opanowali sztuki miłości, postaw (jednej z nich będź nawet
                                              wszytskich) wynmienionych wyżej nie wcielają w zycie za miłość
                                              biorą, coś co nią wcale nie jest.
                                              Nie ma miłosci jeśli nie ma troski o druga osobę, albo, poczucia
                                              odpowiedzilaności, szacunku do drugiej osoby.

                                              :)



                                              partnerstwo zostało "miłością", a miłość ? czym w takim razie
                                              została ? Brzydkim >kaczątkiem, którego nikt nie chce i już nawet mu
                                              miana kaczątka odmówiono i tylko brzydkie zostało ? :)

                                              Czym w takim razie według Ciebie jest prawdziwa miłość?
                                              I dlaczego prawdziwa miłość nie może być szczęśliwa i spełniona?
                                              Dlaczego ma się wiąząć z tylko z niespełnieniem? Dlaczego?



                                              Pisałeś w innym poście:
                                              >Cały czas opisujesz model partnerstwa - dobry, idealny może nawet, ?
                                              >ale nie miłości, a doprecyzowując : nie miłości w jej pierwotnej,
                                              >naturalnej i, wg mnie, jedynie autentycznej formie - własnie po
                                              formie poznaje się jej prawdziwość :)

                                              W związku z tym mam pytanie, jaką Twoim zdaniem formę przybiera
                                              owa „miłości pierwotna, naturalna”, "prawdziwa"? Na czym polega taka
                                              miłość?



                                              >jest pewnym rodzajem wyboru, ale jednak innym - emocjonalnym,
                                              bezwiednym, niewytłumaczalnym, irracjonalnym.

                                              >niewytłumaczalnym,
                                              Czy rzeczywiscie takim niewytłumaczalnym do konca?
                                              Gdyby się dobrze zastanowić zawsze można by podać powody, dla
                                              których kochasz/ jesteś zakochany w tej, a nie innej osobie.

                                              :)

                                              • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 25.04.10, 14:06
                                                Otóż to - jest sprzeczność definicyjna, której zdaje się nie sposób rozstrzygnąć...

                                                O, pisałem już kilka razy "czym jest" - irracjonalną skłonnością, destrukcyjną, może nawet patologiczną, nierealizowalną na poziomie tzw. związku, nie dającą szans na tzw. partnerstwo, czyli na to, co opisuje np. Fromm.
                                                Nie przybiera, w mojej ocenie, żadnej innej formy, nie ewoluuje, ot - ginie, po prostu, albo sama albo razem z nosicielem.

                                                A widzisz, jesli jestes w stanie podać powody, to już stawiasz rzecz całą pod znakiem zapytania - bo prawdziwa miłość nie zna powodów, jest głucha i, jak to już ktoś chyba powiedział - ślepa, słowem - szurnięta :) I z tych wszystkich powodów - jest łajzą, czyli idiotyzmem :) Partnerstwo zaś, czyli to wszystko, co Fromm wymienia, nadając temu nazwę "miłość (dojrzała)", jest rewersem miłości, w moim pojęciu.

                                                Cały problem skupia się na nazewnictwie - no bo jeśli temu, co Ty/Fromm gotowi jesteście nazwać "miłością" nadać taką nazwę, to jak nazwać, to co ja definiuję jaką "miłość" ? :)

                                                Konstatując - wg mnie, nastąpiła redfinicja "miłości", dostosowanie jej pojęcia do współczesnej wrażliwości i wyobraźni, do kultury w której rzeczy niemożliwe są nieatrakcyjne i są dla frajerów, a jednocześnie wzrosły ogromnie ambicje przeżywania "wyjątkowych uczuć", pod warunkiem, że są spełnialne, realizowalne i noszą dobrą nazwę ;)



                                                • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 25.04.10, 15:48
                                                  > Cały problem skupia się na nazewnictwie - no bo jeśli temu, co
                                                  Ty/Fromm gotowi jesteście nazwać "miłością" nadać taką nazwę, to jak
                                                  >nazwać, to co ja definiuję jaką "miłość" ? :)

                                                  To IMHO tylko zakochanie, zauroczenie, właściwe dla pierwszej fazy
                                                  miłości, kiedy emocje, namiętności są największe,
                                                  najintensywniejsze, kiedy dominują.
                                                  To zaledwie wstęp do miłości dojrzałej =prawdziwej, głębokiej,
                                                  racjonalnej.


                                                  > Konstatując - [...]
                                                  A mnie się wydaje inaczej. Obecnie miłość prawdziwa, głeboka
                                                  dojrzała dozgonna jest nieaatrakcyjna, bo wymaga wysiłku -
                                                  aangażowania, troski, zainteresowania, zrozumienia, wytrwałosci.
                                                  A ludzie sa leniwi, wygodni chcą, żeby by wszytsko samo się działo,
                                                  Chcą jak najwięcej przyjemności, jak najwięcej nowych doznań, jak
                                                  najmniejszym kosztem, bez wysiłku ...

                                                  > A widzisz, jesli jestes w stanie podać powody, to już stawiasz
                                                  rzecz całą pod znakiem zapytania - bo prawdziwa miłość nie zna
                                                  powodów, jest głucha [...]

                                                  To są stereotypy, ale oczywiście jakaś cząstka prawdy na pewno w
                                                  nich tkwi.

                                                  Każdy człwoiek ma w głowie jakiś swój ideał, typ (głownie o
                                                  charakterologicznym typie tu myślę, ale i o fizycznym też; tak na
                                                  marginesie, Tobie, jeśli dobrze Cię rozgryzłam podobają się szczupłe
                                                  brunetki z krótkimi włosami - Fraszyńska, Drzyzga po diecie, Felicja-
                                                  dziekanowa od Hanka :) TAK? ) i uświadamiając to sobie mniej lub
                                                  bardziej tego ideału będzie poszukiwal wśród napotykanych ludzi, a
                                                  ci, którzy ten ideał będą jakoś tam realizować, staną się
                                                  potencjalnymi kandydatami do serca.
                                                  W tym sensie miłość, wybór obiektu zakochania i potem miłości staje
                                                  się o wiele mniej irracjonalny!


                                                  > O, pisałem już kilka razy "czym jest" - irracjonalną skłonnością,
                                                  >destrukcyjną,może nawet patologiczną, nierealizowalną na poziomie
                                                  >tzw. związku, nie dającą szans na tzw. partnerstwo, czyli na to,
                                                  >co opisuje np. Fromm.> Nie przybiera, w mojej ocenie, żadnej innej
                                                  formy, nie ewoluuje, ot - ginie, po > prostu, albo sama albo razem z
                                                  nosicielem.

                                                  Wiesz, nie mogłam tego pojąć , więc tak ciągle dopytywałam.
                                                  Wydaje mi się, że teraz już rozumiem.
                                                  Bardzo smutna to wizja miłości...
                                                  Smutno...
                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 26.04.10, 10:52
                                                    > To IMHO tylko zakochanie, zauroczenie

                                                    i fascynacja (to słowo chyba najtrafniej oddaje sens tego o czym
                                                    mówisz)
                                                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 26.04.10, 13:46
                                                    Tak to jest stopniowane, masz rację, ale... ja w tę drabinkę nie wierzę :)

                                                    Chyba utknęliśmy ;), bo dla mnie, to wszystko co piszesz (i słusznie piszesz) jednak pozostanie "partnerstwem" i "wysiłek budulcowym" partnerstwa, będzie się odnosiło do budowania związku, zaufania, porozumienia, szacunku itd itp, a nie czegoś, co gotów byłbym nazwać miłością. Sprzeczność jest nieusuwalna :)
                                                    Btw, ja nie uważam partnerstwa za coś gorszego, przeciwnie może nawet. Tyle, że nie mogę się zgodzić z przydawaniem mu nazwy niepasującej.

                                                    Ależ nie :), podoba mi się mnóstwo kobiet, bardzo różnych - te akurat tak jakoś przypadkiem się nawinęły i są do siebie w miarę podobne. Rzecz leży w jakiejś chemii w danej kobiecie obecnej, przynajmniej na oko - a to zupełnie niezależne od siebie, nie dające się zamknąć we wzorze. Jest równie irracjonalne, jak miłość właśnie. W partnerstwie można to okreslić - "kocham" Franka, bo jest czuły i szarmancki; a ja "kocham" Jolę, bo jest dowcipna i inteligentna - to nie miłość, to sympatia, szacunek, przyjemność z przebywania razem, dobre czucie się razem, lojalność, możliwość wygadania się, zaufanie odczuwane w stosunku do tej osoby, na które sobie zapracowała swoją szczerością albo czynami konkretnymi - to są konkrety. W partnerstwie "kocha" się konkrety - spytaj ludzi dookoła, czym jest dla nich "miłość" - gwarantuję, ze wymienią właśnie rzeczy konkretne, jak ww. :) Jak mogła "miłość" przetrwać, skoro w potocznej mowie, a nawet w analizach psychologów, socjologów i innych -logów, zaczęto nią nazywać partnerstwo ? :)

                                                    Och tam, "smutno"...wcale nie, to tylko nomenklatura :)



                • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 16.04.10, 16:04
                  przeciętna dziewczyna (z kompleksami na punkcie tuszy) z
                  > przeciętnej rodziny, staje się wspólniczką przestępcy i
                  > morderczynią...

                  Zdaje się, ze sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana :

                  Martha Beck (ur. 1919 zm. 8 marca 1951) - seryjna morderczyni. Razem
                  z kochankiem - Raymondem Fernandezem podejrzana o zamordowanie około
                  20 kobiet. Sąd udowodnił parze jedynie trzy morderstwa.

                  Martha w swym krótkim życiu zdążyła trzykrotnie wyjść za mąż i
                  trzykrotnie się rozwieść oraz urodzić czworo dzieci. Władzę
                  rodzicielską nad nimi odebrano jej jednak, gdyż sąd uznał ją za
                  niezdolną do wychowywania i utrzymania ich. Gdy Fernandez
                  opowiedział jej, że jest oszustem matrymonialnym, ta wpadła na
                  pomysł, by nieszczęsne kobiety nie tylko okradać, ale też zabijać.
                  Martha prawdopodobnie była sadystką wobec przedstawicielek własnej
                  płci.

                  Gdy wyszły na światło dzienne zbrodnie Marthy i Raymonda sąd skazał
                  ich na karę śmierci. Wyrok wykonano 8 marca 1951 roku.
                  pl.wikipedia.org/wiki/Martha_Beck
                  www.divasthesite.com/Evil_Divas/Evil_Diva_Martha_Beck.htm
                  Przed poznaniem Raya Martha pracowała 18 miesięcy w kostnicy przy
                  zwłokach (myła ubierała itd.).


                  www.biography.com/notorious/crimefiles.do?catId=259455&action=view&profileId=259641#

                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 18.04.10, 11:22
                    Fajny suplement. To mnie tylko utwierdza w przekonaniu, że ten temat ma przyszłość, można zrobić drugą wersję, bardziej opierając się na faktach - zrobić film nie o romantycznym uczuciu, a o leczeniu kompleksów. Równie ciekawy, jak mi się wydaje.
                    • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 19.04.10, 17:34
                      grek.grek napisał:

                      > Fajny suplement. To mnie tylko utwierdza w przekonaniu, że ten
                      temat ma przyszłość, można zrobić drugą wersję, bardziej opierając
                      się na faktach - zrobić film nie o romantycznym uczuciu, a o
                      leczeniu kompleksów. Równie ciekawy, jak mi się wydaje.

                      Zgadzam sie z Tobą, z jednym zastrzeżeniem - w SS nie romantycznej
                      miłości, jest patologiczna miłość, która nic z romantyzmu w sobie
                      nie ma.

                      Aaa i miałam Ci, Greku, już wcześniej powiedzieć. Przeglądając różne
                      strony w internecie natrafiłam na informację, że historia Marty Beck
                      i Raya, przed przed ekranizacją z Salmą Hayek (2007) była już dwa
                      razy sfilmowana. Pierwszy raz w 1970 roku, film nosi tytuł - "The
                      Honeymoon Killers". Co ciekawe, film ten zaczął reżyerować Martin
                      Scorsese, ale ponieważ pracował zbyt wolno, według producentów,
                      postnowiono zastąpić go innym rezyserem. Film ostatecznie dokończył
                      Leonard Kastle.
                      A kilka scen autorstwa Scorsese umieszczono w zakończeniu filmu.

                      Zobacz tu:
                      en.wikipedia.org/wiki/The_Honeymoon_Killers
                      oraz tu:
                      filmihome.comcast.net/~flickhead/Shirley-Stoler.html
                      /tej strony nie czytałam jeszcze/

                      W "THK" Marta, którą gra nieznana mi aktorka Shirley Stoler
                      home.comcast.net/~flickhead/stolerkilpatrick.jpg
                      tak jak prawdziwa Marta jest otyłą, niezbyt urodziwą, niezbyt
                      atrakcyjną kobietą.
                      ("THK" w odróżnieniu od "SS" bliższe są prawdziwej historii,
                      realiom.)

                      Jeszcze jedno, w "THK", jeśli dobrze zrozumiałam, zazdrość o Raya
                      też jest podstawowym czynnikiem, który motywuje Martę Beck do
                      działania, czyli zabijania kobiet, które oszukuje Ray.


                      Drugi film to "Deep Crimson" z 1996, produkcji meksykańskiej.
                      en.wikipedia.org/wiki/Deep_Crimson
                      Na temat tego filmu wiem tylko tyle, ile napisano w wiki.

                      :)
                      • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 20.04.10, 12:56
                        W Honeymoon parę rzeczy się z Sercami nie zgadza.

                        Z tego, co wychwyciłem : zarówno okoliczności, w których Marta i Ray się spiknęli - W "Sercach" Marta nie pisała, po pierwszym spotkaniu, do Raya, że "nie może bez niego żyć" i nie groziła samobójstwem, jak również końcówka : w tym opisie stoi, ze W "Honey" Marta zakablowała Raya, w "Sercach", z tego co pamiętam, policja ich po prostu złapała, a także : w Sercach Ray chyba nie pisał do Marty żadnego listu miłosnego, to ona była stroną dominującą w tym związku - trudno powiedzieć, które są prawdziwe, ale, wg mnie, fajnie że wersje są rózne :)
                        I w Sercach, moim zdaniem, istotna jest jednak postać detektywa, granego przez Travoltę, przez którego osobiste traktowanie całej sprawy są filtrowane, zderzane z równoległą historią, mają na coś wpływ poza Martą, Rayem i ich ofiarami.

                        Zgadzam się, "romantycznie" w pojęciu potocznym - na pewno nie było :)
                        Ale - kiedy spojrzeć na literaturę romantyczną, od Giaura Byrona, przez Demona Lermontowa, dodając Wertera Goethego, nawet i te mickiewiczowskie Dziady 4 dodając, to wychodzi, że w największych utworach miłość zawsze jest w swej istocie najgłębszej ukazana, jako moc destrukcyjna : głównie niszczy kochającego, ew. postronnych, obiekt już niekoniecznie, a do tego jest on traktowany przedmiotowo. I tak też jest w tej historii, przynajmniej w Sercach - Marta jest kochanką, na mój gust : ewidentnie romantyczną, bo całkowicie owładniętą uczuciem i pod jego wpływem gotową na wszystko.

                        Znów tu chyba ocieramy się o partnerstwo v miłość. Marta to miłość. Dzisiaj romantyzm jest definicją udanego, wypasionego partnerstwa, które nazywa się miłością, bo raz, że dzięki temu każdy może sobie wmawiać, ze realizuje wielką wartość, a dwa - partnerstwo daje szansę powodzenia, a miłośc nie daje żadnej, a w tych czasach jest to nieatrakcyjne :)




                        • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 22.04.10, 14:23
                          grek.grek napisał:


                          > Zgadzam się, "romantycznie" w pojęciu potocznym - na pewno nie
                          było :)
                          > Ale - kiedy spojrzeć na literaturę romantyczną, od Giaura Byrona,
                          przez Demona > Lermontowa, dodając Wertera Goethego, nawet i te
                          mickiewiczowskie Dziady 4

                          Miłość i Marty i Raya stanowczo NIE jest miłoscią romantyczną, taką
                          jaka ukazana jest w literaturze romantycznej, bo jest miłoscią
                          spełnioną! Ich miłosć nie napotyka na żadne zewnętrzne przeszkody,
                          mogą być razem, są razem, kochają się i to ze wzajemnoscią, z tym ,
                          że miłość Marty jest miłoscią zaborczą, neurotyczną, przepełnioną
                          zadroscią (to rzeczywiscie jest jakiś rys romantyczny), którą Ray,
                          jak się wydaje bez problemu aakceptuje, co jest IMHO niezykłe i
                          niespotykane!
                          Poza tym jest miłością erotyczną, a nie duchową (platoniczną), co
                          bardzo silnie akcentował romantyzm , polemizujac tym samym z opartą
                          na naturze , XVIII-wieczną libertyńską filozofią miłości , koncepcją
                          miłosci rozumianą jako erotyczne spełnienie.

                          Marta z duchowym aspektem miłości ma powazny problem, co pokazuje
                          doskonale i najdobitniej scena zmuszania przez Martę malutkiej
                          córeczki Delfiny to tego, by mała zaraz i natychmiast ją pokochała!

                          Zauważ, że to nie niespełnione, nieszcześliwe uczucie prowadzi
                          zakochaną Martę, a własciwie oboje kochanków do zguby (konkeretnie
                          tu: na krzesło elektryczne), jak to było u romantyków i nawet nie
                          chorobliwa zazdrość Marty, lecz jej patologiczne skłonności do
                          zabijania, mordowania (Marta przez te skłonnosci niszczy też swój
                          obiekt miłosci - Raya, zmuszając go do zabijania, skazuje go na
                          krzesło elektryczne).

                          Można by powiedzieć o zaborczej, zazdrosnej, owładnietej uczuciem
                          Marcie (ale patrząc nieco przez palce)- romantyczna kochanka (ale w
                          znaczeniu potocznym ), gdyby nie jej chorobliwe skłonnosci i
                          popełnione przez nią w spsób okrutny morderstwa, gdyby nie mroczna
                          rzeczywistosć...

                          CDN. CDN. CDN.

                          :)


                          • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 22.04.10, 15:13
                            A ja będę oponował :) - ta miłość nie jest spełniona, głównie z powodu chorobliwej zazdrości Marty, w której rękach Ray staje się przedmiotem.
                            Z tego powodu, nawet gdyby skończyli ze swoich "fachem", to nie byliby szczęśliwi, w potocznym pojmowaniu takiego stanu rzeczy, bo zazdrość Marty by im to uniemożliwiała i najpewniej pozabijaliby się nawzajem.

                            Nie wydaje Ci się, że Ray jest cokolwiek bierny ? Poddaje się okolicznościom nie próbując z nimi się spierać, jakby wiedział, że przeciw uczuciom Marty nie ma szans.

                            Patologiczne skłonności Marty jednak wynikały wprost z jej uczucia do Raya...
                            Wg mnie, to, plus jej morderstwa, jest rzecz na wskroś romantyczna:))
                            • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 22.04.10, 16:09
                              grek.grek napisał:

                              Ta miłosć jest spełniona.
                              Jest spełniona w tym sesie, że nastąpiło nie tylko odnalezienie
                              się pokrewnych dusz, ale i połączenie dwóch ciał, doszło do
                              miłosnego zbliżenia( na łóżku, w aucie, na stole itp. Co więcej
                              Martha i Ray są ze sobą naprawdę szczęśliwi (tak to jest pokazane w
                              filmie), najbardziej, kiedy są tylko we dwoje,kiedy kochają się
                              namiętnie, nawet Marta odzyskuje spokój, będąc blisko Raya. Planują
                              wspólne życie ze sobą, małżeństwo, dzieci, przeprowadzkę gdzieś na
                              prowincję.

                              Tak, zdecydowanie Ray jest podporządkowany Marcie, jest pod jej
                              silnym wpływem, na pewno pod urokiem, może nawet się jej trochę boi
                              (pamiętasz scenę kiedy Marta przykłada pisstolet do najcenniejszej
                              cześci ciała Raya, oznjmiając mu , że nie może nikogo innego prócz
                              niej pokochać, i jak tu się teraz nie babć jej :).
                              To Marta jest motorem działania, to ona niczym piękny wąż oplata
                              Raya i namawia do zbrodni.
                              Ale Ray też musi odwzajemniać uczucie do Marty skoro to on snuje
                              marzenia o dzieciach, domku na prowincji, dla bezpieczeństwa dzieci,
                              bo tam nie ma "szaleńców" - jak mówi.

                              > i najpewniej pozabijaliby się nawzajem.
                              Romantyczni kochankowie nie zabijają się nawzajem w furii. :))


                              > Patologiczne skłonności Marty jednak wynikały wprost z jej uczucia
                              do Raya...
                              Myślę, ze patologiczne skłonności mogły wynikać, jak już wczesniej
                              mówiłam, z tragicznych doświadczeń w dzieciństwie, o kórych mówi na
                              początku narrator z braku miłości, krzywd, zaniedbania. Być może z
                              jakichś ograniczeń psychicznych, intelektualno-emocjonalnych samej
                              Marty.
                              Marta nosi w sobie jakąś tragiczną skazę.
                              • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 23.04.10, 14:45
                                Wiesz, ja mam wątpliwości, pomimo wszystko, czy dla Raya było to - to samo, co dla Marty...

                                Ray był słaby. To tutaj mi jakoś zgrzyta. W filmie jest to najmniej wyraziście namalowana postać. Może dlatego, że taki miał być - rozmydlony, chwiejny, podatny na manipulacje, nawet gdy przez moment usiłuje mieć własne zdanie, to zaraz ulega podszeptom Marty i strzela Delifinie w głowę, czy w co on tam jej strzelił.

                                "Romantyczni kochankowie nie zabijają się w furii" - no nie, technicznie nie, bo... jeden zabija drugiego, a potem siebie samego ;))

                                To racja. POtrzeby Marty wzięły się z jej chronicznego wyobcowania we wczesniejszych latach życia, doprawione zostały naturalną energią zmysłów i voila.

                                • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 25.04.10, 13:16
                                  grek.grek napisał:

                                  Tak, tak, na pewno ich uczucia różnią się jakościowo, jeśli można
                                  tak (brzydko) powiedzieć. Ray kocha Martę "normalnie", Marta zaś
                                  neurotycznie, z chorobliwą wręcz zazdrością.

                                  Co do Raya, myślę, że miłość do Marty musi być/ jest prawdziwa,
                                  skoro jest w stanie znieść tak wielkie natężenie zazdrości, jej
                                  zaborczość. Pytanie tylko jak długo byłby w stanie je znieś, gdyby
                                  sprawy potoczyłyby się inaczej.

                                  > Ray był słaby. [...] Może dlatego, że taki miał być - rozmydlony,
                                  chwiejny, podatny na manipulacje [...]

                                  To samo myślę.
                                  Marta to doskonale wyczuwa, dlatego tak łatwo jest manipulować Rayem.


                                  > To racja. POtrzeby Marty wzięły się z jej chronicznego wyobcowania
                                  we wczesniejszych latach życia, doprawione zostały naturalną energią
                                  zmysłów i voila.

                                  Tak, własnie tak.
                                  Wielkie emocje, jakie Martą targają, miłość, zazdrość, powodują, że
                                  ukatywniają się w niej te mroczne skłonności.


                                  > "Romantyczni kochankowie nie zabijają się w furii" - no nie,
                                  >technicznie nie, bo... jeden zabija drugiego, a potem siebie
                                  samego ;))

                                  haha :)))

                                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 25.04.10, 14:34
                                    Bądźmy szczerzy - Ray był profesjonalistą :) I tylko nim. gdyby kochał Martę nie zapowiedziałby jej, że "kto wie, może wyjdę za tę Delifinę i będę z nią mieszkał sobie wygodnie, może zmienię swoje życie...", co Marta mu próbowała wyperswadowac, by na końcu szantażem emocjonalnym zmusić słabego chłopaka do zastrzelenia swojej niedoszłej wybranki. Marta kocha, a Ray sam nie wiem, czego chce, poza tym, że chciałby się dobrze ustawić. Ich związek jest nierealizowalny z racji nieproporcjonalności uczuć względem siebie nawzajem. To dlatego policjant na końcu rozmawia tylko z nią - ona ma tutaj znaczenie, jej emocje. Tylko jej.
                                    • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 29.04.10, 13:15
                                      Chyba masz rację , rzeczywiścicie przeceniłam trochę tego nędznika
                                      Raya i nadmiernie dowartościowałam jego uczucie do Marty (być może
                                      zasugerowałam się za bardzo informacją, jaką gdzieś przeczytałam, że
                                      prawdziwy Ray pod koniec swego życia, tuż przed egzekucją przysłał
                                      Marcie do więzienia list, w który wyznał, że tylko ją naprawde
                                      kochał – romantyczne, prawda?:).

                                      No tak, ze strony Raya to nie jest „prawdziwa” miłość, raczej tylko
                                      zakochanie, fascynacja , w tym także fascynacja erotyczna piękną i
                                      seksowną Martą, połączona z podporzadkowaniem się jej silnej
                                      osobowości, jednak na tyle prawdziwa (przynajmniej na początku) i
                                      intensywna, że Ray jest gotowy ożenić się z Martą, mieć z nią
                                      dzieci, zamieszkać w domku na prowincji o czym mówi wprost /a o
                                      czym już wspomniałam raz./ .
                                      Poza tym Raya i Martę łączy też pokrewieństwo dusz, są podobni do
                                      siebie, oboje amoralni, rozumieją się doskonale, no i wspólpracują
                                      ze sobą, Marta pomaga Rayowi w jego „pracy”, a to na pewno w jakimś
                                      stopniu wzmacnia uczucia..

                                      A Delfina to kolejne, zauroczenie (prawdopodomne wysoka temperatura
                                      uczuć (związanych z zakochaniem) do Marty właśnie zaczęła już nieco
                                      opadać ) , ale chyba innego rodzaju, innej jakości niż to do Marty.
                                      (Wydaje mi się, że Ray ulega iluzji sielankowego zycia na prowincji
                                      z piękną, dobrą, tak różną od niego, od Marty Delfiną), Przez chwilę
                                      to zauroczenie przysłania nawet uczucie do Marty (Ray oświadcza, że
                                      planuje ślub z Delfiną , /i znowu plany ślubu/), jednak po
                                      dramatycznym zabójstwie Delfiny, kiedy Ray rzeczywiscie zostaje
                                      zmanipulowany, zaszantażowany, przez Martę, wszytsko, jak się
                                      wydaje, wraca szybko do normy, Ray i Marta zostają ze sobą, a nawet
                                      usiłują stworzyć „kochajacą się” rodzinę, z dzieckiem (z córeczkę
                                      Delfiny), z psem ... (którego, jak pisałeś, Ray zdobywa mordując
                                      jego właściciela, starszego gościa handującego warzywami przy
                                      drodze) ...

                                      :)



                                      cdn. cdn
                                      • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 29.04.10, 15:11
                                        Lepiej bym tego nie podsumował :)

                                        Jeśli coś mógłbym dorzucić, mimo że nie trzeba, to tylko tyle, że, wg mnie, Rayowi w pewnym momencie zdarzył się przebłysk - zobaczył przez ułamek chwili szansę na partnerski związek z tą Delfiną, z którego to pragnienia instynktownego szybko go Marta wyleczyła mówiąc "ty i stabilizacja ? Ty i ciepłe kapcie ? Uciekłbyś po tygodniu...".
                                        Zmanipulowany, chwiejny człowiek, który miał pecha dostać się w tryby działania zakochanej kobiety (albo - kobiety patologicznie pożądającej uczucia, to też jest niekoniecznie wyraziście nakreślone, podlega jak najbardzij rozmaitym interpretacjom).
                                        • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 29.04.10, 16:13
                                          grek.grek napisał:

                                          ThnX :)))

                                          >mnie, Ray
                                          > owi w pewnym momencie zdarzył się przebłysk

                                          Tak, to prawda.
                                          I chyba Marta ma rację mówiąc te słowa do Raya("ty i stabilizacja ?
                                          Ty i ciepłe kapcie ? Uciekłbyś po tygodniu...".)


                                          >albo - kobiety patologicznie pożądającej uczucia, to też jest
                                          >niekoniecznie wyraziście nakreślone, podlega jak najbardzij
                                          >rozmaitym interpretacjom).

                                          Może i tak.
                                          Choć za tym, że jest to jednak patologiczne uczucie i że Marta to
                                          patologiczna osobowość wg mnie bardzo wyraźnie przemawia scena
                                          zmuszania przez Martę małej dziewczynki, córeczki zamordowanej
                                          Delifny, do tego by mała ją pokochała (natychmiast, od razu). Marta
                                          ją szarpie, tarmosi, każe małej powiedzieć, że ją kocha, kiedy
                                          dziecko odmawia Marta morduje je!
                                          Zresztą ten scheat powtarza sie częściowo w relacji z Rayem, tu też
                                          są przecież groźby ze strony Marty, zmuszanie do uczucia, mimo, że
                                          to uczucie u Raya na początku jest i to dość silne!).

                                          Osoba normalna, dojrzała wie, że nie można nikogo zmusić do uczucia,
                                          nie morduje dziecka tylko dlatego, że wykazuje ono upór...


                                          Do kwestii "związku partnerskiego" i "miłości" oczywiscie jeszcze
                                          wrócę, tam wyżej w stosownym podwątku!:)

                                          • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 30.04.10, 15:51
                                            Tak może być, albo też ray po prostu niczego nie potrafi postanowić, bo sam nie wie czego chce, zamiast sobie samemu - wierzy jej. Powiedziałbym, że to taki człek bez właściwości, pionek do przestawiania.

                                            No cóż, przynajmniej nie można powiedzieć,że Marta tej małej nie dała szansy... ;)

                                            Uczucie patologiczne, wyglądające na miłośc, a może tylko na potrzebę posiadania... - gdyby to nie była miłośc, ślepa z natury, to jak wytłumaczyć, ze Marta kocha kogoś tak miernego, jak Ray ? pasowałoby na potrzebę posiadania, bo jak się chce posiadać, to się wybiera kogoś takiego właśnie jak ów Ray. Albo chorobliwa potrzeba posiadania jest immanentną cechą miłości :) Cholera wie, wtedy Wokulski i Marta naprawdę kochają swoje obiekty.





                                            • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 01.05.10, 14:01
                                              grek.grek napisał:
                                              Tak, ale nie dokońca tak bezwolnym. Ray przecież sam z siebie darzy
                                              Martę uczuciem, jest autentycznie zakochany, zafascynowany Martą,
                                              przynajmniej na samym początku. Marta odpowiada mu jako (doskonała)
                                              partnerka seksualna (dla facetów to szczególnie, przecież istotne,
                                              prawda?), jako znakomita wspólniczka w jego specyficznym
                                              procederze, z którą świetnie się rozumieją. To go trzyma przy
                                              Marcie.

                                              Zakochany zauroczony, będąc pod wpływem pierwszych b. silnych emocji
                                              zwiazanych z zakochaniem, które seks dodatkowo wyzwala, nie zważa na
                                              początku i przez długi czas na chorobliwą zazdrość, zaoborczość
                                              Marty, na jej neurotyczną osobowość.
                                              Z czasem kiedy wielkie emocje opadają Rayowi zaczyna powoli coraz
                                              mniej odpowiadać zachowanie Marty, kryzys w ich relacjach jest
                                              blisko (zapowiada to scena (bez głosu), kiedy Marta ciągnie
                                              córeczkę Delfiny do pokoju, w kótrym siedzi Ray, po tym, jak mała
                                              odmówiła pokochania jej. Marta coś krzyczy do Raya, szarpie małą, a
                                              Ray siedzi przy stole z głową oparta na rękch, nie patrzy na Martę,
                                              nie odzywa się, nie reaguje...)


                                              >No cóż, przynajmniej nie można powiedzieć,że Marta tej małej nie
                                              >dała szansy... ;)

                                              Hmmm, smoliście czarny humor ... :)

                                              Oczywiście, zgadzam się, potężne (zamiast „chorobliwe”, które dla
                                              mnie ma zdecydowanie negatywny wydźwięk) pragnienie posiadania
                                              drugiego człowieka, którego się kocha, (ja bym powiedziała:
                                              nie „pragnienie posiadania”,a pragnienie bycia, zjednoczenia się (na
                                              zawsze) z drugim człowiekiem, jest podstawową namiętnoscią, jest
                                              immanetną częścią miłości, jednak kiedy wiąże się ono z agresją,
                                              groźbami, szantażem, niszczeniem tego, kogo się kocha, zbrodnią!
                                              jest pseudomiłością, a nie prawdziwą miłoscią, jest patologią.

                                              Marta, a chyba jeszcze bardziej Wolulski idealizują swoje obiekty
                                              miłości i kochają iluzję, kochają tylko wyobrażenie (ukochanej)
                                              osoby, które stworzyli sobie we własym umyśle, a nie realnego
                                              człowieka.

                                              Kochając prawdziwie kocha się nie swoje wyobrażenie osoby kochanej,
                                              ale prawdziwego człowieka z jego zaletami i niedoskonałościami.

                                              Trzeba być świadomym zalet oraz wad! człowieka, którego się kocha,
                                              aby potem, kiedy już minie oszołomienie związane z zakochaniem, nie
                                              rozczarować się nim (jak rozczarował się Wolkulski, kiedy dotarła do
                                              niego prawda o Izabeli)

                                              • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 01.05.10, 14:21
                                                POżądanie i profesjonalizm, to tak raczej bliżej zauroczenia niż zakochania :)
                                                Dla mnie, to ona go kocha (jeśli chęc posiadania uznać za objaw miłości), a on się z nią dobrze bawi i współpracuje.

                                                Dlaczego "pseudomiłość" ? - miłośc, to prosta, i oczywista, droga do patologii :)

                                                otóż to właśnie, jak zaczyna się rozkręcać kogoś na śrubki, to już miłością trudno, to nazwać - miłość o nic nie pyta, jest ślepa, głucha i nie ma zmysłu powonienia ;) Dlatego Marta reprezentuje miłośc, i tylko ona. Właśnie dlatego, że jest dostatecznie patologiczna w swoich zachowaniach.

                                                Jak mija oszołomienie, to już nie ma miłości - zostaje dojrzałe partnerstwo zostaje :) I, wg mnie, jesli zostaje dojrzałe partnerstwo, to znaczy, że nikt nikogo nie kochał prawdziwie, a jedyną cechą pomiędzy daną parą było zauroczenie.






                                                • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 02.05.10, 13:12
                                                  grek.grek napisał:

                                                  > POżądanie i profesjonalizm, to tak raczej bliżej zauroczenia niż
                                                  zakochania :)> Dla mnie, to ona go kocha (jeśli chęc posiadania
                                                  uznać za objaw miłości), a on > się z nią dobrze bawi i współpracuje

                                                  Uzałam, te wyrazy za synonimiczne. Ale jeśli już mam zróżnicować ich
                                                  znaczenia i okreslić za pomocą ktoregoś uczucia Raya, to powiem
                                                  tak, na początku Ray jest zauroczony Martą i „dobrze bawi i
                                                  współpracuje” , ale potem pojawia się głębsze uczucie, Ray jest
                                                  zakochany, i dlatego pragnie poślubić Martę, mówi o dzieciach,
                                                  własnym domku na prowincji, stabilizacji przy niej! Który facet nie
                                                  będąc (bardzo!) zakochanym w kobiecie prosi ją o rękę, mówi sam z
                                                  siebie o dzieciach!, o domu, ustatkowaniu się ???

                                                  Ale pragnienie „posiadania kogoś” może zrodzić się z również z
                                                  zupełnie innych powodów, np. z poczucia samotności. Dojmujące,
                                                  odczuwane wręcz fizycznie jak ból poczucie samotności przecież całe
                                                  życie trapiło Martę.Mówi ona zresztą o tym wprost rozmawiając z
                                                  córeczką Delfiny, kiedy usiłuje zmusić ją dookazania pokochania
                                                  jej . (Mówi „Jesteś samotna. Wiem, jakie to uczucie , aż pali skórę,
                                                  żołądek boleśnie się ściska, brakuje tchu. Czujesz się jakby w
                                                  ciemnym pokoju ściany szły na ciebie, jakby niekt nie mógł cię
                                                  ocalić”.)

                                                  Tak na marginesie „posiadanie” to dobre słowo w tym
                                                  kontekscie. „Posiadać” zasadniczo łączy się z rzeczownikami
                                                  nazywającymi rzeczy. Nazwa osobowa w kontekście tego czasownika
                                                  oznacza, że człowiek sprowadzony zostaje do rzeczy, ktorą drugi
                                                  człowiek może sobie wziąć jak rzecz, kiedy tylko ma ochotę , robić z
                                                  nią, co chce, wykorzystać do swoich celów, a potem po/wyrzucić,
                                                  kiedy się znudzi. Marta całe życie była traktowana jako „rzecz”
                                                  (obiekt seksulany, była wykorzystywana przez najbliższych, brata,
                                                  przez wielu męzczyzn, którzy ją wykorzystywali i porzucali), nie zna
                                                  innej (lepszej, tej własciwej) formy relacji miedzyludzkich, np.
                                                  oparych na partnerswie, wzajemnym zrozumieniu, szacunku, relacji, w
                                                  których panuje równowaga w dawaniu i braniu. Ten sposób traktowania
                                                  drugiego człwoieka przez Martę widać doskonale w tym, jak obeszła
                                                  się z córeczkę Delfiny. Dziecko stało się dla niej rzeczą, którą
                                                  można wykorzystać do swoich celów (jako lekarstwo na samotność),
                                                  ale ponieważ już na początku nie spelniło oczekiwań w nim
                                                  pokłądanych, postanowiła je zniszczyć, wyrzucić, zabić
                                                  (przerażające!). Czy to jest miłosć? Gotowość do miłosći? IMHO NIE.
                                                  Marta podobnie traktuje Raya, jak rzecz, jak bezwolną kukłe, któtrą
                                                  groźbami, sznatażem można manipulować, ustawiać (inna sprawa, że
                                                  słaby, podatny na manipulacje Ray się daje tak traktować, co bardzo
                                                  odpowiada Marcie i co ona mylnie odbiera jako wyraz jego wielkiej
                                                  miłości i oddania – patrz: jej ostatnia wypowiedź w rozmowie z
                                                  detektywem Robinsonem – On mnie bardzo kocha, on mordował z
                                                  wielkiej miłosci do mnie... / on mordował, bo był przez nią
                                                  przymuszony do tego/)

                                                  Pragnienie posiadania kogoś (przytrzymanie mężczyzny przy sobie na
                                                  siłę, groźbami) może być także motywowane chęcia udowodnienia sobie
                                                  (zwłaszcza u osób o dramatycznie niskej samoocenie) własnej
                                                  wartości, dowartościowania się we własnych oczach (jestem coś
                                                  wartabo jednak jest wreszcie ten chłop przy boku, nie ucieka, nie
                                                  porzuca...). To nie jest miłość.

                                                  >Dlaczego "pseudomiłość" ? - miłośc, to prosta, i oczywista, droga
                                                  do patologii :)

                                                  Dla mnie prawdziwa miłość to nie patologia, to coś dobrego, z czego
                                                  wynika dobro.

                                                  >otóż to właśnie, jak zaczyna się rozkręcać kogoś na śrubki, to już
                                                  >miłością trudno, to nazwać - >miłość o nic nie pyta, jest ślepa,
                                                  głucha i nie ma zmysłu powonienia ;) Dlatego Marta >reprezentuje
                                                  miłośc, i tylko ona. Właśnie dlatego, że jest dostatecznie
                                                  patologiczna w swoich zachowaniach.

                                                  >„miłość o nic nie pyta, jest ślepa, głucha i nie ma zmysłu
                                                  powonienia ”
                                                  To tylko steroptypowe sądy, potoczne, kulturowo uwarunkowane
                                                  wyobrażenia na temat miłości (tego typu jak na temat blondynek, że
                                                  są głupie, albo że siedzibą uczuć - miłości jest serce, a np. gniewu
                                                  wątroba itd.), wiedza zdroworozsądkowa przekazywana z pokolenia na
                                                  pokolenie, utrwalona zresztą w języku. Nie przywiązywałabym się
                                                  zbytnio, a nawet w ogóle to tych sądów (choć jakies ziarno prawdy w
                                                  nich tkwi, jak już mówiłam), o wiele bardziej interesujące i o wiele
                                                  ciekawsze, no i przede wszystkim nieporównywalnie wiarygodniejsze są
                                                  ustalenia psychologów, neurologów, naukowców zamujących się ludzkim
                                                  mózgiem i procesami w nim zachodzącymi .

                                                  To zakochanie, fascynacja, zauroczenie jest ślepe, nie poddaje się
                                                  prawie w ogóle "rozumowi", przełnione jest wielkimi, intensywnymi
                                                  namiętościami, szaleństwem, ale trwa zwykle krótko (3-8 lat! Hasłow
                                                  zakochanie: wiki ) (dopóki mózg nie przestanie reagować na dawki
                                                  hormonów, czy innych związków wydzielanych w stanie zakochanie).
                                                  Zresztą nie trzeba naukowych wywodów by to zaobserować u romaitych
                                                  par, krewnych, znajomych, sąsiadów.

                                                  Jeśli zakochanie przeradza się w coś głębszego, trwalszego, w
                                                  wynikające z głębi duszy bezinteresowne pragnienie bycia z drugim
                                                  człowiekiem, pragnienie jego dobra, szczescia, (bardziej niż
                                                  swojego) to to jest miłość, prawdziwa dojrzała (nie podoba mi się
                                                  okreslenie związek partnerski, bo jest suche, beznamiętne; zwiazek
                                                  partnerski to dla mnie relacja bezuczuciowa, związek dwojga lub
                                                  małżeństwo bez miłosci, z rozsądku, dla dobra dzieci, dla pieniędzy,
                                                  seksu itd. albo związek otwarty, płytki, planowany jako chwilowy do
                                                  czasu znalezienia nowego „lepszego” partnera.
                                                  Jeśli zakochanie nie ewoluuje, gaśnie szybko jak iskra to jest tylko
                                                  zakochaniem, fascynacją niczym więcej.

                                                  Poznanie drugiego człwoieka jest konieczne. Prawdziwa miłość pojawia
                                                  się wtedy, kiedy kochasz realnego człowieka! W innym wypadku darzy
                                                  się uczuciem tylko jakieś fantazje, iluzje.


                                                  :)
                                                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 03.05.10, 13:57
                                                    "który facet nie będąc zakochanym w kobiecie prosi ja o rękę, mówi sam z siebie o dzieciach, o domu, ustatkowaniu się ???" - ten, który chciałby stworzyć z nią dojrzały związek partnerski, czyli - nie jest zakochany, a ją lubi, szanuje, dobrze się z nią czuje itd.
                                                    W takim układzie jakieś usiłowania Marty by swoją miłość przekuć w próbę stworzenia związku partnerskiego, z dzieckiem, domem itd, są z góry skazane na niepowodzenie, bo ona raz, że Raya traktuje przedmiotowo, a dwa - robi to niejako po to,żeby dla swojej miłości stworzyć ramy, w którym przedmiot się będzie dobrze czuł - nie ona, ale on właśnie. Nie ma to szans powodzenia, bo ona nie jest zdolna do partnerskiego związku z Rayem, bo go kocha. Kiedy mówi mu "chcesz ciepłych kapci ? uciekłbyś po tygodniu...", to mówi to nie bez kozery, odnosząc się także do idealnego jej zdaniem ich własnego modelu relacji - wiecznych kochanków, a nie statecznego małżeństwa. ray jest o tyle głupi, że daje sobie wmówić, co sam myśli i czego sam chce.

                                                    Ano widzisz, to się nie zgodzimy co ustalenia jakiejś definicji miłości i dlatego będziemy interpretować inaczej :) Ale to dobre jest :)

                                                    Liczy się samo odczuwanie uczucia, obiekt jest nieistotny :)

                                                    Dlaczego są to "stereotypowe sądy" ? Czy samo zjawisko nie jest dostatecznie irracjonalne ? Partnerstwo można wytłumaczyć : Maryjan ujął mnie szarmanckością, znajomością fauny i flory Japonii oraz opiekuńczością i odpowiedzialnością. Cięcie. Jagna zdobyła mnie swoim stosunkiem do zwierzątek, zamiłowaniem do snowboardu i optymizmem oraz zyciową mądrością. Cięcie. Tworzymy udany związek, pełen zaufania, ciepła. Cięcie.
                                                    Tak ludzie definiują "miłość". Jako mieszczański model szczęscia we dwoje + dziecko + pies + domek. Model made in american dream :)

                                                    ALE związek partnerski nie jest aż tak "bezosobowy i ekonomiczny", jak piszesz, nawet w założeniu - partnerstwo oznacza szacunek dla podmiotowości drugiego człowieka, niezawłaszczanie go, harmonię współzycia i realizowania swoich celów, zaufanie, dobre wzajemne dogadywanie się, porozumienie. Tak się dzisiaj definiuje "miłość". Ja nie mam nic przeciw partnerstwu, ale mam przeciwko nazewnictwu :)

                                                    A miłość, to własnie irracjonalny impuls, odurzający, prowadzący często do patologii.

                                                    Jedno z drugiem się po prostu nie daje połączyć, nie można dokonać przejścia, bo nie ma NIC wspólnego z modelem mieszczańskiego szczęścia, który dostał nazwę "miłości", żeby było miło i wzniośle tym, co go wyznają, a także dlatego, ze świat po prostu został dzisiaj przeorany kulturą masową, w której pojęcia patetyczne nie moga obejmowac rzeczy nietrakcyjnych, bo niespełnialnych albo w ogole niedostępnych, a już na pewno niezależnych od samego człowieka.

                                                    Jedyną opcją jest, po prostu, zmiana nomeklatury.:)
                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca 03.05.10, 14:38
                                                    grek.grek napisał:

                                                    > Ano widzisz, to się nie zgodzimy co ustalenia jakiejś definicji
                                                    miłości i dlate
                                                    > go będziemy interpretować inaczej :)
                                                    >Ale to dobre jest :)

                                                    Dlaczego jest dobre?
                                                    :)

                                                    Nie no oczywiście, nie musimy się we wszystkim zgadzać ...

                                                    cdn.
                                                  • grek.grek Re: Samotne serca 04.05.10, 14:36
                                                    Dobre, bo wprowadza urozmaicenie, jakkolwiek byśmy nie patrzyli :)

                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca 04.05.10, 14:55
                                                    grek.grek napisał:

                                                    > Dobre, bo wprowadza urozmaicenie, jakkolwiek byśmy nie patrzyli :)
                                                    >
                                                    Eeeee, ja tam się lubię z Tobą zgadzać. :)
                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 06.05.10, 14:54
                                                    grek.grek napisał:

                                                    > "który facet nie będąc zakochanym w kobiecie prosi ja o rękę,
                                                    mówi >sam z siebie o dzieciach, o domu, ustatkowaniu się ???" - ten,
                                                    >który chciałby stworzyć z nią dojrzały związek partnerski, czyli -
                                                    >nie jest zakochany, a ją lubi, szanuje, dobrze się z nią czuje itd.

                                                    Czyli całkowicie racjonalnie i trzeźwo podchodzi do związku?
                                                    Niezupełnie się z tym zgadzam.

                                                    Kiedy Ray prosi Martę o rękę, tak naprawdę jeszcze wie, czy się z
                                                    Martą „dobrze czuje”, czy ją naprawdę lubi (co do szacunku własciwie
                                                    nie wiem, czy ją szanuje), nie ma pelnej świadomosci tego, a nie ma
                                                    pełnej świadomości dlatego, że euforia miłosna, nie pozwala mu na
                                                    trzeźwe spojrzenie i ocenę Marty.
                                                    Dopiero po jakimś czasie (konkretnie po zamordowaniu Delfiny), kiedy
                                                    zauroczenie, emocje nieco opadają, Ray zaczyna patrzeć inaczej na
                                                    Martę, bardziej racjonalnie i trzeźwo i wygląda na to, że jednak
                                                    niekoniecznie odpowiada mu histeryczna osobowość Marty (scena
                                                    awantury, której Ray nie chce nawet słuchać) i niekoniecznie czuje
                                                    się z nią dobrze.
                                                    Gdyby nie był zakochany w Marcie i po racjonalnej analizie (czy
                                                    czuje się z nia dobrze? ) dostrzegł wczesniej jej ciężki, trudny do
                                                    zniesienia charakter na pewno nie prosiłby ją o rękę.

                                                    > W takim układzie jakieś usiłowania Marty by swoją miłość
                                                    przekuć w >próbę stworzenia związku partnerskiego, z dzieckiem,
                                                    domem itd, są >z góry skazane na niepowodzenie, bo ona raz, że Raya
                                                    traktuje przedmiotowo, a dwa - robi to niejako po to,żeby dla swojej
                                                    miłości >stworzyć ramy, w którym przedmiot się będzie dobrze
                                                    > czuł - nie ona, ale on właśnie. Nie ma to szans powodzenia, bo ona
                                                    nie jest zdolna do partnerskiego związku z Rayem, bo go kocha. Kiedy
                                                    mówi mu "chcesz ciepłych kapci ? uciekłbyś po tygodniu...", to mówi
                                                    to nie bez kozery, odnosząc się także do idealnego jej zdaniem ich
                                                    >własnego modelu relacji - wiecznych kochanków , a nie statecznego
                                                    małżeństwa.


                                                    ALE Marta, jak pewnie doskonale pamiętasz, mówi mu te słowa NIE w
                                                    momencie, kiedy Ray proponuje jej- Marcie małżeństwo! Tylko w
                                                    momencie, kiedy jej związek z Rayem jest zagrożony przez Delfinę,
                                                    przez plany Raya, który chce poślubić Delfinę, zamieszkać z nią, jej
                                                    córeczką oraz ich wspólnym dzieckiem na tej prowincjonalnej farmie!
                                                    Mówi to w akcie desperacji, by zniechęcić Raya, odwieść go od tych
                                                    pomysłów, nie sądzę (nic nie wskazuje na to), by w tym momencie
                                                    odnosiła się również do swego związku (modelu relacji) z Rayem / w
                                                    końcu, kiedy Ray się oświadczał, nie wykluczyła stanowczo i
                                                    ostatecznie stabilizacji w domku na prowincji; co więcej córeczka
                                                    Delfiny miała być pierwszym (a właściwie drugim po Rayu) elementem
                                                    na drodze ku realizacji marzenia Marty o rodzinie, o związku;
                                                    Jeszcze jedno zamierzenia stworzenia rodziny (z przybraną córeczką i
                                                    z psem) przez Martę i Raya przybierają groteskową, a właściwie
                                                    makabryczną formę, ponieważ oboje są niezdolni do stworzenia
                                                    partnerskiego, dobrego związku; /.
                                                    Na pewno Marta ma świadomość, że Ray jest typem, który nie może
                                                    usiedzieć w jednym miejscu zbyt długo, odpowiadają mu częste zmiany
                                                    miejsca pobytu, podróże (także z racji profesji), co Marta wydaje
                                                    się akceptować, przynajmniej na razie.

                                                    >„[...] ona nie jest zdolna do partnerskiego związku z Rayem, bo
                                                    go kocha.”

                                                    Nie, ona nie jest w stanie stworzyć związku patrnerskiego,
                                                    zbudowanego na fundamencie prawdziwej milości, nie dlatego, że jak
                                                    mówisz - „kocha Raya” ale właśnie dlatego, że NIE potrafi prawdziwie
                                                    (z szacunkiem, z troską, odpowiedzialnoscią) kochać Raya, bo nie
                                                    wie, co to znaczy prawdziwa miłość i jak się buduje prawdziwy
                                                    związek (partnerski oparty na prawdziwej miłosci), nigdy bowiem
                                                    takiego związku nie widziała, nie doświadczyła go w przeszłości,
                                                    całe życie była samotna, zdradzana i porzucana przez bliskich,
                                                    przez mężczyzn, których spotykała na swej drodze.


                                                    >Dlaczego są to "stereotypowe sądy" ? Czy samo zjawisko nie jest
                                                    dostatecznie irracjonalne ?

                                                    Właśnie dzięki dociekliwości człowieka, dzięki wspłóczesnej nauce,
                                                    fenomen miłości wydaje się być trochę mniej irracjonalny,
                                                    przynajmniej w niektórych aspektach.

                                                    >Partnerstwo można wytłumaczyć : Maryjan ujął mnie
                                                    szarmanckością,
                                                    > znajomością fauny i flory Japonii oraz opiekuńczością i
                                                    odpowiedzialnością [...]


                                                    To dla mnie też nie jest miłość.
                                                    Opiekunczość i/lub odpowiedzilaność i/lub i/lib szacunek i/lub
                                                    zaufanie, podzielanie pasji i/lub podziw dla drugiego człowieka dla
                                                    jego zaradności, mądrości, oczytania itd. i/lub lubienie kogoś i/lub
                                                    to, ze ktoś się dobrze czuje w czyimś towarzystkie, lubi z kimś
                                                    przebywać, rozmawiać itd. wszytskie te elementy, nawet wzięte razem,
                                                    nie oznaczają jeszcze miłości, nie oznaczają, że ktoś kogoś kocha
                                                    (miłość to coś zupełnie innego - dla mnie m.in. płynące z głębi
                                                    duszy pragnienie bycia z tym, a nie innym człowiekiem, pragnienie
                                                    jego dobra, szczęścia, radość bycia z nim nawet w trudnych chwilach
                                                    i poczucie spokoju, troche zazdrosci + to co już wczesniej pisałam
                                                    na temat czynnego charakteru miłosci i jeszcze pewnie coś ...),
                                                    natomiast są one bardzo ważne dla relacji między dwojgiem ludzi, one
                                                    w dużej mierze jeszcze silnie wiążą ludzi, pozwalają trwać miłości.


                                                    cdn.
                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 06.05.10, 15:13
                                                    ciąg dalszy :

                                                    >Tak ludzie definiują "miłość". Jako mieszczański model szczęscia we
                                                    dwoje + dziecko + pies + domek. Model made in american dream :)


                                                    Przezwyciężenie samotności jest naturalną i najgłębsza potrzebą
                                                    człowieka. W drugim człowieku, w dzieciach (za które trzeba wziąć
                                                    odpowiedzialność, stworzyć dom, zapewnić bezpiezeństwo ), w rodzinie
                                                    zbudowanej na fundamencie miłosci (nie zawsze ta rodzina jest
                                                    budowana w oparciu o miłosć, to prawda) ma szansę na pomyślną
                                                    realizację tego fundamentalnego pragnienia.

                                                    Nie rozumiem, co złego w rodzinie, dzieciach, domku? IMHO lepszego
                                                    modelu bycia z drugim człowiekiem, jak dotąd ludzkość nie wymyśliła
                                                    i raczej nie wymyśli.
                                                    Ale każdy ma wolna wolę, może próbować inaczej szukać swojego modelu
                                                    miłości, swojego szczęścia, odpowiedniej formy relacji z drugim
                                                    człowiekiem, Ważne tylko, żeby nie skrzywdzić drugiego człowieka.

                                                    „Model made in american dream :) „
                                                    „Obawiam się”, że ten model istniał już na bardzo, bardzo długo
                                                    przed powstaniem United States of America. Istnieje on tak długo,
                                                    jak istnieje sama ludzkość.


                                                    American dream to nie tylko rodzina, dzieci, pies, dom, ale przede
                                                    wszytskim dobry status majątkowy, wysoka pozycja społeczna.
                                                    Ten model, jak się okazuje, wbrew pozorom, jest bardzo trudny do
                                                    spełnienia (patrz: choćby American Beauty)


                                                    >ALE związek partnerski nie jest aż tak "bezosobowy i
                                                    ekonomiczny", jak piszesz, nawet w założeniu - partnerstwo oznacza
                                                    szacunek dla >podmiotowości drugiego człowieka, niezawłaszczanie go,
                                                    harmonię >współzycia i realizowania swoich celów, zaufanie, dobre
                                                    wzajemne >ogadywanie się, porozumienie. Tak się dzisiaj
                                                    definiuje "miłość". Ja nie mam nic przeciw partnerstwu, ale mam
                                                    przeciwko nazewnictwu :)


                                                    Ale ja nic takiego nie napisałam, ani nie sugerowałam. Pisząc o
                                                    związku partnerskim „bezuczuciowa relacja” („z. partnerski to dla
                                                    mnie relacja bezuczuciowa, związek dwojga lub małżeństwo bez
                                                    miłosci, z rozsądku, dla dobra dzieci, dla pieniędzy,
                                                    seksu itd. albo związek otwarty, płytki, planowany jako chwilowy do
                                                    czasu znalezienia nowego „lepszego” partnera. I jeszcze związek /
                                                    małzeństwo w celu uzyskania lepszego statusu społecznego (zwykle
                                                    łączy się to z polepszeniem statusu materialnego), albo tworzony
                                                    tylko w celu uwolnienia się od rodziców, usamodzielnienia, albo też
                                                    związek motywowany obawą przed samotnością, albo strachem, że
                                                    nikt „lepszy” się nie trafi!)
                                                    miałam na myśli brak wielkiego uczucia, miłości.
                                                    W żadnym wypadku nie twierdzę, że (może niezbyt precyzyjnie się
                                                    wyraziłam), w takim związku nie może ludzi łączyć szacunek,
                                                    tolerancja, zaufanie, umiejętność wzajemnego dogadywania się, często
                                                    właśnie jest.

                                                    Tak to prawda, że ludzie często biorą za miłość taką właśnie
                                                    relację bez miłości, stąd potem poczucie samotności w związku,
                                                    niezroumienie prowadzące do zdrad, romansów, rozstań, zmiany
                                                    partnerów.


                                                    Uff to chyba tyle, jak mi się co jeszcze nasunie na myśl, napiszę.


                                                    >Liczy się samo odczuwanie uczucia, obiekt jest nieistotny :)

                                                    czyli samo uczucie bez wzajemności, bez szasny na spełnienie,
                                                    realizację?
                                                    Smutno to wygląda...
                                                    Ale w pewnych nadzwyczajnych okolicznościach, lepsze to niż nic...


                                                    :)
                                                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 08.05.10, 14:55
                                                    Wiesz, ja nie powiedziałem, że "jest coś złego w rodzinie, dzieciach, domku", :), ja cały czas próbuję oddzielić od tego modelu pojęcie miłości. Nic więcej. Naprawdę :))

                                                    Widzisz, Ty piszesz o "relacji bez miłości", która prowadzi do jakichś, w zaokrągleniu - patologii; a ja ten brakujący składnik zdefinuję inaczej - nie jako "miłość", a jako : zaufanie, odpowiedzialnośc, szczerość, lojalność... I t dla mnie nie będzie równoznaczne z miłością, o której już napisałem, co sądzę, i czym ona, wg mnie, jest - więc nie będę Cię zamęczał powtarzaniem tego :)

                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 16.05.10, 14:53
                                                    grek.grek napisał:

                                                    >Wiesz, ja nie powiedziałem, że "jest coś złego w rodzinie,
                                                    dzieciach, domku", :),


                                                    Rzeczywiście tak nie powiedziałeś! Sorrrrry, zapędziłam się! Ten
                                                    lekko lekceważący ton w Twym głosie ;), kiedy mówiłeś
                                                    o „drobnomieszczańskim modelu” sprawił , że nastawiłam się
                                                    obojowo. ;)

                                                    >ja cały czas próbuję oddzielić od tego modelu pojęcie miłości.
                                                    Nic >więcej. Naprawdę
                                                    :))

                                                    :)
                                                    Wiesz, ja myślę, że nie ma takiej potrzeby, by oddzielać pojęcie
                                                    miłosci od, jak to mówisz, „drobnomieszczeńskiego modelu”
                                                    (małzeństwo, rodzina, dzieci, dom, pies), ponieważ chyba nikt,
                                                    nigdzie nie dokonuje takiego utożsamienia (kiedyś ze dwa wieku
                                                    temu, tak, ale nie dziś), nie spotkałam sie z takim utożsamieniem.
                                                    Owszem, jak zauważyłeś wyzej, ten model utożsamia się często (na
                                                    pewno w naszym kraju częściej niż np. w krajach zachodnich) z wizją
                                                    szcześliwego życia (pod warunkiem, że w rodzinie panuje zgoda i
                                                    miłość! (czyli głęboka więź duchowa, objawiajaca się m.in, troską
                                                    szacunkiem, itd., a nie zawsze tak jest, co pokazują rozmaite filmy,
                                                    seriale, czy publicystytyka), ale szcześliwe życie i miłość to
                                                    jednak dwie rózne kwestie.

                                                    Poza tym, zauważ, że obecnie to nie jest jedyny model (szczesliwego)
                                                    życia jaki jest pokazywany w mediach, jaki oferuje dziś wspólczesna
                                                    kultura. W filmach, serialach pokzaywane sa najrózniejsze modele
                                                    życia i najrozmaitsze związki – nieformalne, otwarte, singielstwo-
                                                    (czyli brak zwiazku :), a ostatnio coraz częściej związki
                                                    homoseksulne! itd. ( nawet ostanio o w „Barwach nieszcześcia” /nie
                                                    oglądam, ale jakieś fragmenciki mi mignęły/ pokazywane są blaski i
                                                    cienie związku dwóch facetów, jeśli się jeszcze nie rozstali/,
                                                    itd. Po rewolucji 68 trochę nam się zliberaliowało podejście do
                                                    życia, do związków! Jest więcej akceptacji dla innych modeli życia.
                                                    A związki nieformalne, czy nawet otwarte to nic oryginalnego dziś.

                                                    :)


                                                    >Jedno z drugiem się po prostu nie daje połączyć, nie można
                                                    dokonać >przejścia, bo nie ma NIC wspólnego z modelem
                                                    mieszczańskiego >szczęścia, który dostał nazwę "miłości", żeby było
                                                    miło i wzniośle >tym, co go wyznają, a także dlatego, ze świat po
                                                    prostu został >dzisiaj przeorany kulturą masową, w której pojęcia
                                                    patetyczne nie >moga obejmowac rzeczy nietrakcyjnych, bo
                                                    niespełnialnych albo w >ogole niedostępnych, a już na pewno
                                                    niezależnych od samego człowieka.
                                                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 17.05.10, 15:11
                                                    "GŁęboka więź duchowa odznaczająca się troską, szacunkiem, itd. - no widzisz, i dla mnie to już nie są elementy miłości :)
                                                    Zaznaczyłem to w jednym z pierwszych postów :)

                                                    Mnie związki niespecjalnie na tej płaszczyźnie interesują, bo z założenia nie są miejscem realizowania się miłości, a właśnie "troski, szacunku itd".
                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 17.05.10, 17:05
                                                    grek.grek napisał:

                                                    > Mnie związki niespecjalnie na tej płaszczyźnie interesują, bo z
                                                    >założenia nie są miejscem realizowania się miłości, a
                                                    >właśnie "troski, szacunku itd".

                                                    To błędne założenie.

                                                    Gdyby tak było jak piszesz, gdyby w związku nie było miłości, ludzie
                                                    w ogóle nie tworzyliby związków.
                                                    Zesztą mozna to zaobserwować na przykładzie związków, w których nie
                                                    ma miłości, rozpadają się, pomimo tego, że w nim szacunek, wsparcie
                                                    itd.




                                                    :////
                                                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 08.05.10, 15:14
                                                    ad 1 akapit - czy człowiek w taki sposób manipulowany posiada osobiste odruchy ? o to chodzi, że ja w taki stan rzeczy wątpię :)

                                                    ad 2 - nie napisałem, że Marta odnosi się do modelu ICH relacji, jej i Raya; ich model, jak zaznaczyłem, wg niej wygląda tak, że pozostają "wiecznymi kochankami", a nie parą statecznych drobnomieszczan.

                                                    Nie zgodzę się z Tobą - Ray całkiem się nadawałby do jakiejś tam relacji, moze nawet byłby dobrym partnerem zyciowym i ojczymem/ojcem. Przy odpowiedniej kobiecie. Ale przylepiła się do niego Marta i kręci nim jak baranimi rogami ;) Ray wyrasta z okresu burzy i naporu, jest blisko granicy. sam dostrzega, że może stabilizacja nie byłaby niczym negatywnym, a nawet że : nadeJszła pora. Ale Marta jest blisko i nie pozwala mu w to uwierzyć, bo - otóż to : Ray jest słaby, a ona patologicznie pożąda go, jak przedmiotu zaspokającego jej własne pragnienia bycia kochaną. Nie zauważa nawet, że on tej miłości nie odwzajemnia, że ona go niemal do niej zmusza - w każdym razie na płaszczyźnie zachowań i decyzji, bo na pewno nie uczuciowej. Dlatego główną treścią całej akcji sa, wg mnie, losy jej uczucia, do którego sama próbuje sobie dokleić odwzajemnienie, które nie istnieje.

                                                    Jaka scena zamyka film ? Zwróć uwagę - Marta umiera z Rayem na ustach, jak umiera Ray ? Czy mysli o Marcie ? Nie, panikuje, krzyczy, wyrywa się, jest zdjęty strachem, a nie miłością. To , wg mnie, obrazuje dobitnie charakter ich relacji, uczuć jakimi do siebie pałali.

                                                    ad 3 - No własnie - kocha Raya :) KOcha go i dlatego chce mu stworzyć dom, z dzieckim i pieskiem - nie dlatego, że ona tego chce. Słusznie. Dlatego, że wg niej - on tego mógłby chcieć, po to żeby - go przy sobie zatrzymać.
                                                    Marta chciałaby tego wbrew sobie, ale po to, żeby on był szczęśliwy i żeby z nią został.

                                                    ad 4 - o wiesz, na poziomie naukowej analizy na pewno jest wszystko do wyjaśnienia, ale na poziomie występowania samego analizowanego impulsu - nie. Jak z początkiem świata - wiemy, że Wielki Wybuch, ale skąd się wziął WW ? Nie wiemy i pewnie nigdy się nie dowiemy. Jest to ten sam poziom irracjonalności.

                                                    ad 5 - hoho :), trochę próbujesz łączyć ogień z wodą, pierwiastki, wg mnie, należące do sfery miłości z elementami partnerstwa. Eklektyzm ? Hmmm... ;)


                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 11.05.10, 16:08
                                                    grek.grek napisał:

                                                    ad 1 akapit

                                                    Czy pisząc „czy człowiek w taki sposób manipulowany posiada osobiste
                                                    odruchy?” odnosisz się do tego, że , ktoś kto podejmuje decyzję o
                                                    zwiazku/ małzeństwie załozeniu rodziny nie może być w ogóle
                                                    zakochany w drugim człowieku?
                                                    Jeśli tak to pwoiem Ci, że uważam (na podstawie wieloletnich
                                                    obserwacji, że decyzja o załozeniu rodziny jest w duzym stopniu
                                                    racjonalna, masz rację, jest świadomą decyzją, aktem woli, po
                                                    przeanalizowaniu wielu za i przecież, ale wpływ mają na nią także w
                                                    dużym stopniu uczucia (ludzka psyche to JEDNOŚĆ myśli, uczuć i
                                                    woli!!!).
                                                    BEZ UCZUCIA (BEZ ZAKOCHANIA, MIŁOSCI) niemożliwym jest tworzenie
                                                    jakiegokolwiek sensownego związku/ małżeństwa (a potem trwanie w
                                                    nim), no chyba , że jedna ze stron jest wyrachowana robi to dla
                                                    korzyści (seksu, pieniędzy, tylko z poczyucia samotnosci, z braku
                                                    lepszego kandydata pod ręką, uwolnienia się od rodziny, albo żeby
                                                    przygłupawi znajomi nie obgadywali,że ten i ta to kawaler, stara
                                                    panna nie ma chłopa, baby itd.), ale taki zwiazek nie będzie
                                                    szcześliwy; nie będzie trwał długo.

                                                    Troska, zaufanie, szacunek dla drugiego człowieka, podziw dla
                                                    madrosci zadarności dobre dogadywanie się itd.– TO ZA MAŁO BY
                                                    STWORZYĆ ZWIĄZEK / MAŁZEŃSTWO, BY ONO TRWAŁO MUSI BYĆ UCZUCIE,
                                                    MNIEJSZE LUB WIĘKSZE, musi być MIŁOŚĆ POMIĘDZY DWOJGIEM!
                                                    Natomist jak już mówiłam, te postawy - troska, szacunek, wsparcie,
                                                    umiejetnosć dogadywania się, pasonującego rozmawiania ze sobą na
                                                    wiele tematów pozwalają trwać miłosci, podsycają tę miłość
                                                    nieustannie.

                                                    > Nie zgodzę się z Tobą - Ray całkiem się nadawałby do jakiejś tam
                                                    >relacji, moze nawet byłby dobrym partnerem zyciowym i
                                                    >ojczymem/ojcem.

                                                    Być może.
                                                    Choć żadna kobieta, żaden człowiek nie odmieni innego, jeśli w tym
                                                    drugim nie ma szczerej chęci zmiany.


                                                    > Ale przylepiła się do niego Marta i kręci nim jak baranimi
                                                    rogami ;)


                                                    :)
                                                    Tak, Marta kobieta o morderczych skłonnosciach, wrodzonych lub
                                                    nadbytych i rozbudzonych przez zaborczą, patologiczną miłość, robi
                                                    ze swojego ukochanego - zywkłego oszusta matrymolnialnego mordercę
                                                    (skazując go niejako na krzesło elektryczne).
                                                    – czy to jest prawdziwa miłość????

                                                    >Ray wyrasta z okresu burzy i naporu, jest blisko granicy. Sam
                                                    >dostrzega, że może stabilizacja nie byłaby niczym negatywnym, a
                                                    >nawet że : nadeJszła pora. Ale Marta jest blisko i nie pozwala mu w
                                                    to uwierzyć,


                                                    Aleeeee przecież Marta nie ma nic przeciwko stabilizacji (choć sama
                                                    się specjalnie nie stara) pod warunkiem, że w tej stabilizacji Ray
                                                    tylko ją uwzględni.


                                                    >bo - otóż to : Ray jest słaby, a ona patologicznie pożąda go,
                                                    jak przedmiotu zaspokającego jej własne pragnienia bycia kochaną.
                                                    >Nie zauważa nawet, że on tej miłości nie odwzajemnia, że ona go
                                                    >niemal do niej zmusza - w każdym razie na płaszczyźnie zachowań i
                                                    >decyzji, bo na pewno nie uczuciowej.


                                                    Ależ Ray na początku ODWZAJEMNIA uczucia Marty (być może później,
                                                    kiedy Marta mu grozi, straszy pistoletem, jego uczucia są nieco
                                                    zaburzone, pomieszane po części ze strachem i obawą przed
                                                    nieobliczalną zaborczością Marty), Ray jest na początku ZAKOCHANY w
                                                    Marcie, jest zaślepiony miłoscią do tego stopnia, że proponuje
                                                    Marcie małżeństwo, wspólne życie, dom, dziecko!!!
                                                    Dopiero po morderstwie Delfiny zaczyna, jak się wydaje, dochodzić
                                                    do niego prawda o tym, jaką osobą jest Marta, no ale w tym czasie,
                                                    jak wiadomo, policja wpada na trop pary i zamyka ich w więzieniu.
                                                    Możemy sobie tylko wyobrażać co by się dalej działo z Martą i Rayem,
                                                    z ich związkiem, gdyby nie zostali aresztowani.

                                                    Marty uczucie/ jego intensywność tylko WYDAJE SIĘ większe, ponieważ
                                                    oprócz milosci Marta odczuwa jeszcze patologiczną! zazdrość (która
                                                    z prawdziwą miłoscią nie ma nic wpólnego), a poza tym Marta ma
                                                    (wrodzone, albo nabyte w patologicznym środowisku, w jakim się
                                                    wychowywała i potem żyła) mordecze skłonnosci, które dają o sobie
                                                    znać pobudzane przez, zaborczą miłość i chorobliwą zadrość (owe
                                                    słonności nic nie mają wspólnego z prawdziwą miłością).
                                                    Dla Marty najważniejsze jest tylko to by Ray z nią był, by nie miała
                                                    już poczucia dojmującej samotności, nic więcej się nie liczy,
                                                    dlatego tak kurczowo trzyma się Raya, jeżdzi z nim po kraju, pomaga
                                                    w oszustwach.


                                                    >Dlatego główną treścią całej akcji sa, wg mnie, losy jej
                                                    >uczucia, do którego sama próbuje sobie dokleić odwzajemnienie,
                                                    >które nie istnieje.


                                                    Niezupełnie się zgadzam z tym, że główną treścią całej akcji są
                                                    losy uczucia Marty (są dwa równorzędne wątki jeden związek Raya i
                                                    Marty ich uczucia i ich sprawki, a drugi to śledztwo paray
                                                    detektywów (+ osobiste sprawy Robinsona).

                                                    Istnieje odwazjemnienie pomiędzy kochankami, tylko, że jest róznica
                                                    jakosciowa w uczuciach - Ray kocha „normalnie”, czy raczej jest
                                                    tylko bardzo zakochany! jak „normalny” człowiek, a Marta kocha
                                                    miłością chorą, patologiczną, niszcącą, bezmyślą, która z prawdziwą
                                                    miłością nie ma nic wspólnego (taka patologicza miłość efektownie
                                                    wyglada tylko na filmach, w romansach, w książkach, nigdy w
                                                    rzeczywistości).


                                                    >Jaka scena zamyka film ? Zwróć uwagę - Marta umiera z Rayem na
                                                    >ustach, jak umiera Ray ? Czy mysli o Marcie ? Nie, panikuje,
                                                    >krzyczy, wyrywa się, jest zdjęty strachem, a nie miłością. To , wg
                                                    >mnie, obrazuje dobitnie charakter ich relacji, uczuć jakimi do
                                                    >siebie pałali.


                                                    I podbnie jak wyzej wg. mnie rekacja Raya wydaje się być
                                                    rekacją „normalnego” człowieka na sytuację tak krańcowo stresową -
                                                    dojmujący przerażajacy histeryczny strach przed śmiercią, któremu w
                                                    rozpaczliwy sposób Ray daje wyraz (swoja drogą mógłby zachować się
                                                    godniej, sam przeciez miał do czynienia z egzekucjami, mordując bez
                                                    litości kobiety, które mu zaufały, które okazały mu swe uczucia!).
                                                    Wg mnie reakcja Marty jest rekacją patologiczną, to reakcja
                                                    całkowicie (prawdopodobnie na skutek stresu przed egzekucją)
                                                    obłąkanej osoby, pogrążonej w świecie własnej fantazji, która za
                                                    rzeczywistosć uznaje to, co się w jej głowie dzieje mechanizm
                                                    obronny?).( widzi, czuje Raya, idealizuje Raya).

                                                    ad 3 Tak, to Ray mówi o dziecku, o domu, rodzinie, nie Marta, Ray
                                                    chciałaby stabilizacji.
                                                    Natomiast nie widać, by Marta próbowała stworzyć dla Raya coś, co
                                                    przypominałoby choć trochę rodzinę (ona tylko chce przy nim i z nim
                                                    być, by nie czuć samotności).
                                                    Kiedy zabiera pod opiekę córeczkę Delfiny chce ją MIEĆ tylko dla
                                                    siebie (by przez nią pokonać to dojmujace uczucie samotności, jakie
                                                    ją nęka nieustannie), zauważ, ona nie mówi dziecku, ‘pokochaMY cię z
                                                    Rayem’, ‘stworzyMY ci z Rayem rodzinę, dom’, ‘Ray będzie
                                                    tatusiem’. Ona mówi „JA będę twoją mamusią”, „musisz MNIE
                                                    pokochać”. itd. Nie myśli wtedy o Ray’u, nie myśli, ze Ray mógłby
                                                    chcieć zapiekowac się dziewczynką, którą bardzo polubił ze
                                                    wzajemnością, myśli wyłącznie o sobie, tylko o tym by dzięki
                                                    dziewczynce poczuć się mniej samotną; A kiedy dziecko odmawia, nie
                                                    spełnia jej oczekiwań, zabiją i wyrzuca ją jak niepotrzebną rzecz.
                                                    I ten czyn przekreśla ją ostecznie i całkowicie. To nie jest
                                                    normalna kobieta!

                                                    ad 4
                                                    Jednak sporo ciekawych, waznych, trafnych ustaleń, wniosków można
                                                    wyczytać w przeróżnych pracach np. z dziedziny psychologii. Myslę,
                                                    że warto się z nimi zapoznawać, bo ta wiedza na pewno pozwala
                                                    zrozumieć lepiej (nawet jeśli nigdy całkowicie) mechanizmy uczuć
                                                    takich jak właśnie miłość, machanizmy ludzkich zachowań pod wpływem
                                                    uczuć.
                                                    Zawsze lepiej więcej wiedzieć, niż nie wiedzieć, tak zawsze myslałam.


                                                    ad 5 - hoho :), trochę próbujesz łączyć ogień z wodą,
                                                    pierwiastki, wg mnie, należące do sfery miłości z elementami
                                                    partnerstwa. Eklektyzm ? Hmmm... ;)


                                                    :)
                                                    Postm
                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 11.05.10, 16:09
                                                    ad 5 - hoho :), trochę próbujesz łączyć ogień z wodą, pierwiastki,
                                                    wg mnie, należące do sfery miłości z elementami partnerstwa.
                                                    Eklektyzm ? Hmmm... ;)
                                                    :)
                                                    Postmodernizm, Greku, postmodernizm! :)
                                                    A tak poważnie ...
                                                    Cdn.
                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 17.05.10, 13:50
                                                    barbasia1 napisała:

                                                    > ad 5 - hoho :), trochę próbujesz łączyć ogień z wodą,
                                                    pierwiastki,
                                                    > wg mnie, należące do sfery miłości z elementami partnerstwa.
                                                    > Eklektyzm ? Hmmm... ;)

                                                    > :)
                                                    > Postmodernizm, Greku, postmodernizm! :)
                                                    > A tak poważnie ...
                                                    > Cdn.



                                                    cd.

                                                    Wiesz, trzeba wykazywać choć odrobinę przytomności umysłu, trzeba
                                                    kierowac się rozumem w relacjach międzyludzkich (choć to
                                                    rzeczywiscie trudne, szczególnie w fazie zakochania, kiedy człowiek
                                                    szaleje z miłosci) , by nie wpaść w łapy takiego Raya i Marty (a
                                                    propos Marty, Marta, istnieje w realu!
                                                    wyborcza.pl/1,75480,7867652,Bede_koszmarem_twojego_lajfu.html
                                                    Makabra!), czy jakiegoś Tulipana albo Kalibabki. Niestety po świecie
                                                    nie chodzą wyłącznie osobnicy, którzy kierują się wzniosłymi
                                                    uczuciami . Lajf is brutal nad ful of zasadzkas, jak mówi madrosć
                                                    ludowa.

                                                    Po drugie, myślę, więszkość (a może jednak mniejszość?) ludzi -
                                                    kobiet, mężczyzn obserwując rozmaite miłosci i związki najpierw w
                                                    swojej rodzinie – rodziców, krewnych, znajomych, przyjaciól, czy
                                                    fikcyjne (filmowe), a potem swoje własne świadomie lub mniej
                                                    świadomie wytwarza sobie w umyśle wyobrażenie na temat tego, jak ma
                                                    wyglądać ich miłość i ich związek z drugim człowiekim , ma
                                                    okreslone oczekiwania względem aktualnych i przyszłych związków.
                                                    Jeśli chce się stworzyć coś stałego, coś trwałego na fundamencie
                                                    miłości (a nie tylko ja uważam , że jest to możliwe) trzeba
                                                    wiedzieć, czego się chce, co jest ważne, by uniknąc zawodów
                                                    miłosnych, by nie przeżywać potem rozczarowań i by nie skrzywdzić
                                                    drugiego człowieka.

                                                    Ufff zaległości nadrobione :)


                                                    PS Też nie lubię leniości! :)
                                                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 13.05.10, 13:40
                                                    1 - Nie :) Odnoszę się do zachowania tej konkretnej postaci.
                                                    "Musi być miłość" - musiałbym po raz enty powtórzyć, że się z tym nie zgadzam, bo wg miłośc, to coś innego, a to co opisujesz, to partnerstwo - szacunek, wsparcie etc, nie są zaś elementami miłości, która jest pierwotna, surowa i intynktowna, nie ma w niej rozpatrywania cech osobowości podmiotu/czy raczej, częsciej, najczęsciej, zwykle - przedmiotu/.... uff...

                                                    "Czy to jest prawdziwa miłość" - to zależy od motywacji tej postaci, a nie są one jednoznaczne, o czym już było wcześniej.

                                                    Aleeeeee, ja piszę o tym, ze ona nie pozwala mu uwierzyć w tę konkretną stabilizację, z tamtą kobietą, aczkolwiek - jej model pożycia też jest inny, powtórzę : wieczni kochankowie, a nie mąż i żona, no chyba że on by chciał, ew. jakaś namiastka, czyli do tego interesu dołożyć dziecko.

                                                    Jakoś po tym morderstwie zaczyna sam zabijać, i dobrze się przy tym bawi razem ze swoją towarzyszką. Nie była to dla niego żadna trauma. Stanął na granicy i mógł się obudzić albo postradać sumienie i wyszło na to drugie.
                                                    Zazdrość warunkuje miłość. A Ray jesli proponował małżeństwo, to chciał żony i partnerki, a nie miłości - tak wynika z moich poglądów :)

                                                    Miłośc normalna i miłość patologiczna ? :) Nie widzę takiego rozróznienia, normalna miłość jest patologiczna, a patologiczna jest normalna.

                                                    NO własnie, miłośc została już tylko w filmach. W realu zastapiło ją zdroworozsądkowe, letnie, "normalne" partnerstwo, czułostkowość, uczuciowatość - love is dead ;)

                                                    W momencie egzekucji miłość pozwala Marcie nie czuć strachu. tak jak wiara w Boga/ideę pozwalała iśc na stos męczennikom. Ray w ostatnim momencie w ogole o niej nie myśli, ergo : nie kocha jej. To jest bardzo jaskrawo pokazane : kto kogo kochał naprawdę.

                                                    ad 3 To niemal wygląda, jak poświęcenie się marty : nie wierzę w model drobnomieszczańskiego partnerstwa, ale w imię miłości jestem gotowa ją wystawić na próbę. To jest bardzo jednostronne uczucie.

                                                    ad 4



                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 16.05.10, 12:24
                                                    grek.grek napisał:

                                                    > 1 - Nie :) Odnoszę się do zachowania tej konkretnej postaci.
                                                    > "Musi być miłość" - musiałbym po raz enty powtórzyć, że się z tym
                                                    >nie zgadzam, bo wg miłośc, to coś innego, a to co opisujesz, to
                                                    >partnerstwo - szacunek, wsparcie etc, nie są zaś elementami
                                                    >miłości,

                                                    Być może ja nieprecyzyjnie się wyrażam.
                                                    Raz jeszcze zatem - milość to głęboki związek emocjonalny, duchowy,
                                                    jaki łączy dwie osoby, natomiast w (bezinteresownej) trosce ,
                                                    szacunku, wsparciu, zaufaniu etc., w całym działaniu dla dobra
                                                    drugiego człowieka, i jeszcze w seksie, miłość znajduje swój wyraz
                                                    (oczywiście nie jedyny). Nie oznacza to jednak, że wymienione
                                                    postawy: troska, szacunek, wsparcie etc., seks! należy utożsamiać z
                                                    miłością. Stanowczo nie są tym samym, tu się chyba zgadzamy?
                                                    Odczuwanie silnego duchowego, emocjonalnego związku jest
                                                    powodem /powinno być powodem (w praktyce jak już mówiłam jest
                                                    bardzo różnie, stąd tle nieudanych związków), dla którego dwoje
                                                    ludzi podejmuje decyzję o byciu razem .Bez tej duchowej,
                                                    emocjonalnej relacji związek, jak to okreslasz, "partnerski" nie ma
                                                    szans na dłuższe/ długie trwanie ( w szczęściu).

                                                    /Ten pierwiastek duchowy w miłości tak silnie akcentowali
                                                    wspomniani przez Ciebie poeci romantyczni polemizując tym samym z
                                                    oświeceniową, racjonalistyczną filozofią życia i koncepcją miłości
                                                    rozumianej jako erotyczne spełnienie.//


                                                    >miłości która jest pierwotna, surowa i intynkt owna, nie ma w niej
                                                    >rozpatrywania cech osobowości podmiotu/czy raczej, częsciej ,
                                                    >najczęsciej, zwykle - przedmiotu/.... uff...

                                                    >"Uff" :))
                                                    - stworzyłeś tam, w ktorymś poście wyzej taką bardzo elegancką,
                                                    zgrabną definicję miłosci, w sam raz do encyklopedii czy słownika
                                                    jakiegoś, a zarazem tak niewiele wyjaśniającą, więc nie dziw się, że
                                                    nie do końca rozumiem (albo rozumiem opacznie i jakieś głupoty
                                                    wypisuję), co autor miał na myśli i domagam się sprecyzowania.

                                                    To takie trochę (bardzo?) Freudowskie rozumienie miłości (mialam to
                                                    już wcześniej powiedzieć!?!?!?) w tamtej definicji, i tu w
                                                    wyjaśnieniu, czy mi się wydaje? :)

                                                    „Przedmiot” – jak to mam rozumieć?

                                                    I co to znaczy konktretnie, że miłość jest „patologiczna (normalna)”
                                                    i że może prowadzić do „patologii” Jak rozumiesz „patologię”?
                                                    Aż się boję pytać! ;)

                                                    >ad 3 To niemal wygląda, jak poświęcenie się marty : nie wierzę w
                                                    >model drobnomieszczańskiego partnerstwa, ale w imię miłości jestem
                                                    >gotowa ją wystawić na próbę. To jest bardzo jednostronne uczucie.

                                                    Ależ Marta nie próbuje się zaopiekować dzieckiem w imię ich
                                                    miłości, lub też by z miłości do Raya sworzyc mu „model
                                                    drobnomieszczański” z dzieckiem.
                                                    Nie wygląda to z jej strony na żadne poświęcenie (gdzie na to dowody
                                                    w filmie?), jest to raczej demonstracja głodu bliskości,
                                                    denonstracja rozpaczliwej samotności. Ona chce dziecko WYŁACZNIE
                                                    DLA SIEBIE, bo rozpaczliwie pragnie bliskości, akceptacji , miłości,
                                                    dziecko traktuje instrumentalnie, jak coś, co pozwoli JEJ czuć się
                                                    mniej samotną, jej słowa, które wypowiada do dziecka (i wcześniejsze
                                                    szantaże wobec Raya) wyraźnie na to wskazują.
                                                    Ona przede wszytskim rozpaczliwie poszukuje oparcia, siły, poczucia
                                                    pewności, poczucia swojej wartości winnych ludziach - w dziecku,
                                                    w Rayu, ponieważ nie może tego odnaleźć w sobie.

                                                    >„Aleeeeee, ja piszę o tym, ze ona nie pozwala mu uwierzyć w tę
                                                    konkretną stabilizację, z tamtą >kobietą, aczkolwiek - jej model
                                                    pożycia też jest inny, powtórzę : wieczni kochankowie, a nie >mąż i
                                                    żona, no chyba że on by chciał, ew. jakaś namiastka, czyli do tego
                                                    interesu dołożyć >dziecko.”

                                                    Przecież napisałam już wcześniej, że ona „nie pozwala mu uwierzyć w
                                                    tę konkretną stabilizację, z tamtą kobietą”, tylko dlatego, że chce
                                                    go odwieść od pomysłu ożenku z Delfiną i zatrzymać dla siebie.
                                                    Marcie jest wszystko jedno, czy będą kochankami, czy małżonakami,
                                                    byle Ray był zawsze z nią i przy niej. Wyczuwa doskonale Raya, wie,
                                                    że to typ, który długo nie usiedzi w jednym miejscu (mówi mu to
                                                    wprost, własnie wtedy, kiedy chce odwieść go od małżeństwa z
                                                    Delfiną), więc dostosowuje się do niego i towarzyszy mu w podróżach
                                                    po kraju.
                                                    Oczywiście w filmie pozostają „wiecznymi kochankami”, ponieważ, jak
                                                    wiadomo zostają schwytani przez policję i uwięzieni, a potem skazani
                                                    na karę śmierci.


                                                    >Jakoś po tym morderstwie zaczyna sam zabijać, i dobrze się przy tym
                                                    bawi razem ze swoją >towarzyszką. Nie była to dla niego żadna
                                                    trauma. Stanął na granicy i mógł się obudzić albo >postradać
                                                    sumienie i wyszło na to drugie.


                                                    Ale czy to ma jakieś znaczenie, że nie była to dla niego żadna
                                                    trauma.?
                                                    Ray nie był uczciwym człowiekiem, ale zanim nie poznał Marty, nie
                                                    zabijał. Uległ jej silnemu wpływowi, zacżał zabijać. To jest istotne.


                                                    > Zazdrość warunkuje miłość. A Ray jesli proponował małżeństwo, to
                                                    chciał żony i partnerki, a >nie miłości - tak wynika z moich
                                                    poglądów :)

                                                    Zakładając, że jest tak jak mówisz, to Ray musiałby od początku
                                                    wyłącznie racjonalnie kalkulować, analizować i trzeźwo oceniać
                                                    Martę, widzieć jaka jest naprawdę (że jest histeryczką, z jest
                                                    zaborcza, że szantażuje itd. ), a przecież tak nie jest,
                                                    racjonalna refleksja dotycząca Marty i jej histeryczneych zachowań
                                                    przychodzi znacznie później, co jest wyraźnie pokazane w scenie, o
                                                    której już mówiłam, kiedy Marta prawdopowdobnie skarży się Rayowi na
                                                    dziecko Delfiny, wrzeszczy, histeryzuje, a Ray ze spuszczoną głową
                                                    siedzi przy stole, nie patrzy na Marte, jakby nie chciał jej
                                                    słuchać, jakby miał dość jej i wszytskiego.
                                                    To silne zakochanie, namiętność do Marty, zaślepienie w fazie
                                                    początkowej miłości skłania Raya do oświadczyn.

                                                    Jeszcze jedno, Ray na początku też był zazdrosny o Martę (przypomnij
                                                    sobie jego rekację na widok tego co Marta robi policjantowi ).


                                                    W momencie egzekucji miłość pozwala Marcie nie czuć strachu. tak jak
                                                    wiara w Boga/ideę pozwalała iśc na stos męczennikom. Ray w ostatnim
                                                    momencie w ogole o niej nie myśli, ergo : nie kocha jej. To jest
                                                    bardzo jaskrawo pokazane : kto kogo kochał naprawdę.

                                                    >„Ray w ostatnim momencie w ogole o niej nie myśli, ergo : nie kocha
                                                    jej”
                                                    O nie! W przypadku tak skrajnej sytuacji, gdzie uczucie strachu
                                                    pralizuje umysł, nie można w ogóle takich wniosków wyciągać.

                                                    Marta wchodzi do sali, gdzie tuż wcześniej wykonany został wyrok na
                                                    Rayu, czując smród spalonej ludzkiej skóry, skóry Raya, mówi -
                                                    „Czuję jego zapach... Taki słodki”. I tyle.
                                                    Jej słowa wskazują, że chyba nie jest przy zdrowych zmysłach...
                                                    IMHO to reakcja skrajny stres...

                                                    Nie twierdzę, że Marta nic nie czuła do Raya, tylko,że jej uczucie
                                                    nie było prawdziwą miłoscią, tylko pseudomiłoscią, uczuciem, w
                                                    którym było więcej rozpaczliwego pragnienia zagłuszenia samotności
                                                    niż prawdziwej miłości.

                                                    :)
                                                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 17.05.10, 15:00
                                                    Postmodernizm, jak sama nazywasz :) Dla mnie miłość i reszta są od siebie grubą krechą oddzielone - duchowość, wg mnie, nic tu nie zmienia, poza tym - trudno ją zdefiniować jednoznacznie; a seks, to już w ogóle trzecia strona księżyca :)

                                                    Patologiczna jest choćby filmowa Marta, to jeden z przykładów.

                                                    Czyli, wg Ciebie nikt tu nikogo nie kocha, tylko potrzebuje bliskości albo partnerstwa ?
                                                    Końcowy fragment filmu trochę zaprzecza tej obserwacji.

                                                    Własnie, Ty uważasz, że ona go zna i widzi w nim wagabundę, a nie ustabilizowanego drobnomieszczanina, a ja uważam, ze ona mu to wmawia, żeby w nim utwierdzić takie przekonanie o samym sobie, a że on jest d,pa, a nie facet, bo własnego zdania o sobie nie ma - to się jej udaje.

                                                    Nie kwestionuję jej wpływu na to,ze zaczął zabijać. Tyle,że jakoś nie trzepnęło go to dostatecznie mocno, więc raz jeszcze świadczy to o jego chwiejnym i nieokreślonym charakterze.

                                                    miłość ma dwie fazy : oślepiających narodzin i gwałtownej śmierci, pomiędzy nimi nie ma żadnych stanów przejściowych, jest jak supernowa :) nic więcej.

                                                    Orajt, wg mnie sprawa pozostaje nierozstrzygnięta, a nam się udało wrzucić iks interpetacyjnych pomyslów :)













                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 17.05.10, 16:14
                                                    grek.grek napisał:

                                                    > Własnie, Ty uważasz, że ona go zna i widzi w nim wagabundę, a
                                                    nie ustabilizowanego drobnomieszczanina, a ja uważam, ze ona mu to
                                                    wmawia,


                                                    Profesja, którą Ray sobie wybrał,zanim jeszcze poznał Martę, a w
                                                    zasadzie jej charakter - częste zmienianie miejsca pobytu, podróże
                                                    po całym kraju wskazują na to, że jest to typ włóczęgi.

                                                    > miłość ma dwie fazy : oślepiających narodzin i gwałtownej
                                                    śmierci, >pomiędzy nim i nie ma żadnych stanów przejściowych, jest
                                                    jak ?supernowa :) nic więcej
                                                    .

                                                    WG. mnie jest to klasyczne, ksiązkowy wręcz przykład pierwszej fazy
                                                    miłosci zwanej zakochaniem, które gaśnie nieprzekształcając się w
                                                    nic głębszego, w prawdzwą, kompletną miłość.

                                                    Nie mnie oceniać, ale może, Greku, po prostu nalezysz do tego
                                                    niewielkiego procentu ludzi, którzy nie tworzą głębszych relacji,
                                                    związków, a może z jakichś pwodów nie chcesz tworzyć ...

                                                    A może nie spotkałeś jeszcze kogoś, kogo byś naprawdę pokochał,
                                                    kogoś o kim byś powiedział - przy tej osobie chce zostać i chcę,
                                                    żeby ta osoba była przy mnie zawsze, nie chce już więcej "wybuchów
                                                    supernowych" ...
                                                    W końcu młody jeszcze jesteś, masz dużo czasu. Mężczyźni mają więcej
                                                    czasu (to troche nieprawiedliwe ;).


                                                    > Czyli, wg Ciebie nikt tu nikogo nie kocha, tylko potrzebuje
                                                    bliskości albo partnerstwa ?


                                                    Te uczucia są tu bardzo skomplikowane, zmieniają się. Ray jest
                                                    zakochany w Marcie (pragnie Martę, chcę ją zatrzymać przy sobie,
                                                    prosi o rękę/, potem, to uczucie trochę jest pomieszne ze strachem i
                                                    obawą przed Martą, nastepnie uczucie zaczyna w nim powoli wygasać
                                                    (jest niemal tak jak w Twym opisie: "oślepiające narodziny" / w
                                                    scena na cmentarzu / i "gwałtownej śmierci" - przy czym śmierć jest
                                                    tu raczej powolna, no i nie widzimy jej końca, bo Marta i Ray
                                                    zostają aresztowani i kończą zywot/

                                                    U Marty zakochanie, być może nawet jest miłość, pomieszane jest z
                                                    rozpaczliwym pragnieniem bliskości, pragnieniem zwalczenia
                                                    dojmującego poczucia samotności, zagubienia, niedowartościwania.
                                                    pragnienia wydaja się dominować przez cały czas trwania związku z
                                                    Rayem, nie miłość.


                                                    > Orajt, wg mnie sprawa pozostaje nierozstrzygnięta, a nam się udało
                                                    wrzucić iks interpetacyjnych pomyslów :)

                                                    Właśnie tak.
                                                    :)
                                                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 20.05.10, 14:12
                                                    "Uraziłaś" ? Czym ? ;)

                                                    Wg mnie, związek można tworzyć, i to nawet bardzo udany, ale niekoniecznie trzeba zaraz nazywać go "miłością" :) Ludzie, wg mnie znowu, w gros przypadków tworzą związki, udane także, bazując na zupełnie innych emocjach niż miłość. Na sympatii wzajemnej, zrozumieniu, szacunku, przyjemności z przebywania ze sobą, spójności charakterów albo udatności róznic itd. Ktoś to nazwie "miłością", wg mnie - to nie jest miłość, tylko partnerstwo. I nie piszę tego, zeby to coś wykpić czy zanegować, tylko po to, zeby rozgraniczyć - co jest czym. wg mnie, oczywiście :) racja, związki się rozpadają pomimo szacunku i wsparcia. Ale tych czynników jest wiele, a zwykle wystarczy w jednym jakiś zgrzyt, niemożliwy do naprawienia, żeby cała układanka się posypała, więc, imo, nie wyklucza to poprawności mojego rozumowania :)

                                                    Dzięki również, aczkolwiek - "P.S-y" niewykluczone ? :)





                                                    E tam, wszyscy mają tyle samo czasu, pod warunkiem, ze sami sobie nie narzucają niepotrzebnych ograniczeń.

                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 20.05.10, 14:38
                                                    grek.grek napisał:

                                                    > "Uraziłaś" ? Czym ? ;)

                                                    Jakimś słowem, niechcący!??
                                                    Dmucham na zimne.

                                                    > Dzięki również, aczkolwiek - "P.S-y" niewykluczone ? :)
                                                    OK! :)

                                                    > E tam, wszyscy mają tyle samo czasu, pod warunkiem, ze sami sobie
                                                    > nie narzucają niepotrzebnych ograniczeń.

                                                    To wariant mocno optymistyczny./Z wiekiem jestem coraz większą
                                                    pesymistyką. ;)/
                                                    Aleeeeeee podba mi się! :)


                                                    > Wg mnie, związek można tworzyć, i to nawet bardzo udany, ale
                                                    niekoniecznie trzeba zaraz nazywać go "miłością" :)


                                                    cdn.




                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 18.05.10, 12:38
                                                    Ostania już myśl :)

                                                    Gdyby Marty nie dręczyło patologiczne poczucie samotności, gdyby nie była tak
                                                    bardzo zaślepiona rozpaczliwym, chorobliwym pragnieniem bliskości, pragnieniem
                                                    zatrzymania za wszelką cenę Raya, gdyby spojrzała na Raya choć odrobinę
                                                    świadomie oraz krytycznie, spostrzegłaby, że Ray jest takim samym człowiekiem,
                                                    jak Ci faceci, od których zawsze chciała się wyzwolić, którzy przez całe życie,
                                                    praktycznie od dzieciństwa (brat) ją krzywdzili, niszczyli, którzy zadawali jej
                                                    ból, wykorzystując i brutalnie porzucając.
                                                    Ray jest taki sam albo nawet groszy, bo uwodzenie i wykorzystywnie kobiet to
                                                    jego sposób na życie, utrzymanie.

                                                    Dramat Marty polega też na tym, że nie jest w stanie (samodzielnie) wyzwolić ze
                                                    schematu wdrukowanego jej już w dzieciństwie, w którym była brutalnie
                                                    wykorzystywana.



                                                    Dzięki za bardzo interesującą dyskusję.
                                                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 19.05.10, 15:08
                                                    To ja może jeszcze jutro coś (ewnetualnie) dopiszę, dopowiem, doczytam :))
                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 19.05.10, 15:54
                                                    grek.grek napisał:

                                                    > To ja może jeszcze jutro coś (ewnetualnie) dopiszę, dopowiem,
                                                    doczytam :))

                                                    Alez bardzo proszę! :))))

                                                    Ta dyskusja jest naprawdę interesująca, intrygująca, inspirująca!

                                                    No i dowiedziałam się czegoś o ... sobie. ;)


                                                    /Ufff, ja się martwiłam, że może Cię czymś uraziłam!??/
                                                    :)
                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 16.05.10, 12:49
                                                    grek.grek napisał:
                                                    >NO własnie, miłośc została już tylko w filmach. W realu zastapiło
                                                    ją zdroworozsądkowe, letnie, >"normalne" partnerstwo, czułostkowość,
                                                    uczuciowatość - love is dead ;)

                                                    To nieprawda, że „love is dead”! No, no no!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

                                                    >i że „w realu zastapiło ją zdroworozsądkowe, letnie,
                                                    >"normalne" partnerstwo, czułostkowość, uczuciowatość” .

                                                    Nie można generalizować. Wszystko od ludzi zależy. Dlatego tak
                                                    ważne jest, aby trafić (używając rozumu, w miarę możlwiości ;) na
                                                    odpoiwednia osobę, która podziela naszą wizję miłosci, związku itd.



                                                    Rzeczywistość/ real, a twórczość - literatura,film to jednak dwie
                                                    kompletnie różne, często/ zwykle nieprzystające do siebie sfery (np.
                                                    mit romantycznej (wywodzący się z Romantyzmu) miłości)

                                                    :)
                                                  • grek.grek Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 17.05.10, 15:07
                                                    Literatura odzwierciedla stan umysłów w danej epoce, postrzeganie w niej konkretnych zjawisk. Wynika ze stanu ducha twórców. Romantyczna także. Wszystko się z czego bierze, wystarczy że jedna osoba to odczuwa, a już to istnieje. Dzisiaj dominacja drobnomieszczańskiego modelu wspłzycia międzypłciowego, który się nazywa "miłością", zeby byle Krysia z najlepszym zestawem mogła się w niej potaplać sprawia, że po prostu, czasami, trudno się z pewnych kajdan potocznej definicji wydobyć, tak są rozpowszechnione i tak głęboko już zapadły w głowach współczesnych, że postrzegają oni świat i konkretne zjawiska kompletnie inaczej niż dawne pokolenia.
                                                  • barbasia1 Re: Samotne serca - tylko poprawka 04.05.10, 15:09
                                                    Tylko jedną rzecz poprawię:

                                                    >Marta całe życie była traktowana jako „rzecz”
                                                    > (obiekt seksulany, była wykorzystywana przez najbliższych, brata,
                                                    > przez wielu męzczyzn, którzy ją wykorzystywali i porzucali), nie
                                                    zna > innej (lepszej, tej własciwej) formy relacji miedzyludzkich,
                                                    np. > oparych na partnerswie, wzajemnym zrozumieniu, szacunku,
                                                    relacji, w > których panuje równowaga w dawaniu i braniu.
                                                    >Ten sposób traktowania
                                                    > drugiego człwoieka przez Martę widać doskonale w tym,jak obeszła
                                                    > się z córeczkę Delfiny

                                                    Ten sposób traktowania drugiego człowieka Marta przenosi na swoje
                                                    relacje z innymi, co pokazuje historia z córeczką Delfiny.

                                                    Odpowiedź na Twój post (poniżej), Greku, dziś, troszkę później.
                                    • barbasia1 Re: Samotne serca - moje trzy grosze ad vocem 29.04.10, 14:55
                                      >Marta pomaga Rayowi w jego „pracy”, a to na pewno w jakimś stopniu
                                      wzmacnia uczucia.

                                      Może nie : "wzmacnia uczucia" a: "wzmacnia realcję/ związek "


                                      Też jestem skłonna przyznać, że Marta kocha Raya (bez
                                      przysłowka „bardzo”, ,„prawdziwie”), ale to przecież nie miłość jest
                                      tym największym uczuciem, jakim owłądnięta jest Marta.
                                      Martą bowiem kieruje głownie nadmierna, patologiczna zazdrość,
                                      która odbiera jej zdolność trzeźwego myślenia i racjonalnej oceny
                                      rzeczywistości, prowadzi do napięć emocjonalnych, do przemocy, do
                                      góźb (Marta grozi Rayowi pistoletem, oświadcza mu, że nie może
                                      pokochać nikogo innego opórcz niej, przypominam :), do szantażu, do
                                      zbrodni, do zła.
                                      Zazdrość na granicy obłędu (a nie miłość) powoduje, że Marta
                                      krzywdzi nie tylko siebie, ale i człowieka, którego kocha, Raya,
                                      oraz wszytskich dokoła.

                                      Psychologowie, jak kiedyś już czytałam, chorobliwą zazdrość wiążą
                                      zazwyczaj z niskim poczuciem własnej wartości, niską samooceną, z
                                      brakiem zaufania do drugiej osoby.
                                      U Marty na bardzo niskie poczucie własnej wartości i brak zaufania
                                      do ludzi wpływ mogły mieć patologiczne relacje rodzinne,
                                      dramatyczne przeżycia z dzieciństwa (wykorzystywanie seksualne
                                      przez brata), oraz późniejsze kontakty z mężczyznami, którzy ją
                                      bezwzglednie cynicznie, wykorzystywali (narrator mówi, że „każdy
                                      facet ją miał” – cytat niedosłowny;)

                                      W dalszej perspektywie związek Raya i Marty nie ma szans na
                                      przetrwanie, przede wszytskim przez Martę i jej chorobliwą zazdrość,
                                      której „normalny” człowiek nie jest w stanie znieść, choćby nie wiem
                                      jak się starał...

                                      PS Marta żyje do końca w tej iluzji, w obłędzie, nie zdaje sobie
                                      sprawy z wyrzadzonego zła, myślę, że Robinson (Travolta) po ostaniej
                                      rozmowie z nią zaczyna trochę ją rozumieć, zdaje sobie sprawę z jej
                                      zaślepienia i nawet, ja mi się wydaje, trochę współczuje, dlatego
                                      nie odczuwa satysfakcji po jej egzekucji.

                                      :)
        • grek.grek Niedziela wieczorową porą :)/Samotne serca 29.03.10, 12:32
          Więc Leto dobry, w tej scenie (chyba najlepszej w filmie), kiedy Marta z pasją w oczach każe mu zabić Delifnę, a on z krzykiem i łzami rzuca się po pokoju w pojedyunku z samym sobą, az w końcu strzela - nawet bardzo dobry.
          Do tego, w pobocznych rolach, ciągle trującego partnera Travolty w policji - Gandolfini, no i wspomniana Laura Dern.
          Dorzuciłbym jeszcze, żebyście mieli pełny obraz sytuacji, trafione dekoracje, cały ten sznyt z lat 40 tych - ciuchy, samochody, wnętrza, zewnętrza, generalnie : odwzorowanie okoliczności przyrody : nienaganne. Nie jest to na pewno poziom "Bonnie i Clyde", pewnie rozmachem ustępuje "Wrogom Publicznym" (nie oglądałem, ale słyszałem, że co jak co, ale styl mają), ale dzieki interesującej fabule, skupiającej się na personalnych rozgrywkach, jest bardzo dobry.

          Tytuł, na wstępie, mógłby wskazywac, ze "samotne serca", to te kobiety z ogłoszeń okradane przez Raya. Na końcu już niemal wiadomo, że tytuł dotyczy całej trojki głównych bohaterów, których główną motywacją w działaniu jest pamięć o porzuceniu, o utraconej miłości, czy też pogoń za nią. Do końca pozostają owymi "samotnymi sercami", bo Travolcie nic nie zastąpi żony, która go tak nagle zostawiła na zawsze, a Ray i Marta umrą osobno, rozdzieleni.

          Film podobno został oparty na faktach.

          W sobotę Polsat dał ciała, ale w niedzielę to nadrobił z nawiązką :)

          A jak wypadł Van Helsing ? Oglądałaś/liście może ?

          O, i czy może ktoś widział "Boskie jak diabli" w Jedynce ? Włączyłem się daleko po połowie, więc nie kontynuowałem - liczę na powtórkę i nie oglądam z zasady filmów, których 60 % już poszło. Wpakowac się w 15 minucie, to jeszcze do przyjęcia, ale w 60 ze 110... kiepskie wyjście, i szkoda sobie psuć ew. powtórkowy seans.
          W każdym razie, z tej chwilki którą zdybałem na ekranie pomysł pokazania aniołów i diabłów jako pracowników rywalizujących ze sobą o dusze ludzkie korporacji Nieba i Piekła (tutaj chyba chodzi o jakąs duszę boksera, dzięki której Niebo mogłboy odzyskać pole w przegrywanej ostatnio konkurencji z Piekłem), Garcia Bernal jako rozbrykany Lucyfer przedstawiający się "jestem biznesmenem", Penelopa jako jeden z diabłów,
          Victoria Abril jako anioł, a Fanny Ardant, jako, (chyba) Bóg - mistrzostwo. Trafiłem na scenę przy jakiejś kolacji, gdzie i Bóg i Lucyfer dostają po pysku od zupełnie ziemskiej kobiety - urocze :) A potem siedzą w aucie, Lucyfer-Bernal próbuje pocałowac Boga-Ardant, ale Bóg go mityguje "mówiliśmy już o tym... jesteśmy za starzy" :) - rewelacja. Już czekam na powtórkę.
          • barbasia1 Samotne serca 29.03.10, 19:57
            "Samotne serca" na deser zostawiłam i dobrze zrobiłam. :)
            Lubię dobrze zrobione romansiki z wątkiem kryminalnym, z doskonałą
            obsadą i klimatami z epoki.
            Bardzo mi się podoba ten film, czekam na powtórkę!


            >Salma Hayek [...] 136 i pół centymetra czystego seksapilu :)
            :)
            Doliczając głowę i szyję to będzie jakieś 157 czystego seksapilu! :)

            Fajna kobitka. ;)
            A mnie Salma Hayek zauroczyła Fridą.
            • grek.grek Re: Samotne serca 30.03.10, 12:48
              Ano tak, bo jeszcze głowa... ;)

              Fajna jest. Też mam nadzieję na powtórkę, bo coś za bardzo mi się ten film podobał, a potem, oraz wciąż, nie wie(działe)m dlaczego, hehe.

              O, widzisz, Fridy nie oglądałem. Szkoda. Moze też powtórzą kiedyś jeszcze.
              • barbasia1 Re: Samotne serca 30.03.10, 15:33
                grek.grek napisał:

                > Ano tak, bo jeszcze głowa... ;)

                :))
                No jak Ty patrzyłeś?? :)


                Znalazłam "Samotne serca" na stronie ekino (Greku, masz szansę na
                powtórkę; tak tak, że nie lubisz ogladac filmów na monitorze
                komputera ! :)
                Tak zachęciłeś, że muszę to obejrzeć! (jutro) :)

                To kniecznie musisz zobaczyć Salmę jako Fridę!
                • grek.grek Re: Samotne serca 30.03.10, 15:56
                  Skupiałem się na trochę niższych partiach, czyli na... powiedzmy, że : butach ;)

                  O, w takim razie życzę udanego seansu; moim zdaniem - warto, film jest akuratny; a Twoim - mam nadzieję, że się podzielisz swoimi wrażeniami :)



                  • barbasia1 Re: Samotne serca 30.03.10, 16:13
                    grek.grek napisał:

                    > Skupiałem się na trochę niższych partiach, czyli na... powiedzmy,
                    że : butach ;)

                    haha :)

                    Coś mnie, Greku, chyba oszukujesz? :)

                    > mam nadzieję, że się podzielisz swoimi wrażeniami :)

                    OK, napiszę, jak tylko obejrzę. :)


                    /Przepraszam za błędy, literówki, połknięte słowa w ostatnich
                    postach, chyba ciągle śpię! ;)/

            • pepsic Re: Frida 31.03.10, 22:06
              Mnie "Frida" nie rzuciła na kolana, ale nieźle się oglądało. Na usprawiedliwienie dodam, że byłam świeżo po biografii, co zapewne spowodowało niedosyt.
              Ps. Ciekawe, czy Grekowi spodobałaby się Salma z wąsikiem ??
              • grek.grek Re: Frida 01.04.10, 13:00
                To zależy, w którym miejscu miałaby ten wąsik ;)
              • barbasia1 Re: Frida 01.04.10, 14:38
                > Ps. Ciekawe, czy Grekowi spodobałaby się Salma z wąsikiem ??

                haha,
                no jeszcze i ze rośniętymi brwiami! :)

                A tak serio to naprawdę dobra rola Salmy
                i powiem Wam więcej, nawet ja miałam ciary, patrząc jak Frida Salmy
                Hayek tańczy zmysłowe tango z kobietą - żoną Diego Riviery - Lupe
                Marín (mniej znana włoska aktorka Valeria Golino) ...
                :)
                • grek.grek Re: Frida 01.04.10, 15:59
                  Ładne kwiatki, teraz tylko czekać, aż rodzice zaczną straszyć dzieci :
                  Jasiu, jedz kleik, bo przyjdzie Salma z wąsem i zrośniętymi brwiami ;))
                  • barbasia1 Re: Frida 01.04.10, 17:20
                    haha
                    Rzeczywiście Salma-Frida wygląda osobliwie,
                    ale temperament (latynoski:), charyzma, osobowość (świetnie przez
                    Salmę pokazane)sprawiają, że już po chwili nie zauważa się wąsika i
                    zośniętych brwi.
                    :)

                    Frida - autoportret:
                    hipretty.files.wordpress.com/2009/02/frida-kahlo-self-protrait-1940.jpg

                    Frida na zdjęciu:
                    lavendercreekglass.files.wordpress.com/2009/11/frida_kahlo.jpg

                    Salma jako Frida (z Fridą):
                    www.linternaute.com/sortir/cinema/diaporama/06/biopics/frida.jpg
    • barbasia1 "Inwazja barbarzyńców" 30.03.10, 21:24
      Dziś w TVP2 o 22.50.
      Nie, nie, nie jest jest to żadne kino batalistyczne, ani film o
      wampirach, czy wilkołakach.

      To inteligentny, niepozbawiony humoru film o umieraniu i rozliczaniu
      się z życiem, ale i o radości życia, o wadze przyjaźni, miłości,
      rodziny ...

      Dodam jeszcze, że Grek już kiedyś polecał "IB" na FT! (i są na to
      dowody, świadkowie, dokumenty itd. :), więc naprawdę warto go (film)
      • grek.grek "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 31.03.10, 11:34
        "Inwazja" dobra jest, masz rację - rozrachunek z pokoleniem' 68, który wychodzi, rzutem na taśmę, na duży plus ;) Francuzi wspominają swoje hedonistyczne harce, intelektualne prądy, które ich porywały na moment, pragnienia i marzenia, co im się może nie wszystkie spełniły, ale czyniły życie lepszym, albo w ogóle możliwym. Za sprawą "Wszystko, co kocham" chyba i w Polsce powoli zaczyna się taki nurt rodzić, wspominania tego, co jasne, radosne i co konstytuowało niepowtarzalną urodę młodości, a nie ciągle tylko "komuchów", mszy z Popiełuszką, Boze coś Polskę, traumy stanu wojennego (który ponad połowa do dzisiaj popiera, więc filmy pokazywały dotąd Polskę widzianą oczyma tylko jedenj połowy), octu na półkach (jak to u nas - jak mięsa nie było, to znaczy, ze był tylko ocet, a całe pokolenia wyrosły w zdrowiu na modlitwie zapewne, haha) i generalnie - biedy i nędzy do sześcianu. Inaczej się mówi o kolaboracji z bezpieką, inaczej o ludzkich dramatach sumienia. Inwazja, w ogóle kino francuskie, ale i czeskie, niemieckie, to są znakomite wzorce, w jaką stronę winniśmy iśc, wg mnie. Zobacz/cie - dlaczego nagle WCK dostaje zaproszenie do Sundance, dlaczego dyrektor festiwalu w Berlinie mówi, ze gdyby jakieś osiołki nie pokazały wcześniej Rewersu na jakimś festiwalu w Polsce, to zakawalifikowali by go do konkursu - a powiem Wam, to dlatego, że te filmy nie są wreszcie tak autystyczne, że się mogą z nimi identyfikować widzowie poza Polską, a w Polsce nie tylko połowa społeczeństwa, ale nawet większość.

        "300" - po zakończeniu projekcji stwierdzam, co następuje : forma - interesująca oraz efektowna bardzo, ale treśc ubożuchna - proste przeciwstawienie szlachetnych jak jasna cholera Spartan barbarzyńskim
        Arabom, nawet śmierć Leonidasa i kolegów - primo - od zdrady, drugo - od strzał z łuku, czyli broni używanej po to, żeby się nie uciekac do bezpośredniej konforntacji, w której Spartanie wygrywali, chociaż to też dziwne nieco : kiedy strzelali do nich z łuku podczas regularnej bitwy, to się Spartanom udało ukryć za tarczami, a później nagle się całkowicie odsłonili i nie wydaje mi się, żeby znaczenie miało to, że najpierw strzały leciały z daleka, a później z bliska. Nieważne... Sceny bitewne wypasione, całe to komputerowo wygenerowane tło - niezłe, ale ile można oglądać jak Spartanie są wspaniali, a Arabowie jakby pierwszy raz w życiu machali mieczykiem... Ostatnie 20 minut bardzo przyciężkawe, bardzo.

        Jasne momenty - rozmowa Kserksesa z Leonidasem. Kserkses zrobiony kapitalnie : jak jakaś punkowa drag queen, milion ozdób, łańcuszków, epoletów, kij wie, czego jeszcze. I ta elokwencja głosem aksamitnym ujawniana, aż się można zastanowić dlaczego Leonidas nie dał się przekabacić, hehe ;) Tyle że się chłopina szybko zaperzył i cała jego niesamowitość znikła momentalnie i został zapieniony typek z wadą przysadki mózgowej.
        Jedyna ciekawa postać, to, miałaś rację, Barbasiu - ten garbus : naznaczony kalectwem, ale i zdaje się jakimś rodzinnym felerem, chce przystać do Spartan, ale nie może zostać przyjęty ze wg na ograniczone zdolności bojowe, więc z rozżalenia idzie do Arabów i mamiony obietnicą
        luksusowego życia zdradza im tajemne przejście dzieki któremu mogą otoczyć Leoniasa i jego ludzi, ale kiedy przychodzi do ostatecznego starcia próbuje sam przekonywać króla, żeby się poddał, przyjąć ofetę współpracy, a kiedy Leonidas odmawia jest mu ewidentnie strasznie przykro. Ciekawa postać. On i przez 5 minut Kserkses. Reszta to są jakieś symbole jednoznacznych postaw i motywacji, czyli z gruntu jałowe.

        Te gierki w stolicy Sparty, gdzie królowa próbuje przekonywać starszyznę, żeby pomogli Leonidasowi, a nawet jest gotowa na łupu cupu z
        jednym z nich, w zamian za obietnicę pomocy, z której ten przewrotny jegomośc ostatecznie się wycofuje, a ona go za to przebija klingą - też jakieś takie oczywiste.

        Aleeee, twórcy nie udawali przynajmniej, ze chodziło im o nakręcenie jakiegoś szczególnego dzieła, psychologizowanie, niuansowanie etc. MIało być komiksowo i z przytupem i z tego, ja bym powiedział, się wywiązali - sceny batalistyczne są naprawdę fajne, a aktorzy wytrenowani jak w rzadko którym filmie tykającym czasów dawnych i dawniejszych.

        Dwa dni temu dziabnąłem "Paparazzi" na Polsacie - nie wiem na co liczyłem, chyba na jakieś wejście z rurką do gastroskopii w środowisko
        paparazzich, ukazanie ich metod pracy, motywacji, w ogóle - na wiwisekcję kulis (albo kulisów)działania tego biznesu. A co dostałem ? Ano prostą jak budowa cepa historyjkę : szaajka paparazzich żeruje na znanym aktorze, a to zdjęcia mu robią bez jego zgody, a to to, a to śmo, az w końcu przeginają i są współsprawcami wypadku, w którym omal nie giną zona i dziecko gwiazdora, a dodatkowo bezczelne typki robią im zdjęcia, kiedy oni leżą bez czucia w roztrzaskanej bryce. A później aktor wychodzi ze szpitala, po nim żona, a kiedy paprazzi nie chcą im dać spokoju, pan aktor bierze się do vendetty i, świadomie lub przypadkiem (np. jeden ma wypadek i aktor nie jst w stanie mu pomóc i tamten spada ze skały, innemu podrzuca broń i zawiadamia policję, że gość przed chwilą kogoś zaatakował, policja zatrzymuje faceta na ulicy, a ten jak jakiś jołop bierze tę podrzuconą klamkę i pokazuje ją gliniarzom, za co zbiera serię kulek w klatę, innego rozwala bejsbolem... jak widzicie, pomysły scenarzysty rpzpinające się pomiędzy dresiarstwem, albo naciągactwem ;)/ wykańcza jednego po drugim swoich prześladowców, unikając sprytnie policji, która ma na niego oko, a nastepnie do siebie dochodzi także dzieciak i po załatwieniu wszystkich paparazzich - żyli długo i szczęsliwie.
        Słabizna, niestety. Siadasz do stołu, oczekujesz jakiegoś wykwintnego dania, a chlustają ci chochlą krupniku i dają łyżkę obślumpraną jakąś ;)
        • barbasia1 Re: "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 31.03.10, 13:17
          "300"
          > Jasne momenty - rozmowa Kserksesa z Leonidasem

          Tak, tak pamiętam :) - Kaserkses chce, żeby Leonidas ukorzył się
          przed nim, pokłonem oddał mu cześć tym samym uznając go za swego
          króla, na co Leonidas z nieskrywaną kpiną, mówi (mniej więcej tak) -
          dojmujący ból kolan sprawia, że niestety nie mogę klękać ...
          I to spowodowało Kserkses tak zapienił. :)


          I jeszcze, jeśli pozwolisz, dla porządku mała popraweczka do Twych
          bardzo interesujących uwag - Spartanie walczyli z Persami, nie z
          Arabami!
          • grek.grek Re: "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 31.03.10, 14:35
            Dokładnie tak było.

            A widzisz, dzięki za korektę - Persowie, no tak, znów strzeliłem
            byka :) W każdym razie - pre-Arabowie, hehe.
            • barbasia1 Re: "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 31.03.10, 14:52
              grek.grek napisał:

              > A widzisz, dzięki za korektę - Persowie, no tak, znów strzeliłem
              > byka :)

              Poza tym wiem (domyślam się :), o co Ci chodziło z tymi Arabami! :)


              >W każdym razie - pre-Arabowie, hehe.

              No właśnie!

              • barbasia1 Re: "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 31.03.10, 15:42
                O matko! Jak ja piszę!


                > grek.grek napisał:

                > A widzisz, dzięki za korektę - Persowie, no tak, znów strzeliłem
                > byka :)

                Wiem (domyślam się :), o co Ci chodziło z tymi Arabami! :)


                >W każdym razie - pre-Arabowie, hehe.

                No właśnie!
        • barbasia1 Re: "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 31.03.10, 13:29
          > Dwa dni temu dziabnąłem "Paparazzi" na Polsacie

          Wizualizacja skrytych pragnień i mordeczych żądz celebrytów
          prześladowanych przez pararazzi. ;)

          /Też nie lubię krupniku :)/
          • grek.grek Re: "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 31.03.10, 14:38
            Tak, czy owak - nienajlepszy film, mówiąc oględnie.

            Uff, krupnik... taki z pływającymi "oczami" jeszcze, nie ? ;) Brrr...
            • barbasia1 Re: "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 31.03.10, 14:46
              grek.grek napisał:

              > Uff, krupnik... taki z pływającymi "oczami" jeszcze, nie ? ;)
              Brrr...

              Już na na samą myśl o czymś o tym robi mi się niedobrze ... :/

        • barbasia1 Re: "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 31.03.10, 15:17
          >Inwazja" dobra jest, masz rację - rozrachunek z pokoleniem' 68,
          >który wychodzi , rzutem na taśmę, na duży plus ;)

          "Marzycie" z drugiej półkuli 30 lat później! :)

          Czasy młodość jakie by nie były, zawsze wspomina się z sentymentem.


          >dlaczego dyrektor festiwalu w Berlinie mówi, ze gdyby jakieś
          >osiołki nie pokazały wcześniej Rewersu na jaki
          > mś festiwalu w Polsce, to zakawalifikowali by go do konkursu

          Coś podobnego!?
          W takim razie wielka szkoda, że zmarnowano szanse "Rewesu"!

          PS
          O "Rewesie" - za chwil kilka napiszę, muszę jednak jeszcze wócić do
          kilku fragmentów filmu.
          :)


          PS 2
          A Cali 5 będzie? Nie to żebym się domagała natychmiast, czy
          popędzała, Boże broń.
          Daję tylko znać, że pamiętam, że miał być! :)
          • grek.grek Re: "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 01.04.10, 13:10
            O, to właśnie. I to bynajmniej nie rozczarowani swoją młodością, przynajmniej wg mnie. Owszem, coś się nie udało, coś gdzieś się
            wykopyrtnęło, ale tamten czas naładował ich energią i radością
            zycia na resztę lat.

            Niestety, w przypadku Rewersu wyszła znów smutna prawda o polskiej
            amatorszczyźnie w kwestii promocji filmu. Tak jakby nie wierzyli, że
            ktoś może zaprosić ich na duży festiwal, więc wypuścili tytuł wczesniej, pozwolili mu się obijać po krajowych, w skali Europy - mniej niż prowincjonalnych, pokazikach, a potem nagle się dowiedzieli, że szansa była na większe zaszczyty. Jak to u nas - najpierw robią, a potem myślą :)

            Cali 5 będzie na pewno - postaram się jutro, a jesli nie wyjdzie, to w sobotę :)
            • barbasia1 Re: "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 01.04.10, 15:11
              > Cali 5 będzie na pewno - postaram się jutro, a jesli nie wyjdzie,
              to w sobotę :)

              Nie ma pośpiechu czekam cierpliwie, jak zawsze! :)

              Ja też obejrzałam 5 odcinek, ale trzeciej serii; notatki zrobiłam,
              teraz tylko zostaje zredagować post.

              > Niestety, w przypadku Rewersu wyszła znów smutna prawda o polskiej
              > amatorszczyźnie w kwestii promocji filmu.

              Wiesz, co to skandal, bo przecież mamy tylu fachowców ,
              (choćby w ISF), ludzi powołanych do promocji naszego kina, którzy
              doskonale znają te zasady (nawet ja o nich słyszłam, czytałam),
              powinni byli tego dopilnować, przeczytawszy te wszytskie pozytywne
              recenzje, pochwały. Skandal.
              O "Rewersie" wkrótce :/


              Aaaa obejrzałam połowę "Samotnych serc", rozumiem już Twój entuzjazm
              dla tego filmu (i podzielam go :), ale o tym też później, jak
              obejrzę całość, mam nadzieję, ze dziś wieczorem skończę :)

              • grek.grek Re: "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 02.04.10, 14:25
                Ciekawe jestem opinii Twojej po zakończeniu, bo wg mnie - im dalej w las, tym ten film zyskuje.
          • grek.grek Re: "Inwazja barbarzyńców"/"300"/"Paparazzi" 01.04.10, 13:12
            P.S : jak tam "WW Tary" - dzisiaj jest o 0:10; jakieś streszczenie mam szykować ? :)
            • barbasia1 WW Tary 01.04.10, 14:21
              grek.grek napisał:

              > P.S : jak tam "WW Tary" - dzisiaj jest o 0:10;

              O nie, znowu tak późno!

              jakieś streszczenie mam szykować
              > ? :)

              Tak, bardzo bym prosiła o streszczenie! :)))
              Dzięki Ci Greku! :)
              • grek.grek Re: WW Tary 01.04.10, 14:53
                Zatem, będzie :)
                • barbasia1 Re: WW Tary 01.04.10, 15:22
                  grek.grek napisał:

                  > Zatem, będzie :)

                  Greku, merci, grazie, danke! :))))
                  • grek.grek Re: WW Tary 01.04.10, 15:56
                    No coś Ty, to normalna kooperacja jest :)
                    • barbasia1 Re: WW Tary 01.04.10, 17:26
                      No ja wiem, ale Ty zdecydowanie ciężej pracujesz!
                      I ja to szczerze doceniam!
                      :)
                      • grek.grek Re: WW Tary 02.04.10, 14:21
                        E tam, pozory :) a w dodatku, to żadna praca, hehe.
                        • barbasia1 Re: WW Tary 02.04.10, 20:30
                          Wiem, nie chodziło mi o pracę - pracę, ale o Twój wkład w rozwój
                          wątku. :)
    • stara_dominikowa 2.04, tvp kultura, "Cichy Don", cz. I, godz. 20:00 01.04.10, 13:07
      Właściwie nie wiem, dlaczego polecam ten film, bo nie podobał mi się. Książka
      jest tak wspaniała, że żaden film nie ma szans. Wierny władzom Szołochow, czy
      Kriukow - nie wiem kto ją napisał. Co z człowiekiem robi machina ideologiczna -
      to tam jest, aż boli.
      • barbasia1 Jutro "Cichy Don" Dziś dokument o Konwickim 01.04.10, 14:14
        Dzięki za informację! :)
        "Cichy Don", rok 1957 to klasyka kina radzieckiego. Może ktoś zechce
        napisać później słów kilka o filmie?

        A dziś o 22.40 w TVP2 film dokumnetalny poświęcony Tadeuszowi
        Konwickiemu.
        "Co ja tu robię" (2010) - taki tytuł nosi ten dokument.
        • grek.grek "Cichy Don"/dokument o Konwickim/Miami Vice 02.04.10, 14:19
          No i jak było, oglądałaś ? (oglądaliście ?) Czytałem ze trzy zapowiedzi tego dokumentu-rozmowy i wszystkie były entuzjastyczne...

          W mojej ulubionej stacji "MIami Vice" dzisiaj, nie polecę, ani nie odpolecę, bo nie widziałem, i czekam na dziś - osobiście, nie oczekuję, ze dorówna serialowi, bo to raczej mało realne, zwłaszcza, ze to film pełnometrażowy, a nie w odcinkach, które dawały większą szansę identyfikacji z bohaterami i złapania atmosfery, a jestem tylko ciekaw, jak bardzo serial zostanie zmasakrowany i zdesakralizowany : bardzo, mniej bardzo, średnio ;) fakt, że Mann się za to wziął, wkręca mnie w ambiwalentnie odczucia przed, bo niby gośc zrobił Zakładnika, czy Gorączkę, ale jednocześnie sknocił Alego, a Wrogowie Publiczni podobno mało przekonująco. Zawsze są gwiazdy, bo budżety są wysokie, zawsze jest "na bogato", jak chodzi o akcję i efektownośc, ale czegoś tym filmom jednak zawsze brak... Nie wiem czego, ale gdzieś tam nie ma tej wiśni na torcie, takiego dyskretnego dymka, umie na piątkę, ale do szóstki brak wrazeń pozaestetycznych. A dodatkowo, to co wcześniej, jak ktoś oglądał Miami Vice w latach 80-tych (ktoś, to ja, ale klub jest otwarty, więc zapraszam, hehe) i się nim naszpikował i została w nim pamięc, jak ten serial zmieniał przyjemnie rzeczywistość i jaki był wtedy kolorowy i jak wciągał w inny świat niż ten za oknem, jak ktoś choć resztkę tego aromatu, gdzieś tam ma na ściankach tętnic, to daje Mannowi najwyżej wątłą nadzieję, ze nie wywali się zbyt widowiskowo na dobrych wspomnieniach, jak na skórce od banana.
          Dlatego, nie wiem, jak sądzicie, ale ja uważam, ze młode pokolenie lepiej ten film może przyjąc, bo nie jest obciążone, jak ja/my...stare dziady ;))
          • maniaczytania Re: "Cichy Don"/dokument o Konwickim/Miami Vice 02.04.10, 19:34
            hehe, mnie tez jakos Colin na Dona Johnsona nie wyglada ;)

            Dlatego chyba sie skusze na kolejny odcinek Ndinz (ogladam - przyznaje sie bez
            bicia ;0 ), a potem odstresuje przedswiatecznie (wiec malo ambitnie) pod "Niebem
            Montany" o 22.35 na Dwojce.
            A jak ktos ma Czworke to polecam o 0.00 - "Hrabiego Monte Christo" wersja z
            Jamesem Caviezelem - calkiem, calkiem.
            • barbasia1 Re: "Cichy Don"/dokument o Konwickim/Miami Vice 02.04.10, 20:05
              maniaczytania napisała:

              > hehe, mnie tez jakos Colin na Dona Johnsona nie wyglada ;)

              O! To już pierwszy minus. :)
            • grek.grek "Cichy Don"/dokument o Konwickim/Miami Vice+cośtam 03.04.10, 11:57
              Jesteś zbyt delikatna w sformułowaniach, bo Colin Farrel jako Sonny Crockett, to jest normalne świętokradztwo, to tak jakby Bachleda Curuś zagrała... Tubbsa ;)

              Ja się wczoraj przejechałem powozem dwuchałowym. Pierwsza chała była na Polsacie : "Nowe Imperium" - jakiś wysłannik cezara rzymskiego bada okoliczności śmierci Jezusa i w jaki sposób zniknęło jego ciało z grobu. Oczywiście, musi stanąc wobec pytań o swoją wiarę w zmartwychwstanie, potraktowane ze śmiertelną dosłownością - jest sceptykiem, racjonalistą, do tego dostaje mocne argumenty przeciw tezie głoszonej przez chrześcijan (bada sprawę Łazarza, o ktorym mówią, ze go Jezus wskrzesił, kiedy łapią go ludzie Piłata, faszerują jakimś winem, po którym jest jak trup, pakują do grobu, a po 3 dniach Piłat, jak Jezus niegdyś, każe mu wyjśc z grobu, co ma dowieść tego,ze Łazarz leżał tam po prostu nieprzytomny po wypiciu wina z narkotykiem i cud to żaden nie był), ale przy okazji zakochuje się w młodej chrześcijance - i kiedy ona umiera, leci w rozpaczy, w te pędy do Marii, matki Jezusa i do Piotra, ksywa "święty", zeby mu ją odratowali i wskrzesili - i Piotra przychodzi i mu ją wskrzesza oraz odratowuje, a potem zostaje wśród rybaków piotrowych. Aktorstwo trzecioligowe, niechlujstwo scenariuszowe (np. Longinus, czyli żołnierz, kórzy przebił serce Jezusowi na krzyżu, opowiada o tym śledczemu, a do tego jest obrazek tego zdarzenia, tyle że pan żołnierz dziabie dzidą po prawej stronie klaty skazańca; drugi przykład - pan śledczy przez cały film pozostaje sceptykiem, potem leci do Piotra, żeby mu ratowali martwą kobiete, a kiedy Piotr ratuje, to on wysyła do cezara list, z którego wynika, że sceptykiem nadal pozostał), generalnie - prawie od początku wiadomo, jak to się musi skończyć, ale lepsze to niż gibsonowe herezje albo prostackie opowiastki produkowane masowo przez makaroniarzy, którzy i tutaj swój udział mieli, aczkolwiek są tu jakieś ślady racjonalnej próby oceny faktów.

              Druga chała w Jedynce - "Nasz dom". Kalifornia, US, starsza kobiecina chce strzelić samobója, bo mąz zmarł po 47 latach zgodnego pożycia, córka i syn mają już swoje życie, a ona mieszka sama w wielkiej chałupie w najdroższej willowej dzielnicy, śpi na kupie forsy, ale nie ma z kim tego dzielić. Ratuje ją dziewczyna o wyglądzie raperki z Bronxu. Wkracza policj i mylnie ją bierze za napastniczkę. Stara trafia do szpitala, młoda do pierdla, z którego wychodzi po tym, jak stara zainterweniowała w jej obronie. Raperka jest bezdomna. Stara łazi za nią ciągle i próbuje poznać, znosi papier (dziewczyna pisze coś ciągle), a potem zaprasza do domu, ale dziewczyna się obraża, kiedy siedzi w łazience i się kąpie, a stara zwija jej stare łachy i wywala na śmietnik, bo ma dla niej nowe.
              Odchodzi z gniewną miną. Potem jednak daje się zażywnej paniusi znów zaprosić, a dalej to już idzie z kopyta i stara zaprasza do siebie wszystkich bezdomnych z okolicy - fajnych ludzi, takich jakichś niezalatujących zbytnio, ani nic, Murzyn ma nawet brodę wypielęgnowaną lepiej niż celebryci, wszyscy są sympatyczni i grzeczni, albo nieszkodliwie, wzruszająca lekkowalnięci. Babcia odżywa, pozwala im u siebie zamieszkać, każdemu daje własny pokój, jak trzeba pomóc narkomance, to nie szczędzi gotówki, jest cudownie wyrozumiała i entujazjastyczna, a kiedy się w całą sprawę miesza sąsiad, który sobie nie zyczy w sąsiedztwie bandy obszarpańców, to babcia wysyła go na drzewo, zaś kiedy cichaczem bezdomni odchodzą, żeby jej nie przysparzac kłopotów odnajduje ich i zabiera z powrotem; jak trzeba wszystkim załatwić robotę, to ją załatwia i oczywiście pełny sukces jest. Syn ją wspiera, córka - ambitna prawniczka z downtown jest zaszokowana postępowaniem matki. Sąsiad występuje do sądu na podstawie jakiegoś przepisu, ze nie wolno w tej dzielnicy gościć innych ludzi niż rodzina, a babka ma coś w rodzaju pensjonatu. Na sali sądowej pani starsza mdleje, a w szpitalu się okazuje,że ma raka mózgu i został jej miesiąc życia. Wtedy córce nagle się sumienie rusza, przechodzi przemianę, zbiera kupę książek prawniczych i rozdziela między swój zespół adwokacki i cudownie wpadają na pomysł, zeby przepisac własność na wszystkich jednocześnie mieszkańców domu. Wpadlibyście na to ? No właśnie, dlatego prawnicy tak doją frajerów, bo ci nie umieją sami wpasć na oczywiste pomysły ;) Pani starsza umiera, raperka zmieniona z Missy Elliot w Beyonce wiąze się z łysym i wąsatym adwokatem (nie od córki, takim od bezdomnych, który pomagał starszej jejmości i jej kolezeństwu), córka przejmuje opiekę nad całym stadkiem, a na pogrzebie podchodzą kolejno do trumny i licytują się - kto powie większy i bardziej cukierkowy banał do starszej pani w zaświatach. Niedawni nędzarze wyglądają jak rodzina w Dynastii, a jeszcze-pięc-scen-wcześniej-nakomanka-zgarniana-z-ulicy-na-odwyk, jak Jennifer Aniston.

              Film, który miał coś przekazać jakąs oczywistą prawdę, ocieplić duszyczkę, że nie same łosie na świecie zostały, i w dobie rozbuchanej konsumpcji i zgarniania pod siebie z paranoją w oczach warto se powiedzieć, że kasa tylko wtedy daje szczęscie, kiedy można się podzielić nią z potrzebującymi, miał wyczulić na krzywdy bliźnich, a nie zapisać się w annałach, jako kino ambitne, a do tego przedstawia wizję świata z lewej mańki, więc - nie będę marudził nad cienziną jego i miałkością, aczkolwiek przy wielkiej szlachetności, bohaterów ;)
              • barbasia1 Re: "Cichy Don"/dokument o Konwickim/Miami Vice+c 05.04.10, 14:49
                grek.grek napisał:

                > Jesteś zbyt delikatna w sformułowaniach, bo Colin Farrel jako
                Sonny Crockett, to jest normalne świętokradztwo, to tak jakby
                Bachleda Curuś zagrała... Tubbsa ;

                haha :)

                > "Nowe Imperium" - film w wprowadzający w "klimaty wielkanocne"
                hehe :)
                Życie i śmierć Jesuza to fasycynujacy temat, jak widać, na wszelkie
                możliwe sposoby eksploatowany.

                "Nasz dom" - no tak, takie historie to tylko w bajkach.
                :)
          • barbasia1 Re: "Cichy Don"/dokument o Konwickim/Miami Vice 02.04.10, 20:25
            O Matko! Naprawdę oglądaliśmy Miami Vice (dołączam do klubu :) w
            latach 80-tych??? Ale chyba już pod koniec lat 80-tych???

            Pamiętam, że w bardzo wczesnej młodości :) jakoś specjalnie nie
            kolekcjonowałam plakatów, czy zdjęć aktorów, piosenkarzy, ale
            plakacik z Donem Johnsonem (sonym Corockettem) na pewno miałam. :)

            Idę rzucić okiem na podróbkę pięknego Dona Johnsona.
            :)
            • barbasia1 Miami Vice 03.04.10, 10:49
              z Sonym Crockettem oczywiście, w swym stroju służbowym, w pięknie
              krojonej białej marynarce. :)

              Widziałam troszkę tylko MV.
              Niestety, opócz tytułu, nazwisk bohaterów, miejsca akcji nic nie
              łączy tego filmu z serialem Policjanci z Miami (przynajmniej ja nie
              dostrzegałam niczego już).
              To już zupłenie nowy kryminał, a nie kontynuacja kultowego? serialu.

              A Farrell nie przypadł mi tu do gustu.

              Cali, o Konwickim dziś troszkę później! :)


              Świąt radosnych życzę, tym którzy świętują.

              Ciebie Greku, wszystkich nieświętujących najserdeczniej pozdrawiam.
              :)
              • grek.grek Re: Miami Vice 03.04.10, 12:00
                Ja na razie nagrałem, ale juz się boję, po Twoim poście i po tym, jak mi mignął Farrell nieudolnie "crockettujący".

                To ja pozdrawiam Ciebie, i świetujących - wesołej choinki i smacznych uszek w barszczu :)
                • barbasia1 Re: Miami Vice 03.04.10, 12:53
                  grek.grek napisał:

                  > Ja na razie nagrałem, ale juz się boję, po Twoim poście i po tym,
                  jak mi mignął
                  > Farrell nieudolnie "crockettujący".

                  A miałam pytać, jak Ci się dziadku podobała wspólczesna wersja
                  Policjantów z Miami? /barbabcia/


                  > To ja pozdrawiam Ciebie, i świetujących - wesołej choinki i
                  smacznych uszek w barszczu :)

                  Greku, to nie te święta, nie te, już inne. :))))))
                  Jemy jaja np. faszerowane. Przepis podam później :)


                  • grek.grek Re: Miami Vice 03.04.10, 14:26
                    Aaaaaa, to coś mi się pomyliło. Tak się własnie dziwiłem, ze ludziowie nie galopują z choinkami, a tu się wszystko wyjaśniło teraz dopiero... :)

                    Jak obejrzę, na pewno nie omieszkam Ci napisać, czy mnie MV Manna przydusili do ziemi, czy tylko kopnęli w... jajeczka, faszerowane, aha, no tak, bo uszka to w innym terminie ;)) /zrzynam bezczelnie z żałosnego Benny Hilla/
              • pepsic Re: Miami Vice 03.04.10, 20:08
                Wesołego jajeczka :))
                Ps. Przepisy w tym zakresie mile widziane.
                Pzdr.
                • barbasia1 Re: Miami Vice 03.04.10, 21:34
                  pepsic napisała:

                  > Wesołego jajeczka :))
                  > Ps. Przepisy w tym zakresie mile widziane.
                  > Pzdr.

                  Prosty, tani przepis na wesołe faszerowne jajeczka podam jutro! :)
                  Pozdrówka świąteczne. :)
                • barbasia1 OT jajeczny faszerowany 04.04.10, 14:36
                  Przepis na jajka faszerowane:

                  Składniki
                  8-10 jajek
                  pęczek szczypiorku (można dać cały, można mniej)
                  ok. 20 dag pieczarek
                  kilka łyżek majonezu
                  sól, pieprz,
                  ok 1/2 cebuli, ok. 3 kuleczki ziela angielskiego, 2 liście laurowe

                  Jaja ugotować na twardo. Przekroić na połówki wzdłuż, wyjąć żółtka i
                  pokroić je drobno.
                  Pieczarki z cebulą, zielem angileskim i liściem laurowym (+trochę
                  soli) ugotować (ok. 5-10 minut). Po ugotowaniu pieczarki wyjąć i
                  ostudzić, jak będą zimne pokroić bardzo drobno. Dodać do jajek.
                  Posiekać szypiorek i wymieszać z jajkami i pieczarkami. Posolić,
                  popieprzyć do smaku. Dodać majonez i wymieszać wszystko. Masę
                  nakładać do białek. Wierzch, jeśli ktoś chce, można posmarować
                  majonezem.
                  Polecam.
                  Smacznego. :)
                  • barbasia1 Re: OT jajeczny faszerowany 04.04.10, 14:39
                    UŚCIŚLENIE
                    Po ugotowaniu pieczarki wyjąć i
                    ostudzić, jak będą zimne pokroić bardzo drobno. Dodać do
                    POKROJONYCH ŻÓŁTEK.
                    > Posiekać szypiorek i wymieszać z ŻÓLTKAMI i pieczarkami
                    • pepsic Re: OT jajeczny faszerowany 04.04.10, 23:33
                      Barbasiu, Twój przepis brzmi bardzo podobnie do mojej wersji, w której
                      szczypiorek zastępuję zieloną natką pietruszki, a pieczarki przepuszczam przez
                      maszynkę (bom jak wiadomo niecierpliwa). Dzięki.
                      Oj świątecznie nam się tu porobiło:))
                      • barbasia1 Re: OT jajeczny faszerowany 05.04.10, 13:46
                        pepsic napisała:
                        :)
                        A więc podobne smaki lubimy! :)

                        To jeszcze jeden przepis Ci podam.

                        Tak samo jak w pierwszym - jajka ugotować na twardo, przekroić na
                        połówki, wyjąć żóltka, pokoroić drobno, posolić, popieprzyć,
                        wymieszać z ok. 2 łyżkami majonezu i 1-2 łyżkami chrzanu (proporcje
                        ustalać dowolnie, według osobistych upodobań). Na wierzch polożyć
                        kawałki tuńczyka i całość posypać posiekanym szczypiorkiem.
                        Bardzo polecam. :)
                        • pepsic Re: OT jajeczny faszerowany 05.04.10, 14:03
                          Brzmi zachęcająco, a do tego jeszcze mniej pracochłonnie. Przy najbliższej
                          okazji, albo niekoniecznie - nie omieszkam skorzystać :)
                          • barbasia1 Re: OT jajeczny faszerowany 05.04.10, 14:19
                            pepsic napisała:

                            Polecam Ci bardzo, są naprawdę smaczne (i szybko się robi, to
                            prawda). Chrzan nadaje ostrości, dobrze komponuje się z
                            tyńczykiem. :)
    • barbasia1 Dziś Iluzjonista, TVP2 godz. 22.00 03.04.10, 10:59
      Nie można powiedzieć, żeby ten film miał jakieś entuzjastyczne
      recenzjen, w GW dostał 3 gwiazdki, u mnie w dodatku trochę lepiej,
      bo 4, ale wypatrzyłam w obsadzie Eda Northona, więc może dla niego
      warto, choć rzucić okiem na film.
      Film w TVP2 o bardzo przyzwoitej porze, zaczyna się o godz. 22.00,
      kończy się przed północą. :)
      A jednak doczekaliśmy się trochę lepszych czasów w TVP :)
      • grek.grek Re: Dziś Iluzjonista, TVP2 godz. 22.00 03.04.10, 12:06
        MOżna rzucić okiem, magia sceniczna, Norton, Jessika Biel, a poza tym - wreszcie to jakaś premiera :) Reżyser nosi nazwisko Burger, oby nie zafundował nam jakiegoś nędznego fast fooda, hehe.

        No właśnie, przeniesli Panoramę na 18, po niej te wszystkie Telegramy i pogodynki, i reklamy między nimi, i się od razu uwolniło całe pasmo
        wieczorne. W Info, jak ktoś chce - a każdy ma Info, to ma podsumowujący wyczerpująco dzień program "Zdarzyło się dziś", a po nim chyba także pogodę, sport i ostatni serwis informacyjny. O czym myśmy tutaj nawijali, jak nie o takim właśnie modelu, heh :)
        • barbasia1 Re: Dziś Iluzjonista, TVP2 godz. 22.00 03.04.10, 21:38
          >Reżyser nosi nazwisko Burger, oby nie zafundował nam jak
          > iegoś nędznego fast fooda, hehe.

          haha :)


          > O czym myśmy tutaj nawijali, jak nie o takim właśni
          > e modelu, heh :)

          Właśnie, właśnie. Nasze zaklęcia okazały się skuteczne! :)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka