Dodaj do ulubionych

Ojej, co tu wybrac 2010 - 6 (vol. 10)

01.10.10, 23:28
jakos tak sie znowu zapomnialam, a w poprzednim juz duuzo poszlo :)

Ale na dzis i tak nic nie ma :(
Obserwuj wątek
    • grek.grek Uśpieni w Jedynce 02.10.10, 13:35
      bida z nędzą wczoraj :]

      dzisiaj "UŚpieni" w TVP [22:15 ] - imo, klasyk pewnego typu, raz że często powtarzany, dwa - sprawnie zrobiony, odpowiednio poruszający i manierycznie zagrany, co się jednak chyba podoba w takich widowiskowych produkcjach mających ambicje uchodzić za moralitety.

      poza tym, same głupsze lub najgłupsze szoły obliczone na wyciąganie kasy z portfela naiwnego widza i nabijanie własnej kiesy tymiż oraz dewizami od reklamodawców chętnie się ogłaszających wobec masowej widowni tych konkursów i "ubawów" & polskie komedie średniego pokolenia o estetyce "Ranczerskiej" [ publiczna - Wilkowyje, tvn - Zróbmy se wnuka].
      • barbasia1 Re: Uśpieni w Jedynce 02.10.10, 15:02
        Chyba nie widziałam "Uśpionych"...
        W tym filmie występuje Billy Crudup, o którym Mania kiedyś mówiła, że jej się podoba. :) Przyjrzymy się!

        :)
        • maniaczytania Re: Uśpieni w Jedynce 02.10.10, 18:13
          barbasia1 napisała:

          > Chyba nie widziałam "Uśpionych"...
          > W tym filmie występuje Billy Crudup, o którym Mania kiedyś mówiła, że jej się p
          > odoba. :) Przyjrzymy się!
          >
          > :)

          Barbasiu :) popatrz, popatrz, ogladalam to raz kiedys dawno temu, wtedy jeszcze o nim nie slyszalam, wiec i uwagi nie zwrocilam. Znaczy sie dzisiaj musze popatrzec :)
          • grek.grek Re: Uśpieni w Jedynce 03.10.10, 14:04
            gra on też w nowym filmie z Julią Roberts wg hitowej powieści niejakiej imć Gilbert "Jedz, módl się i kochaj" - i to gra męza bohaterki, który ją wcale nie kręci :]
            nie podaję nazwiska szefa castingu do filmu vel reżysera, z obawy o to, że za obsadzenie tego aktora w rolio faceta-co-się-nie-podoba-i-nie-jest-ideałem może go, z Waszej strony, czekać jakaś nieprzyjemna... ekkhmm... niespodzianka, hehe ;]]
            • barbasia1 Re: Uśpieni w Jedynce 03.10.10, 14:59
              haha
              Przystojny ten Curdup, bez dwóch zdań!:)

              A'propos w Dzienniku czytałam mało entuzjastyczne recencje na temat "Jedz, módl się i kochaj" - "gniotwatego filmidła", jak okresliła ten film jedna z recenzentek, hehe.

              / "Uśpionych" doobejrzę w necie! :)/
            • barbasia1 "Jedz, módl się i kochaj" PS 04.10.10, 15:36

              > gra on też w nowym filmie z Julią Roberts wg hitowej powieści niejakiej imć Gil
              > bert "Jedz, módl się i kochaj" - i to gra męza bohaterki, który ją wcale nie kr
              > ęci :]

              Wczytałam się wczoraj w recenzje dzennikowe filmu "Jedz, mógl się... " raz jeszcze i przypomniałam sobie, że mąż przestał panią kręcić, bo pani przejrzała na oczy, zobaczyła, że związała się z wiecznym Piotrusiem Panem, kórego dłuzej już ściepieć nie może... ( a jednak uroda to nie wszytsko! ;))

              A po rozwodzie wchodzi w związek z młodszym od siebie miłosnikiem Indii, o jeszcze przystojniejszej twarzy Javiera Bardema!
              :)



              • maniaczytania Re: "Jedz, módl się i kochaj" PS 04.10.10, 20:22
                barbasia1 napisała:

                >
                > > gra on też w nowym filmie z Julią Roberts wg hitowej powieści niejakiej i
                > mć Gil
                > > bert "Jedz, módl się i kochaj" - i to gra męza bohaterki, który ją wcale
                > nie kr
                > > ęci :]
                >
                > Wczytałam się wczoraj w recenzje dzennikowe filmu "Jedz, mógl się... " raz jes
                > zcze i przypomniałam sobie, że mąż przestał panią kręcić, bo pani przejrzała na
                > oczy, zobaczyła, że związała się z wiecznym Piotrusiem Panem, kórego dłuzej j
                > uż ściepieć nie może... ( a jednak uroda to nie wszytsko! ;))

                Jakos tak wszystkie recenzje tego filmu malo zachecajace hehe; ale mysle Barbasiu, ze my dwie to powinnysmy dac rade go obejrzec - ze wzgledu na Crudupa oczywiscie, ale i Jamesa Franco :)


                > A po rozwodzie wchodzi w związek z młodszym od siebie miłosnikiem Indii, o jesz
                > cze przystojniejszej twarzy Javiera Bardema!
                > :)

                Javier Bardem dla mnie juz nigdy przystojny nie bedzie ;)*


                *po tym, jak obejrzalam "To nie jest kraj dla starych ludzi"
                • barbasia1 Re: "Jedz, módl się i kochaj" PS 05.10.10, 15:54
                  maniaczytania napisała:

                  Jeśli James Franco to koniecznie! ;))

                  > Javier Bardem dla mnie juz nigdy przystojny nie bedzie ;)*
                  > *po tym, jak obejrzalam "To nie jest kraj dla starych ludzi"

                  O!
                  "To nie jest kraj dla starych ludzi" to kolejna pozycja na liście filmów, które muszę koniecznie obejrzeć (tylko czytałam o tym filmie). Zaintrygowałś mnie, Maniu!!!

                  :)
          • maniaczytania Uspieni - slow kilka 04.10.10, 19:57
            Nie zamierzalam tak do konca, ale jednak wciagnelam sie i obejrzalam caly.
            Na temat fabuly nie bede nic pisac, napisze o czyms innym.

            Po pierwsze Billy Crudup :) - no zesz, czemu ja jak to pierwszy raz widzialam nie zwrocilam na niego uwagi??? (W dlugich wlosach wygladal interesujaco :) ) Dla scislosci Brada Pitta nie darzylam wtedy estyma zadna, z nich wszystkich to chyba najbardziej w tym czasie za ... Baconem bylam ;)
            Po drugie Minnie Driver - toz ona teraz wyglada sto razy ladniej ( a troche czasu minelo).

            Po trzecie i najwazniejsze - z wieloma filmami ogladanymi te nascie i dziescia lat temu jest tak, ze nie da sie ich ogladac w dzisiejszych czasach postepu techniki i efektow specjalnych.
            Tego filmu to nie dotyczy - znakomicie zrobiony film!
            • grek.grek Re: Uspieni - slow kilka 05.10.10, 11:42
              po kilku latach także i człek nabiera dystansu i może stwierdzić z czystym sumieniem, że film, który kiedyś wydawał się całkiem dobry i poruszający jest po prostu nieudany.
              Ktoś niedawno pisał, a ja gdzieś to przeczytałem, że teraz b trudno o film kiepsko zrobiony, niemal wszystkie są zrobione dobrze, zwłaszcza takie, co trafiają do szerszej dystrybucji, nie jakieś offy i inne blair witch project, tylko normalne, regularne fabuły.
              Rzecz teraz polega na tym, żeby historia była istotna, dobrze napisana, wiarygodna, mająća odpowiednie do gatunku, w którym się lokuje : napięcie/emocje/filozofię/przekaz intelektualny/psychologię/nawet sensowną i nie-otwarcie-idiotyczną akcję/humor itd./itp
              Imo, Uśpieni po prostu są plastikowi, są cepelią, dobrze się oglądać dają, ale jak się przyjrzeć poszczególnym częsciom składowym samego filmu, odzierając go ze znanych gąb aktorskich, fajnego dźwięku, montażu itd, pozbawić efektownego celofanu, to zostaje skandalicznie mało
              rzetelnej, surowej treści, a za to sporo uproszczeń i skrótowców, manieryzm doprowadzony do skrajności.
              Właściwie jedynym ciekawym motywem, który się broni po latach jest dylemat księdza, który zostaje poproszony o kłamstwo pod przysięgą, żeby ratować morderców, swoich dawnych wychowanków, którzy zabili z zemsty. A i to pokazane w sposób najmniej wyszukany z możliwych, wykorzystane i zostawione jakby nigdy nic - bez konsekwencji w postaci choćby konfrontacji tych dwóch chłopaków z księdzem [ ale tu trzeba by się wysilić i wyobrazić sobie, co interesującego i ważnego, po wszystkim, po tym jak dla nich popełnił, w optyce swojej wiary i powołania, cięzki grzech mógłby im powiedzieć, i żeby nie był to jakiś fakin'truizm] i gdyby The one i only Bobby nie zagrał tego po swojemu i nie nasycił swoją osobowością ekranową, to by zgineło w tłumie, a tak to nawet ja zapamiętam całą akcję ;]
              • maniaczytania Re: Uspieni - slow kilka 05.10.10, 20:12
                A ja pozwole sie z Toba nie zgodzic :)
                Po pierwsze nawet i dzisiejsze filmy za pare lat beda niestrawne "efektowo" (przyklad - "Matrix" chociazby). Po drugie wazne to, co napisales, czego sami oczekujemy od filmu - ja np. oczekuje tego, ze historia opowiedziana mnie wciagnie, porwie, sprawi, ze nie bede myslala o tym, co mam jutro kupic na obiad, w jakim innym filmie gral ten aktor itp.
                Nie rozbieram filmow na czynniki pierwsze, chyba ze rzeczywiscie te czesci skladowe zasluguja na wyroznienie.
                I dlatego uwazam wlasnie, ze ten film sie obronil, ze nie jest sztuczny, plastikowy, "amerykanski". Historia jest bardzo ciekawa, swietnie jest pokazane jak w kilka chwil przyjemne w miare zycie moze przeksztalcic sie w koszmar, jak koszmar moze zmienic milych :lobuziakow: w prawdziwych przestepcow i ze tak naprawde pewnych rzeczy nie da sie zapomniec i pchnac gdzies na boku.
                A de Niro niezbyt lubie i tu tez mi jakos przeszkadzal, za to Dustin Hoffman byl niezly.
                • maniaczytania Re: Uspieni - slow kilka 05.10.10, 20:13
                  maniaczytania napisała:

                  > i ze tak naprawde pewnych rzeczy nie da sie zapomniec i pchnac gdzies na boku.

                  Upchnac mialo byc :)
                • grek.grek Re: Uspieni - slow kilka 06.10.10, 12:01
                  O, bardzo proszę :]

                  W takim układzie, zgodzimy się zatem, ze historia, sama w sobie - jest niegłupia. ale już nie mogę się z Tobą zgodzić co do sposobu jej przedstawienia, wg mnie za dużo było rzeczy
                  naciągniętych i w sumie drażniąca była sama maniera reżyserska. bez zgrzytów przeszedł okres dzieciństwa tych chłopaków, to było orajt, to mi się podobało, do momentu kiedy poszli do tego zakładu zamkniętego, a potem już współczesnie - zabójstwa, proces, wszystkie te triki. same zabiegi na sali sądowej - dawny strażnik, który się sam z siebie rozkleja i wkopuje, ksiądz który ma bilety na mecz, trzy bilety i świadczy, że był tam z oskarżonymi i wszyscy mu wierzą, chociaż przecież nie jest na tych biletach napisane, że oni tam byli, a słowo księdza nie musi być przyjmowane za prawdę przez aklamację i w zasadzie zeznania księdza - w filmie kluczowe i decydujące dla uniewinnienia - są funta kłaków warte, żaden sąd by ich nie przyjął jako przesądzający dowód, bo są wyłącznie słowami...; jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, szef czarnych gangusów jest bratem kolegi chłopców, zabitego w tym zakładzie przez strażników i co ciekawe jeden z eks-strażników ma u niego dług; cała ta mistyfikacja procesowa uknuta w celu ratowania oskarżonych... bardzo efektowna, ale jednocześnie im efektowniejsza i im sprawniej realizowana, tym mniej wiarygodna i trzymająca się kupy - już nawet nie wspomnę o tym, jakimż to cudem zatrudnienie przez oskarżonych największej ofermy i ochlapusa jako adwokata nie wzbudziło niczyich podejrzeń; para wówczas jedząca obiad w barze daje zeznania, które zostają odrzucone, bo babce adwokat wypomina, że wypiła dwie lampki wina : nikt nie pyta, jakim cudem, skoro oskarżeni byli na meczu, babka jednak jest w stanie ich wskazać na sali rozpraw ? dlaczego jej partner też ich wskazuje, a na niego przecież nie mają nic, żadnego wina, ani nawet piwka ;] zbyt koncertowo to idzie, zbyt misternie i zbyt bezproblemowo.
                  i brakowało mi poglębienia osobowości postaci granej przez Bacona. przedstawiono ją jak przedmiot, a nie podmiot.
                  • maniaczytania Re: Uspieni - slow kilka 06.10.10, 21:22
                    Dzis nie mam czasu, ale jutro sie odniose - cos mi sie zdaje, ze albo duzo zapomniales, albo niezbyt uwaznie ogladales :)
                  • maniaczytania Re: Uspieni - to probuje :) 07.10.10, 20:18
                    Przede wszystkim - w czesci wspolczesnej jedynym przypadkiem lub zbiegiem okolicznosci bylo to, ze pamietnej nocy w barze Tommy (Billy Crudup) i Johnny (Ron Eldard) spotkali straznika Bacona i go zabili.
                    To przyspieszylo najwazniejszy motyw zemste -i tu wielki symbol - "Hrabia Monte Christo" - dziwie sie, ze nie zauwazyles tego symbolu - przeciez lubisz takie rzeczy? :) na nim opiera sie cala akcja wspolczesna. Ta ksiazka, ktora dostal Lorenzo od nauczyciela w poprawczaku i ktora chlopcy czytali i ktora pomogla im przetrwac najgorsze momenty (mysl o tym, ze hrabiemu udalo sie wreszcie uciec trzymala ich przy zyciu) trafila w koncu w rece Michaela (Brad Pitt). Michael po wyjsciu z poprawczaka czytal ja w kolko i w kolko obmyslajac plan zemsty na WSZYSTKICH czterech straznikach, ktorzy ich przesladowali, podobnie jak po wielu latach wreszcie i hrabia zemscil sie na swym dawnym przyjacielu. Dlatego Michael zostal prokuratorem, dlatego zgromadzil o straznikach wiedze, ktora potem wykorzystal. Waznym ogniwem w tym wszystkim jest tez mafioso, u ktorego chlopcy "pracowali" - Krol Benny.
                    A teraz szczegolowo:

                    grek.grek napisał:
                    "a potem już współczesnie - zabójstwa, proces, wszystkie te triki. same zabiegi na sali sądowej - dawny strażnik, który się sam z siebie rozkleja i wkopuje, "

                    z nazwijmy to "dossier" Michaela wynikalo, ze ten akurat straznik po zakonczeniu pracy w poprawczaku zostal nauczycielem w katolickiej szkole. To moglo sugerowac, ze odczuwac bedzie wyrzuty sumienia, ze bliskie sa mu pojecia winy i kary, ze chcial calkowicie zapomniec o tamtych czasach, co jak wiemy jest niemozliwe, ze nietrudno bedzie go "przycisnac", zeby pekl. Sam zreszta w trakcie swych zeznan powiedzial, ze czas wreszcie z tym skonczyc, czas wszystko wyjawic.


                    "ksiądz który ma bilety na mecz, trzy bilety i świadczy, że był tam z oskarżonymi i wszyscy mu wierzą, chociaż przecież nie jest na tych biletach napisane, że oni tam byli, a słowo księdza nie musi być przyjmowane za prawdę przez aklamację i w zasadzie zeznania księdza - w filmie kluczowe i decydujące dla uniewinnienia - są funta kłaków warte, żaden sąd by ich nie przyjął jako przesądzający dowód, bo są wyłącznie słowami."

                    A tu, do czego jeszcze wroce za chwile, chodzilo o to, ze Michael - prokurator wiedzial, ze w sadzie nie liczy sie prawda, tylko to, w co uwierza lawnicy. Dlatego kazal Lorenzo znalezc wiarygodnego wzbudzajacego zaufanie swiadka.


                    " ..; jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, szef czarnych gangusów jest bratem kolegi chłopców, zabitego w tym zakładzie przez strażników i co ciekawe jeden z eks-strażników ma u niego dług; "

                    tu nie bylo zadnego zbiegu okolicznosci - czarny chlopak zabity w poprawczaku trafil tam pewnie dlatego, ze byl z rodziny czarnych, jak to nazwales, gangusow. Byl najlepszym pilkarzem i chlopcy namowili go, zeby w meczu ze straznikami zagral tak, jak potrafi. Potem straznicy po przegranym meczu skatowali go i zmarl - rodzinie powiedziano, ze na zapalenie pluc. Jeden z eks-straznikow mial dlugi, ktore na prosbe Michaela wykupil Krol Benny. I Krol Benny udal sie do szefa czarnych gangusow i oddal mu ten dlug mowiac, ze to ten straznik odpowiada za smierc jego brata (zreszta niezla scena - spotkanie dwoch szefow gangow).

                    "cała ta mistyfikacja procesowa uknuta w celu ratowania oskarżonych... bardzo efektowna, ale jednocześnie im efektowniejsza i im sprawniej realizowana, tym mniej wiarygodna i trzymająca się kupy - już nawet nie wspomnę o tym, jakimż to cudem zatrudnienie przez oskarżonych największej ofermy i ochlapusa jako adwokata nie wzbudziło niczyich podejrzeń; "

                    wlasnie to bylo fajne, cala misternosc tej intrygi, to, zeby oskarzeni mysleli, ze ich dawny kumpel jest teraz swinia, co ich oskarza (dowiedzieli sie o roli Michaela dopiero po koncu procesu), ten adwokat ochlapus, ktory tylko odczytywal pytania napisane przez Michaela


                    "para wówczas jedząca obiad w barze daje zeznania, które zostają odrzucone, bo babce adwokat wypomina, że wypiła dwie lampki wina : nikt nie pyta, jakim cudem, skoro oskarżeni byli na meczu, babka jednak jest w stanie ich wskazać na sali rozpraw ? dlaczego jej partner też ich wskazuje, a na niego przecież nie mają nic, żadnego wina, ani nawet piwka ;] zbyt koncertowo to idzie, zbyt misternie i zbyt bezproblemowo."

                    Bo, jak juz wspomnialam - nie liczyla sie prawda, tylko to, w co uwierzy lawa przysieglych. (z tego powodu Michael po tym procesie zrezygnowal z zawodu).Zeznania kobiety byly latwe do obalenia, takie sa zreszta sztuczki adwokatow. Mezczyzny zreszta tez, bo on siedzial tylem. A po zeznaniach ksiedza nikt ich juz nie zestawial z wczesniejszymi zeznaniami innych osob. Zreszta akurat ksiadz byl jedynym swiadkiem wezwanym przez obrone, wiec i tak z zalozenia zeznawal na koncu po swiadkach oskarzenia.


                    " i brakowało mi poglębienia osobowości postaci granej przez Bacona. przedstawiono ją jak przedmiot, a nie podmiot."

                    O, to dokladnie tak, jak on traktowal chlopcow z poprawczaka, nie bylo potrzeby poglebiania jego osobowosci jak dla mnie.

                    Uff, ale sie napisalam! :)
                    Ale to dlatego, ze niewiele sama pamietalam z pierwszego ogladania, a teraz obejrzalam od poczatku do konca dosc swiadomie :))) i spodobal mi sie jeszcze bardziej.
                    • grek.grek Re: Uspieni - to probuje :) 08.10.10, 12:51
                      "Hrabia" - orajt, motyw przeprowadzenia całej akcji : rozumiem :]

                      z tym samoczynnie nagłą ekspiacją eks-strażnika - też, znaczy się : rozumiem Twój pkt widzenia, jest w miarę racjonalny; ALE jednak nadal wydaje mi się trochę "sztukowany".

                      a'propos czarnego brata czarnego chłopca, co został zabity w poprawczaku - wiesz, takie powiązanie mi się wydało zbyt... "familiarne", zbyt "w gronie zainteresowanych" : eks-strażnik, winny molestowania i śmierci ma dług akurat u gangusa, który zna wszystkich molestowanych chłopców i im pomaga, i akurat gangusem, któremu da się ten dług "odsprzedać", jest brat chłopca zamordowanego przez eks-strażnika. takie trochę za duże stężenie, przypadkowo korzystnych dla przeprowadzenia planu usunięcia człowieka, ustyuowań... nazwijmy to - społeczno-zawodowo-biznesowych :]

                      ja wiem, ochlapus był figurantem, czy nikogo nie dziwi, ze wszystkie odpowiedzi świadków były dokładnie takie, jak w założeniu Michaela i ochlapus nie musiał ani razu improwizować, starając się dostosować do nieoczekiwanej, nieprzewidzianej reakcji świadka ? To też mi zgrzytało :]
                      konstrukcja mogłaby się zachwiać od takiej niespodzianki, ale przecież nie musiałaby od razu runąć :], może scenarzysta po prostu uznał, że łatwiej będzie przełknąć fakt, że takim jak ja coś zazgrzyta niż zaryzykować jakąś komplikację fabuły, oddalającą od niej podejrzenie papierowości, a potem robić rozpaczliwe fikołki, żeby z tego wybrnąć - uznał chyba, że mniej szkodliwe będzie po prostu pominięcie :]

                      a'propos zeznań księdza i tego, ze, jak słusznie piszesz, "ława decyduje co jest prawdą" - oglądałem "dwunastu gniewnych ludzi" :], w ktorym jeden człowiek zauważa małą nieścisłość w zeznaniach ludzi wezwanych przed sąd i w aktach sprawy, i dzięki temu, koniec końców, zapada słuszny wyrok, ratujący ludzkie życie. Tutaj ława przysięgłych, to jakieś dwanaście mumii, które kupują najcięższy kit i służa reżyserowi i scenarzyście do tego, żeby klepnęły, to co oni zaakceptowali sami, to nie są postaci, tylko powiernicy twórców filmu. To wielki minus.

                      Brak reakcji sędziego, brak dopytania adwokata - "proszę księdza, ale dlaczego mamy w pańskie słowo uwierzyć ?", Michael podnosi bilety do góry i uznaje się za pokonanego - ofk, wiemy dlaczego, ale przecież to jest tak grubymi nićmi szyte, to jest przejaw takiej niekompetencji prawniczej, że aż dziw, iż sędzia sam nie dopytał ;] że ława po prostu wzięła go na wiarę - zgadzam się z Twoim wywodem, że Michael na to liczył, ale tak nie postąpiłaby żadna ława przysięgłych, nawet w Ameryce ;] Żadna. Ksiądz nie przedstawił żadnego dowodu, że zabójcy byli z na meczu, bo sam fakt posiadania trzech biletów na ten mecz nie jest dowodem. Ława, sędziowie, opinia publiczna, wszyscy zostali potraktowani przez scenarzystę jak marionetki, byle się scenariusz domknął i wyglądał dostatecznie efektownie. Niestety, wg mnie, także i my, widzowie zostaliśmy nabici w butlę :]



                      • maniaczytania Re: Uspieni - lecimy dalej :) 08.10.10, 18:20
                        grek.grek napisał:

                        > z tym samoczynnie nagłą ekspiacją eks-strażnika - też, znaczy się : rozumiem Twój pkt widzenia, jest w miarę racjonalny; ALE jednak nadal wydaje mi się trochę "sztukowany".

                        Mnie sie wydaje, ze jednak nie tak do konca. Pamietaj, ze nie wszyscy ci czterej straznicy byli z gruntu zli, sadysta prawdziwym i zdeklarowanym byl Bacon, pozostali roznie. Akurat chyba ten pracowal w poprawczaku tylko na chwile, nie pamietam dokladnie, ale kazdy straznik bylo "omowiony" kim jest i dlaczego tam pracuje. Mozliwe wiec, ze po prostu uczestniczyl w tych aktach brutalnosci i molestowania, zeby nie podpasc kolegom straznikom, a w sumie to wcale nie chcial. I dlatego wyrzuty sumienia i usilne proby zapomnienia o tym, ze bylo sie zlym, spowodowaly "ekspiacje".


                        > a'propos czarnego brata czarnego chłopca, co został zabity w poprawczaku - wiesz, takie powiązanie mi się wydało zbyt... "familiarne", zbyt "w gronie zainteresowanych" : eks-strażnik, winny molestowania i śmierci ma dług akurat u gangusa, który zna wszystkich molestowanych chłopców i im pomaga, i akurat gangusem, któremu da się ten dług "odsprzedać", jest brat chłopca zamordowanego przez eks- strażnika. takie trochę za duże stężenie, przypadkowo korzystnych dla przeprowadzenia planu usunięcia człowieka, ustyuowań... nazwijmy to - społeczno-zawodowo -biznesowych :]


                        Ojej, chyba zle tlumacze, sprobuje jeszcze raz. Tu nie bylo przypadkowo korzystnych usytuowan. Akurat ten straznik byl hazardzista, dlugi robil latwo. Na prosbe Michaela gangster, ktory pomagal chlopcom, odkupil jego dlug (to byla czesc zemsty) i odsprzedal/oddal czarnoskoremu, bo doskonale wiedzial, ze to brat tego zabitego chlopaka i wiedzial, ze ten wykorzysta okazje "odbioru dlugu" do zemsty za brata. On nie trafil do czarnoskorego przypadkiem!
                        Czyli to nie bylo tak, jak piszesz, ze straznik mial dlug akurat u tego gangstera i ze czarny gangster, ktory odkupil ten dlug byl akurat bratem zabitego. Mam nadzieje, ze teraz mi sie udalo :)


                        > ja wiem, ochlapus był figurantem, czy nikogo nie dziwi, ze wszystkie odpowiedzi
                        > świadków były dokładnie takie, jak w założeniu Michaela i ochlapus nie musiał
                        > ani razu improwizować, starając się dostosować do nieoczekiwanej, nieprzewidzia
                        > nej reakcji świadka ? To też mi zgrzytało :]

                        No nie, przeciez byly momenty, kiedy ochlapus improwizowal i to ze dwa razy :)


                        > a'propos zeznań księdza i tego, ze, jak słusznie piszesz, "ława decyduje co jest prawdą" - oglądałem "dwunastu gniewnych ludzi" :], w ktorym jeden człowiek zauważa małą nieścisłość w zeznaniach ludzi wezwanych przed sąd i w aktach sprawy, i dzięki temu, koniec końców, zapada słuszny wyrok, ratujący ludzkie życie. Tutaj ława przysięgłych, to jakieś dwanaście mumii, które kupują najcięższy kit i służa reżyserowi i scenarzyście do tego, żeby klepnęły, to co oni zaakceptowali sami, to nie są postaci, tylko powiernicy twórców filmu. To wielki minus.

                        Pamietaj, ze film jest podobno na faktach!


                        > Brak reakcji sędziego, brak dopytania adwokata - "proszę księdza, ale dlaczego mamy w pańskie słowo uwierzyć ?", Michael podnosi bilety do góry i uznaje się za pokonanego - ofk, wiemy dlaczego, ale przecież to jest tak grubymi nićmi szyte, to jest przejaw takiej niekompetencji prawniczej, że aż dziw, iż sędzia sam nie dopytał ;] że ława po prostu wzięła go na wiarę - zgadzam się z Twoim wywodem, że Michael na to liczył, ale tak nie postąpiłaby żadna ława przysięgłych, nawet w Ameryce ;] Żadna. Ksiądz nie przedstawił żadnego dowodu, że zabójcy byli z na meczu, bo sam fakt posiadania trzech biletów na ten mecz nie jest dowodem. Ława, sędziowie, opinia publiczna, wszyscy zostali potraktowani przez scenarzystę jak marionetki, byle się scenariusz domknął i wyglądał dostatecznie efektownie. Niestety, wg mnie, także i my, widzowie zostaliśmy nabici w butlę :]

                        O ile sie nie myle, sedzia w USA w procesie z lawa przysieglych nie jest od zadawania pytan, tylko od czuwania nad prawidlowym przebiegiem procesu, wiec nie mogl zapytac.
                        Ale w tym jednym masz racje - zeznania ksiedza byly malo przekonujace, ten element byl najslabszy. A z ta zadna lawa - no nie wiem, pamietaj, ze najczesciej lawnicy chca jak najszybciej wrocic do domu i miec z glowy :)

                        A tak w ogole to fajna dyskusja nam sie rozwinela, juz dawno az tyle nie napisalam :)))
                        • grek.grek Re: Uspieni - lecimy dalej :) 09.10.10, 13:19
                          wiesz, tak trochę go nagle przypiliło ;] nikt go nie cisnął, sam sie rozbeczał... zauważ - minęło 20 LAT [dobrze mówię, 20 ?, coś koło tego chyba ], i on przez 20 lat nie doszedł do tego, ze coś go uwiera ? Doszedł do tego akurat w takim momencie ? Trochę to "sztukowane" jednak :]

                          orajt, z tym długiem faktycznie przegapiłem, że został najpierw odkupiony, a potem odsprzedany. Zatem - punkt dla Ciebie i dzięki za wyjaśnienie :]

                          Drugi punkt zatem dla Ciebie, umknęło mi gdzieś to improwizowanie, pamiętam tylko, ze ochlapus nie mógł odnaleźć jakiegoś pytania na kartce i Michael się zdenerwował i pod nosem je powtarzał [ uwielbiam te zabiegi kina amerykańskiego - te wymowne spojrzenia, zachowania słowa, które widz widzi, bo musi i powinien, a postaci na ekranie nie zauważają, o ile im akurat scenariusz na to nie pozwala - pełna sala i nikt nie dostrzega, że Michael klepie pod nosem w stresie, kiedy akurat ochlapus się gubi ] niemniej - nadal wydaje mi się, ze były to kosmetyczne zabiegi; wiesz, nie chodzi o jakiś totalny collapse, z którego facet wychodzi trzymając się jedną ręką parapetu wisząc nad przepaścią, ale o to, żeby aż tak gładko nie szło. dlatego, wg mnie, cały ten dramat procesowy jest bardzo plastikowy.

                          hehe, wiesz, z tym "dopytaniem przez ławę/sędziego", to sobie ":]", czyli przyżarciłem, ale fakt faktem, że ława miałaby poważne wątpliwości i nie wierzę, że przyjęłaby - w sprawie o morderstwo - takiego dowodu niewinności. Po prostu, sama akcja z księdzem, z tym że dla dobra sprawy skłamał i efektownością jego wyskoku z tymi biletami na mecz tak się spodobała scenarzyście, ze uznał, iż widzowie trafieni tym, wg niego - zgrabnym zabiegiem nie dostrzegą, że był on bardzo wątpliwy z pkt widzenia logiki.
                          Jak pisałem, "dwunastu gniewnych ludzi" było wiwisekcją działania ław przysięgłych - pierwszym rzutem oka za kulisy. Tutaj nie wchodziła w grę żadna podściółka, np wątek rasistowski, albo seksistowski, albo jakiś potencjalny zamach na wartości społeczne czy narodowe paranoje, co mogłoby sterować niektórymi członkami ławy i sprowadzać rzecz całą do starcia ideologicznego, a nie merytorycznego, motywować werdykt, skłaniać do niezadawania pewnych pytań albo niezauważania faktów, a do przepychanek pozamerytorycznych; tutaj była prosta piłka - rada miała prawo być trzeźwa całkowicie, a jednak nikt nikomu KORONNY dowód obrony nie wydał się wątpliwy :], choć przecież na pierwszy rzut oka takim był. Ława to dwanaście osób, związanych przysięgą, zwykle poważnie traktujących swoje obowiązki. Uważam, że przy racjonalnym potraktowaniu tematu nie uniewinniliby ich. Decyzja musi być podjęta jednomyślnie, nie wierze, że zebrałoby się dwunastu konformistów i wszyscy przeszliby do porządku dziennego nad tym, co powiedział ksiądz, nie wierzę też że wszyscy uwierzyli księdzu, z tego powodu, że ich oślepił jego autorytet - nie chodzi nawet o to, chodzi o wątpliwości, a one wystarczą. Wg mnie, a był to kulminacyjny, najważniejszy moment procesu - decydujące zeznanie, jesli w takim momencie pojawia się taka sytuacja - film traci gros ze swojej wymowy i wygląda na rozstrzygnięty metodą "na upartego" - ładnie, z fleszem, ale bezmyślnie :]
                          widzę, że zgadzamy się w dużym stopniu w tej sprawie :]

                          Hehe, wreszcie się zmoblizowałaś, żeby się udzielać we właściwej proporcji, dobry znak :]
                          • maniaczytania Re: Uspieni - lecimy dalej :) 09.10.10, 13:49
                            grek.grek napisał:

                            > wiesz, tak trochę go nagle przypiliło ;] nikt go nie cisnął, sam sie rozbeczał. .. zauważ - minęło 20 LAT [dobrze mówię, 20 ?, coś koło tego chyba ], i on przez 20 lat nie doszedł do tego, ze coś go uwiera ? Doszedł do tego akurat w takim momencie ? Trochę to "sztukowane" jednak :]

                            No dobra, powalcze jeszcze o trzeci punkt :) Czy to bylo nagle? On byl raczej "miekki" i dlatego Michael jego wybral specjalnie jako swiadka oskarzenia, bo przypuszczal, ze peknie, choc roznie moglo byc. A czy przez 20 lat nie doszedl? Zwroc uwage na to, ze on przez te 20 lat probowal najwyrazniej zapomniec o tym, co zrobil, stad zwrocenie sie ku szkole katolickiej, bycie "dobrym" szanowanym nauczycielem ( pewnie i koniec kariery wychowawczej tez mu sie przed oczami przewinal), stad jego slowa - "Niech to sie wreszcie skonczy", swiadczace o tym, ze jednak myslal o tym i zdawal sobie z tego sprawe. A tu nagle po 20 latach idzie zeznawac w procesie, nie przypuszczajac, ze ktokolwiek bedzie znal tajemnice sprzed lat i dlatego po kilku pytaniach kilka razy powtorzonych pekl, bo juz po prostu przelalo sie w nim poczucie winy, gnebiace go od wielu lat. W odwrotnej sytuacji Kevin Bacon by nie pekl ( fajny film by wtedy mogl wyjsc :) )
                            • grek.grek Re: Uspieni - lecimy dalej :) 10.10.10, 13:09
                              no orajt, powiedzmy, ze się to jakoś tam spina, przy odpowiedniej dozie serdeczności wobec twórców scenariusza :]

                              dokładnie tak, z Baconem byłoby trudniej, ale i chyba cięzej byłoby ugryźć taki film - z nim jako oskarżony, na etapie pisania; dlatego, tym bardziej żałuję, że tak łatwo poddał się ten strażnik, niezależnie od przyczyn racjonalnych bardziej lub mniej, bo to mógł być ciekawy wątek.
    • grek.grek niedziela i nędzy programowej cd ;] 03.10.10, 14:12
      by się chciało coś polecić, ale, kurde balans, nie ma specjalnie czego się uczepić...

      "Synalek" [polsat, 23:00] - schematyczny thriller o brzydkim bachorze, który zagraża własnej rodzinie, bo lubi gryźć innych po kostkach. atrakcją głowną jest Kevin sam w domu, czyli Culkin, w roli całkowicie zaprzeczającej jego wizerunkowi kevinowemu; co ciekawe, jest to rola z tamtego okresu w jego filmowej karierze. kto się przywiązał do Kevina-Culkina będzie zaskoczony ;]

      poza tym, to nie znam, albo nie widziałem, albo nie chcę oglądać, czymkolwiek jest to, co widzę w ramówce.
      TVN daje hicior z Czakiemnorisem i to jakoś tak ładnie, symbolicznie wskazuje na poziom propozycji na dziś.
      • barbasia1 Re: niedziela i nędzy programowej cd ;] 03.10.10, 14:22
        Tak źle to już dawno nie było!

        :)
        • ewa9717 Re: niedziela i nędzy programowej cd ;] 03.10.10, 14:57
          No, taka "Lalka" na przykład, serial niezły, ale nie dość, że lata w kółko, to teraz jeszcze na dwóch programach jednocześnie ;)
        • maniaczytania Re: niedziela i nędzy programowej cd ;] 03.10.10, 20:26
          eee, na Jedynce ma byc "Afera Thomasa Crowna" z Piercem Brosnanem i Renee Russo
          i z genialna wprost muzyka!
          • barbasia1 Re: niedziela i nędzy programowej cd ;] 04.10.10, 14:56
            "Afera Thomasa Crowna" z Piercem Brosnanem i Renee Russo
            - Obsada naprawdę niezła! Ogladąłaś Maniu?

            A ja okiem rzuciłam na galę Nike 2010 w Dwójce. Z kronikarskiego obowiązku powiem, że Nagrodę dostał Tadeusz Słobodzianek za dramat "Nasza klasa. Historia w XIV".
            wyborcza.pl/1,91446,8459964,Tadeusz_Slobodzianek_laureatem_Nike.html



    • grek.grek wreszcie coś... "Scarface", dwójka dziś. 04.10.10, 13:38
      jak nie było, tak nie było, a jak jest, to porządnie jest :]

      "Scarface" w 2-ce dzisiaj, 22:55. Polecam bardzo. świetne kino gangsterskie, świetna historia kryminalnego self-made mana - od kubańskiego emigranta do bossa mafii na Florydzie; jakby to ktoś naukowy napisał - studium, tudziez wiwisekcja zmian osobowościowych pod wpływem prostacko pojmowanego sukcesu osobistego; świetne aktorstwo z Pacino i... Miami w rolach głównej, szczytowe osiągnięcie reżyserskie De Palmy. must-see :]
      • pepsic "Rewolwer" polsat 22.15 04.10.10, 14:00
        Nieźle zapowiada się również czarna komedia pt. "Rewolwer ". Sądząc po głównym wykonawcy (Maniu! Statham) i reżyserze (Guy Ritchie) można spodziewać się klimatów doskonałego "Przekrętu".
        • barbasia1 Re: "Rewolwer" polsat 22.15 04.10.10, 14:32
          Właśnie miałam napisać o "Rewolwerze" Guya Ritchiego, wypatrzyłam go wczoraj w programie, ale chyba jednak na "Człowieka z blizną" i Ala Pacino popatrzę .

          Greku, " Scarface" kończy się straszliwie późno, czy wobec tego mogłabym liczyć, że opowiesz mi / nam ciąg dalszy , a konkretniej z jakaś 'większą' ;) połowę filmu??? /Mogę opisać początek!!!/

          :)
          • grek.grek Re: "Rewolwer" polsat 22.15 04.10.10, 14:59
            odpowiem znanym tekstem ślepego konia szykującego się do Wielkiej Pardubickiej : nie widzę przeszkód :]

            [ najpewniej będę nagrywał, więc napiszę po obejrzeniu ]
            • barbasia1 Re: "Rewolwer" polsat 22.15 04.10.10, 15:13
              haha (niezmiennie bardzo śmieszy mnie ten tekst :)

              Dzięki Ci Greku!
              Niech Ci dobry los ześle kupon na dużego lotka z sześcioma trafieniami! :)

              Tak, tak, najlepiej nagraj!
              Będę czekać raczej cierpliwie.

              :)
        • maniaczytania Re: "Rewolwer" polsat 22.15 04.10.10, 20:20
          pepsic napisała:

          > Nieźle zapowiada się również czarna komedia pt. "Rewolwer ". Sądząc po głównym
          > wykonawcy (Maniu! Statham) i reżyserze (Guy Ritchie) można spodziewać się klim
          > atów doskonałego "Przekrętu".

          Pepsic -dzieki za przypomnienie :) Slyszalam, ze ten film to jeden ze slabszych Ritchiego i nawet myslalam, ze bez Jasona - Pepsic, gdyby nie Ty, to bym go odpuscila, hahaha :)
          • barbasia1 Re: "Rewolwer" i "Scarface" 05.10.10, 14:47
            No i jak wypadł Guy'owi "Rewolwer"?

            Z przyjemnością obejrzałam kawał "Scarface" (do wyprawy Tony'ego (Ala) do Ameryki Południowej, do miejscowego producenta narkotyków) i pewnie żałowałabym, że nie widziałam całości, gdyby nie Twoja obietnica, że dopowiesz ciąg dalszy,
            dawno nic nie opowiadałeś nam, Greku! :))
            Ale zanim Ty, Greku, ja opowiem, co się działo na początku ...
            :)
            • grek.grek Re: "Rewolwer" i "Scarface" 05.10.10, 15:11
              własnie, może jakąś recenzyją byście zarzucili/ły ? :]

              Barbasiu, obejrzałem już kawałek - cholewa, jak ja nie znoszę kawałkowania filmu, co go mam nagrany, ale... czasami jakoś tak wypada - i powiem Ci, ze mnie się jeszcze bardziej podoba niż za drugim razem, może po częsci dlatego, ze widziałem go strasznie dawno temu ostatni raz; póki co, jest jak wino, z każdą 5-latką coraz lepszy, bo jakos tak co 5 lat średnio go widuję ;]
              niezmiennie uderza mnie, jak De Palma potrafi rewelacyjnie trzymać nastrój przez cały film, buduje go szybko, wznosi wysoko, a potem nie pozwala na żadne wahania i opady. Klasa mistrzowska.

              orajt, zatem : ty zapoczątkujesz, a ja opiszę od momentu wyjazdu Tony'ego.
              hehe, no ostatnio oferta, bo już nawet nie tyle pora, nie dawały mi szansy, zeby się grafomańsko uaktwynić ;]
              • barbasia1 Re: "Rewolwer" i "Scarface" 05.10.10, 15:46
                Wiem, rozumiem, ja też tego nie znoszę, człowiek się wybija z rytmu, z nastroju...

                To oznacza jedno - to naprawdę dobry film.

                OK! Tośmy ugodnili! Trochę później, wieczorem pojawi się mój początek, streszczenie powinno pójść sprawinie, notatki robiłam oglądając! :]
                A Ty opowiesz, jak tylko obejrzysz całość!
                :)

                >hehe, no ostatnio oferta, bo już nawet nie tyle pora, nie dawały mi szansy, żeby się >grafomańsko uaktwynić ;]

                Zaczyna mnie naprawdę denerować ta telewizja!

                "Grafomansko"!??? - Eeee, nie znasz się, Greku! ;]
              • barbasia1 "Scarface" część 1. części 1. 06.10.10, 11:34
                To zaczynam / przepraszam za opóźnienia/

                W maju 1980 Fidel Castro otwiera granice Kuby – mówią napisy początkowe - W swej łaskawości Fisel udziela zgody na to, by obywatele mogli dołączyć do swych krewnych w USA. W ciagu 72 godzin! z portu Mariel/albo Marwel na Kubie wypłynęło 3 tysiące łodzi wypełnionych po brzegi ludźmi.
                Nie była to jednak jedyna niespodzianka jaką uszykował El Comandante, okazało się bowiem, że właściele łodzi musieli zabrać nie tylko chętnych do wyjazdu krewnych i znajmoych, ale także uwolnionych z kubanskich więżień kryminalistów (co za szatański pomysł, nieprawdaż!). Do Ameryki przybyło ok. 125 tysięcy kubanczyków, z czego co piąty był przestepcą.

                Pierwsze ujęcia filmu mają chacrakter paradokumantalny, w skrócie ilustrują , to o czym informowałay napisy początkowe. Statki, stateczki, łodzie, wypełnione po brzegi Kubanczykami, starymi, młodymi, dziećmi, rodzinami i ich klamotami odpływają z portu na Kubie, płyną przez wzburzone morze w kierunku ziemi obiecanej, Ameryki, którą symbolizuje dumnie powiewająca na wietrze flaga amerykańska (jedno krótkie ujęcie, flaga filmowana od dołu...)

                Na rzesze przybywających z Kuby czekają już amerykańskie służby emigracyjne, którym pomaga wojsko, policja. Akcja kontroli i rejestracji przebiega dość dość sprawnie, wiadać,że jest dobrze zorganizowana...

                Jednym z przybyłych jest nasz bohater - Antonio Motola (w tej własnie roli świetny Al Pacino). Służby emigracyjne diokładnie wypytują go o wszytsko. Tony zgrywa chojraka, jest pewny siebie, nieco bezczelny, lekko zardziorny. Na pytanie skąd zna angielski, Tony odpowiada, że ojciec był Amerykaninem. Ojciec już nie żyje, matka zreszta tez, rodziny żadnej nie ma. Na pytanie o zawród, odpowiada, że pracował na Kubie jako robotnik budowlany. Potwierdza, że słuzył też w wojsku. Mówi, że nie był ani w więzieniu, ani w psychiatryku. Urzednicy wypytują, go też o orientację seksualną, a konkretnie o to, czy lubi mężczyzn!? i czy nie przebiera się czasem w damskie ciuchy!? Tony, że nie, że skąd! Potem amerykanie przygladaja się uwaznie ejgo twarzy pytają skąd Tony ma bliznę na twarzy, sugeruja zatrovliwie, ze pewnie jakac kobieta go potraktowala swoimi pazurami, a Tony, mówi że to od dzieciństwa, potem przygladaja się tatruażowi w kształcie wideł na dłoni. Jeden z policjantów wyjasnia kolegom, że taka dziara oznacza zabójcę. Wszyscy patrzą uważnie, na Tony’ego, kóry troszkę zaczyna się denerwować i pokrzykiwac, przyznaje się , ze był w więzieu za handel dolarami, które kupował od Kandayjczyka, przesłuchujacy niw eiżą sugerują, że on kropnął tego kanadyjczyka do dolarów. Tony,pokrzykuje jeszcze głośniej, że nie jest bandytą, nie ejst zlodziejem, siedział w więzieniu z powodow politycznych, i że nie nawidzi komunizmu, że w dziurawych ruskich butach :) i coś tam jeszcze i w końcu, że domaga się repektowania swoich praw. Cwani Amerykanie nie dowierzają mu i wysyłają Tony’ego do obozu dla uchodźców, by mu się tam lepiej przyjrzano ...

                ciag dalszy nastąpi za chwilę ! ! ! ! !
                • barbasia1 Re: "Scarface" część 1. części 1. po korekcie 06.10.10, 11:47
                  Korekta :

                  W maju 1980 Fidel Castro otwiera granice Kuby – mówią napisy początkowe - W swej łaskawości Fisel udziela zgody na to, by obywatele mogli dołączyć do swych krewnych w USA. W ciagu 72 godzin! z portu Mariel/ Marwel na Kubie wypłynęło 3 tysiące łodzi wypełnionych po brzegi ludźmi.
                  Nie była to jednak jedyna niespodzianka jaką uszykował El Comandante, okazało się bowiem, że właściele łodzi musieli zabrać nie tylko krewnych i znajmoych, ale także uwolnionych z kubanskich więxień kryminalistów (co za szatański pomysł, nieprawdaż!). Do Ameryki przybyło ok. 125 tysięcy kubanczyków, z czego co piąty był przestepcą.

                  Pierwsze ujęcia filmu mają chacrakter paradokumantalny, w skrócie ilustrują , to o czym informowałay napisy początkowe. Statki, stateczki, łodzie, wypełnione po brzegi Kubanczykami, starymi, młodymi, dziećmi, rodzinami i ich klamotami odpływają z portu na Kubie, płyną przez wzburzone morze, w kierunku Ameryki, którą symbolizuje dumnie powiewająca na wietrze flaga amerykańska (jedno krótkie ujęcie, flaga filmowana od dołu...)

                  Na rzesze przybywających z Kuby czekają już amerykańskie służby emigracyjne, którym pomaga wojsko, policja. Akcja kontroli i rejestracji przebiega dość dość sprawnie, wiadać,że jest dobrze zorganizowana...

                  Jednym z przybyłych jest nasz bohater - Antonio Motola (w tej własnie roli świetny Al Pacino). Służby emigracyjne diokładnie wypytują go o wszytsko. Tony zgrywa chojraka, jest pewny siebie, nieco bezczelny, lekko zardziorny. Na pytanie skąd zna angielski, Tony odpowiada, że ojciec był Amerykaninem. Ojciec już nie żyje, matka zreszta też, a rodziny żadnej nie ma. Na pytanie o zawród, odpowiada, że pracował na Kubie jako robotnik budowlany. Potwierdza, że słuzył też w wojsku. Mówi, że nie był ani w więzieniu, ani w psychiatryku. Urzednicy wypytują, go też o orientację seksualną, a konkretnie o to, czy lubi mężczyzn!? i czy nie przebiera się czasem w damskie ciuchy!? Tony, że nie, że skąd!
                  Potem Amerykanie przyglądają się uważnie jego twarzy, pytają, skąd Tony ma bliznę, pytają żartobliwie, czy to nie ejst sprawa jakieś kobiety i jej pazurów, a Tony, spokojnie, że ma ją od dzieciństwa, potem Amerykanie przyglądają się tatuażowi w kształcie wideł na dłoni. Jeden z urzędników policjantów wyjaśnia , że taka dziara oznacza zabójcę. Wszyscy patrzą bardzo podejrzliwie, na Tony’ego, który troszkę zaczyna się denerwować i w związku z tym pokrzykiwać. Tony przyznaje się w końcu, że był w więzieniu za handel dolarami, które kupował od Kandayjczyka. Przesłuchujący sugerują, że on musił kropnąć tego kanadyjczyka do dolarów. Tony, pokrzykuje coraz głośniej, że nie jest bandytą, nie jest zlodziejem, że siedział w więzieniu z powodow politycznych, i że nienawidzi komunizmu, że w dziurawych ruskich butach musi chodzić :) i coś tam jeszcze tłumaczy.
                  W końcu krzyczy, że domaga się repektowania swoich praw. Cwani Amerykanie nie dowierzają mu i wysyłają Tony’ego do obozu dla uchodźców, by mu się tam lepiej przyjrzano ...

                  :)

                  Ciag dalszy za chwilę !
                  • barbasia1 Re: "Scarface" część 2. części 1. 06.10.10, 13:24
                    Tony więc dostaje się z kumplem, z którym przybył z Kuby od obozu dla uchodźców. Wkrótce za pośrednictwem kumpla , który miał znajomków za murami obozu Tony dostaje korzystną propozycję, by w zamian za szybkie uwolnienie z obozu i robotę, zlikwidował przybyłego właśnie od obozu kubańczyka Emilio Rebengę. Jeden z mieszkających w Ameryce Kubanczycków chce się bowiem zemścić za śmierć krewnego na Rebendze, byłym policjancie i byłym gorliwym wspóprawniku Castro, który ma na sumieniu wiele ofiar na Kubie. Tony zgadza się wielką z chęcią. Mówi – „z przyjemnością zabiję komunistę, a dla zielonej karty mogę go nawet pokroić na kawałki”.

                    Wkrótce (w sierpniu) niespodziewanie wybuchają zamieszki w obozie, w trakcie tych zamieszek ginie Rebenga, cios nożem niepostrzeżenie zadaje oczywiście Tony.
                    Wkróce Tony i jego kuple dostają ku ich wielkiej radości amerykańskie papiery i zostają wypuszczeni z obozu.

                    Tony i ten koleś, z którym przybył z Kuby otrzymują pracę na zmywaku w barze o miłej nazwie Liltte Havana na Florydzie. Tony myjąc stertę naczyń jest oczywiście marudzi. - Nie przyjechałem tu do Ameryki, żeby zapieprzać – mówi, hehe. W czasie przerwy przygladają się rozmarzonym wzrokiem bogatym gościom (handlarzy heroiną) zajeżdżającym z pięknymi laskami „z wielkimi buforami” pod zanajdujący się naprzeciwko ekskluzywny nocny klub o tej samej nazwie, co bar ”Little Havana”. Marzą im się duże pieniądze i ładne laski.

                    Po chwili jeden z kucharzy przynosi wiadomość, że ktoś za barem na nich czeka i chce rozmawiać... Okazuje się, że dwaj goście z mafi narkotykowej przyjachali z propozycją roboty - za 500 dolarów mają rozładować kuter z marihuaną. Tony jest zbulwersowany kwota , którą proponują, mówi że to za mało, że przecież on jest nie byle kto, sprawdził się już w obozie i chce 1000 dolców za noc. Po przemyśleniu goście poponują inną mu zupełnie inną robotę za 5 tysięcy zielonych prezydentów. Mają udać się do holelu „Miami Beach” i kupić 2 kg narkotyków od Kolumbijczyków za pieniądze, które od mafii dostaną. Tę popozycję Tony akceptuje.

                    Na drugi dzień z trzema kumplami, Tony podjeżdża pod hotel Miami Beach, Dwaj zostają w aucie, a Tony z jednym idzie na góre do pokoju, w którym czekają już Kolumbijczycy z towarem. Tony wchodzi, ten drugi zostaje przed drzwiami,w pokoju jest tylko facez z babką, leżąca na kanapie i gapiacą się w telewizor. Tony pyta o towar, facet mówi, że nie ma go przy sobie, ale jest niedaleko, Tony sprytnie mówi, że on kasy tez nie ma przy sobie, ale ma ją niedaleko. Taka sobie miło gawędzą, aż nagle wpada trzech czy czerech uzbrojonych po zęby gości, wciagają kumpla Tony’ego pokoju i przywiazują go z ręce do jakieś ramy, przystawiają igiwery do głów i żądają kasy.
                    Tony się wykręca, nie chce dać. Jeden z gości bierze piłę mechaniczną i grozi, że odetnie kumplowie rękę i nogę jak nie dostanie kasy i robi to (ręka, noga, krewna na ścianie!), kiedy Tony odmawia kategorycznie. I już mają i z Tony’ego zrobić plamę na ścianie, o której to plamie śpiewa urocza Beatka z Bajmu , kiedy wpadają ci dwaj kumple, co w aucie czekali ( jeden z nich to ten przyjaciel z Kuby) i zabijają wszytskich napastników, po czym w trójkę uciekają, bo już coraz wyrażniej słychać wycie suk policyjnych . Tony oczywiście zabiera walichę Kolumbijczyka , w kótrej, jak się okazało były narkotyki.
                    Bezpieczny kontaktuje się z tymi facetami, którzy nadali mu robotę, mówi, że ma i kasę i naroktyki, i że chce je oddać do rąk własnych ich bossa.
                    Tamci nie mają wyjścia, zgadzają się i w ten spsób Tony, wraz z przyjacielem (tym z Kuby) trafiają do rezydencji bosa narkotykowego, który jest pod wrażeniem, akcji Tony’ego i tego, że przywiózł i kasę i towar, chwali spryt, docenia gest i zaprasza na kolację do knajpy. Panowie czekają jeszcze tylko na laskę bossa, siedzą w olbrzymim salonie i gawędzą przy driknach, za chwile do szklanej windy na piętrze wchodzi ubrana w długą szmaragdową suknię szczupła blondyna, staje tyłem do salou, winda zjeżdża na dół, wychodzi z niej pani o chłodnej urodzie Michele Pfeiffer i ze znudzoną miną . Tony, kóry ją bacznie obserwołał od momentu jej wejścia do windy jest pod wrażeniem jej kobiecego uroku, co sugeruje stosowna klimatyczna muzyka.

                    Wszyscy razem idą do knajpy. Tam się dogadują, Tony zostaje współpracownikiem bossa narokotykowego.A potem idzie tańczyć z kobietą bossa, która traktuje go z początku nieco pogardliwie, ale ponieważ Tony ma niezaprzeczaly urok, bezczelność i gadane to zaczyna powoli coraz łaskawiaj na niego patrzeć (trzeba przyznać, że Michele mistrzowsko kilkoma spojrzeniami pokazała przebłyski sympatii i zainteresowania Tonym!).

                    A potem nastąpił wspomniany wyjazd Tonego do Ameryki Południowej ...
                    • barbasia1 Re: "Scarface" część 3. części 1. 06.10.10, 13:42
                      Zapomniałam -
                      Jeszcze przed wyjazdem do Ameryki Południowej Tony odwiedza swoją matkę i siostrę, które jak się okazuje żyją w Ameryce i mają się całkiem dobrze.I matka i córka pracują na swoje utrzemanie jedna w fabryce, druga w zakłądzie fryzjerskim, jęsli dobrze pamietam.

                      Świetna była ta scena. Matka wita syna chłodno, on nie odzywał się do niej przez kilka lat. O to ma najwiekszą pretensję. Tony jeszcze bardziej pewny siebie niż zwykle po krtókiej rozmowie wręcza matce gruby plik dolarów oczywiscie z tekstem, ze od teraz nie będą już musiały pracować. Matka pyta skad ma pieniadze. Tony kłamie, ze zarabia uczciiwe.Matka zna swego syna doskonale i czuje ,że ten nie mówi prawdy jest na niego zła, nie chce pieniędzy, każe sie synowi wynosić. Za to młosza siosta, jest zachwycona wizytą dawno niewidzianego brata, pięknym złotym serduszkiem, któere jej ofirował, leci za nim do drzwi, przeprasza za matkę, żega się z nim czule, ten daje jej dolary, których matka nie wzięła, każe jej coś kupić od czasu do czasu matce (jaki dobry syn!), i obiecuje, że się jeszcze z nią skontaktuje.

                      Kumplowi z Kuby, ktory czekał na Tony'ego w aucie i obserował pożegnanie z siostrą wyrażnie wpadłą w oko ta śliczna młodziutka dziewczyna i kiedy Tony wsiadł do auta zaraz zagadnął o nią. Tony wściekły warknął tylko - Ona nie jest dla Ciebie!

                      Potem Tony leci do Ameryki Południowej spotakć się z producentem naroktyków
                    • grek.grek Re: "Scarface" część 2. części 1. 06.10.10, 13:42
                      klasa :] uzupełnię tylko nieśmiało, że Tony miał na nazwisko Montana, a ten jego kolega - Manny na imię :] Poza tym - pełna profeska :]
                      • grek.grek Re: "Scarface" część 2. części 1. 06.10.10, 13:44
                        aha, zapomniałbym - co było dalej : na/dopiszę jutro :] stay tuned.
                        • barbasia1 Re: "Scarface" część 2. części 1. 06.10.10, 14:03
                          grek.grek napisał:

                          > aha, zapomniałbym - co było dalej : na/dopiszę jutro :] stay tuned.

                          Okej, Sir! :]
                      • barbasia1 Re: "Scarface" część 2. części 1. 06.10.10, 14:01
                        O świetnie, dzięki za korektę! Skąd ja wzięłam to inne, niewlaściwie nazwisko Tony'ego!? Nie mam pojęcia! :) Cos pomysliłam w ferworze walki, zle odczytałam, albo jestem przygłucha, hehe. A miałam luknać jeszcze na listę płac na stonach filmowych, także w sprawie imienia kumpla.

                        Dzięki Ci za dobre słowa! :)))))
                        • grek.grek Re: "Scarface" część 2. części 1. 06.10.10, 14:16
                          to ja dzięki Ci za zawodowy opis :]
                          e tam, wiesz, takie drobnostki, to nic nadzwyczaj istotnego, ot tak dla pewności
                          skorygowałem.
                          • barbasia1 Re: "Scarface" część 2. części 1. 06.10.10, 15:59
                            grek.grek napisał:

                            > to ja dzięki Ci za zawodowy opis :]
                            > e tam, wiesz, takie drobnostki, to nic nadzwyczaj istotnego, ot tak dla pewnośc
                            > i skorygowałem.

                            Cała przyjemność po mojej stronie! :)
                            A poprawki były ważne!

                            A "Borata" dziś, Greku, n i e z a p o w i a d a s z???

                            • grek.grek "Scarface" cd 3/4 07.10.10, 10:26
                              [ ech, no jakoś zapomniałem o tym całym Boracie ;]
                              ale prosiłaś o cd Scarface, więc... Do tej Ameryki Płd Tony poleciał z Suarezem, z polecenia lopeza, żeby negocjować warunki szmuglowania koksu z niejakim Sosą, dużym handlarzem. Tony miał się głównie przyglądać i robić dobre wrażenie, tymczasem w czasie rozmów przejął kontrolę, zaczął ustalać sprawy wg własnego widzimisię, w dodatku - jego propozycje były dośc zastanawiające i zakładały nawet pewną stratę finansową Lopeza, aczkolwiek nadal dawały sauma sumarum zysk i ułatwiały sam proceder - wszystko to Suareza wnerwiło nieco, a Sosie się spodobało. jako że żadna decyzja nie mogła zapaść bez zgody Lopeza, a wobec nowych warunków tym bardziej była ważna Suarez miał polecieć na Florydę zgadać się z szefem, a Tony miał zostać na miejscu. problem w tym, ze w międzyczasie Sosa dostał telefon, w którym ktoś go poinformował, że Suarez to kabel. i scena : helikopter z Suarezem w powietrzu, Sosa i Tony na dole, a z tego helikoptera ktoś wyrzuca Suareza z pętlą na szyi... Sosa zwraca się od razu to Tonego, że on może też jest szpiclem, ale robi to trochę dla picu, bo czuje, że Tony jest szczery, a i sam Tony tak się wzburza na podobny zarzut [i mówi, że sam Suarezowi nie wierzył, bo przez niego stracił kolegę], ze nie pozostawia wątpliwości, że z niego uczciwy gość jest. na wszelki jednak wypadek Sosa mu mówi, żeby nigdy nie próbował go wyrolować.

                              Lopez jest ofk wpieniony całą sytuacją. Tony zaś wykorzystuje koniunkturę i decyduje się na rozpoczęcie samodzielnej działalności, w pewnym sensie jako ciągle człowiek Lopeza, z jego siatki, ale jednak już częsciowo na własną rękę. Lopez się zgadza, bo jakie ma wyjście, ale jednocześnie podejrzewa Tony'ego, że się zwąchał z Sosą i teraz będą orać przeciw niemu w sojuszu. Tony u Sosy się naoglądał, jak mogą żyć bogaci handlarze - chata, szkło, basen itd, wyraźnie mu to zaimponowało. Chce się rozwijać, czuje, że ma większe możliwości. I ofk stara się ciągle o żonę Lopeza, Elvirę, naweet się jej oświadcza, mówi : porzuć Lopeza, on jest skończony, chodź ze mną. Ale Elvira, to dziewczyna która idzie tam, gdzie dają więcej, więc, póki co, trzyma się Lopeza, a Tony'ego traktuje z rezerwą, chociaż przecież niczego nie wyklucza; czeka na rozwój wypadków.

                              W czasie imprezy w klubie/restauracji Tony spotyka niejakiego Bernsteina, szefa policyjnego wydziału d/s ścigania handlarzy koksem - gostek składa mu propozycję : będziesz płacił, a włos ci z głowy nie spadnie, zlikwidujemy tych, co się naprzykrzają, oczyścimy ci pole, będziesz robił co chciał i zapłacisz jakiś tam procent dla nas, a czasami rzucisz jakiś cynk, żebyśmy się mogli wykazać wobec naszych przełożonych, ofk cynkować będziesz swoją konkurencję. Tony ma sie nad czym zastanowić, no bo - jesli nie... to wiadomo.
                              Cały wieczór nie może się skupić, bo widzi swoją siostrę, Ginę, która uprawia jakieś tańce brzucha z wybrylantonowanym latynosem. A potem idzie z nim do wucetu, raczej nie po to, żeby kontemplować kunszt artystyczny kafelków. Tony idzie za nimi, robi awanturę, tarmosi gościem, a swojemu przyjacielowi - Manny'emu każe zawieźć Ginę do domu. PO drodze pannica mu się skarży, że Tony traktuje ją jak dziecko, ale Manny broni kumpla, że raczej podchodzi do niej jak ojciec troskliwy. Ginie się Manny podoba, ona jemu - jak już Barbasiu napisałaś - też, ale wygrywa w nim lojalność wobec Tony'ego i na jej sugestię, że mogliby... razem... odpowiada odmownie.
                              Zjawia się też Lopez z Elvirą. Tony się do nich przysiada. Lopez każe mu spadac, ale Tony się stawia i to Lopez spadać musi. Elvira idzie z nim, chociaż Tony próbuje ją zatrzymać.
                              Finał wieczoru jest zaś dramatyczny - dwóch gości próbuje zastrzelić Tony'ego. Sieką z maszynowych karabinów, panika totalna w tej klubokawiarni, ludzie wieją; Tony się ostrzeliwuje i udaje mu się obu sprzątnąć, kosztem postrzału w ramię.

                              Od razu tarabani po swoich ludzi i jadą do Lopeza. jest tam też Bernstein. Tony wie, że właśnie Lopeza nasłał zamachowców, zeby go wyeliminowac. Najpierw Lopez udaje, że jest w szoku, że nic nie wie, że to pewnie konkurencja się do nich dobiera, że trzeba się zemścić itd, ale nagle dzwoni telefon - i mimo że Lopez tłumaczy, że to żona i rozmawia jak z żoną, Tony wie, ze to telefon z informacją, ze zamach na niego się nie udał. Lopez przyznaje się, błaga o litość, ale Tony jej nie ma, każe Manny'ego go zastrzelić. Sam wykańcza Bernsteina. Zostaje jeszcze wąsaty ochroniarz Lopeza, który robi w majtki ze strachu... Tony do niego : szukasz możę nowej pracy ? ;] I gość, co się już widział w piórniku z niedowierzaniem przytakuje i nie wierzy, że przeżył.

                              Zatem Tony przejmuje bajzel Lopeza i zaczyna nim zdrowo kręcić, dorabia się wielkiej chawiry, posiadłości, ma ogromny gabinet z systemem monitoringu, sponsoruje siostrę, w jej zabawach i strojeniu się, no i żeni się z Elvirą. żyje jak Sosa, tak jak chciał zawsze. jest ten okres przejścia do pozycji bossa pokazany w takim videoklipowym montażu.

                              Tony jako boss staje się coraz bardziej paranoiczny - monitoring, 12 % dochodów wydanych na systemy zabezpieczeń we własnej rezydencji, odsuwa powoli Manny'ego od prowadzenia interesów, nie aprobuje jego pomysłów, itd. Kłoci się z Elvirą - wyrzuca jej, że się stroi tylko i ćpa, a oprócz tego leży bykiem martwym cały dzień, ze nawet dzieci nie może mu dać i generalnie jest pustą i głupią laską. Manny coraz częsciej wychodzi, zostawia go samego, Tony ogranicza mu kompetencje, zdradza objawy braku zaufania. Jest symboliczna scena ilustrująca jego pogłębiająca się izolację, kiedy Tony najpierw żre się z Elvirą - ona wychodzi częstując go tekstem "ty chamie", potem z Mannym - on wychodzi też wnerwiony. I Tony zostaje sam, siedzi w pianie, w wielkiej wannie wbudowanej w podłogę, pali cygaro, wykrzykuje, że ufa tylko sobie i reszta może go cmoknąć. A kamera idzie coraz bardziej pod sufit i w tył pokazując samotnego człowieka pośród blichtru i luksusu. człowieka sukcesu ?

                              Niebawem Tony wpada podczas kontrolowanej transakcji, jego kontrahenci okazują się policajami. wszystko zostaje nagrane kamerą umiesczzoną w wywietrzniku na ścianie lokalu. Tony się chełpi, że jego papuga załatwi sprawę na cacy, ale adwokat jasno stawia sprawę : bekniesz za pranie kasy i za podatki, Tony, dostaniesz 5 lat, wyjdziesz po 3. To max co mogę zrobić. nagrali cię, nie da rady tego odkręcić. Tony jest załamany, no bo jak z tego pięknego świata miałby teraz iśc za kratki...

                              Z pomocą przychodzi Sosa. Zaprasza Tony'ego do siebie. są tam także biznesmeni, wojskowi z reżimów z bananowych republik, mnistrowie marionetkowych państwek, urzędasy z kół waszyngtońskich, wszyscy upaprani w prochy. Zagraża im pewna organizacja zajmująca się tropieniem interesów narkotykowych, a szczególnie jej szef, który ma na ich temat informacje, którymi jest w stanie ich pogrązyć. Już kłapie po róznych telewizjach,a ma wystąpić w NYC na zgromadzeniu ONZ. I dil jest taki : Tony weźmie do NYC killera od Sosy i pomoże mu sprzątnąć tego gościa, a oni mu załatwią, że nie pójdzie do pudła - zapłaci jakąś grzywnę i się rozejdzie po kościach. Tony się zgadza ofk.

                              Pije Montana coraz więcej. I dopada go egzystencjalny smuteczek. Droga restauracja, a on siedzi w swoim stylu - wciśnięty w krzesło i podchmielony mówi do swojej żony i Manny'ego, ze to wszystko wuj, że zmierzają do takiego stanu jak ci, co żrą i piją dookoła : spasionych, gnuśnych typków, co tylko konsumują i wydalają, czy naprawdę o to chodziło ?. Żonie dowala, że nie dała mu dziecka, że się stoczyła... Elvira wstaje, mówi : popatrz na siebie ? chcesz byc ojcem ? wszędzie chodzisz z obstawą, nawet w domu masz sześciu ochroniarzy, ty byś dziecko woził do szkoły ? może nawet byś nie dożył momentu jego pójścia do szkoły, czy my coś wygraliśmy ? nie, my jesteśmy przegrani..., on nie jest jej dłużny - rzuca się jak zdrowo az go muszą przytrzymywać jego goryle stojący wokół jego stolika jak parawan, wszyscy się gapią. Elvira wychodzi.
                            • grek.grek Scarface cd 4/4 07.10.10, 10:49
                              więc ona wychodzi. Manny ma ją odwieźć. Tony zostaje sam i już na zdrowym rauszu urządza speech wszystkim gościom - eleganckiemu towarzystwu : sądzicie, że to ja jestem ten brzydki ? nie, wy jesteście tacy jak ja, tylko się lepiej kamuflujecie. a ja nie umiem, ja jestem zawsze szczery, nawet jak kłamię, to mówię prawdę. cisza dookoła, nikt mu przerwać nie chce, ogólna konsternacja. I zataczając się lekko i pompatycznie pokrzykując : a teraz pożegnajcie się ze złym człowiekiem, zróbcie mu przejście, i sobie go zapamiętajcie - wyłazi, a jego przyd,upasy razem z nim.

                              W NY akcja kompletnie nie wypala. Namierzają człowieka, jadą za nim, wszystko gotowe, ale razem z facetem są jego dzieci.Tony nie zgadza się, zeby killer Sosy odstrzelił typa na oczach jego dzieciaków, a kiedy ten nie chce słuchać - odpala jego, za to że chciał wymusić na nim złamanie zasad. taki honorowy gość.

                              Znika Manny, który miał w Miami prowadzić jego interesy, podczas pobytu Tony'ego w NY. Szukają go.

                              Dzwoni Sosa, jest wpieniony, ze akcja się nie powiodła, a facet, który im zagraża, wystąpił własnie na zgromadzeniu ONZ i rozkręca zainteresowanie międzynarodowe wobec jego interesów, dotąd przyjemnie ukrytych. Tony mówi, o co poszło, i że następnym razem go odstrzelą. Sosa mówi mu : ostrzegałem cię, zebyś mnie nie wystawił... nie będzie następnego razu. Tony traktuje to jak wypowiedzenie wojny i kozaczy przez telefon. Sosa się rozłącza, wiadomo, że cdn jest nieuchronny.

                              Dostaje Tony telefon od matki. Skarży się ona na Ginę, że znika z domu, że się szlaja, że widziała ją z jakimś facetem... podaje mu adres. Tony tam jedzie, ze swoimi ludźmi. W chałupie zastaje... Manny'ego i Ginę, zdaje się po jakimś seksie, bo on rozchełstany, a ona w przezroczystym szlafroku. Jej triumfująca mina, złośliwy uśmieszek a'la "i co, braciszku, myślałeś, że będziesz mnie kontrolował i trzymał na smyczy ?" i Tony traci nerwy - zabija na miejscu swojego przyjaciela. rozhisteryzowaną siostrę kaze wziąć pod pachę i zawieźć do swojej rezydencji. ale zanim się to stanie ona mu wyznaje, że właśnie się z Mannym... pobrali. Tony dostaje obuchem w łeb.

                              W swoim gmachu siedzi w pozie klasycznej, wciśnięty w fotel niepięknie, siedzi, pije i jest otępiały. Nie widzi nawet jak na tych zamontowanych obok biurka monitorach, dających podgląd na widok z kamer, pojawiają się dziesiątki uzbrojonych ludzi, którzy likwidują jego ochronę. Ofk to ludzie Sosy. Zemsta za niewykonania zadania. W końcu docierają do Tony'ego. Jeden jest już na balkonie i się czai, żeby mu wyskoczyć zza pleców. W tym momencie do gabinetu wchodzi Gina - niby usmiechnięta, zaczyna mu trajlowac, ze "pewnie dlatego nie mogłeś ścierpieć, ze jacyś mężczyźni mnie dotykali, bo sam miałeś na mnie ochotę", i idzie w jego kierunku błyskając golizną spod rozpiętego szlafroka, wyjmuje pistolet i pruje do niego, ale ofk niecelnie. Na to się spina gośc z balkonu i wyskakuje z serią z kałacha. Gina dostaje w klatę, Tony uskakuje i go zabija. Próbuje siostę ocucić, ale już po niej jest.

                              Tutaj jego rezydencję zajmują terroryści, a on trzyma trupa w ramionach i siedzi na podłodze. Ginie jego ostatni człowiek, aż wreszcie Tony przytomnieje, patrzy w monitor, widzi co jest grane. Łapie się za karabin, odpala granatniki, wyłazi na galerię z armatą większą od siebie w garściach i wykrzykując, jaki to on jest niezawodny, grzeje po tych co mu się po chacie panoszą. Odpala granatniki, ładuje serie, goście się kładą pokotem, ktoś go tam trafia, ale on się podnosi, dym, hałas, generalny rozpie,rdzielnik, aż wreszcie jakiś dżolero zachodzi Tony'ego z tyłu i pakuje w niego kulkę. Tony z tej galerii leci martwy wprost do basenu. I game over. Kaniec filma.

                              I tak to było :]



                              • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 07.10.10, 13:41
                                Pięknie! Pięknie! Dzięki Ci! :)

                                U Ciebie w poście istontne dla filmu uzupelnienie pojawiło się - imiona i nazwiska innych waznych bohaterów, które mi jakoś dziwnie umknęły - Elvira, Gina, Sosa (producent i handlarz narkotyków z Ameryki Południowej), Suarez (to on przyjeżdża pod bar Little Havana i wkręca Tony'ego w biznes naktorykowy, w akcję z Kolumbijczykami). Stanowczo nie mogę oglądać filmów nocą! ;/ I robić poprawek na szybko!

                                Tony nie nadawał się na bossa nakrotykowego, był jednak za głupi, za mało przebiegły, stał się za nerwowy, zbyt podejrzliwy. Ale też z drugiej strony kariera gangsterska, a zwlaszcza takiego bossa gangsterów itp. jest niesłychanie ryzykowna i raczej nie trwa zbyt długo, jak powszechnie wiadomo, mimo to chętnych by się tego rodzaju profesją parać wciąż nie brakuje...

                                :)
                                :)

                                • grek.grek Re: Scarface cd 4/4 07.10.10, 14:51
                                  a mnie się zdaje, że Tony zapłacił dość oczywistą cenę za swój american dream.
                                  To naturalne, że dochodząc do wysokiej pozycji w hierarchii czekała go paranoja i
                                  arogancja, ciągła obawa o życie - uzasadniona jak najbardziej, coraz mniejsze zaufanie
                                  i sympatia dla najbliższych ludzi - wynikające z nadpoczucia własnej wartości, a zarazem
                                  mnóstwo wątpliwości, czy to wszystko czemuś służy, czy od początku było skazane
                                  na dotarcie do punktu, w którym "żarcie, chlanie, gnuśność i nic poza tym". Ofiarą pada rodzina, żona - aczkolwiek niewiele warta, słusznie przez niego krytykowana, choć pytanie brzmi : na ile on sam się nie pomógł ich związkowi i przez to ona była taka, jaka była.

                                  Miał ambicje tak duże, że nie dostrzegł iż powtarza np drogę Lopeza, którym gardził
                                  i którego sam wykończył. stał się dokładnie taki sam, z tym że, jak mu wygarnęła
                                  Elvira "jest od niego głupszy i prymitywniejszy, bo umie mówić tylko o pieniądzach, a do tego w łózku o wiele gorszy" :]

                                  a jednocześnie, zwróć uwagę, podkreślony jest, że to człowiek honoru - nie pozwala zabić faceta, ze wg na obecnośc jego dzieci, nawet jeśli gra jest o najwyższą stawkę, bo o jego własne życie [musiał wiedzieć, że Sosa zemści się za niewykonanie umowy, a dodatkowo zabicie jego zaufanego, tego killera co go posłał]; zawsze szczery i prawdomówny; brzydzi się kłamstwem; umie mówić prawdę prosto w oczy Taki prostolinijny jest, wzbudza zaufanie, takiemu gościowi dało by się tysiaka, żeby przypilnował, a nie dałoby się go np żadnemu z polskich polityków :].

                                  Imo, ten dwugłos jest bardzo dobry, nie pozwala na to, żeby wpuścić postać w szufladkę, nie jest jednowymiarowa.
                                  No i Al Pacino jest wielki, zrobił charakterystyczne -plebejskie miny, jakie stroi Tony, wskazująće na jego pochodzenie z nizin społecznych, wykształcił sposób wysławiania się Tony'ego [czy to jest fikcyjna opowieśc, czy na faktach, bo jakoś nigdy nie sprawdzałem ? ], nawet styl siedzenia - nisko, niedbale, marynara zmarszczona na plecach, rozpłaszczona na oparciu krzesła/kanapy i wystająca zza ramion, świetnie zagrał : i pełnię zycia i otępienie. Wielka rola. Dla mnie, niezmiennie jedna z 3 największych jakie Pacino wykręcił. I tak pewnie zostanie, bo Al to w końcu pokolenie cokolwiek schodzące :]
                                  • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 08.10.10, 13:34
                                    Och Greku, tak kiepskiego komentarza, jak w poście powyzej nad Twoim, dawno nie napisałam / za mało ruchu, roweru daje znać! :/. 0

                                    Wymądrzyłam się, jakbym od lat zajmowala się prowadzeniem rekrutacji na stanowisko szefa gangu narkotykowego :)
                                    (Choć z drugiej strony miałam jednak odrobinę racji, moje słowa potwierdziła w pewnym sensie, także Elwira ;).

                                    Na szczęście Ty ratujesz nasz honor świetnym podsumowaniem! :)

                                    cdn za chwilę

                                    :)


                                    • grek.grek Re: Scarface cd 4/4 08.10.10, 14:15
                                      bez przesady... w obu kwestiach :], a w drugiej jest dokładnie pół na pół.

                                      miałaś "ciut" [ hehe ] racji, chociażby jeśli się porówna, własnie za sprawą komentarzy tej całej Elviry - Lopeza z Tonym. Lopez był chłodniejszy, ostrożniejszy. Tony zaś, raz że nazbyt pewny siebie i implusywny, co mu pomogło w szybkim awansie, ale przy okazji popsuło całą resztę, to jeszcze nie tyle "podejrzliwy", co paranoiczny. I w tym znaczeniu, faktycznie się nadawał... średnio, bo szef ma mieć chłodną głowę, a nie zachowywać się jak kogut. Chodzi, wg mnie, o to, że Tony nie zdązył dojrzeć w swojej roli, nie wykluczając ofk, że nie dorósłby nigdy, bo własnie, jak piszesz, nie miał predyspozycji do zarządzania interesem - do pięcia się w górę, pokonywania kolejnych schodów - tak, do tego miał charakter w sam raz, ale już do bossowania, gdzie potrzebne są inne zdolności i inne zachowanie - nie. I w tym znaczeniu, a wg mnie jest to TO właściwie znaczenie : masz rację. Przedwcześnie, wg mnie, go sobie odmówiłaś, pozostawiając jakieś marne "ciut" ;]

                                      zatem, nic nie uratowałem, a przy okazji trzeci raz oglądałem ten film i nie zauwazyłem, ze we wstępniaku jest wzmianka, iż to historia fikcyjna, a ja się zastanawiałem, czy to real czy imaginacja Olivera Stone'a, który napisał scenario. zauwazyłem za czwartym razem, bo zanim skasuję z taśmy zdążyłem jeszcze raz obejrzeć wczoraj; lepiej późno niż wcale, prawda ? ;]

                                      I nie dodałem, że w ostatnim akcie, tej strzelaninie w swojej rezydencji, Tony jest nie tylko otępaiły z powodu pochopnego zabójstwa przyjaciela, ale i nastrojony kokainą, którą ma całą, wielką górę rozsypaną na biurku i nawet jej nie wciąga jakąs lufką, tylko po prostu się pochyla i zanurza w niej nos; to też ma wpływ na to, że jest wyjęty z kontekstu, na tyle żeby nie spojrzeć w stojące tuż obok monitory, na których widok z kamer wskazuje jednoznacznie, że po jego posiadłości się obce komando pałęta i ma niedwuznaczne zamiary.

                                      • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 08.10.10, 17:00
                                        ciąg dalszy

                                        Masz rację, pogrążanie się w paranoi, nieufność w stosunku do ludzi, do przyjaciół, powolna utrata kontroli nad życiem, nad tym, co się dzieje dokoła, i w końcu upadek, to była naturalna konsekwencja dojścia, zresztą niesłychanie szybkiego dojścia na szczyt hierarchi w grupie przestepczej .

                                        Tony chyba nie do końca ograniał reguły świata przestępczego w Ameryce , jeszcze bardziej brutalnego i bezwzglednego, tak mi przyszło teraz do głowy, ale muszę jeszcze pomyśleć na tym ... :)

                                        Niejednoznaczność, wielowyiarowość postaci Tony’ego - to bardzo ważna uwaga.

                                        Tony, to bezwględny przestępca, okrutny morderca, który z zimną krwią zabija wszytskich, którzy stają mu na drodze, szybko bogaci się kosztem tragedii tysięcy uzależnionych od narkotyków, ale z drugiej strony nie jest to człowiek, który całkowicie zatracił zdolność rozrożniania dobra i zła (o czym świadczy np. prawdziwa troska najbliższych, zwłaszcza o siostrę i przemożne pragnienie uchronienia jej przed wejsciem w niebezpieczny świat, w którym on się znajduje, stąd jego wręcz obsesyjna niechęć do jej związku z jego przyjacielem Manym), nie jest pozbawiony całkowicie uczuć, ludzkich odruchów, ma jakieś swoje zasady , co pokazuje scena, na którą zwracasz uwagę, kiedy odstępuje od zabcia faceta, tylko dlatego, że towarzyszą mu dzieci ( gangsterów to zachowanie jest oznaką słabości), i jeszcze, jak mówisz, jest prawdomówny, prostolinijny, szczery, co w tej profesji, ,zdaje się nie jest nazbyt pożądaną cechą (tak samo jak w polityce).

                                        >wzbudza zaufanie, takiemu gościowi dało by się tysiaka, żeby przypilnował, a nie dałoby się go >np żadnemu z polskich polityków :].

                                        Hahaha, no ja bym chyba ani naszym politykom, ani Tony’emu nie powierzyła swoich pieniędzy. Jednak zbyt zyzykowwny zawód miał. Domagaj się potem od trupa swoich pieniędzy, błagaj spadkobierców, żeby Ci oddali, co Twoje! ;))

                                        >No i Al Pacino jest wielki, zrobił charakterystyczne -plebejskie miny, jakie stroi Tony, >wskazująće na jego pochodzenie z nizin społecznych

                                        To prawda. :)

                                        > na ile on sam się nie pomógł ich związkowi i przez to ona była taka, jaka była.

                                        Winę ponoszą chyba oboje po równo .
                                        • grek.grek Re: Scarface cd 4/4 09.10.10, 13:41
                                          ano właśnie, Tony, w połowie, wygląda na takiego... konserwatystę wręcz :] ten kodeks zasad też wyprowadzony jest raczej z oldskulu - który gangus, kiedy w grę wchodziłoby jego bezpieczeństwo i komfort, zawracałby sobie gitarę tym, ze dziecko zobaczy jak ginie ojciec ? Tony okazuje się mniej nieczuły niż taki Sosa;

                                          Spójrz, Tony długo nie zabija nikogo, kto i tak nie zasłużyby sobie na to w oczach widza : najpierw komunista, który prowadził na Kubie czystki ideologiczne, potem Lopez, który przecież zlecił zamach na niego, dalej Bernstein - skorumpowany policjant, następnie - killer od Sosy, który chciał zabić faceta na oczach jego dzieci. dopiero później zabija przyjaciela - ale też w odruchu na podejrzenie, ze zhańbił on jego siostrę, o której cnotę i dobre imię tak dbał bardzo. I dopiero to zabójstwo wpędza go w otepienie i smutek. Czyli, ma sumienie i to sumienie reagujące adekwatnie do okoliczności. jest postacią tragiczną. pozytwyną niemal. dodatkowo, w tym ujęciu, realizuje on, po prostu, american dream, czyli spełnia coś, co dla Amerykanina jest świetą zasadą życiową, do czego ma przyrodzone prawo, wg tamtejszej inżynierii społecznej, a i nie tylko wg niej. znów pozytyw :]

                                          w tym ujęciu, wg mnie, Stone nadaje mu wręcz sympatyczny rys. deformuje go nieco tym właśnie stylem bycia Tony'ego, ale i w nim rzuca mu koło ratunkowe - przecież Tony nie sekuje Elviry za nic : jest ona dziewczyną mafii, poszła za nim nie z miłości, z szacunku, a z tego powodu, że Tony zdobył pozycję bossa; ćpunka, pijaczka, sama z siebie niewiele mu dająca, czekająca na jego gesty, których on faktycznie nie wykonuje - bierna.

                                          Spójrz, Stone w każdym właściwie filmie, dowala ameryce : za wietnam [pluton, Urodzony], za kapitalizm [wall street], za media i kult broni [natural born killers], machloje w sporcie [any given sunday], a zarazem fotografuje się z Chavezem, otwarcie głosi swoje lewicowe sympatie. Tony jest emigrantem, z komunistycznej Kuby, impulsywnym, nastawionym na szybki zysk i karierę - jest prostym chłopcem. Co zastaje w Ameryce ? Przekupną policję, sprzedajne, uwikłane w lewe interesy sądy [zapomniałem dopisac, ze jest w Scarface scena, kiedy Tony dogaduje się z bankierem z oddziału banku, który pierze jego brudną kasę, przesyła ją na ukryte konta etc], nastawione rozszczeniowo kobiety, prawników gotowych się umoczyć w g,wnie itd. Tony jest taki jak oni, nawet jak oni nie lubi komuchów, którzy mu osobiście dopiekli. Ale ma zasady - których Ameryka już nie ma. Jedyną uczciwą osobą w tym filmie jest matka Tony'ego, stara Kubanka, której ani Kuba nie zepsuła, ani Ameryka nie otumaniła. Tony zaś jest w połowie : na poły z ducha matki - to taka przewrotka, chodzi mi o to, że właśnie nie zabija bez potrzeby i zabija tylko niewłaściwych, aż do momentu kiedy traci intuicję, gubi go własna paranoja.

                                          To Ameryka niszczy Tony'ego, tak wg to Stone podsumowuje. Look at, powiada, krytykujecie Kubę, Castro, reżim komuchów, Amerykę im przeciwstawiacie jako imperium dobra, piękna i sprawiedliwości, a jak jest naprawdę ? przyjeżdza emigrant z przestępczymi marzeniami i w Ameryce je może realizować, bo tu nic nie działa i w tym syfie naszym porusza się jak ryba w wodzie. Na Kubie nie mógł się realizować, u nas może - kto jest gorszy, przy wszystkich zastrzeżeniach do reżimu Castro ? Czy nie Ameryka ? A może nie ma róznicy ? Krytycy, czcziciele amerykańskiej cudowności, jesteście hipokrytami albo głupcami :]

                                          z tego pkt widzenia, nie wiem czy się zgodzisz..., ten film jest oskarżeniem systemu w jakim działa Ameryka.


                                          • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 09.10.10, 14:54
                                            Odrobinę inaczej widzę pewne kwestie... :)

                                            Ale nie wiem, czy mam teraz o tym napisać, czy za Borata się zabierać!?
                                            Moment, zbiorę myśli! :)

                                            :)
                                          • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 09.10.10, 18:31
                                            Mam wrażenie, że za bardzo wybieliłeś, wyidealizowałeś Tony'ego!

                                            A to jednak człowiek, który ma na sumieniu najcięższe przestępstwa, zabójstwa, poza tym, żyje z przestępczego procederu i nie ma zamiaru przestać tak żyć, nie można o tym zapominać, ani na moment! Te dobre cechy charakteru, godne podziwu zasady oldskulowe, i te wyniesione z domu, w moim przekonaniu nawet nie rówoważą zbrodni jakie popełnia , ale też oczywiście nie pozwalają całkowicie skreślić Tony'ego jako człowieka.

                                            > To Ameryka niszczy Tony'ego, tak wg to Stone podsumowuje. Look at, powiada, kry
                                            > tykujecie Kubę, Castro, reżim komuchów, Amerykę im przeciwstawiacie jako imperi
                                            > um dobra, piękna i sprawiedliwości, a jak jest naprawdę ? przyjeżdza emigrant z
                                            > przestępczymi marzeniami i w Ameryce je może realizować, bo tu nic nie działa
                                            > i w tym syfie naszym porusza się jak ryba w wodzie. Na Kubie nie mógł się reali
                                            > zować, u nas może - kto jest gorszy, przy wszystkich zastrzeżeniach do reżimu C
                                            > astro ? Czy nie Ameryka ? A może nie ma róznicy ? Krytycy, czcziciele amerykańs
                                            > kiej cudowności, jesteście hipokrytami albo głupcami :]

                                            Ja bym jednak powiedziała nieco inaczej (zgadzając się z tym, co piszesz o postawie Stone'a).
                                            Myślę, że Stonowi nie chodziło o burzenie mitu Ameryki jako krainy dobra, piękna i sprawiedliwości, o demaskowanie istnienia świata przestępczego w cudownej Ameryce, bo jestem przekonana, nikt w to nigdy nie wątpił . Zresztą chyba każdy, kto nie jest idealistą, utopistą, nie wierzy w istnienie kraju, w którym nie byłoby w ogóle zła, przestepstwa, zbrodni. Mnie się wydaje, że Stone chciał raczej pokazać, że amerykański świat przestępczy stał się jeszcze bardziej okrutny, brutalny i zdemoralizowany niż mogłoby się wydawać, że nie ma już żadnych zahamowań, ograniczeń, żadnych zasad , „świętości”, że sięga mackami instytucji państwowych, które z zasady powinnych chronić obywatela, korumpuje władze, policję, prawników, że ma zasięg wręcz globalny...

                                            > Spójrz, Tony długo nie zabija nikogo, kto i tak nie zasłużyby sobie na to w ocz
                                            > ach widza [...]
                                            O! To jest bardzo ryzykowna teza, imo.
                                            cdn.

                                            :)

                                            "Borata" zaraz zacznę ....
                                            • grek.grek Re: Scarface cd 4/4 10.10.10, 13:30
                                              hehe :], czy ja wiem... o to, wg mnie, chodzi, ze tu są tylko odcienie szarości :]

                                              Ameryka, dla kubańskich ucieknierów czy innych marzycieli z krajów biednych/uciskanych/zdegradowanych, jest jednak takim własnie snem o "lepszym świecie", swoistym mitem. I Stone ten mit dekonstruuje. Jest ironiczny. Ameryka, to miejsce nieskończonych możliwości ? Ofk że tak, tylko spójrzcie pod powierzchnię tego raju, który widzicie, zobaczcie jak funkcjonują instytucje odpowiedzialne za demokratyczny porządek i ład, które mają wam zapewniać sprawiedliwość i kierować się zasadami uczciwości i dobra publicznego jako pierwszych nakazów.

                                              Czemu Tony nie lubi reżimu Castro ? Bo nie daje mu on szansy na szybkie dorobienie się, lans, blichtr. wielu Kubańczyków jakoś żyje w tym świecie, ich relacje są zupełnie inne niż ucieknierów - nie mówią o biedzie i jakimś potwornym ucisku, mówią, że jest jak wszędzie. Także w Ameryce są miejsca, całe obszary zamieszkiwane przez ludzi wykluczonych. Slumsy Detroit, Baltimore, Chicago, ATlanty, Filadelfii i właściwie każdego dużego miasta wyglądają gorzej od Hawany, a przestępczość i nędza są znacznie wyższe, tak samo jak zapaść kulturowa. 60 milionów Amerykanów żyje za 1 dolara dziennie. Bezdomność jest na porządku dziennym. rasizm na południu Stanów to ciągle otwarty problem, tli się podskórnie, i to, zę czarni mogą już z białymi jeździć jednym autobusem niczego nie rozwiązuje, bo problem tkwi w głowach i nawykach. korupcja, oszustwo i manipulacja są wszechobecne, od teletuniejów, sportu zawodowego, przez medialne kampanie reklamowe po politykę, biznes i sądy. To są rzeczy skrywane przez machinę propagandową, które wydostają się na powierzchnię dzięki co odważniejszym twórcom.

                                              zgadzam się z Tobą, ze Stone pokazuje patologię, nie stawiając radykalnej tezy, ze cała Ameryka jest patologiczna, ale jesli poszczególne części składowe systemu są przegryzione rdzą, to brzmi to mało optymistycznie.

                                              wiesz, wg mnie Stone jednak chciał coś więcej powiedzieć, szerzej, poprzez pokazanie jednego środowiska rzucić światło na część systemu. mógł opisać karierę zwykłego jankesa, a jednak wybrał Kubańczyka, deklaratywnego antykomunistę, antycastrystę, emigranta, z okresu zimnej wojny [ 83 rok ], w którym ZSRR i kumająca się z nim Kuba były malowane na czarno w Stanach, przeciwstawianie wspaniałej Ameryce jako enklawy brudu i syfu najgorszego. to znamienny wybór, wg mnie, jeszcze dobitniej mający pokazać hipokryzję i bezpodstawność zadufania w sobie Amerykanów.

                                              • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 12.10.10, 15:27
                                                :)
                                                > czy ja wiem... o to, wg mnie, chodzi, ze tu są tylko odcienie szarości :]
                                                Tak jakoś mi się wydało, może niesłusznie, że te szarości wygumowałeś nieco ... ;)

                                                >I Stone ten mit dekonstruuje....

                                                Ale chyba nie do końca dekonstruuje, bo przecież Stone/ De Palma pokazują, że matka i siotra Tony'ego jednak odnalazały ten "lepszy świat" w Ameryce . Wprawdzie, żyją bardzo skromnie, ale mają pracę, są w stanie utrzymać się, mają własny kąt, nawet całkiem ładny, są samodzielne, niezależne, w miarę zadowolone życia, siostra ma plany na przyszłość i wielkie, realne szanse na ich spełnienie. (Na Kubie Gina pewnie nie miałaby takiej swobody w decydowaniu o swoim życiu.)
                                                Powiodło się też i niektórym innym emigrantom z Kuby np. właścicelom, pracownikom knajpy, w ktorej pracowali Tony z Mannym, czy bogatym bywalcom nocnego klubu Little Havana, nie wspominając już o Lopezie ...


                                                Także w Ameryce są miejsca, całe obszary zamie
                                                > szkiwane przez ludzi wykluczonych. [...]


                                                Tego Stone / De Palma nie pokazują, to Ty to wiesz, boś oczytany, świetnie oblatany w tej kwestii! I dlatego to już, imo, nadinterpretacja, ten akapit, skadinąd bardzo ciekawy!

                                                Oczywiscie zgadzam się, że pokazanie dobrze funkcjonującej w amerykanskim społeczenstwie mafii narkotykowej, gangsterów, korumpujących policję, prawników, urzędników bankowych, pokazanie szwankującego systemu itd. podkopuje nieco, a może nawet mocno ów mit Ameryki jako ziemi obiecanej dla marzycieli z krajów biednych.

                                                :)
                                                • grek.grek Re: Scarface cd 4/4 13.10.10, 12:33
                                                  pytanie, jak ta rodzina, i inni imigranci, żyli na Kubie..,. Być może żyli tak samo, a wyjechali z powodów politycznych. Może uciekli z deszczu pod rynnę - w Ameryce spodziewali się dostać kokosy, a dostali ochłapy, to samo co mieli i na Kubie, a może nawet gorzej trafili - bo koszty utrzymania wzrosły ? Nadzieje na amerykański sen prysły, być może o to tutaj chodzi ? Widzimy nie ludzi, który jest lepiej, a takich którym jest tak samo. Jechali, tak jak Polacy do Londynu - z wielkimi planami, lądując na ulicy, albo na przysłowiowym zmywaku. widac, ze siostrę Toniego Ameryka otumania blichtrem, ale mozliwości realizacji swoich marzeń miałaby nikłe, gdyby nie brat, który kasę na te jej marzenia czerpie z przestępstw. Oto Ameryka :]

                                                  Detroit, USA : www.shortfatguy.com/images/uploads/ghetto3fi.jpg

                                                  Filadelfia : static.seekingalpha.com/uploads/2009/7/8/164535-124703650862057-Mike-Stathis_origin.jpg

                                                  Baltimore : jumptheturnstyle.com/wp-content/uploads/ghetto.jpg

                                                  dużo tego jest w sieci :] te dzielnice wyglądają jak Grozny jakiś...





                                                  • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 16.10.10, 15:25
                                                    IMO rodzina Tony’ego i inni pokazani w tle kubanczycy wyglądają na imigrantów z powodów socjalnych, ekonomicznych, o żadnym uchodźcy politycznym, poza Rebengą, zamordowanym jeszcze w obozie byłym współpracowniku Fidela zdaje się nie było mowy w filmie.


                                                    Jeśli przyjrzymy się powojennej historii Kuby to zobaczymy, że Kuba nękana był zamachami stanu (Batista, Castro), które przyczyniały się do społecznej destabilizacji, niepokojów pogarszających nastroje wśród ludzi, kryzysami gospodarczymi, spowodowanymi m.in. wieloletnią blokadą gospodarczą nałożoną przez USA (1960 r), jak i nieudolną polityką ekonomiczną rządu Castro.

                                                    W latach 80-tych, kiedy dzieje się akcja filmu, na Kubie wybucha kolejny kryzys, w konsekwencji którego wprowadzono system kartkowy na niemal wszystkie towary (od 1962 roku obowiazywał system kartkowy na żywność wyborcza.pl/1,75477,7157493,Kuba_zlikwiduje_kartki__Byc_moze.html
                                                    To właśnie ten kryzys wywołał wielką falę krytyki rządu Castro (który zaskoczony jej skalą ogłosił, że wszyscy niezadowoleni z jego rządów mogą opuścić Kubęprzez port Mariel!) i stał się przyczyną kolejnej emigracji do USA tysięcy Kubańczyków, marielitów (jak nazwali zostali imigranci wyłpywający z portu Mariel), pokazanych głównie, jak już mówiliśmy wyżej, w początkowych sekwencjach "Scarface".

                                                    Natomiast , jak czytałam polityka Stanów wobec imigrantów z Kuby do roku 1980 była bardzo liberalna, Ameryka, tak rząd jak i społeczenstwo, była bardzo przychylnie nastawiona do Kubańczyków, kótrzy bardzo szybko, bez większych trudności, a nawet bez stosownych dokumentów ,w przeciwieństwie do innych nacji, uzyskiwali status uchodźcy. Imigrantom z Kuby zapewniano miejsca pracy, co więcej, rząd USA nawet przeforsował w 1966 roku ustawę specjalną , która gwarantowała im opiekę medyczną, stypendia dla studenetów, pomoc publiczną oraz różnego rodzaju kredyty, pożyczki.

                                                    Tak więc, jak widać, wyjazd do Stanów bardzo się opłacał wtedy Kubanczykom, zyskiwali nie tylko znacznie lepsze, godne warunki do życia, spokój i stabilizację, ale takze perspektywy i nadzieję na przyszłość...


                                                    Rzeczywiście dość ponuro i smętnie wyglądają te budynki, pewnie to budynki z gett dla Czarnych, Latynosów, z dzielnic dla imigrantów!??
                                                    (to pewnie tam mieszkają bohaterowie „Ulicznych psów”???)

                                                    :)

                                                    Cóż, niestey nie ma idealnego panstwa, na tym świecie ...

                                                    :)
                                                  • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 16.10.10, 15:29
                                                    Jeszcze słowa Jose Torresa, kótre tez doskonale obrazują sytuację ludzi na Kubie, sposób traktowania ich przez rezim Castro (to już daje się lata późniejsze):

                                                    "Jak już nie było mięsa, to[Castro - dopisek mój] zaczął wmawiać jak dobrze jest być wegetarianinem. Jak nie było transportu, brakowało autobusów, ropy, wychwalał zalety roweru. Po wielu latach eksploatowania narodu okazało się, że produkowanie cukru przynosi same straty."

                                                    turystyka.wp.pl/kat,5,strona,3,wid,8761740,title,jose-torres-o-kubie-i-salsie-na-wolnosci,artykul.html
                                                    :)

                                                  • grek.grek Re: Scarface cd 4/4 17.10.10, 11:57
                                                    embargo nałożone przez Amerykę, coraz gorszy stan gospodarki ZSRR i w ogóle całego sowieckiego bloku, brak elastyczności i przywiązanie do odgórnie sterowanej ekonomii i Kuba się stoczyła, otóż to.
                                                    nie znam tej ustawy z 66, trudno określić co dokładnie i na jakich zasadach dostawali, w każdym razie na Kubie w pewnym zakresie opieka medyczna, edukacja były zapewniane, to nie była ziemia spalona do kości :] Pewnie, ze Ameryka zapewniała lepsze warunki, wiadomo... Niemniej, w Ameryce Kubańczycy nie byli członkami klasy średniej, byli pariasami - część z nich tkwiła bezprzyszłościowo w obozach emigracyjnych, część wybierała bezrobocie i socjal, część przyjmowała co dają, a dawali najgorzej płatne prace, co - przy wyższych kosztach utrzymania się w Ameryce - w zasadzie poprawiało ich sytuację w stopniu nienajwyższym.
                                                    Tutaj, imo, bardziej liczyła się nadzieja - byle do Ameryki, a tam na pewnie dostanę swoje 5 minut i się dorobię, bo każdy może, Ameryka były mityczną krainą dobrostanu i sukcesy dla każdego. Otóż własnie nie dla każdego, a mikroskopijnego procenta - o tym się przekonywali na miejscu, a i my tez tego nie wiedzieliśmy; jak padała komuna, to naiwni jej demontażyści wierzyli święcie, ze jak przyjdzie wolny rynek, to wsyzscy będą żyli jak w Dynastii :].

                                                    Wiele osób, czytałem relacje Kubańczyków którzy opuścili kraj i pojechali do Ameryki, zderzyło się tam z takimi nierównościami, ze o ile we własnym kraju ich bieda albo skromny status materialny nie raził ich nie frustrował, bo dookoła nikt nie miał lepiej, tak w Ameryce popadali w marazm, bo niby mieli lepiej, ale jednocześnie w strukturze społecznej znajdowali się na samym dole, w dodatku byli kimś gorszym - "kubańcy", razem z "meksykami", "portorykami", "czarnuchami" itd. Poza tym gubili coś, czego nie zastąpi niedzielna szynka zamiast żółtego sera - kulturę. Na Kubie żyli niespiesznie, mieli swój świat, ludzi których znali, miejsca które były ważne, sztukę, muzykę, styl życia który im odpowiadał - tyle że doszli do pewnych wniosków dopiero po tym, jak wyjechali i po jakimś czasie nie mieli w zasadzie po co wracać, bo w Ameryce już mieli to, tamto i jeszcze owo - gnieździli się i uznawali, ze nie będą zaczynać od nowa, tak żyje przecież matka Tony'ego i siostra - w domku w podłej dzielnicy latynoskiej, w gettcie niemal. I nie wygląda na szczęsliwą, stawiam 10 do 1, że przeniosła się do Ameryki ze względu na córkę i jej przyszłe szanse na dostatnie życie. Ktoś powie, że to komuna Castro ich de facto wypędziła z kraju. Ja bym takiej tezy nie zaryzykował, nie w odniesieniu do całości.

                                                    "zyskiwali perspektywy i nadzieję na przyszłość" - ano właśnie, nadzieja i perspektywa, w gros przypadków, oznaczała mycie garów w Starbucksie, potem wynoszenie smieci w Macu, a później awans na sprzedawcę hot dogów w budce na jakimś rogu - zysk lichy, czasu na życie mało, a dookoła kłujące w oczy zróznicowania i dysproporcje, a po 3-4 latach konstatacja : powiedzmy sobie szczerze, nie będę milionerem, Ameryka nie jest rajem, a ja tu ugrzązłem, jestem obcy i mam jedną szansę na parę miliardów, ze się coś zmieni. Kiedy wygram w totka :]
                                                  • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 17.10.10, 14:33
                                                    O tej ustawie Rządu Amerykanskiego z roku 1966 przeczytałam tu:

                                                    usa.collegium.edu.pl/Biuletyn%203.2007.pdf
                                                    Nie są to na pewno najlepsze artykuły, ale jak na nasze forumowe potrzeby na razie wystarczające...


                                                    cdn.
                                                  • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 17.10.10, 14:41
                                                    Infoormacja ta zawarta jest w artykule Michała Kamińskiego "Emigracja ludności kubańskiej do USA po roku 1959 oraz jej wpływ na stosunki Stanów Zjednoczonych z Kubą".

                                                    :)
                                                  • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 22.10.10, 16:13
                                                    "zyskiwali perspektywy i nadzieję na przyszłość" - ano właśnie, nadzieja i perspektywa, w gros przypadków, oznaczała mycie garów w Starbucksie, potem wynoszenie smieci w Macu, a później awans na sprzedawcę hot dogów w budce na jakimś rogu - zysk lichy, czasu na życie mało, a dookoła kłujące w oczy zróznicowania i dysproporcje, a po 3-4 latach konstatacja : powiedzmy sobie szczerze, nie będę milionerem, Ameryka nie jest rajem, a ja tu ugrzązłem, jestem obcy i mam jedną szansę na parę miliardów, ze się coś zmieni. Kiedy wygram w totka :]

                                                    Miałam tu dodać po „zyskiwali perspektywy i nadzieję na przyszłość”, jeśli nie dla siebie, to na pewno dla swych dzieci; zazwyczaj pierwsze pokolenie emigrantów jest stracone,z racji tego, że wiele czasu sił i energii wymaga samo przystowsowanie się do nowych warunków, to oczywiste nie od dziś;

                                                    A czy „mycie garów w Starbucksie, potem wynoszenie smieci w Macu, a później awans na sprzedawcę hot dogów w budce na jakimś rogu” to hańbiące zajęcia?
                                                    A jaką pracę ma wykonywać niewykształcony, znający słabo albo prawie wcale język, w dodatku często mało rozgranięty imigrant w obcym kraju, bo z czegoś trzeba żyć, utrzymać siebie, rodzinę, jeśli takowa jest. Bądźmy realistami!!! Jeśli taki człowiek w swojej ojczyźnie znajdował się nisko w hierarchii społecznej, to i w obcym kraju (tym bardziej w obcym kraju), nawet takim, jak Ameryka, ma małe szanse, by nagle na emigracji znalazł się wyskoko w hierarchii, by osiagnął szalony skukces, miał znakomitą pracę, która zajmuje mało czasu, a przynosi wielkie dochody, no chyba, że jakimś cudem tak się zmobilizuje i weźmie do pracy nad sobą i do pracy w ogóle, albo wynajdzie jakąś niszę dla siebie i ją umiejętnie wykorzysta dla siebie (jak pewna Polka w Ameryce, kótra swą karierę na emigracji zaczynała od robienia pierogów dla krewnych i znajomych, by po pewnym czasie założyć wielką wytwórnię piergów; dziś jest, jeśli nie aż milionerką to na pewno bardzo zamożną kobieta w Ameryce.

                                                    To nie marzenie o byciu milonerem pcha te setki tysięcy, miliony Kubanczyków do Ameryki, ale pragnienie spokojnego życia , pragnienie uczciwej pracy, za którą człowiek będzie mógł utrzymać siebie i rodzinę (te zarobki na Kubie , jak wiadomo, były i są nadal tak skromne, że wielkszość Kubaczyków musiała i musi nadal liczyć na pomoc finansową, dolary od krewnych, którzy wcześniej wyemigrowali do Ameryki, zwłaszcza jeśli, trzeba coś kupić na czarnym rynku bez kartek), dzięki, której, bez problemu będzie mógł zapewnić wszytskich potrzeby sobie i rodzinie, bez koniecznosci ciężkiego kombinowania.
                                                    Wiesz, jak człowiek, jest sam, bez rodziny to może, zyć jak mu się podoba, może kierować się swoim widzimisię , sentymentami – że ukochany kraj, umułowany kraj, że kultura, że muzyka i styl życia, ale jak ma rodzinę ,pół tuzina dzieciaków, którym trzeba dać jeść, ubrać, zapewnić edukację, lekarza, to te sentymenty idą na bok.
                                                    Jeśli sytuacja w 1980 roku (kiedy dzieje się akcja filmu) wygląda tak, że kryzys się pogłębia, zarobki są marne, sytuacja gospodarcza jest kiepska, zostają wprowadzone kartki na wszytskie produkty, to widać, że już naprawdę tym ludziom nie chodzi o to, by emigrując do Ameryki zmienić swój byt z dobrego na lepszy, by zmienić ów, wspomniany przez Ciebie „ser żółty na szynkę”, ale by wreszcie zacząć żyć dobrze, może skromnie, ale godnie, by w ogóle mieć na ten żółty ser i by mieć ten ser żółty, kiedy dzieci wołają jeść ( a kartki sie skończyły).

                                                    Cdn.

                                                    :)
                                                  • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 24.10.10, 14:24
                                                    Słówko jeszcze na temat emigracji kubańskiej w USA.

                                                    To nieprawda, że emigranci z Kuby w Ameryce „nie byli członkami klasy średniej, byli pariasami”. Jak pokazują badania socjologów, struktura społeczna imigracji kubańskiej od początku była różnicowana. Pierwszą falę emigracji stanowili przecież przedstawiciele wyższej i średniej klasy przedrewolucyjnego kubańskiego społeczeństwa, jego elity polityczne i finansowe, przedstawiciele burżuazji, inteligencji, właścicieli ziemskich i menadżerów korporacji amerykańskich., którzy w 1959 roku uciekali z Kuby przed degradacją społeczną, jaką szykował im rząd Castro. To oni stanowili warstwę średnią. I to właśnie dzięki nim w dużej mierze cała imigracja kubańska w Ameryce zawdzięcza skuces, jaki odniosła w Ameryce. To oni tworzą różne organizacje, które pomagają rodakom z Kuby, kolejnym imigratom ( później wraz z kolejnymi falami imigracji zjawiają się rzeczywiscie przedstawiciele niższych warstw, ludzie ubodzy, niewykształceni marzący o lepszym życiu, /a w roku 1980 przybywają do Ameryki przestępcy , ludzie wypuszczeni ze szpitalów psychiatrcznych/ ), wspieraja ąna różne sposoby opozycję, organizują życie kulturalne , namiastkę Kuby w Miami, w New Jersey, gdzie są największe skupiska Kubańczyków.

                                                    Dziś mówi się tu dziś o prawdziwym amerykańskim sukcesie imigracji kubanskiej, na tle innych mniejszości latynoskich imigranci z Kuby w Ameryce plasują się na samym szczycie pod względem zamożności i wykształcenia (tu nawet statystykami biją na głowę Amerykanów). A póltoramilionowa spoleczność kubanczyków jest doskonale zorganizowana i tworzy jedno z najsilniejszych lobby etnicznych .


                                                    Matka i siostra Tony’ego żyją skromnie, ale nie narzekają na swój los!!! Są już pięć lat w Ameryce. Obie mają pracę, swoje pieniądze, włąsny skromny kąt. Gina się dodatkowo uczy, szkoli. Jest młoda, piękna, ma perspektywy przed sobą, czego chcieć więcej.

                                                    :)
                                                  • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 24.10.10, 14:26
                                                    Żródło:
                                                    www.money.pl/archiwum/wiadomosci_agencyjne/pap/artykul/kubanczycy;w;usa;amerykanska;historia;sukcesu,89,0,242777.html
                                                    Tyle chciałam jeszcze dodać.
                                                    :)
                                                  • grek.grek Re: Scarface cd 4/4 25.10.10, 13:06
                                                    wiesz, "dziś", oznacza stan po-30-latach od tamtych wydarzeń, na pewno coraz liczniejsza diaspora zdązyła stworzyć formalne [ i nieformalne, hehe] struktury, zadomowić się, stworzyć enklawy i nauczyć się sobie pomagać, zakładać firmy, biznesy, w nie wkręcać nowo przybyłych także, dawać zatrudnienie swoim, jednym słowem - organizować się. To jest prawda. ale w 80 roku Kubańczycy głównie spotykali się z ogromnymi trudnościami, klasycznym syndromem adaptacyjnym. Przecież nawet w filmie de Palma i Stone nie pokazują jednego obrazka; aczkolwiek, jak to zwykle bywa, większość miała gorzej, co nie zmienia faktu, ze części, jakiejś mniejszej, udało się już na początku zaczepić gdzieś i szybciej od innych wspiąć.

                                                    Cóz, matka nie może narzekać, domek ma, ale w mało ciekawej dzielnicy, a Ameryce spokojnie można takie miejsce uznać za getto. Dla niej to na pewno sukces i zadowolająca sytuacja, zwłaszcza, że najpewniej dostaje zasiłek, a dookoła jest wielka Ameryka, gdzie "każdy może mieć swoje 5 minut", więc - no i owszem, tutaj nie ma sporu : glównym powodem zadowolenia z z położenia społecznego jest nie jego obecny stan, ale jest nim nadzieja na świetlaną przyszłość córki - zdobycie przez nią wykształcenia, dobrze płatnej pracy, lepszego domu, o co na pewno łatwiej w Ameryce niż na Kubie.
                                      • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 08.10.10, 17:29
                                        grek.grek napisał:

                                        > bez przesady... w obu kwestiach :], a w drugiej jest dokładnie pół na pół.

                                        :)))))
                                        Dzięki Ci!
                                        cdn!
                                      • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 09.10.10, 16:36
                                        O to-to, o to mi właśnie chodziło. :))))
                                        No tak, za szybko się poddałam, niepotrzebnie, niepodobne to do mnie! Zrzućmy to na karb chwilowej niedyspozycji.
                                        Przeogromnie jestem Ci wdzięczna za wydobycie tych treści z mojej głowy. ;)))

                                        >ze we wstępniaku jest wzmianka, iż to historia fikcyjna,
                                        Ale te wydarzenia z maja 1980 roku , kiedy to rzesze Kubanczyków, w tym przestępcy, za przyzwoleniem Castro emigrują do Ameryki są prawdziwe, tak?

                                        Całe to nieszczęście z siotsrą , zabójstwem Many'ego wzięło się także z tego, że Tony wychowany w kulturze mocno patriarchalnej, która nakazywała kobiecie absolutne posłuszenstwo męźczyźnie (zwykle ojcu, a gdy jego zabrakło jego funkcje przejmował najstarszy w rodzinie męzczyzna, w tym wypadku jest to najstarszy brat) traktował siostrę instrumentalnie, nie potrafił rozmawiać z nią o jej potrzebach, odczuciach, zamiarach, usiłował za nią decydować o jej życiu.
                                        Być może gdyby porozmawiali, wyjaśnili sobie ró że rzeczy do tej tragedii by nie doszło ...


                                        Postanawiam sobie raz jeszcze obejrzeć "Scarface" o wcześniejszej porze, porządnie i w całości, poszukam w wypożyczalni!

                                        • grek.grek Re: Scarface cd 4/4 10.10.10, 13:34
                                          hehe, no problemo :]

                                          tak tak, 80 rok jest zgodny z faktami, tzw mariel boatlift :]

                                          zgadza się, kultura patrairchalna to przyczyna główna, a druga taka jest, że zdaje się ojciec się słabo wywiązywał z opieki nad nimi, i Tony instynktownie wypełniać postanowił jego rolę.

                                          ho ho, takie starocie w wypożyczalniach jeszcze można znaleźć ? ;]

                                          • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 12.10.10, 13:25
                                            > hehe, no problemo :]
                                            :)

                                            > ho ho, takie starocie w wypożyczalniach jeszcze można znaleźć ? ;]

                                            A tak można znaleźć, ponieważ ten film został wydany ponownie na DVD (premiera w USA w 2001 roku ).
                                            A co ciekawe , to dwupłytowe wydanie oprócz filmu zwiera jeszcze materiały dodatkowe na temat filmu, według opisu są to - "reportaż z planu, sceny nie wykorzystane, informacje o aktorach i twórcach filmu, reklamówka kinowa, informacje o realizacji".

                                            Podobno, a można się tego dowiedzieć właśnie z tych materiałow dodatkowych, twórcy nie mogli kręcić filmu na Florydzie, ponieważ mniejszość kubańska była protestowała przeciwko temu filmowi i przeszkadzala w kręceniu z obawy, że film pokaże ich w bardzo niekorzystnym świetle. Z tego powodu część zdjęć powstała w Los Angeles i Nowym Jorku...

                                            Namierzyłam ten film w sieci, ale, tak sobie myślę, dla tych materiałów warto by wypożyczć ten film... Jak pooglądam to Ci wszystko powiem!
                                            Tylko, muszę to oglądanie jakoś sprawnie zorganizować!


                                            :)

                                            /Borat będzie dziś!/
                                          • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 12.10.10, 13:48
                                            Przy okazji dowiedziałam się, że film De Palmy jest drugą filmową adaptacją powieści Armitage'a Traila o tym samym tytule - "Scarface", wydanej w 1930 roku.

                                            Pierwsza adaptacja film owa powstała już w 1932 roku:
                                            pl.wikipedia.org/wiki/Cz%C5%82owiek_z_blizn%C4%85_%28film_1932%29
                                            :)

                                            • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 12.10.10, 13:57
                                              PS
                                              Jedna powieść, ale dwie zupełnie rożne od siebie adaptacje filmowe!
                                              • grek.grek Re: Scarface cd 4/4 13.10.10, 12:35
                                                prawda :] jedyne, co łączy te dwie postaci, chyba ?, to fakt, że się do nich tzw wymiar sprawiedliwości dobrał z powodu podatków ;]
                                                • barbasia1 Re: Scarface cd 4/4 14.10.10, 16:06
                                                  A tak, tak! Al Capone został aresztowany za oszustwa podatkowe .
                                                  A z Tonym pewnie byłoby podobnie gdyby, nie ściągnął na swoję głowe zemsty...
                                                  :)

            • pepsic Re: "Rewolwer" i "Scarface" 05.10.10, 15:41
              Bez rewelacji, ale nieźle się oglądało, przynajmniej połówkę. Jason z brodą i w ciemnych włosach trochę dekoncentrował. Cała nadzieja w Manii, bo paru spraw nie zrozumiałam. Dlaczego Jason przystał na zagadkowy układ darując mafii wszystkie swoje pieniądze, skoro zostały my trzy dni życia i co za układem tak naprawdę się kryło? No i końca jestem ciekawa, choć muszę przyznać, że od początku nie wierzyłam w ściemę z zakończeniem żywota gł. bohatera, być może naiwnie.
              • maniaczytania Re: "Rewolwer" i "Scarface" 05.10.10, 20:17
                pepsic napisała:

                > Bez rewelacji, ale nieźle się oglądało, przynajmniej połówkę.

                Dokladnie tak, potwierdzam. Potem zrobilo sie troche za bardzo przekombinowane, przedluzane itp. - zasnelam :(

                >Jason z brodą i w ciemnych włosach trochę dekoncentrował.
                Oj, nawet bardzo, aczkolwiek bylo kilka fajnych ujec :)))

                > Cała nadzieja w Manii, bo paru spraw nie zrozumiałam.

                Ha, a ja liczylam na Ciebie :)))

                trzeba bedzie chyba jeszcze kiedys "doogladac" ;)
    • grek.grek na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 05.10.10, 14:12
      mocny film, nawet chwilami bardzo, nie mniej od Długu, jesli mierzyć skalą krauzego, chociaż tutaj tematyka jest całkiem inna.
      Rzecz nie nowa, w jutubie nawet kursuje, w częściach, powtarzana także w tiwi, ale pewnie nie każdy widział, więc kto nie widział - ten ma dużą szansę. Ja se powtórzę, a co tam, zwłaszcza że raz tylko dotąd oglądałem i wrażenie było niezłe, za drugim będzie większa trzeźwość spojrzenia, więc skoryguję, co się da, i jakie szczęscie, że to nie na monitorze oglądactwo, hehe.
      Krauze ma to, co lubię - nie klepie filmu za filmem, jak jakiś nawiedzony, albo zarobas, tylko starannie się do każdej fabuły przygotowuje, wybiera pomysły starannie, robi bez pośpiechu i dba o to, żeby każdy film był znaczący, pomijam początki, pomijam oczywiście jakieś nowelki telewizyjne i chodzi mi o ciąg : NJ 4 rano - Gry uliczne - dług - mój Nikifor - Plac zbawiciela, nie widziałem tylko Nikifora, ale film został przez krytykę doceniony, więc nawet jak mi nie przypasi, to i tak nie zmienia, to ogólnej oceny jaką mu świat wystawił; poza tym, widziałem wszystko i jego filmu są : od wybitnych do bardzo dobrych, każdy dotyczy jakiegoś ważnego zjawiska we współczesności, jakieś pytania stawia a'prop morale i wartości, używając wyświechatanego banału - kondycji egzystencjalnej człowieka polskiego w obliczu Nowego, które się tworzy.

      PLac ma klimę, jest napisany odpowiednio, znakomite są zdjęcia i w ogóle prowadzenie kamery, długość i sugestywność ujęć, jest ogromne napięcie w tym filmie, i dużo - tak wspominam - ciszy, w której te obrazy są tym bardziej agresywne, młotkujące świadomość, bym powiedział - że naturalistyczne, szczególnie w tych momentach, kiedy tzw stosunki międzyludzkie oraz interakcje, a także indywidualne klęski i przeczołgiwania są przedstawiane. perfect realizacja. widać pełne panowanie reżysera nad filmem, współpracę i porozumienie reżyseiro-fotografeiro.

      I są twarze nieopatrzone, co jest specialite de la maison Krauzego - mam do człlowieka szacun także za to, ze pokazuje jak świetnych mamy aktorów i jak wystarczy im dac coś do zagrania i po prostu zaufać, zeby to udowodnili, a przede wszystkim, ze omija tych popularnych, którzy już byli w zasadzie wszędzie i są co minutę w nowym filmie i już się komplwetnie zgrali, bo jak można widzieć człowieka w 10 rolach w ciągu 2-3 lat, który ciągle gra kogoś innego i w zasadzie już nie ma twarzy, bo ją zamienił na bezkształtną d,pę ? ale teraz popularne polskie aktorstwo się rzuciło do robienia karier i liczenia zer na koncie, kosztem wiarygodności ekranowej. Ale reżyserom to nie przeszkadza. Taki głupi Bajon, który robi Fredrę i zatrudnia tam... Stuhra, Szyca i Więckiewicza - czy to nie są jaja ? Jak ci ludzie mogą być do zaakceptowania dla rozumnego widza, jak mogą stworzyć postać, którą się akceptuje, skoro stworzyli na przestrzeni krótkiego okresu czasu 15 innych i każda była jakaś niepodobna do innej, a zlały się tak ze sobą,że wizerunek takiego aktora jest skończony, a przynajmniej powinien być ? jak można w to uwierzyć ? tutaj nawet zmiana image'u nie pomoże, bo co innego Charlize Theron, która grywa średnie role, aż nagle wszystkich zaskakuje i gra w Monster abslutnie zmieniona i gra sensacyjnie, nikt jej nie poznaje, co innego Clint, który przez 99 lat grał dzielnych macho, a potem nagle zaczął grać tetryków mrukliwych, ale z sercem - w to się wierzy, bo to zmiana wizerunku jest, a nie tak jak u naszych orłów błyskawiczna zamiana wizerunku w nijaką, mdłą papkę, z któerej można wszystko ulepić, ale nie da się tego ze smakiem zjeść.

      Krauze umiał wyłapać inne twarze niż te opatrzone - kto wpadłby na to, żeby Krystyna Feldman zagrała Nikifora, no tylko kozak ;]: tutaj kobiety grają pierwsze skrzypce : Ewa Wencel jest znakomita, Jowita Budnik [ ona akurat w Labiryncie startowała, ale na dużym ekranie, to chyba jej jakiś debiut, czy coś, nie orientuję się do końca ] zresztą też.

      • barbasia1 Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 05.10.10, 15:14
        > Krauze umiał wyłapać inne twarze niż te opatrzone -
        > kto wpadłby na to, żeby Krystyna Feldman zagrała Nikifora, no tylko kozak ;]

        I w tym, co piszesz nie ma cienia przesady!

        Dodam tyliko, że była to pierwsza życiu główna rola 88-letniej Krystyny Feldman! Wspaniala rola. Znakomity film. Jestem przekonana "Mój Nikifor" będzie Ci się podobać! :)

        "Placu Zbawiciela" jeszcze nie widziałam...


        • pepsic Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 05.10.10, 15:56
          "Mój Nikifor" nie przypadł mi do gustu, ale doceniam kreację stworzoną przez śp Feldman i trafny wybór reżysera. "Plac Zbawiciela" - potwierdzam, ciężki kaliber.
          Ps. Niestety, jak to w polskich filmach - nagłośnienie leży na całej linii, co ww. filmy potwierdzają.
          • barbasia1 Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 05.10.10, 16:12
            pepsic napisała:

            To racja. Problemy z dziwiękiem, nagłośnieniem niestety nieco psuły odbór "Mojego Nikifora".

            Mam nadzieję, że kiedyś, przy okazji powtórki "Nikifora" porozmawiamy jeszcze o tym filmie, ciekawa jestem dlaczego tak chłodno oceniasz ten film, Pepsic!?


            A Krzysztofowi Krauze wypada życzyć szybkiego powrotu do zdrowia!
            Bardzo chcemy obejrzeć nowe filmy!

            :)


            • pepsic Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 06.10.10, 23:18
              Barbasiu, nie trafił do mnie, a nawet lekko rozczarował, choć klimaty wydawały się bliskie. Poza tym trudno było mi się zgodzić z postępowaniem bohatera, który dla Nikifora zaniedbał rodzinę, a wręcz opuścił. Gra aktorska poza tytułową również nie powaliła. Ale Krynicę pięknie skadrowano. Czy nie wymieniałyśmy się uwagami we wcześniejszym ojejku? Z rozpędu dodam, że nie lubię "Długu", nic nie ujmując filmowi. Brakuje postaci, z którą można sympatyzować.
              Ps. W GW ukazał się niedawno wywiad z K. Krauzem, opowiadał o walce z chorobą i przemyśleniach. Nie wiedziałam, że jest chory.
              • barbasia1 Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 07.10.10, 16:30
                Właśnie chyba nie rozmawiałayśmy, nie przypominam sobie, nawet szukałam, ale nic nie moglam znaleźć.

                Poza tym trudno było mi się zgodzić z postępowaniem bohatera, kt
                > óry dla Nikifora zaniedbał rodzinę, a wręcz opuścił.

                A motywy tej decyzji bohatera (Mariana Włosińskiego) nie są do końca przekonująco wyjaśnione w filmie ...


                Kiedyś dawno temu czytałam o chorobie Krauzego, a teraz niedawno dowiedziałam się o nawrocie choroby.
                wyborcza.pl/1,91002,8339503,Antyrakowy_dekalog_Krzysztofa_Krauzego.html

                A tu coś przyjemniejszego na temat Krauzego - jego i jego żony plany filmowe:

                wyborcza.pl/1,75248,8468946,Papusza_w_szesciu_odslonach.html
                :)
        • grek.grek Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 05.10.10, 16:03
          ano własnie, pierwsza główna, aż trudno uwierzyć; no i się trafiła w porę, bo zdaje się Feldman się zawinięła w piórnik niedługo potem.

          Jak tylko dadzą gdzieś Nikifora, to już się ciesze na projekcję.

          KOniecznie musisz zobaczyć "plac", mocna rzecz to jest.
          • barbasia1 Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 05.10.10, 16:25
            A Ty koniecznie musisz zobaczyć Nikifora, imo poruszający film.

            Tak, Krytyna Feldman zmarła w 2007 roku, czyli trzy lata po nakęceniu Nikifora.

            "się zawinięła w piórnik "

            hehe, pani Krystyna w piórniku, to znaczy grobie, w grobie by się przewracała na takie dicum, gdyby nie miała wspaniałego poczucia humoru! ;))

            :)
            • ewa9717 Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 05.10.10, 19:53
              O matko, a już myślałam, że ze mną coś nietenteges, bo na polskich filmach marzę o lektorze ;) A czasami jeszcze o kimś z dobrą latarą.
              A ja się dzisiaj na "Noc generałów" wybieram. Pewnie filmidło bardzo takie sobie, ale O'Tool, Sharif, Noiret... same chłopaki, które kiedyś pardzo mi się podobały ;)
              • ewa9717 Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 05.10.10, 19:54
                O'Toole rzecz jasna ;)
              • grek.grek Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 06.10.10, 11:47
                to możę przyniesiesz z tej wycieczki jakąs recenzję ?.. :]
              • barbasia1 Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 06.10.10, 13:56
                ewa9717 napisała:
                :)

                O'Toole trzyma się świetnie, ciągle gra (jedna z jego ostatni ról to Priam w Troi; ja najbardziej pamietam go z roli w "Ostatnim cesarzu"), plany filmowe na ma już na 2011 rok.

                Sharifa też bardzo lubię, przystojny z niego facet niego był/ jest, to prawda ! :)

                • ewa9717 Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 06.10.10, 14:57
                  Recenzji nie będzie, bo nie przetrzymałam całosci. Odpadłam, wzdychając ze zdumieniem, ze na takie coś w latach sześćdziesiątych dorośli i inteligentni ludzie do kina z własnej i nieprzymuszonej chodzili...
                  • barbasia1 Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 06.10.10, 15:55
                    ewa9717 napisała:

                    No wiesz, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. I dlatego pewnie w latach sześćdziesiątych dorośli i inteligentni ludzie chodzili na takie filmy z własnej nieprzymuszonej woli ... ;)


                    Ojciec Detektor na pewno rozgrzeszy! ;))

                    • ewa9717 Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 06.10.10, 19:17
                      barbasia1 napisała:
                      >
                      > No wiesz, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
                      >
                      > E, Barbasiu, lata sześćdziesiąte to ja już całkiem dobrze pamiętam i wcale nie było źle. W naszym pipidówku wchodziły dwie premiery filmowe tygodniowo i z rzadka były to filmy radzieckie, no i była już telewizja.
                      >
                      • barbasia1 Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 07.10.10, 14:05
                        O! No proszę! To ja mam jakieś błędne wyobrażenia na temat troszkę dawniejszych czasów!

                        :)

                  • grek.grek Re: na dziś :Plac Zbawiciela, 23:55, dwójka. 07.10.10, 12:44
                    hehe, a to akurat całkiem niezła recenzja jest :]
    • barbasia1 Dziś w Polsacie o cudnej godzinie 20.30 "Borat: 06.10.10, 16:17
      Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej!" Osobliwa komedia, która całkiem niedawno (cztery lata temu) wzbudziła sensację i liczne kontrowersje w Ameryce, na całym świecie, a Sachy Baronowi Cohenowi, który odgrywa tytulową rolę Borata (dziennikarza kazachskiej telewizji, ktory zostaje wysłany przez swój rząd do USA w celu zbadania fenomenu Ameryki) przyniósła po premierze podobno "3000 cywilnych pozwów od wkręconych bohaterów" .:)
      Więcej... wyborcza.pl/1,76842,6796566,Ali_G__Borat_czy_Bruno_.html?as=2&startsz=x#ixzz11aV7hBWF.

      Scenariusz tego filmu został nominowany do Oscara.

      Tyle na zachętę! Będziecie oglądać?


      :)

      • barbasia1 Re: Dziś w Polsacie o godzinie 20.30 "Borat 06.10.10, 18:03
        Pewien forumowicz o filmie "Borat..." napisał coś takiego:
        "Jeżeli kogoś bawi humor fekalno-genitalny polecam.
        W innym przypadku odradzam."

        forum.gazeta.pl/forum/w,904,97678573,97818684,Re_Ali_G_Borat_czy_Bruno_.html
        Polecam więc ostrożnie!
        :)
      • grek.grek Re: Dziś w Polsacie o cudnej godzinie 20.30 "Bora 07.10.10, 12:47
        jakoś się tak umiarkowanie martwię z tego powodu, że się wylogowałem wczoraj zbyt wcześnie i nie przeczytawszy Twej zapowiedzi przegapiłem ów film :], chociaż z drugiej strony nawet byłbym ciekaw, o co chodzi z tym Boratem, o co ten zgiełk wokół niego. No nic, może następnym razem...
        • barbasia1 Re: Dziś w Polsacie o cudnej godzinie 20.30 "Borat 07.10.10, 13:47
          Jak już "Borat" przetarł szlaki w Polsacie, to jest szansa, że za jakiś czas , może nawet niedługi powtórzą ten film. Później postaram się napisać kilka słów na temat Borata ...
          • grek.grek Re: Dziś w Polsacie o cudnej godzinie 20.30 "Bora 07.10.10, 14:52
            dobry pomysł :]
          • grek.grek Re: Dziś w Polsacie o cudnej godzinie 20.30 "Bora 07.10.10, 15:02
            my tu gadu gadu, a 6 lat minęło...

            film.onet.pl/0,0,1627472,1,600,artykul.html
            • barbasia1 Re: Dziś w Polsacie o cudnej godzinie 20.30 "Bora 07.10.10, 15:47
              Świetna rozmowa! :) Dzięki! :)

              W jakimś biogramie przeczytałam, że Zygmunt Kałużyński lubił muzykę klasyczną i jazz, niech zagra mu zatem z okazji tej 6 rocznicy Leszek Możdżer:

              www.youtube.com/watch?v=aC5uRc9g4jE&feature=related
              :)

    • grek.grek na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 08.10.10, 14:30
      Jedynka - "Dzikośc serca", taki jeden z trochę mniej porąbanych "lynchów" ;] pora dogodna : 22:15, nic tylko oglądać, jesli ma się trochę czasu. wcześniej jakiś modern-western, w którym zagwozdka polega na tym, ze zamiast ponurolicych "clintów" strzelają się hiszpańskie senoritas, Salma i penelopa i jest lżej, ale równie niezaskakująco, a ściśle gatunkowo. taki film w sam raz, żeby widz "na dobre i złe" w Dwójce nie miał powodu zmniejszać widowni serialowej, a ci, co są na konkurencyjnych stacjach akurat mogli tam pozostać w spokoju. cóż, były juz Wystrzałowe dziewczyny i to nawet cztery, tutaj potencjał o połowę mniejszy, a pomysł trochę wtórny ;]

      POlsat - Resident Evil, imo niewysokich lotów s-f plus "głupia miłość", hiszpański jakiś - nie znam, nie orientuję się.
      TVN daje najpierw "Iron Man", czyli chyba znów komiks przeniesiony na ekran, z całym dobrodziejstwem inwentarza, a po nim : "Constantine", i ja to widziałem kiedyś, o zgrozo; jest to fantasy smażone na oleju teologicznym, wg mnie pod wzg potencjału wzbogacania widza może iść śmiało w zawody z Resident ;]



      • barbasia1 Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 08.10.10, 15:16
        Jakoś nic mnie nie pociąga w tej dzisiejszej ofercie...

        "Dzikość serca", taki jeden z trochę mniej porąbanych "lynchów" ;]" - to bardzo celna uwaga, hehe. :)

        "Borata" jutro Ci opowiem, słowo zucha! :)

        /Obiecany ciąg dalszy w podwątku Scarface za moment się pojawi!/

        :)
        • grek.grek Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 08.10.10, 15:37
          orajt, już sobie ostrzę apetyt/y :]

          ja się chyba na Dzikość zainstaluję, widziałem raz, a i to dawno temu, na tyle że pamiętam 5/10, a głównie to, ze się dało oglądac, co - hehe - nie o każdym "lynchu" da się powiedzieć.
          • barbasia1 Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 08.10.10, 16:06
            grek.grek napisał:

            > orajt, już sobie ostrzę apetyt/y :]
            :]

            Pora całkiem, całkiem, może i ja na "Dzikość serca" luknę
            (a ja piąte przez pietnaste pamiętam; najlepiej utkwiło mi w głowie, zakończenie, jego fragment, Nicolas Cage wołający czule (i z radością w firmowym baranim spojrzeniu ;) do swej ukochanej : LuuuUuulaaaAaa! :)) , ale jutro żyć będę Boratem (szkoda, że nie widziałeś ).

            :)
            • barbasia1 Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 08.10.10, 16:07
              Mam nadzieję, że nie spaliłam zakończenia! ;)
        • pepsic Borat 08.10.10, 17:03
          Barbasiu, o Boracie i ja chętnie posłucham, jako że podobnie jak nasz kolega, nie mam pojęcia o co biega w temacie. Zdaje się, że chodzi o dziwnego pana w nieapetycznym stroju jakby kąpielowym.
          :))
          • barbasia1 Re: Borat 08.10.10, 17:28
            pepsic napisała:

            > Barbasiu, o Boracie i ja chętnie posłucham, jako że podobnie jak nasz kolega, n
            > ie mam pojęcia o co biega w temacie. Zdaje się, że chodzi o dziwnego pana w nie
            > apetycznym stroju jakby kąpielowym.
            > :))

            haha tak, tak!

            A byłam ciekawa czy widziałaś / widziałyście! (szkoda, że nie widziałaś).

            Do jutra! :)
      • pepsic Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 08.10.10, 16:54
        Daruję sobie "Dzikość serca", choć również mało co pamiętam (scena z odciętą dłonią chodzi mi po głowie), bo Nicolas Cage z miną człowieka cierpiącego na schorzenia gastryczne niezmiennie mnie nie pociąga, podobnie neurotyczna Laura Dorn. Namierzyłam na Polonii (macie?) o godz. 22.35 czeskiego "Niedźwiadka" (komediodramat, mój ulubiony gatunek). Ponadto zainteresowały mnie dwie pozycje, niestety nakładają się czasowo: "Paradise Now" - palestyński dramat w Kulturze o 19.45 (był na tapecie, stąd wiem, że warto) i kolejny komediodramat "Popatrz na mnie" prod. francuskiej w Ale Kino! o godz. 20.10 - dobrze ocenionyw moim dodatku .
        • barbasia1 Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 08.10.10, 17:26
          pepsic napisała:
          Ależ świetnie rzeczy masz do oglądania. (Nie, niestety nie odbieram Polonii, ech!)
          Pepsic, jakbyś obejrzała czeskiego Niedźwiadka, napisz proszę, jak będziesz tylko mogła kilka słow o tym filmie, plizzz! O "Paradise Now" też możesz, jeśli obejrzysz!

          Francuski komediodramat "Popatrz na mnie" widziałam (nawet obiceywałam Wam, Grekowi, że opowiem co nieco ... ), polecam ostrożnie, przyznam, że mnie znudził, nieco rozczarował.
          To opowieść o samotnej, zagubionej 20-latce Lolicie z kompleksem na punkcie tuszy, która zawszelką cenę pragnie zwrócić na siebie uwagę ojca, egoistycznego, samolubnego sławnego pisarza ...

          :)

          • pepsic Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 08.10.10, 17:57
            Nie omieszkam, jeśli tylko plany staną się faktami , ale o "Niedźwiadku", bo o "Paradiso" pisał Grek, więc chyba bym nie śmiała.
            'Ps. Nie ma czego zazdrościć. Niby tyle tego jest, a wczoraj musiałam oglądać "Szpilki na Giewoncie". Fajną pracę mają w agencji: piją kawę i obsmarowują szefowe. Ale Tatr to im zazdroszczę. Misu Topa - jest b. ok.
            • ewa9717 Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 08.10.10, 18:43
              Czeski film jest też dziś na TVN 7: "Mężczyzna idealny", tyle ze to komedia romantyczna, co mnie z lekka z mety zniechęca.
              • barbasia1 Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 09.10.10, 15:12
                ewa9717 napisała:
                Mamy tu "Mężczyznę idealnego" - Greka
                streszczenie, jeśli jednak nie obejrzałaś:

                forum.gazeta.pl/forum/w,14,109585922,110502722,_Mezczyzna_idealny_Urodzeni_mordercy_dzis.html
                :)

            • maniaczytania Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 08.10.10, 19:29
              pepsic napisała:
              > 'Ps. Nie ma czego zazdrościć. Niby tyle tego jest, a wczoraj musiałam oglądać "Szpilki na Giewoncie". Fajną pracę mają w agencji: piją kawę i obsmarowują szefowe. Ale Tatr to im zazdroszczę. Misu Topa - jest b. ok.

              Ja najpierw tez tak z braku laku, ale teraz to juz z przyjemnoscia ogladam :) Dla Tatr pieknych widokow, dla przystojnego gorala (ech!) i dla pieknych Pan (tak, tak!!!) w kwiecie wieku - Malgorzaty Pieczynskiej (jak zdejmie te kozuszki i warkocze, to ojoj!!!) i Katarzyny Gniewkowskiej :)
              • pepsic Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 09.10.10, 18:53
                Nie mam pojęcia, co mnie pociąga w tym serialu i choć uważam za gniota - to zerkam od czasu do czasu. Mnie K.Gniewkowska, którą pozytywnie kojarzę z "Czasem Honoru" drażni, jak i większość telenowelowych bohaterów. Może górale?
                • maniaczytania Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 09.10.10, 19:38
                  E tam, czy to wazne, co pociaga? Jak wiesz z gory, co ogladasz, to nie ma problemu :)
            • grek.grek Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 09.10.10, 13:44
              Oooo, nie myśl sobie, ze się wywiniesz :]] - napisz koniecznie, co sądzisz o "Paradise Now", jestem b.ciekaw Twojego zdania i nie sądzę, abym był w tym odosobniony.
              • pepsic Paradise Now 09.10.10, 18:32
                W końcu nie obejrzałam, ale w zamian kilka słów skrobnęłam w dwóch innych tematach. Mam nadzieję, że zostanie to przyjęte ze zrozumieniem :))
                • grek.grek Re: Paradise Now 10.10.10, 13:39
                  orajt :]
            • barbasia1 Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 09.10.10, 15:26
              Ależ tak! Toteż tytuł wydał mi się bardzo znajomy i pomyślałam, że mogłabyś dwa słowa napisać. Już teraz sobie przypominam o czym był "Paradise now", linkę do spojlera podciągam:
              forum.gazeta.pl/forum/w,14,109585922,111685848,Paradise_Now_spojler.html
              "Szpilki na Giewoncie". Fajną pracę mają w agencji: piją kawę i obsmarowują szefowe

              Przez moment oglądałam "Szpilki..." w ubiegły czwartek i dokładnie to samo pomyślałam (telepatia!?;) -w tej angencji zamują się wyłącznie popijaniem kawy i obgadywaniem.
              Aktorzy chyba nazbyt sugetywnie zagrali! ;)

          • pepsic Popatrz na mnie, Niedźwiadek 09.10.10, 18:26
            Domyślam się, dlaczego nie wzbudził Twojego zachwytu, ale mi się więcej, niż umiarkowanie podobało, choć może nie nadzwyczajne to dzieło. Przypomina klimaty z australijskiego "Wesela Muriel" (o tytułowej wykonawczyni Toni Colette gawędziliście niedawno). Dodatkowy atut filmu: piękna muzyka, poważna. Przeplatające się wątki i postacie - niejednoznaczne, pogubione, jak w życiu. Trudno zapałać sympatię do jakiegokolwiek bohatera. Ogólnie atmosfera dość zatęchła.
            _ _

            Niedźwiadek to bardzo udana opowieść gł. o perypetiach uczuciowych trzech par małżeńskich około czterdziestki plus epizodycznie czwartej - z porządną dawką humoru, ale i czarą goryczy z dyskusyjnym mottem: znać prawdę, ale niekoniecznie głosić. Bardzo dobrze uchwycone sceny z codziennego życia, okraszone sytuacjami zaskakującymi, żeby nie powiedzieć nieprawdopodobnymi. Reżyser Jan Hrebejk to również sprawca wychwalanego "Czeskiego błędu" właśnie na ekranach kin.
            • barbasia1 Re: Popatrz na mnie, Niedźwiadek 10.10.10, 10:43
              Dzięki Pepsic!

              cdn.
              :)
      • maniaczytania Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 08.10.10, 19:30
        Jako ze ja w piatek wybitnie "odmozdzenia" potrzebuje - na dzis zapodam sobie chyba "Na dobre i na zle" razy dwa - raz nasz serial, dwa film -komedia z Timem Allenem i Kirstie Alley u Amiszow.
      • pomme Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 09.10.10, 19:15
        jak strasznie żałuje, że wczoraj do was nei zajrzałam. Nie żebym jakaś maniaczka Lyncha była, ale :-)
        Dzikośc serca pamiętam jeszcze z czasów liceum, niektóre motywy maluja mi sie bardzo dokładnie, bardzo choc przyznam ze oprócz tytuowego : Bo we mnie jest taka dzikośc serca" to nie bardzo pamietam o co tam chodziło:-)
        Klimat jak na Lyncha bardzo lightowy ( ogladaliście eraserehead???) i jak pamietam dobrze to oprócz zblizeń na ogień i jednej strzelaniny nie było tam nic specjalnie a la lynch ( ale moze mnie pamiec zawodzi bo ponad 15 lat mineło)
        w sumie to pomyslałam ze warto by zakupic ten film do domowej kolekcji ...
        • barbasia1 Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 10.10.10, 10:41
          Mam nadzieję, że Grek powie co nieco, ja niestety nie załapałam się na powtorkę Dzikości ...

          :)
          • grek.grek Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 10.10.10, 13:40
            ja na razie nagrałem tylko :]
            • barbasia1 Re: na dziś : Dzikość serca i cośtam cośtam 11.10.10, 15:11
              To ja może poszukam ...
    • maniaczytania sobota, 09.10. 09.10.10, 13:57
      jak zwykle bryndza i mizeria :(

      Ewentualnie jak ktos nie ogladal to na 2 o 22.00 "Wesele" W. Smarzowskiego

      albo na tvp kultura Woody Allen -"Celebrity" o 21.30.
      • barbasia1 Re: sobota, 09.10. 09.10.10, 15:30
        > albo na tvp kultura Woody Allen -"Celebrity" o 21.30.

        O! A dlaczego nie w publicznej?
        • barbasia1 OT niedzielny informujący 10.10.10, 10:39
          Ja i Borat będziemy dziś późnym popołudniem!
          Tymczasem pozdawiam Was, Ciebie Greku serdecznie i lecę, ech!
          'Dzieikuje' ;)
          b.
          • grek.grek Re: OT niedzielny informujący 10.10.10, 13:42
            mam nadzieję, że Borat niekoniecznie w tym zielonym... czymś... z paskiem pośrodku... tym czymś ohydnym ;]

            pozdrawiam :]
            • barbasia1 Re: OT niedzielny informujący 11.10.10, 14:56
              Witaj! :)
              chichichi

              To zielone coś, to męski strój do plażowania (jedno z hobby Borata). To hit od kilku sezonów! Greku, Ty też powinienś sobie sprawić taki strój, koniecznie! ;}

              No więc, ja wróciłam późnym wieczorem, ale Borat gdzieś się zapodział!?? ;)

              Dziś zacznę, mam nadzieję owocnie...

              :)
              • grek.grek Re: OT niedzielny informujący 11.10.10, 15:18
                orajt :]

                kostium borata powinien być prawnie zdelegalizowany :]
                • barbasia1 Re: OT niedzielny informujący 11.10.10, 15:37
                  > kostium borata powinien być prawnie zdelegalizowany :]

                  hahahahaha
                  :)
      • grek.grek wesele. 10.10.10, 13:58
        Wesele nawet za 3-4 razem sprawia przykrość. Imo, jedna z 5-6 najlepszych i najwazniejszych rzeczy w ost dekadzie. ciągle mało jest takiego kina demaskatorskiego, jacyśmy są, jako społeczeństwo, pod tymi w warstwami pudru i różu fałszywego samozadowolenia i irracjonalnej cokolwiek Dumy : z papieża, z historii, honoru i ojczyzny, z zaradności i sprytu, z gościnności, z wierności Bogu, wartościom rodzinnym itd. ten film powinno się pokazywać co miesiąc - i to specjalna sejmowa ustawa winna to regulować :] tak dla przywrócenia trzeźwości, co niektórym Polakom zbyt zakochanym w sobie i swoim kraju.
        • grek.grek Re: wesele. 10.10.10, 14:17
          haha, co za traf :] właśnie czytam Wildsteina w nowej Rzepie, jak się smuci, że TVP znów daje Wesele, i rzuca się, ze Smarzowski pokazuje w niej w sposób demonstracyjnie tendencyjny i fatalny oraz nie do obrony "polską prowincję", a ucieczkę z niej pannny młodej i jej adoratora kwituje "... pewnie do dużego miasta, gdzie założą rodzinę <młodych i wykształconych>", grzmi, ze "film zostal zrobiony na zamówienie mieszczucha, aby leczyć jego kompleks niższości", dodając : "to takze stosunek do Polski i jej kultury, która właśnie ze wsi się wywodzi" :]

          co za gośc. trzeba mieć naprawdę umysł do reszty zniszczony politykę, wojną PO z PiSem i niechęcią do mieszczuchów, którzy przecież są elektoratem z gruntu platfomerskim, zeby tak interpretować. Smarzowski zrobił za dobry film, żeby go uważać za tak ograniczonego twórcę, że chciał dowalić polskiej wsi. to co narysował zdarza się wszędzie, równie dobrze można odczytać w tym krytykę stosunków w polityce, biznesie, kościele, środowiskach młodzieżowych z dużych miast, a nawet mieszkańców jakiegoś kamienic, bloków,czy sąsiadów z bazaru handlujących warzywami. taka metafora brudu polskości, której istnienia chyba Wildstein nie dopuszcza do swojej swiadomości. chciał pokazać brud, którego nikt nie pokazuje, bo się wszyscy boją albo nie umieją, a Wildstein mu zarzuca, ze akcję umieścił na wsi, a nie w mieście, tak jakby POlska nie był wsią Europy w 2004 roku :] Gdyby akcja była w mieście, to by Wildstein kwiczał pewnie z zachwytu, tak samo pomijając, ze przedstawione w filmie cechy narodowe Polaków są wspólne dla wszystkich stanów i klas, a bohaterowie nie są kurczowo przylepieni do swoich filmowych gąb, a po prostu symbolami i obrazkami codzienności każdemu, albo wielu, znanej. więc, co za róznica, w sumie - miasto czy wieś... Bronek i tak widzi tylko to, co mu pasuje do tezy, że znów wykształciuch obraził czystą polskość :]
          • pomme Re: wesele. 10.10.10, 15:33
            Ja własnie, z powodów, kóre wymieniles, tego filmu nie mogłam obejrzec poraz kolejny. Bo smuci za każdym razem. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja znam takich ludzi, znam te zachowania i wiem jak wiele z tego jest prawdziwe. Nie jako metafora ale jako czysta prawda.
            I mnie to przeraża.
            ta ciasnota ludzkich umysłów ta fałszywa bogobojność, te układy ukladziki, ta powierzchownosc o która tak się dba i która pozostaje prawdą, dopóki nikt nie zajrzy pod spódnice i nie zobaczy tego kłebowiska brudu i robactwa
            ...
            • pepsic Re: Wesele + Plac Zbawiciela 11.10.10, 10:14
              O tak, spokojnie można by użyczyć tytułu "Odrażający, brudni, źli". Toteż z tego samego powodu, jak przedmówczyni odpuściłam. Nieświeży bigos, pokątny seks - ohyda.

              Po raz drugi zerknęłam na "Plac Zbawiciela" (w sobotę na Polonii), a nie planowałam. Film jest dopracowany w każdym szczególe łącznie z psychologicznym uzasadnieniem, może poza końcówką (niespodziewana, niczym nie zasygnalizowna zmiana zachowania męża). Przedstawione sytuacje niepokoją autentycznością, wydają się być blisko na wyciągnięcie ręki, nie tylko w rodzinach patologicznych i głęboko wdzierają się do świadomości. Krause zrobił to w mistrzowski sposób!
              • ewa9717 Re: Wesele + Plac Zbawiciela 11.10.10, 12:09
                Z "Weselem" mam zupełnie jak Pomme. Dość go na co dzień, żeby bez skurczu serca jeszcze w TV oglądać...
          • barbasia1 Re: wesele. 11.10.10, 15:54
            grek.grek napisał:

            > co za gośc. trzeba mieć naprawdę umysł do reszty zniszczony politykę, wojną PO
            > z PiSem i niechęcią do mieszczuchów, którzy przecież są elektoratem z gruntu pl
            > atfomerskim, zeby tak interpretować

            Bardzo dobre posumowanie wypowiedzi Wildsteina!
    • grek.grek obcy kontra predator, czy to się da ugryźć ? 11.10.10, 13:45
      jak by to ująć... czy film, którego nie chce się na nowo oglądać, bo tak dotyka swoimi obrazami - jak napisałyście/napisaliśmy, jest wybitny? czytałem niedawno wywiad z K. Majchrzakiem w Przekroju i właśnie tak on zdefiniował prawdziwą sztukę. Tylko, sztukę jako artyzm czy sztukę nakręcania temperatury w głowie ? :] Artyzm to sztuka czy sztuka, to zdolność poruszania widza ?

      Obcy kontra Predator - ktoś przytomnie doszedł do wniosku, że na Obcego 5 nie ma już szans, bo o czym tu jeszcze opowiadać ?, ktoś drugi do takiego samego wniosku doszedł odnośnie Predatora, tyle że jednym zaledwie sequelu, a trzeciego olśniło i postanowinio by dwóch ofensywnych bardzo kosmitów i napuścić ich na siebie z gościnnym udziałem ludzi :] to się nazywa zmysł biznesowy. i już nakręcono dwie częsci tego czegoś. Polsat dzisiaj daje pierwszą. widziałem fragment zajawkowy - już w Obcym 2 stworów było za dużo, tutaj widziałem ich calą chmarę, podobnie jak Predatorów, szykuje się niezła chryja. o Obcych kiedyś było, więc nie ma się co rozpisywać, wszystkie 4 częsci mają swoje zalety, robili je fachowcy, ale w zasadzie Ósmy pozostaje oryginałem, ze wg na swoją tajemniczość, Obcy zjawia się tam późno, przez długi czas pozostaje w ukryciu, zjawia się w mroku, na błysk, jego wyglądu raczej się domyślamy, nie ma kolegów - potem ma ich wielu, można go sobie oglądać do woli, przestaje być atrakcyjny, choć fabuła się jakoś broni ciągle - w przeciwieństwie np do Szczęk, które w oryginale mają te same zalety, w sequelach te same wady, ale fabułę już beznadzieją i wymuszoną. To samo z Predatorem, Arni nie Arni, a oryginał, to był hell of a s-f thriller. Na dokrętkę nabrać się mogli tylko naiwni oraz tacy nie wierzący w niemożliwe, ale muszący się przekonać, ze cudów nie ma, gdzieś tam się pośrodku ulokowałem, ale to dawno było ;]]

      I teraz ten hicior... stado Obcych kontra stado Predatorów, czyli kompletna herezja i świetokradztwo. może się chociaż fabuła da wytłumaczyć jakoś i przyciągnąć ? Ktoś z Was oglądał już i może wstępnie zrecenzować, czy jednak trzeba będzie zapuścić się w tę, potencjalnie, mętną i prawdopodobnie mało przyjazną wodę, żeby wiedzę posiąść ? ;]
      • notteanapoli Re: obcy kontra predator, czy to się da ugryźć ? 11.10.10, 14:33
        Nie oglądać. Fabuły nie ma prawie wcale, kiepskie aktorstwo. Obejrzałam to sobie przy okazji któryś świąt, z drinkiem w ręku więc na odmóżdżenie był super ale to jest raczej gra komputerowa bez role play, fabularna kreskówka dla pryszczatych nastolatków. Głupi film i tyle.
        • grek.grek Re: obcy kontra predator, czy to się da ugryźć ? 11.10.10, 15:23
          hehe, czemu ja właśnie na taką recenzję byłem, w pierwszym rzędzie, przygotowany ? ;]

          chyba też się nie będę rozsiadał do tego filmu, ew. nagram, a potem dam sobie tydzień - jak znajdę chwilę, to ostrożnie spróbuję, a jak miejsce na taśmie będzie mi potrzebne, to wykasuję bez większego żalu.
      • barbasia1 Re: obcy kontra predator, czy to się da ugryźć ? 11.10.10, 15:09
        Wprawdzie na bezrybiu i rak ryba, jak mówi mądrość ludowa (to aluzja do dzisiejszej mizerii programowej ;), ale posłucham rady Nottenapoli i nie obejrzę dziś filmu "Obcy kontra Predator", coś go tak intrygująco zapowiedział ...

        :)
        • grek.grek Re: obcy kontra predator, czy to się da ugryźć ? 11.10.10, 15:41
          na dwójce Lis będzie, w jedynce jakiś teatr, może nie jest tak tragicznie ? ;] chociaż filmowo, to faktycznie nietęgo.

          Po predatobcych POlsat daje wprawdzie "stan oblęzenia" w 'gwiazdorskiej obsadzie', ale z tego, co pamiętam, jest to mało oryginalna i, co gorsza, mało wciągająca just another opowiastka kryminalno-sensacyjna o terrorystycznych wygibasach.
          • barbasia1 Re: obcy kontra predator, czy to się da ugryźć ? 11.10.10, 16:07
            Może program Lisa obejrzę ...



            /Ciekawe jakby Tomasz Lis wyglądał w plażowym stroju Borata? ;}/


            • grek.grek Re: obcy kontra predator, czy to się da ugryźć ? 12.10.10, 11:09
              jak potencjalna ofiara linczu ;]
              • barbasia1 Re: obcy kontra predator, czy to się da ugryźć ? 12.10.10, 15:44
                grek.grek napisał:

                > jak potencjalna ofiara linczu ;]

                hahaha :)))
        • noa73 TVN7- sroda 13.10 godz. 20.00 "Wszystko za życie" 11.10.10, 15:41
          Polecam ten film, reżyseria Sean Penn. Mysle ze warto go obejrzec.
          • pomme Re: TVN7- sroda 13.10 godz. 20.00 "Wszystko za ży 11.10.10, 19:43
            czy tytuł oryginalny to into the wild?
            jak tak to polecam goraco
            • noa73 Re: TVN7- sroda 13.10 godz. 20.00 "Wszystko za ży 12.10.10, 11:35
              Tak, oryginalny tytuł to "Into the wild". Naprawde film warto obejrzec.
              • pomme Re: TVN7- sroda 13.10 godz. 20.00 "Wszystko za ży 12.10.10, 14:08
                no trzeba tylko pamietac ze film nie jest z serii łatwych, i trwa coś koło 3h
                i nie ma wartkiej akcji, choć są ofiary:-)
                • barbasia1 Re: TVN7- sroda 13.10 godz. 20.00 "Wszystko za ży 12.10.10, 15:33
                  Pomme, Noa 73, jeśli macie ochotę i troszkę czasu, napiszcie kilka słów o Tym filmie!
                  Niestety nie wszyscy mamy tu TVN7 (ja nie mam), a rzecz, sadząc z Waszych krótkich zapowiedzi bardzo ciekawa. A reżyser Sean Penn to ten Sean Penn?
                  :)
                  • pomme Re: TVN7- sroda 13.10 godz. 20.00 "Wszystko za ży 13.10.10, 09:03
                    tak to ten sam
                    film opowiada o młodym chłopaku który konczy szkołe i postanawia sobie zrobic one year off i poszukac wolnosci. W zamysle chodzi mu zeby odzrucic wszystkie zdobycze cywilizacji i życ z tego co da matka ziemia. Juz teraz nei pamietam ale chyba sprzedał samochó a całe swoje oszczednosci przesłał do jakiejs organizacji charytatywnej i wyruszł w droge. po drodze spotyka róznych ludzi, bo nie wiem czy wspomniałam ale jest to w duzej mierze tzw film drogi.
                    Pamietam wsród tych spotkań szczególnie dwa, jedno z laseczka ( ale to kiepsko pamietam) a drugie z takim starszym małżeństwem, które traktowało go troche jak syna. Ci ludzie własnie powiedzieli mu duzo fajnych rzeczy. Właściwie chodziło o to chyba zeby to widz mogł spojrzec na to poszukiwanie wolności jakby z innej perspektywy ( nie chce zdradzac szczegółów)
                    W koncu gosc dociera na upragnioną Alaskę, gdzie może poczuc upragniony powiew wolności. Niestety ta wolność okazała się dla niego więzieniem ze śmiertelnym wyrokiem ( to wbrew pozorom nie jest spoiler)
                    i tyle
                    film jest fajny z wielu powodów
                    czesto to co nam sie wydaje zbawieniem ,celem, potzrebą duszy okazuje sie pułapką. Często nasz własny punkt widzenia zawęża nam wiele perspektyw. nie chce tu filozowac:-) ale fajnie go obejrzeć a potem pomyśleć, w trochę szerszym kontekście nawet niz wolność
                    akurat filmów to ja nie umiem opowiadac:-)
                    • barbasia1 Re: TVN7- sroda 13.10 godz. 20.00 "Wszystko za ży 13.10.10, 22:55
                      Umiesz, umiesz! Rób to częściej! :)

                      Bardzo interesujące uwagi!

                      Może doczekamy się tego filmu i w TV publicznej!? W wypożyczalniach DVD, widzę, jest dostępny!


                      • pomme Re: TVN7- sroda 13.10 godz. 20.00 "Wszystko za ży 14.10.10, 09:12

                        zajrzyj na priv
                        • pomme Re: TVN7- sroda 13.10 godz. 20.00 "Wszystko za ży 14.10.10, 09:14
                          a tak btw okazało sie ze szczególy mi sie jednak polatały w tym filmie, wczoraj obejrzałam pierwsze pół.:-)
                          idee i sens pamietam a reszta mi sie troche pobałaganiła:-)
                          • barbasia1 Re: TVN7- sroda 13.10 godz. 20.00 "Wszystko za ży 14.10.10, 16:55
                            Idea i sens w tym przypadku ( zachęty), są najważniejsze!

                            Tak sobie pomyślałam, czytając jakiś opis w necie na stronach filmowo-serialowych, że ten film to pozycja obowiązkowa dla wszystkich outsaiderów uciekających, pragnących uciec od cywilizacji, od ludzi ...

                            Odpisałam!

                            :)
                            :)
    • janka.janicka Re: Ojej, co tu wybrac 2010 - 6 (vol. 10) 12.10.10, 16:28
      A widział ktoś „Zamknięty krąg”? Dzisiaj leci na HBO o 23:30 i się zastanawiam czy warto czekać :D
      • blue_kalmarka Re: Ojej, co tu wybrac 2010 - 6 (vol. 10) 12.10.10, 16:32
        Warto, warto! Jean Reno jest boski w roli głowy mafijnej rodziny. Film trzyma w napięciu. A tego przecież od filmów kryminalnych oczekujemy :)
      • karrantum Re: Ojej, co tu wybrac 2010 - 6 (vol. 10) 13.10.10, 19:22
        Oglądałam wczoraj "Zamknięty krąg" - niezły ojciec chrzestny z Jeana Reno. Jest powtórka 23 października, warto obejrzeć.
    • grek.grek "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dobry :] 13.10.10, 11:25
      jak zwykle TVp dobre filmy chomikuje na nocki, ale... wtedy ja wychodzę na żer, więc im się nie udaje do konca z nimi ukrywać ;]

      "odlotowy sekstet" nie jest jakąś młodzieżową komedyjką o seksie sześciu osób w kastetach; jest o męskim chórze, jaki w 32 roku w Berlinie założył niejaki Harry Frommerman. był on absolwentem szkoły muzycznej, grać nie umiał kompletnie na niczym, ale za to dobrze śpiewał i nieźle aranżował piosenki. przymierając głodem, zimnem, materialną bidą i ocieplany jedynie uczuciem do pracownicy sklepu "u żyda" - Erny, zostaje zainsprowany prasową wzmianką o amerykańskich The Revellers i postanawia założyc wzorowany na nich zespół muzyczny. ogłasza casting, zgłasza się kupa chętnych - same zdechlaki albo beztalencia, z jednym, który popycha sprawę do przodu - Robertem; onże, nie dość, że ma głos jak talala, to jeszcze zaprasza Harrego w tour po knajpkach, małych klubikach i poznaje z róznymi swomi kolegami, co : co jak co, ale śpiewać umieją. szybko kompletują ekipę : jeden człowiek zaiwania na forteklapie, a pięciu śpiewa. I ofk chcą odnieśc sukces. Odbywają niekończące się próby, sprzeczają się, co do repertuaru, czasami jakaś kłótnia się zdarzy o niedostateczne zaangażowanie, ale tak to już się z docieraniem się. No a potem jest pierwszy występ, pierwszy angaż, pierwsza duża sala... I jest sukces. Oszałamiający. Comedian Harmonies, bo tak się nazywają [ czy raczej tak nazwał ich pierwszy pracodawca ], szybko stają się sławni. Są prekursorami... boysbandu ;] - zdecydowanie. Śpiewają operetkowymi tenorami, basami, czy jakimiś innymi głosami luźne, pastiszowe utwory, występują we frakach i białych koszulach z muszką, publika się wspaniale bawi i odpręża jak kraj długi i szeroki, a wkrótce nie tylko kraj. Kobiety ich uwielbiają, mieszkają w najlepszych hotelach, bawią się, są jak Stonesi, czy inni Beatlesi, tyle że trzy dekady wcześniej. dostają zaproszenie z licznych stolic europejskich, jeżdzą na tournee, kontrakty się mnożą jak króliki, kasa sypie jak z rogu obfitości. W zyciu prywatnym realizuje się Harry, związawszy się z Erną, drugi kolega się żeni, pozostali korzystają z uroków licznych groupies. Słowem, są jak wczesny rock band.

      I to jest pierwsza połowa filmu, czarująca estetyką szalonych lat 30-tych kanoniczna opowieść o tym, jak się jedzie z parteru na samą górę szybobieżną windą.

      Ale, nie zapominajcie, są lata 30-te, Niemcy, Berlin... Tak jest, do władzy dochodzi pan z wąsem i jego koleżeństwo. przedsmakiem tego, co nadchodzi jest sprzeczka na basenie, gdzie się Harmonies bawią z panienkami. zjawia się tam konkurent Harry'ego do względów Erny, próbuje wszcząc awanturę zarzucając Harry'emu że jest Zydem, czego zresztą Harry nie ukrywał nigdy, więcej - trzech z nich to Żydzi. A dla Żydów idą kiepskie czasy...

      NSDAP pracowicie zmienia Niemcy, i Harmonies też biorą pod lupę. Harry i Robert dostają wezwanie do urzędasa, który z miną fantomasa sugeruje, że fakt iż połowa zespołu, to Żydzi jest dość kłopotliwy [ "może ma pan aryjską babcię, czy coś ?", ten urzędas próbuje Harry'ego jakoś "ratować" ]. powiada, że "ktoś nad wami roztacza w Berlinie opiekuńczy parasol", ale nakazuje im zmianę repertuaru, rezygnację ze śpiewania utworów kompozytorów żydowskich. Na koniec zaś ponury urzędas, odbębniwszy oficjałki, z miną naiwnego fana prosi ich o... autografy na płycie. Dla bratanka. Jak to ludzie umieją oddzielić pracę od życia prywatnego ;]

      ledwie wracają z tego spotkania i są świadkami demolki sklepu starego Zyda, przez Hitlerjugend, z tym adoratorem Erny, a teraz młodym faszystą, na czele. Robert próbuje się z nimi szarpać - dostaje w trąbę, stary Zyd próbuje interweniować u straży miejskiej, ale ci z cynicznym uśmieszkiem każą mu spadać, Erna pluje temu szczawiowi w twarz i dostaje z liścia, a Harry nie robi nic, tylko patrzy na zdarzenia coraz mniej rozumiejącymi to wszystko oczami.

      Zostają zaproszeni do Norymbergi. śpiewają w wielkim teatrze, na ścianach flagi ze swastykami, w pierwszych rzędach oficjele hitlerowscy, ze Streicherem na czele. ich występ zakłoca znów jakaś faszystowska młodzieżówka drąca się z balkonu : "jude raus !", ale sam gaulaiter ich uspokaja i uprzejmie prosi, żeby występ był kontynuowany, zaś po wysyła po nich jakies swoje "gestapo" i zwozi do domostwa, gdzie prosi o prywatny, dla niego i jego znajomych, koncert - prosi o zaśpiewanie tylko jednej piosenki, jakiejś niemieckiej, sztywniackiej, nacjonalistycznej kluchy. Harry wysiada po chwili, nie może kontynuowac, występ nie wypala, Streicher kwituje to krótkim "szkoda..", wymownie patrzy na Harry'ego... "Parasol ochronny" poszedł się paść. Harry ma dodatkowo kłopoty z Erną, ostatecznie, nie znajdując w nim zrozumienia dla swoich planów życiowych [ studia ] nazwiązuje ona romans w Robertem.

      Zostają zaproszeni do Ameryki, wita się ich tam z pompą i zachwytem. Dają koncert na ogromnym lotniskowcu, wśród ustawionych w szeregi żołnierzy, w imponującej oprawie. mają dylemat : wracać do Niemiec, gdzie wiadomo co się kroi [ chociaż nikt wtedy nie mógł podejrzewać, w co się przerodzą te rządy NSDAP, wszyscy sądzili, ze to epizod tylko... ] czy zostać ? tylko Robert chce wracac, nie może zostawić matki. i wracają. Wszyscy. Są zespołem, jeden za wszystkich... itd. Harry do końca się waha, wie co mu grozi z Niemczech, ale... nie może zostawić przyjaciół. Nie są tylko kilkoma zawodowcami wykonującymi wspólnie pracę i zarabaijącymi kasę. Są jak rodzina, są lojalni wobec siebie.

      Monachium. występują na tle wielgachnego godła NSDAP. przed koncertem zostaje im doręczony list z informacją, ze otrzymują zakaz występów na terenie Niemiec. to ma być ich ostatni raz. jeden mówi, że nie zagra, nie ma mowy, ale Harry przekonuje : zróbmy to, nie dla siebie, dla nich - dla naszej publiczności. Wychodzą na scenę, z polecenia urzędasa harry czyta podsunięte mu oświadczenie : że to ostatni występ, że tylko dzięki łaskawcom partyjnym, a powodem ich zawieszenia jest fakt, iż trzech z nich, to Żydzi, i jeśli ktoś chce wobec powyższego wyjśc z sali, to zostaną mu zwrócone pieniądze za bilet. Wychodzi kilka osób, reszta zostaje, a oni śpiewają piosenkę pożegnalną [w tekście jakieś "aufwiedersehen" i "letzte nacht", więc się domyśliłem ;) ]. KOńczą i cisza jak makiem zasiał. a później cała widownia wstaje, urządza ich owację na stojąco, rzuca się ściskać im ręce, wręczać kwiaty, gratulowac, dziękować itd. I to jest koniec.

      Ostatnia scena jest na peronie. Żydzi z Harmonies wyjeżdzają z Niemiec. Żegnają ich pozostali. Z Harrym wyjeżdza Erna, która ostatecznie wybiera sercem, a Robetrt zachowuje się jak najlepszy przyjaciel i nie ma pretensji, rozumie, ze to tamtego kochała zawsze, a Harrego ściska na pożegnanie. I notka : żydowska połowa zespołu pojechała do Ameryki, nigdy więcej obie częsci grupy się nie spotkały, próbowali śpiewać na własną rękę, ale bez powodzenia. Film oparty na faktach, na końcu pojawia się zdjęcie autentycznych Comedian Harmonies.
      I tak to było :]

      Gustowny dekor - jednak lata 30-te, to było TO; jak gustownie wyglądały miasta bez marketów, reklam, morza samochodów, wieżowców szklanych, całego tego cywilizacyjnego "postępu", który cieszy technokratyczne gusta... było minęło, cóż, mozna przynajmniej na filmach znaleźc jakiś sztuczny odprysk tamtych czasów. Ta moda, styl, klimat. Hehe :]
      duzo muzyki, ofk, piosenek, aranżacji scenicznych, Ulrich Noethen/harry o twarzy Roberto Benigniego :] I taki paradoks - niemiecka widownia uwielbiająca swoich artystów - do końca, a zarazem to przecież właśnie mieszczaństwo dało władzę NSDAP, o wiadomych poglądach, która karierę Comedians przerwała. MOże nie wiedzieli o żydowskim pochodzeniu części zespołu, może dowiedzieli się w Monachium dopiero, ale popierając faszystów akceptowali ich antysemityzm. Nie można zjeśc ciastka i mieć ciastka, coś za coś. I trochę cierpkawy posmak, z tego wzg, miała ta demonstracja sympatii gorącej widzów dla piosenkarzy w ostatniej scenie.
      • pepsic Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dob 13.10.10, 13:13
        Wygląda, że to całkiem dobry film. Ciekawe, o której w nocy łaskawcy zapodali i jakiej jest produkcji?

        Ps. Skojarzyło mi się z "Kabaretem" i Twoim zapytaniem, czy raczej K. Majchrzaka. Otóż uważam za zbytnie uproszenie tezę, iż do wybitnego filmu trudno się przemóc po raz kolejny, czego przykładem doskonały "Kabaret", do tego nie starzejący się nic, a nic.
        • pepsic Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dob 13.10.10, 13:19
          Cofam pytanie odnośnie produkcji, bo jeśli gra Ulrich, to odpowiedź może być tylko jedna.
          :)
        • grek.grek Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dob 13.10.10, 14:31
          jest dobry :], to ko-produkcja niemiecko-austriacka, zdaje się; zaczęli go pokazywać za 25 północ, co jak na Tvp jest niemal porą wczesną, hehe.

          o, to prawda; wiesz mnie chodziło o to, czy wybitny film, ale przy okazji taki... przykry, estetycznie i esencjonalnie dojmujący, jest łatwy do przyjęcia po raz kolejny i kolejny, i czy jego wybitność artystyczna jest tutaj jakimkolwiek argumentem za, czy odgrywa jakąkolwiek rolę... taki, żeby daleko nie szukać, Plac zbawiciela - film, wg mnie, wybitny, ale zarazem trudny... czy SAM FAKT jego wybitności i ważności sprawia, że się go łatwiej ogląda po raz drugi albo trzeci, czy skorzej się po niego sięga, albo ogląda się na przekór przykrości jaką wywołuje ?

          • pepsic Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dob 13.10.10, 14:54
            Nie ma zasady, to raczej zależy od filmu. Trzy szybkie przykłady, jakie nasumęły mi się na potwierdzenie: "Tańcząc w ciemnościach" po raz drugi oglądałam mniej emocjonalnie (łatwiej). "Plac Zbawiciela" - za pierwszym razem w odrętwieniu, za drugim inaczej, ale z takim samym silnym ładunkiem empocjonalnym. "Ediego" - odebrałam porównywalnie.
            Mam nadzieję, że tym razem prawidłowo zinterpetowałam :))
            • grek.grek Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dob 14.10.10, 13:49
              to raczej ja mam nadzieję, że tym razem dostatecznie przejrzyście napisałem, o co mi chodzi/ło/ :]

              coś w tym jest, potencjał artystyczny & temperaturowy potencjałem, a w realu to już tylko osobista intuicja i skłonność rozstrzyga.
      • barbasia1 Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dob 14.10.10, 00:52
        > jak zwykle TVp dobre filmy chomikuje na nocki, ale... wtedy ja wychodzę na żer,
        > więc im się nie udaje do konca z nimi ukrywać ;]

        :))))
        Co my byśmy bez Ciebie zrobili!?!?!

        Odlotowy spojler!
        Choć, muszę to powiedzieć, po raz pierwszy żałuję, że film tylko w opisie dostajemy, bez obrazów, bez tej muzyki ...

        O niemieckich Comedian Harmonies nie słyszłam nigdy wcześniej, ale o wspomnianych przez Ciebie Revellersach z Ameryki owszem, co nieco.

        W ramach ciekawostki link do artykułu "rewelersach" podaję -www.voiceband.art.pl/historia.html


        Rzeczywiście, Ulrich Noethen niesamowicie podobny jest do Roberto Benigniego!

        Buona notte! :)
        • grek.grek Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dob 14.10.10, 14:04
          hehe ;], na pewno mielibyście ścisłe informacje.
          np taką, że zespół nazywał się Comedian HarmoniSTS, a nie Harmonies, jak napisałem polegając na swoim zawodnym słuchu. i że powstali w 1927, a nie 32, roku. mea culpas. i mea lenivas, bo mi się wczoraj jakoś nie chciało skontrolować, czy dobrze usłyszałem nazwę/datę.

          wiesz, muzyka jak muzyka, taka myszką trochę trącająca [ za czym ta widownia tak szalała ;) ], taka, powiedzielibyśmy może "grzeczna-wa", niedzisiejsza, ale... tak było, ci ludzie byli pionierami, przecierali szlak Stonesom, Beatlesom, ale i rozmaitym Take That. i tak jak dzisiaj się rozpadają rózne zespoły przez ambicje indywidualne albo z powodów finansowych, tak C.H rozbił wiatr historii. Taka róznica drobna :]

          tak dla porządku, Comedian HarmoniSTS orydżynal :
          wpcontent.answcdn.com/wikipedia/en/thumb/1/19/Ch1930.jpg/300px-Ch1930.jpg
          i CH filmowi :
          www.coverbrowser.com/image/soundtracks/729-1.jpg
          • barbasia1 Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dob 14.10.10, 15:53
            Ale już mamy wszystko uściślone! :)) No i jeszcze wzbogacone o zdjęcia prawdziwych i filmowych muzyków Comedian Harmonists!

            To ja dodam jeszcze coś do posłuchania, Miene Freude -

            www.youtube.com/watch?v=35PCFQtrgJM&feature=related
            Masz rację, to stare ramotki, ale od czasu do czasu miło posłuchać dla odmiany, nieprawdaż
            W filmach kostiumowych z epoki mają one szczególny urok ... :)

            :)
            • grek.grek Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dob 15.10.10, 13:27
              Urok niezaprzeczalny. W filmie, w całym tym enturażu, wygląda to jeszcze zacniej :]
              • barbasia1 Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dob 15.10.10, 13:47
                Liczę na powtórkę! :)

                W Comedian Harmonists, wyczytałam, śpiewał Polak - Roman Cycowski, urodzony w 1901 roku, w Łodzi, w rodzinie żydowskiej. To on był jednym muzyków CH, którzy musieli opuścić Niemcy.
                Jak podaje wiki -
                "Był najdłużej żyjącym artystą tego zespołu i jednym z najdłużej czynnych zawodowo kantorów w USA. Zmarł w swoim domu w Palm Springs w 1998."

                pl.wikipedia.org/wiki/Roman_Cycowski
                :)
                • grek.grek Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dob 15.10.10, 14:19
                  yup, cytując klasyków : nasi tam byli :]
                  • barbasia1 Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film dob 15.10.10, 14:40
                    :)))
                    No tak.
                    A wiesz, ta fraza, ten cytat też chodził mi dziś po głowie . Ale w jakimś takim poważnym, zadumanym nastroju byłam od rana ... do teraz ;))


                    /Borat będzie dzis jeszcze albo jutro na pewno, obejrzałam po raz drugi, notatki porobiłam, prezmyslałam to i owo, ufff ... ;))/
      • barbasia1 Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film PS 16.10.10, 18:43
        I taki paradoks - niemiecka widownia uwielbiająca swoic
        > h artystów - do końca, a zarazem to przecież właśnie mieszczaństwo dało władzę
        > NSDAP, o wiadomych poglądach, która karierę Comedians przerwała. MOże nie wiedz
        > ieli o żydowskim pochodzeniu części zespołu, może dowiedzieli się w Monachium d
        > opiero, ale popierając faszystów akceptowali ich antysemityzm. Nie można zjeśc
        > ciastka i mieć ciastka, coś za coś. I trochę cierpkawy posmak, z tego wzg, miał
        > a ta demonstracja sympatii gorącej widzów dla piosenkarzy w ostatniej scenie.

        A'popos w Berlinie została właśnie otwarta wystawa, która stara się odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób nazizm przeniknął do codziennego życia Niemców,
        jak to się stało, że naród niemiecki dał się uwieść ideologii Hitlera.

        Zabawka dla dziecka uosabiająca Hitlera z ręką wyciągniętą w nazistowskim pozdrowieniu - przerażające!

        Więcej... wyborcza.pl/1,75477,8516943.html#ixzz12XaX9tUJ
        wyborcza.pl/1,75477,8516943.html
        • grek.grek Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film PS 17.10.10, 12:04
          ciekawa rzecz. Hitler dał im nadzieję na mocarstwowość, sprawnie organizował kraj, gospodarka rosła [m.in przy rozkręconym przemyśle zbrojeniowym], dlaczego mieli go nie poprzeć ;] wydawał się pajacowatym krzykaczem i populistą, który bardziej podryguje niż cokolwiek może przedsięwziąć. tyle, ze znali jego poglądy, antysemityzm paranoiczny; ci postepowi i racjonalni przedłozyli materializm ponad ideologię, której oddziaływanie potencjalne zbagatelizowali [nie wszyscy, ofk] ci zawistni na odwrót, a z tego się wzięła wystarczająca akceptacja dla obu rzeczy naraz. pewnie upraszczam i skracam do bólu, ale tak to widzę z perspektywy czasu.
          • barbasia1 Re: "odlotowy sekstet", tytuł głupi, ale film PS 17.10.10, 15:13
            Myślę, że masz dużo racji.

            :)
    • grek.grek Crash Kids/Uliczne psy/V jakVendetta,/Ultraviolet 15.10.10, 14:45
      Na dziś niby nic, a jednak potencjalnie dość ciekawie :
      TVP 1 - 22:30 Crash Kid, niemiecki produkt, niepokorny dzieciak, zakład poprawczy w którym zamordyzm i rózne machloje... Będzież to jakaś krytyka stosunków społecznych, mechanizmów działania instytucji państwa, czy raczej prosta historia młodzieżowo-sensacyjna bez podtekstów i głębszych konotacji ?
      2:25 - Uliczne psy; jaka fajna pora... ;] LA przedmieścia, latynoskie getto, właściwy miejscu rozgrywania się akcji lajfstajl, pogamatwane drogi życiowe kilku przyjaciół... dla mnie - szafa gra, wszystkie filmy tego typu wchłaniam jak odkurzacz. I do tego Clifton Collins jr, aktor którego jakoś dziwnie lubię, a który ma przed soba, imo, świetną przyszłość, ale najpierw ktoś go musi odkryć na dobre - w roli głównej... cóż, wygląda na to, że ja już mam swojego faworyta ;]

      Polsat, 22:30 Ultraviolet, futurystyczna sensacyja z Millą Jovovich : znów jest, tak z krótkiej zajawki wynika, wirus który powoduje mutację u częsci populacji i druga część tę pierwszą ściga z pochodniami i widłami, bo się mutanci okazują dość mało przyjemnymi typami. znacie ? [ Milla się niestety zrobiła zarobasowa trochę, albo nawet bardzo - nawet nie tyle, ze przyjmuje role w tych dobrze płatnych efekciarskich wydmuszkach, ale wręcz stała si,ę ich emblematem, nalepką na towar pewnej marki, niestety marki nienajwyższej artystycznie i intelektualnie, chociaż całkiem wystrzałowo-wybuchowej; a może to najlepsze, co się mogło jej przydarzyć ? nie jest to big time aktorka, więc bycie twarzą kina akcji klasy B i kasowania uczciwych pieniędzy za te wygibasy to całkiem sensowne spełnienie w jej przypadku ? ]. a może to wszsystko lipa i ten akurat film, w swej wizyjności przyszłościowej jest całkiem niezły ? kto wie... z takim kinem nigdy nic nie wiadomo, te 3 filmy na 300 muszą się przeca udać ;]

      TVN - 22:00 V jak Vendetta; a to oglądałem kiedyś, nie porwało mnie specjalnie, historia w swej estetyce i poetyce trochę , z bohaterem nieznośnie uszlachetnionym, trochę z cyklu lekko liftingowanego płaszcza & szpadla, efektowne na pewno [wybuch na końcu, chyba pałac Buckingham eksploduje, czy coś, nie pamiętam, dawno to było, kiedy oglądałem, ale scena malownicza była ;) ], chociaż w tempie, z tego co przez mgłę pamiętam, nierównym ... natalie Portman trochę robi za dorodną śliwkę w tym kompocie; w odróżnieniu od Jovovich - ona, jak również Swank czy Johansson, Jolie, Theron biorą czasami takie rólki dla odopoczynku, dla frajdy, dla kasy ofk, dla urozmaicenia sobie filmografii, bo w swym właściwym i oryginalnym wcieleniu są aktorkami przed duże A.

      No i... co wybieracie ? :]
      • barbasia1 Re: Crash Kids/Uliczne psy/V jakVendetta,/Ultravi 15.10.10, 16:13
        I mnie "Uliczne psy" wydają się najciekawszą propozycją, to bym chciała zobaczyć, ale pora koszmarna, nie dla mnie, niestety. Waham się więc między kolejną, trzecią już w ostanim czasie futursytyczną wizją świata, w którym szaleje wirus, a filmem V jak Vendtetta, którego akcja tez jak widzę dzieje się w przyszłosci ...

        :)




        • ewa9717 A moze 15.10.10, 17:17
          ceski film na TVH 7? "Pod jednym dachem" w dogodnej porze - o 20.00 ;)
          • grek.grek Re: A moze 16.10.10, 11:45
            oglądałem serial pod tym tytułem:]
            fabuły Hrebejka nie znam, i niestety nie mam tego kanału, o którym piszesz.
          • barbasia1 "Pod jednym dachem" 16.10.10, 18:10
            O! kolejny film Hrebejka, niedawno był "Niedźwiadek", o którym pisała Pepsic. Szkoda tylko, że te filmy nie są pokazywane w publicznej!?
            Zapoznawanie widza polskiego z najnowszym kinem europejskim, kinem najbliższych sąsiadów też powinno być misją publicznej telewizji!

            Tez pamiętam czeski serial "Pod jednym dachem", jako dziecię? oglądałam z lubością. Bardzo stare dzieje, ale do dziś mam w uszach tę muzykę lecącą na zakończenie każdego odcinka (albo na początku, z napisami, tego już dokładnie nie pamiętam.).

            Marzyła mi wtedy bardzo się taka drewniana chałupa, z drewnianym schodkami na górę, z wielkim drewnianym stołem na środku kuchni i grającą szafą... :)
            • pepsic Re: "Pod jednym dachem" 16.10.10, 19:22
              Przeciętne życie dwóch rodzin w przededniu 1968 roku, w których wiodącą rolę pełnią mężowie (rozrywkowy wojskowy brata się z Rosjanami - do czasu i ciągle udowadnia szwagrowi, że we wszystkim jest najlepszy; znerwicowany opozycjonista po przejściach obozowych lubi na balkonie wykrzykiwać: "proletariusze wszystkich krajów pier... się"), poza tym niszczy psychicznie rodzinę. Jest jeszcze samotna matka poszukująca męża, są nastolatki i trudne relacje z rodzicami oraz pierwsze miłostki i rozczarowania.
              Niezłe z małym ale: dłużyzny i lekki chaos, a przemiana opozycjonisty w łagodnego baranka wypadła mało wiarygodnie. Tak, czy siak - warte polecenia :))
              • grek.grek Re: "Pod jednym dachem" 17.10.10, 12:06
                czyzby pomieszanie klasycznej czeskiej estetyki i narracji z wpływami psychokina z zachodu ? :]

                • pepsic Re: "Pod jednym dachem" 17.10.10, 17:13
                  Nie, raczej nie to. W zamyśle chciano pokazać kilka płaszczyzn tuż przed tragicznymi wydarzeniami, a to moim zdaniem niekorzystnie odbiło się na całości, mimo wzajemnych powiązań. Również parę cięć przysłużyłoby się dynamice, bo film z reklamami trwał 2,5 godz., a ja z tych niecierpliwych.
              • barbasia1 Re: "Pod jednym dachem" 17.10.10, 13:48
                O! Dzięki Pepsic. Można powiedzieć, że jesteś już specjalistką od Hrebejka i czeskiego kina! Zazdraszczam! ;)

                Widzę, że Hrebejk w swoich filmach nie unika rozliczeń z historią...

                >znerwicowany opozycjonista po przejściach obozowych lubi na balkonie >wykrzykiwać: "proletariusze wszystkich krajów pier... się")
                hahaha :)

                Czesi mam wrażenie zawsze byli bardziej bezpośredni!?
                • pepsic Re: "Pod jednym dachem" 17.10.10, 17:21
                  Tak naprawdę, to o polityce tu nic prawie nie ma, poza niuansami i tym biednym opozycjonistą, z którego zrobiono największego wariata, ale w sumie na nikim nie pozostawiono suchej nitki.
                  Czesi nie wiem, ale Słowacy na pewno :)
                  • grek.grek Re: "Pod jednym dachem" 18.10.10, 11:49
                    a to już w czeskim stylu; częściowo przynajmniej ;]
                    no bo w pełnej wersji brzmi ten styl : nikt nie jest fajny i nikt nie jest kompletnie do d,py, ten pierwszy miejscami bywa jak ten drugi, a ten drugi jak ten pierwszy, a i tak wszyscy jesteśmy ludźmi, czyli gatunkiem ułomnym, więc tym bardziej bądźmy wyrozumiali dla swoich słabości :] - tak to idzie w tym filmie, czy jednak są postawy i postaci bardziej jednoznacznie zakwalifikowane, bez ocieplenia, ironii ?
                    • pepsic Re: "Pod jednym dachem" 18.10.10, 17:52
                      Sytuacji absurdalnych nie brakuje, a ocieplenie owszem następuje. Jeden z bohaterów (opozycjonista) po stracie żony znajduje ukojenie w drugim związku i zaczyna się dogadywać z córką, drugi (wojskowy) wpada w rozpacz po wejściu sił zbrojnych układu warszawskiego podejmując próbę samobójczą. Jest jeszcze obślizgły nauczyciel (amant i skarżypyta), ale on zostaje nagrodzony za zasługi awansem w ministerstwie chyba ds. propagandy.
                      Ps. Coś nie wyszła mi ta recenzja :(
                      • barbasia1 Re: "Pod jednym dachem" 18.10.10, 18:03
                        Wyszła, wyszła! Przy okazji okazało się, chyba, że jest tu więcej polityki niż sądziłaś! Tylko tak subtenie została ona ukryta.

                        :)
                        • pepsic Re: "Pod jednym dachem" 18.10.10, 18:24
                          Jeśli w jakiejś części, to tylko dzięki cierpliwemu nauczycielowi, który mnie pomaglował ;)
                          • barbasia1 Re: "Pod jednym dachem" 18.10.10, 18:59
                            haha :)
                          • barbasia1 Re: "Pod jednym dachem" 18.10.10, 19:22
                            PS
                            Bo on ma talent pedagogiczny!

        • grek.grek Re: Crash Kids/Uliczne psy/V jakVendetta,/Ultravi 16.10.10, 11:55
          ja też nie oglądałem, ale nagrałem, więc niebawem coś nagryzmolę na ten temat :]

          obejrzałem za to Crash Kids i niestety, tak jak chciałem się mylić, tak miałem jakiegoś czuja... żaden to był film społeczno-demaskatorski, choćby nawet w najlichszej formie - zwykłe kino akcji : młodzieniec w zakładzie poprawczym, tam funkcjonuje firma produkująca i rozprowadzająca narkotyki na wielką skalę, on - i poznana tam dziewczyna, bo to zakład koedukacyjny, aczkolwiek kontakty międzypłciowe wszelkie zabronione są, odkrywają to, muszą z tego zakładu uciekać, są ścigani - nie ratuje ich ani policja, ani kolega chłopaka, bo są skumani z tymi handlarzami, skumana jest też dziewczyna, ale dlatego, zę jej matkę porwali i ja szantażują - aż w końcu chłopak prosi o pomoc ojca, a ojciec się okazuje sensacyjnie agentem d.s narkotyków i robią z handlarzy sito, a potem uwalaniają matkę dziewczyny i jest happy end; jezwa, co za szmira : a to bijatyka, a to pościg, a to strzelanka, przetykane pustymi jak bęben dialogami, wszystko to było w kinie już 4 miliony 567 tys 897 razy...a żeby było już kompletnie absurdalnie, to aktorzy poruszają ustami po niemiecku, na to nałożony jest angielski dubbing, a wszystko to czyta ofkl lektor po polsku :] rozumiem kryzys i oszczędności, ale takie g,wno kupić i puścić w telewizji publicznej, to szczyt żenady. Ja bym tym wszystkim, co ten film zrobili, i tym w TVp co go kupili i puścili kazał wyjarać te prochy, co je produkowali w tym filmie - na jeden raz, każdemu po złotym strzale, w nagrodę.
          • maniaczytania Re: Crash Kids/Uliczne psy/V jakVendetta,/Ultravi 16.10.10, 13:08
            greku - zapomniales dopisac, ze oprocz strzelanki, bijatyki, to jeszcze i film przez moment byl "ero..c" ( w koncu Niemcy kiedys potega w tym temacie byly ;) ).
            Lecialo sobie w tle, ale jak dziewczyna powiedziala, ze tez jest w zmowie i do tego pojawil sie w przebitkach ojciec super hero to juz nie dalam rady - szmira total!

            Chociaz przynajmniej chloptas mial calkiem mila aparycje ;)
            • grek.grek Re: Crash Kids/Uliczne psy/V jakVendetta,/Ultravi 16.10.10, 14:23
              to prawda, ale jako że w głównej roli na ekranie występowały pośladki męskie - zamknąłem odruchowo oczy, a potem - sama rozumiesz - szybko wyparłem ze świadomości ten obrazek... sądziłem, że na dobre... ;]

              mnie dobił fragment, kiedy ten dyrektor zakładu vel boss narkotykowy mówi do kogoś przez telefon "wysłalem do akcji mojego najlepszego człowieka" - pojawia się pompatyczna muzyka i kadr, na któym w samolocie siedzi niby ten "najlepszy" - sztywny jakby kij połknął, kamienna twarz, czarne okulary... normalnie odjazd :] filmy z Czakiemnorisem, to jest szczyt wyrafinowania przy tej chale.

              a, i budżet chyba mieli słaby, bo tam gdzie Amerykanie dają mercedesa przebijającego się przez
              szklany wieżowiec i wybuchającego ogniście - tutaj dali starego opla tratującego stodołę i pakującego się do sadzawki wzbijając fontanę brudnej wody ;]
          • barbasia1 Re: Crash Kids/Uliczne psy/V jakVendetta,/Ultravi 16.10.10, 17:20
            grek.grek napisał:

            > ja też nie oglądałem, ale nagrałem, więc niebawem coś nagryzmolę na ten temat :]

            O! Świetnie! :)))

            Dzięki za słów kilka na temat "Crash Kids" , ja w końcu zdecydowałam się, szcześliwie, jak widzę, "V jak Vendettę" z Natalie Portman .
            Muszę powiedzieć, że ja ze swego wyoboru byłam/ jestem nawet zadowolona, choć nie powiem, zeby to było jakieś wielkie dzieło. Rzecz dzieje się w Anglii roku 2020 , w której władzę sprawuje fasztstowska partia, kótra iniwgiluje społeczeństwo, zastarsza, maniupuluje. Totalitarnym rządom tej partii przeciwstawia się jednen człowiek, zwany "V",, chodzacy w stroju i w masce Guya Fawkesa, (słynnego członka tzw. Spisku Prochowy na życie króla Anglii i Szkocji Jakuba I, spiskowy planowali wysadzić w powietrze budynki Parlamentu początek XVI wieku), dobrze posługijacy się bronią biała i palną, wielbiciel Hrabiego Honte Christo, szlachetny myściciel, bojownik o wolność (na którym naukowcy rządowi przeprowadzali niegdyś ekspreymenty z smiercionośnym wirusem, o ile dobrze zrozumiałam). Wysadza on ważne budynki państwowe, zabija po kolei wysokich urzędników pańsywowych, w tym biskupa, blisko związanego z władzą, który okazuje się być koneserem młodziutkich dzieweczynek. Oczywiscie w pogoń za nim ruszają służby wałdz, policja, detektywi.
            Na koniec udaje mu się, to czego, nie zdołał dokonać niedgyś Guy Fawkes, dzięki pomocy Evey (którą ratuje wczesniej z rąk służb specjanych rządu, a potem szkoli w osobliwy sposób, by juz niegdy się nie bała) wysadza w końcu ten najwazniejszy budnynek Parlamantu, w ktorym uwalniając w ten sposób naród od znienawidzonej wladzy...
            Tak w skrócie wielkim przedstawia się akcja, (nawiazująca do książki Orwella "Rok 1984" O

            Mnóstwo tu było uproszczeń, czarno-białej wizji świata, papierowych postaci, ktorą tłumaczy troche fakt , że jest ten film to adaptacja (do której scenariusz napisali bracia Wachowscy, podobno, jak mówią znawcy, upraszczając, spłaszczajac do jednego wymiaru postać V, która w komiksie Moora jest niejednoznaczna) komiksu, graficznej powieści Alana Moora (wyd. w 1989).

            Ale w sumie dobrze się oglądało film.
            Ostatnią scena wybuchu budynkow Parlamentu zapamietam tuż przed wysadzeniem pojawią się rzerze ludzi ubranych w stroje i maski Guy Fawkesa, potem nastepuje średnioefektowny ni to wybuch, ni to fajerwerki, w kształcie symbolicznej litery "V".

            W V jak Vendetta Natalie Portman (to ona grała, tak wspaniale Matyldę w Leonie Zawodowcu!) poddała się odważnej urodowej metamofrozie, jest obcięta na łyso (jej bohterka Evey Hammond dostaje się do więzienia, gdzie obcinają jej włosy) ! Ale i tak ślicznie wygląda. :)



            > m tym wszystkim, co ten film zrobili, i tym w TVp co go kupili i puścili kazał
            > wyjarać te prochy, co je produkowali w tym filmie - na jeden raz, każdemu po zł
            > otym strzale, w nagrodę.

            haha
            Jak nie popieram narkotyków, tak optowałanym za tym pomysłem! ;))

            Z cyklu: zaległości:
            forum.gazeta.pl/forum/w,14,117123935,117631370,Re_Scarface_cd_4_4.html
            • grek.grek Re: Crash Kids/Uliczne psy/V jakVendetta,/Ultravi 17.10.10, 12:12
              kurdesz, a mogłem nie patrzeć na to niemieckie badziewie, tylko się zainstalować na tym filmie... nic to, było - minęło, na całe szczęście jest Twój opis, dzięki któremu se przypomniałem nieco... :]

              • barbasia1 Re: Crash Kids/Uliczne psy/V jakVendetta,/Ultravi 17.10.10, 15:06
                Ech, nie podoba mi się wcale ten opis pisany na wariata, z usterkami. Miałam zrobić inaczej, zacząć Borata, wyrzucić go wreszcie z głowy, a potem przemyśleć Vendettę...
                Ale z drugiej strony, przynajmniej nie będę mieć nowej zaległości!

                A jeśli Ty zdołałeś sobie przypomnieć co nieco dzięki mojemu opisowi, to jestem nawet zadowolona!
                :)
                • grek.grek Re: Crash Kids/Uliczne psy/V jakVendetta,/Ultravi 18.10.10, 11:51
                  pierwsza wersja ma naj wdzięku zawsze ;] wygładzanie stylistyczne niekonieczne, wszak nie piszemy na ocenę, a dla zabawy :]
                  • barbasia1 Re: Crash Kids/Uliczne psy/V jakVendetta,/Ultravi 18.10.10, 17:59
                    Oczywiście, że piszemy dla zabawy, dla przyjemności.
                    Aleeee im jest lepiej, tym więcej przyjemności ma piszący i czytający, też, tak myślę.

                    > pierwsza wersja ma naj wdzięku zawsze ;]
                    :))
                    To zależy od autora, chyba!?

                    :)
          • pepsic Re: Crash Kids 16.10.10, 19:33
            Po pierwszych, nieprawdopodobnych akcjach (antyterrorystyczna i kraksa) ze spokojnym sumieniem oddałam się w objęcia Morfeusza. Ale dzięki za dopowiedzenie.
            :))
    • grek.grek nędza sobotnia ;] 16.10.10, 15:29
      mały tour po grafiku i otóż co wyszperałem :

      tvp 1 : cassino Royale po wiadomościach, czyli stare niemodne w kieszeni niewygodne, jak mawialiśmy w podstawówce już.

      dwójka : nagła śmierć z Van damą - niestety, oglądałem, typowy "vandam", tym razem gra on jakiegoś ochroniarza, czy kogośtam, który podczas meczu hokejowego musi stawić czoła... a jakże... terrorystom [kuźwa, jak nie wirus, to terroryzm... ;)], co podłożyli w wielkiej hali bombę, która ma w odpowiednim momencie eksplodować. nikt o bombie nie wie, wszyscy oglądają mecz, a dzielny vandam ratuje w tym czasie ludzkość. jak myślicie, czy bomba wybuchnie ? ;] ktokolwiek zainteresowany jest odpowiedzą na to ważkie pytanie - nie może filmu przegapić. napięcia jest mniej więcej tyle, co niepewności a'props finałowego rozstrzygnięcia, a "nagła śmierć", to termin hokejowy, oznacza pierwszy gol w dogrywce, który automatycznie kończy mecz [taki ze mnie znafca, hehe]. już ciekawszym zajęciem od takiego filmu jest stać przy oknie i obstawiać, czy i którzy kolejni przechodnie potkną się na prostej drodze i skręcą sobie nogę. większa frajda, bo w tym przypadku na początku przynajmnie nic nie wiadomo ;]

      a później "Kibole" - byyyyło, obgadywaliśmy pokątnie ;]

      Polsat ukarze swoich widzów Arnim i "prawdziwymi kłamstwami". tylko za co ta kara ?

      TVN - mierny horror "Boogeyman" i jakaś przygodowa komedia romantyczna... hesus, dramatem zalatuje ten zestaw :]
      • barbasia1 Re: nędza sobotnia ;] 16.10.10, 17:53
        Tour de grafic coś dziś mało zachęcający!?

        > tvp 1 : cassino Royale po wiadomościach,
        czyli stare niemodne w kieszeni niewygodne, jak mawialiśmy w podstawówce już.
        :)))
        O, tak.
        Bond przerobiony na typowy film sensacyjny niewiele różniący się od innych.


        > dwójka : nagła śmierć z Van damą - niestety, oglądałem, typowy "vandam",
        O, nieeee!!

        > a później "Kibole" - byyyyło, obgadywaliśmy pokątnie ;]
        Tak, prawda, z jednym zastrzeżeniem, ja jeszcze nie skończyłam obgadywać "Kiboli" ! Nie powiedziałam ostatniego słowa! ;)

        > Polsat ukarze swoich widzów Arnim i "prawdziwymi kłamstwami".
        hahaha :)

        Na tej liście popozycji filmowych na sobotę najfajniejsze jest to powiedzenie z Twojej podstawówki. Zapamiętam! :)


        już ciekawszym zajęciem o
        > d takiego filmu jest stać przy oknie i obstawiać, czy i którzy kolejni przechod
        > nie potkną się na prostej drodze i skręcą sobie nogę. większa frajda, bo w tym
        > przypadku na początku przynajmnie nic nie wiadomo ;]

        :)))))
        • pepsic Re: nędza sobotnia ;] 17.10.10, 17:46
          Barbasiu, swoją antyreklamą zainspirowałaś mnie do obejrzenia Bonda, wg Twojej zapowiedzi pierwszego stąpającego po ziemi. Otóż podzielam Twoje zdanie i stwierdzam z pełną odpowiedzialnością, że to najprzystojniejszy i najbardziej męski, a także jedyny napakowany Bond w historii. Gdybyż tylko dało się wyciąć wszystkie brawurowe akcje, pościgi i pogłębić wątek miłosny (agentka koniecznie do wymiany na bardziej dojrzałą i wiarygodną), to wyszłoby z tego całkiem przyzwoite kino sensacyjne.
          Przy okazji, ze wszystkich dziewczyn Bonda pod względem urody zdecydowanie stawiam na Barbarę Bach (żonę Ringo Starra, wtedy jeszcze nie) .
          • barbasia1 Re: nędza sobotnia ;] 18.10.10, 15:39
            W takim razie miło mi i polecam się na przyszlość. :)))

            A ja zawsze zapatrzona w Bondów, a głównie w Seana Connery, niegdy się nie zastanawialam, która dziewczyna była najładniajsza. Pomyślę!

            >[D. Craig] to najprzystojniejszy i najbardziej męski, a także jedyny napakowany Bond w historii [...]

            Tak, ale po Seanie Connerym!


            :)

            • pepsic Re: nędza sobotnia ;] 18.10.10, 17:59
              Moim dotychczasowym nr 1, ale umiarkowanym, letnim był Timothy Dalton.
              Ps. Dziewczynę Bonda zagrała odchudzona Eva Green z "Marzycieli", nie do poznania.
              • barbasia1 Re: nędza sobotnia ;] 18.10.10, 18:14
                > Ps. Dziewczynę Bonda zagrała odchudzona Eva Green z "Marzycieli", nie do poznan
                > ia.

                A tak, tak, przypominam sobie. Wiesz, że mnie się nawet tu podobała Eva Green,
                ale która najbardziej, jeszcze nie wiem.

                :)
      • barbasia1 Re: nędza sobotnia ;] 17.10.10, 13:51
        Zapomniałam powiedzieć, że a'propos Cassino Royal, że Daniel Carig robi, co może w roli Bonda. To znakomity aktor, zresztą mówiliśmy o tym, Grek mówił.
        I bardzo mi się podoba!

        :)
        • pomme Re: nędza sobotnia ;] 17.10.10, 15:45
          no to ja Wam powiem, że moja sobota była pełna wrażeń. Jak wiadomo alkohol intensyfikuje doznania:-). Zapobiegliwszą więc będac, łyk napoju bogów poczyniłam i przed telewizor zasiadłam. Kanal o zwierzetach znalzłszy, po chwili ze zdumienia oczy przecierałam. Albowiem głazom moim ukazał sie człowiek oskalpowany ( dosłownie) do czaszki gołej, zywej, białej czy jak ja nazwiecie, przez pumę. Zapewniam Was nigdy, żaden horror, nawet Lśnienie, nie zrobiły na mnie większego wrażenia.
          natomiast niestety nie moge powiedzieć :"polecam", takich rzeczy się nie rekomenduje, nikomu
          • barbasia1 Re: nędza sobotnia ;] 18.10.10, 15:17
            pomme napisała:

            To ja nawet nie będę odpytywać, co konkretnie oglądałaś, ponieważ robi mi się słabo na takie widoki ... Ale filmy przyrodnicze bardzo lubię.

            :)
    • grek.grek uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 18.10.10, 11:28
      Uliczne psy' - nic specjalnego, tak jak się spodziewałem, aczkolwiek na 2:25, to stanowczo za późno.
      ot, historia o dojrzewaniu do tzw dorosłości trzech latynoskich przyjaciół z przedmieść LA. Wychowali się razem, od dzieciaka, teraz mają po 18 lat i moment przejścia w dojrzałość zbliża się nieuchronnie. jeszcze grają w kosza, jeszcze przesiadują na wielkiej czerwonej kanapie na posesji i rozmawiają o d,pie maryni, ale czują, że zmiany nadchodzą w życiu każdego z nich.

      Danny mieszka z ojcem, eks-bokserem, który tak boksował zawzięcie, że skończył na wózku inwalidzkim, i dziadkiem, który prawi mu mądrości w stylu "możesz być gołębiem, albo pomnikiem..." - jaka jest róznica ? - "pomnik się nie rusza, a gołąb może polecieć wszędzie, jesli zechce" - prawdziwe oraz autentyczne, ale w filmie brzmi mało odkrywczo. Z ojcem Danny jest w konflikcie, bo obwinia starego o to, że swoimi furiackimi zachowaniami wpędził matkę do grobu, stary próbuje chłopaka wychowywać, za pomocą prymitywnego grożenia, ze go wyrzuci z domu, jesli pracy nie znajdzie. dziewczyna Danny'ego się dostała na uniwersytet w NY, i zaraz wyjeżdza - wkracza w nowy etap życia i dla chłopaka jest tam miejsce, o ile się się ogarnie, znaczy się : znajdzie zajęcie, pomyśli o przyszłości etc. I Danny robotę znajduje - u piekarza. nie na długo, zostaje wkrótce zwolniony, z okazji słabej prosperity interesu.
      Alfonso ma pełną rodzinę, brata, kolacje przy stole, w sumie normalnie ma. jest donżuanem prywatnie ;]. do momentu, kiedy nie poznaje nowej dziewczyny, z którą zachodzi w ciążę. chciał nie chciał - musi się ustatkować. Najpierw prosi o rękę panny jej rodziców [bogobojna rodzina, święte obrazy na ścianach, dziewczyna otarła się o bycie zakonnicą, te sprawy; "jesteś katolikiem ?", pytają Alfonsa jej rodzice, chłopina dostaje oczu jak talerze w pierwszej chwili, ale szybko odpowiada "o tak ! tak, jestem, czasami aż za bardzo... o mało nawet księdzem nie zostałem" - i starzy uśmiechają się szeroko. I już po nim.
      Trzeci - Ray mieszka tylko z matką, która ledwie wiąże koniec z końcem. on chce jej pomóc, wkręca się w dilowanie koksem u murzyna, co ma pistolet w kieszeni. przy okazji sam lubi przypalić. Któregoś dnia okrada go z kasy i towaru dwóch typków. Murzyna to nic nie obchodzi, kasa ma być, twój problem jak ją zdobędziesz. Ray się ukrywa przed nim, Danny ofiaruje się, ze odda mu całą wypłatę [na początku całej chryji jeszcze miał robotę], Alfons też da co ma, ale wszystko to za mało; w którymś momencie Ray przestaje się ukrywać, ma dość paranoi, co oczywiście musi doprowadzić do konforntacji.

      Przyjeżdza Murzyn i żąda kasy. Ray że nie da, bo nie ma. Murzyn bierze go na muszkę, ale facet z budki ze śmieciowym żarciem robi rejwach i wyrok zostaje odroczony. Na moment. Za drugim razem dochodzi do strzelaniny - w obronie Raya staje miejscowy eks-kryminalista, który właśnie wyszedł i przez pół filmu chodzi i prawi morały bohaterom, bo nie chce, zeby jego błędy powielali. najpierw on strzela do murzyna, ale murzyn jeszcze zdąża nafaszerować Raya ołowiem. MUrzyn i Ray schodzą, kryminalista wraca do pierdla. Danny doznaje szoku, co przyczynia się do pogodzenia z ojcem i decyzji, żeby wyjechać do NY do dziewczyny, która tam studiuje. Alfonso zostaje, ale jako żonkośc, tatuś i pracuś też pożegna za chwilę młodość :]

      W ostatniej scenie Danny wsiada do taksy, żeby pojechać na lotnisko i z sentymentem patrzy na usuwaną z posesji ich czerwoną kanapę, symboliczne odtrąbienie końca jakiegoś ważnego etapu w jego/ich zyciu.
      Niby scenariusz na poziomie papieru niezły, ale na ekranie kompletnie bezpłciowy - czy to szczypta humoru, czy to nutka nostalgii, czy to piepr,znięcie dramatyczne : wszystko niedoprawione. My man Clifton gra dobrze, ciśnie jak się da z postaci Raya, przedmieścia LA, krótkie flesze ujęc przy zachodzącym słońcu - zawodowa rola, poza tym dość biednie.

      "Grzeszna propozycja" - kurna, tytuł org to "Propozycja", ale polski dystybutor musiał nomenklature wiadomą dorzucić, ech... :]; to powtórka była, może już oglądaliście...
      narratorem jest tutaj ksiądz, który był świadkiem i czynnym uczestnikiem pewnej historii i właśnie ją opowiada
      Otóż, mąz i żona chcą mieć dziecko. ale mąż atakuje ślepakami. Wpadają na pomysł, żeby wynająć młodego, co wykona to czego mąż nie może, a oni mu zapłacą. jest rok 35, nie było jeszcze in vitro ;] wybierają jakiegoś dobrego genetycznie typa, składa mu propozycję adwokat rodziny [ a to rodzina zamożna i wpływowa ] młlody [gra go NP Harris, czyli Doogie Howser, sorry ale on się ze wszystkim kojarzy tylko nie z seksem] się waha, ale w końcu się godzi. z seksem zapłodaniającym też są początkowe problemy, chlopak się peszy i w ogole, za pierwszym razem nie ma efektu, spotkanie trzeba powtórzyć, ale w końcu żona zachodzi w upragnioną ciążę.

      sprawa byłaby zakończona, gdyby nie to, że się młody zakochał w pani domu i ją nachodzi. mąż go wygania sumiennie, aż w końcu wywala na pysk i grozi śmiercią w razie dalszych usiłowań. wtedy to po raz pierwszy rodzinę odwiedza nasz ksiądz, zresztą za namową proboszcza, który włazi w tyłek wpływowego pana męża i irytuje go ociąganie się młodego wikarego. Nie zna clue problemu - wikary jest... bratankiem pana męża, a jego ojciec ze stryjem się ostro pożarli kiedyś o kobietę, o matkę wikarego.
      Pani żona od początku łapie z wikarym nić porozumienia emocjonalnego, zaczyna go odwiedzać, podczas jednej z wizyt ksiądz właśnie ma pochować znalezionego na dniach trupa. Okazuje się nim... młody, co zapłodnił panią żonę. ta widząc jego gębofon w trumnie dostaje palmy, biegnie na oślep, wpada do wykopanego dołu grobowego i traci ciążę.

      Sytuacja zaczyna być tragiczna, bo żona obwinia siebie o śmierć chłopaka, podejrzewając ze to mąż go zamordował z jej powodu - jeden się w niej zakochał,drugi go zabił z miłości do niej, fakt - można się rozchorować. no i utrata ciąży... w tym okresie odstawia ona męża i zbliża się do księdza - opowiada mu ona o całej sytuacji z mężem i chłopakiem, a do tego z porozumienia duchowego oboje przechodzą do pocałunków, ale szybko się reflektują. ksiądz tak się jednak angażuje, ze kiedy dowiaduje się, iż kochanka chce się znów dać zapłodnić jakiemuś młodemu i sprawnemu sam idzie do niej i ja konsumuje. jest z tego ciąża.
      happy end ? niby wraca babka do męża, niby jest cacy, ale poczucie winy trawi ją ciągle, aż skutkuje chorobą i powikłaniami ciązowymi i w 8 miesiącu następuje jakaś cięzka akcja, krwotok, w wyniku której ona umiera, a lekarz w ostatniej chwili ratuje dzieci - bliźniaki.
      Ksiądz oskarża prywatnie męża o zabójstwo chłopaka, które przyczyniło się do jej z kolei śmierci, grozi że mu dzieci odbierze, nie kryje, ze to on jest ich biologicznym ojcem; proboszcz zaniepokojony, ze mu wikary robi bajzel i psuje relacje z szychą miejscową próbuje go wykopsać do Rzymu. robi się kociokwik mały.

      w ostatnim akcie ksiądz jest świadkiem rozmowy, wg której zabójczynią chłopaka okazuje się macocha pana męża, postać z drugiego planu. mąz i ksiądz spotykają się przy grobie pani zony, jak jacyś Rogożyn i Myszkin przy grobie nastazji Filipownej, i dochodzi do pojednania, bo w końcu... obaj ją kochali. a w jednej ze scen końcowych pan mąz z bliźniakami, już takimi 6-7-letnimi przystępuje do komunii, a podaje ją im ksiądz wikary, ojciec obu chłopców ;] czy nie śliczna opowieśc ? ;]]
      bez salt & pepper, bez tego "czegoś", ale stylowy film - pełna profeska rozpiski i aranżu, dekor z lat 30-tych w Bostonie, aktorstwo [Branagh jako wikary, Hurt jako pan mąż, tylko m. Stowe/pani żona - jakaś zbyt zwiewna i nieciekawa, chociaż z dobrą twarzą do roli kobiety nadwrażliwej, chociaż imo byłaby ta postać ciekawsza, gdyby zachodziła w niej zmiana, a nie była tak ostentacyjnie krucha], kadrowanie, robota perfekt, jak pambuk przykazał. historia w sumie interesująca, chociaż bez tąpnięć, bez naprawdę wysokiej temperatury która rzuca kotłem.
      • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 18.10.10, 15:01
        I dobrze, że nie siedziałeś po nocy, że nagrałeś ten film!

        „Uliczne psy” mają coś z kina zaangażowanego społecznie, prawda!?
        Film, adresowany przede wszytskim chyba do młodych ludzi z środowisk zagrożonych biedą , przestrzega przed wiązaniem się ze światem przestępczym, karierą dilera naroktykowego, gangstera, pokazuje, że są inne lepsze drogi wyjścia jak to się ładnie mówi z zaklętego kręgu biedy, choćby poprzez poszukiwanie uczicwej pracy poza, szansy na rozwój w innym miejscu, poza gettem oczywiście jeśli tylko człowiek ma chęć.
        Optymistyczne kino nawet, pytanie tylko czy jest dość przekonujące!?

        :)

        “Grzeszna popozycja” – no właśnie znamienne to, że w polskiej wersji tego tytułu dodano epitet “grzeszna”. Aczkolwiek metoda poczęcia dziecka, o której mowa w filmie w porównaniu takim in vitro wydaje się dziś bardzo niewinna, nieprawdaż! ;)

        Właśnie sobie pomyślałam, że skoro popieram dostępność in vitro to żadna ze mnie za katoliczka (raczej heretyczka;) , co gorsza nawet zasługuję na ekskomunikę, ech!
        Ateiści mają łatwiej! :)

        Film widziałam poprzednim razem, i mimo, że nie leciało to jakoś dawno nie pamiętałam zakończenia! No właśnie, zgadzam się z Tobą całkowicie, film jakoś nie robi wielkiego wrażenia, nie wywołuje emocji, nie zostaje w pamięci, choc tematyka przecież intrygująca. Nawet miałam o nim napisać kilka słów, ale cieszę się, że tego w koncu nie zobiłam, Twoja wersja od mojej niedoszłej, podoba mi się o wiele bardziej. ;)
        Cdn.

        :)
        • pepsic Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 18.10.10, 18:11
          Mną w sprawie in vitro miotają etyczne dylematy, jako że nie popieram aż tak głębokiej ingerencji w naturę, ale z drugiej strony nie ośmieliłabym się odebrać prawa do macierzyństwa żadnej kobiecie. Natomiast odrębną kwestią pozostaje pytanie, czy nasze państwo stać na tak kosztowną metodę.
          Ps. Co do ekskomuniki, na mnie też by się coś znalazło :)
          • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 18.10.10, 18:57
            > nie ośmieliłabym się odebrać prawa do macierzyństwa żadnej kobiecie.
            Otóż to, to samo myślę!

            Przyznam, że nie wiem jakiego rzędu kwoty trzeba byłoby przeznaczyć na finansowanie tej
            metody i jaki to procent całego budżetu ministerstwa zdowia, czy innego. Ale jeśli nie stać państwa na finansowanie w calości , to może przynajmniej w jakiej części, w płowie byłoby możliwe!?

            > Ps. Co do ekskomuniki, na mnie też by się coś znalazło :)
            :))

            Taka dobra osoba jak Ty, ekskomunikowana!? To były koniec świata!

            • pepsic Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 19.10.10, 19:31
              Aby komuś dać, trzeba innemu zabrać, bo budżet NFZ to nie worek bez dna, tym bardziej że wpływy z tytułu podatków drastycznie maleją. Nie na darmo trąbią o zabraniu ulgi rodzinnej, czy internetowej nie mówiąc o podwyższeniu VAT. A nie posądzam posłów, iż w ślad za przegłosowaną ustawą in vitro wskażą dodatkowe źródło pozyskania środków.
              ---
              Przeceniasz mnie, Barbasiu :)
              • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 20.10.10, 13:42
                pepsic napisała:

                > Aby komuś dać, trzeba innemu zabrać, [...]

                Racja.
                Nie słyszłam nic na temat źródłeł finansowania in vitro.


                > Przeceniasz mnie, Barbasiu :)

                Nie sądzę. :)
        • grek.grek Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 19.10.10, 13:43
          zaangażowane kino ?
          może trochę tak, coś tam mówi o, jakby to ująć żargonem socjologicznym : problemach materialnych i społecznych środowiska latynoskiego w ameryce :], ale jednak bardziej jest to kino obyczajowe, skupia się na decyzjach, zachowaniach i rozterkach emocjonalnych bohaterów, ich kontakcie w rzeczywistością, interakcjach itd

          optymizm jakiś jest, no bo finał taki, a nie inny, mimo dramatyzmu wyłania się jakieś swiatełko z tunelu, przynajmniej dla tych, którzy zostali.

          plotka głosi, ze ateiści czasami mają sumienie i nawet rodzące się z tego powodu moralne wątpliwości i pytania posiadają :] ekskomunika jest za sprzeciw wobec biskupów, a nie wobec boskiej woli, do miana wyrazicieli której biskupi aspirują, i w imię czego chcą zabrać ludziom to, co, wg ich wiary, jest największym darem Boga, czyli wolną wolę. Dogmat może dotyczyć trójcy św, ale nie codziennej praktyki moralnej. do tego ta grupa mało wykształconych i niestety głównie mało rozgarniętych ludzi nie dotarła jeszcze :] i pewnie nigdy nie dotrze, bo ktoś kto przywykl do tego, zę z okazji noszenia sutanny ma zawsze rację i nie musi dbać o sens swoich racji - ma mózg w zaniku z powodu jego nieużywania.

          dzieki za dobrą notę, ale dałabyś radę nie gorzej, a pewnie - lepiej :]


          • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 19.10.10, 18:25
            grek.grek napisał:
            > zaangażowane kino ?
            To tylko taka hipoteza była. Dzięki za wyjaśnienia!

            > plotka głosi, ze ateiści czasami mają sumienie i nawet rodzące się z tego powod
            > u moralne wątpliwości i pytania posiadają :]

            Nawet nie ośmielam się w to wątpić!

            • grek.grek Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 20.10.10, 10:54
              nie nie ! hipoteza dobra, bo faktycznie coś w tym filmie z takiego kina jest, po prostu obyczajówka wzięła górę :]

              hehe ;]
              • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 20.10.10, 13:12
                Jeszcze dwa słowa do poprzedniej wypowiedzi:

                Wzdychając, że ateiści (posłowie ateiści) mają łatwiej, pomyślalam tylko, że nikt ich nie będzie straszył, groził (sic!) karą ekskomuniki (co ciekawe rodzice, którzy korzystają z metody in vitro nie polegają takiej karze), wywierał presji zwłaszcza w sytuacji, kiedy istnieje pilna potrzeba, konieczność dokonania regulacji prawnych w kwestii zabiegów in vitro, które przecież od lat są dostępne u nas i na świecie, co nie znaczy, że pomyślałam, że nie będą ich dręczyć, podobnie jak wierzących wątpliwości różnej natury co do samej metody in vitro, bo w końcu przeciez chodzi tu o ludzkie życie.

                Oczywiście kościół nie mówi tu niczego nowego, uznając, że życie ludzkie zaczyna się w momencie zapłodnienia, połączenia komórek męskiej i żeńskiej (i właściwie, to jest jeden jedyny taki wyraźny moment, kiedy bez żadnych wątpliwości można wskazać, że oto powstaje coś nowego, nowe życie), musi konsekwentnie bronić go w tej sytuacji, zgłaszać wątpliwości.

                :)


                > nie nie ! hipoteza dobra, bo faktycznie coś w tym filmie z takiego kina jest, p
                > o prostu obyczajówka wzięła górę :]

                Ufff, to jednak dobrze kombinowałam! ThnX! :)
                • grek.grek Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 20.10.10, 15:19
                  prof Bartoś stwierdził, ze nie ma w prawie kanonicznym żadnych zapisów, które by jakiemuś biskupowi dawały podstawę do obłożenia kogokolwiek fatwą za popieranie in vitro.

                  poza tym, czy biskup jest głosem Boga [zakładając, że dla wierzącego Bóg może istnieć ] ? na jakiej podstawie ? jak sie dostaje do wnętrza Boga i przekazuje jego wolę ? nie kontynnuję tego wywodu, bo, wybacz, ale sama materia jest dla mnie wystarczająco niepoważna :]

                  z pkt widzenia medycznego opinie, co do tego kiedy zaczyna się ludzkie życie, są podzielone. mnie to przypomina dylemat : od kiedy się zaczyna piwo ? od złocistego napoju z pianką, czy od kawałka zielska, grudki drożdzy i szklanki wody ? to co może być człowiekiem nie jest człowiekiem sensu stricte. cała Europa zezwala na in vitro, poza półmilionową Maltą, w ultrakatolickiej Irlandii się je refunduje z budżetu, tylko 40-milionowy dumny kraj słowian się ośmiesza i broni nie wiadomo czego :] chodzi o władze, Barbasiu, o to kto w tym kraju ma wpływy, o dominację Kościoła albo panstwa. Nie o płody, o zarodki, czy o cokolwiek. o Władzę. Kościół wie, że jak przestanie mieć wpyw na obywateli, za pomocą wpływu na stanowienie prawa podług jego wskazań, to może dojśc do punktu, w którym przestanie mieć najlichszy nawet wpływ na rządzących, a to doprowadzić może do wprowadzenia podatków wyznaniowych, obłożenia koscioła koniecznością płacenia ich od swoich dochodów oraz zawieszenia subwencji budżetowych z funduszem emerytalno-rentowym księzy, opłacanym dziś z naszych podatków [pytam się - jakim prawem ? z jakiej racji ? kim jest ksiądz, żeby sobie pierdział w stołek i lenił się, a żeby ja na niego bulił ? święty ? ] - na czele; czyli, mówiąc po polsku - ćwierć miliona urzędników kościelnych będzie musiało zacząć zarabiać na siebie samodzielnie, a nie doić nasze podatki, które pójdą na leczenie dzieci, dożywianie ich, obiady szkolne, dofinansowanie DD, akcje uświadamiające młodzież w sprawach seksu i antykoncepcji, zeby było mniej aborcji, pójdą na stypendia dla zdolnej a biednej młodzieży etc. to jest kwota rzędu 5-7 mld rocznie. bagatelka :]

                  nie ma żadnego racjonalnego argumentu za tym, żebyśmy utrzymywali kler z naszych pieniędzy. NIE MA. to jest absurd, co się do tej pory odbywa w tej sprawie, nieporównywalny z niczym. absurd kafkowski niemalże.





                  • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 20.10.10, 18:15
                    Tak, tak, wczoraj w wiadomościach chyba na Polsacie albo w TVNie też mówili tym.
                    Zagalopowiali się biskupi, więc z tymi groźbami i straszeniem, ech.

                    Biskupi opierają się przede wszytskim na słowie Bożym, które zawarte w księgach Nowego i Starego Testamentu, poza tym głos dedcydujący w wielu ważnych kwestiach ma zwierzchnik, czyli papież (wikipedia- "Papież jest najwyższą władzą prawodawczą w zakresie prawa kanonicznego oraz w zakresie Magisterium, które wyraża się najpełniej w wydawaniu nieomylnych w zakresie wiary i moralności dogmatów, a także w formie nauczania zwykłego").
                    Tak to wygląda w wielkim uproszczeniu, co zresztą akurat TY też doskonale wiesz mimo wszytsko! :)

                    > z pkt widzenia medycznego opinie, co do tego kiedy zaczyna się ludzkie życie, s
                    > ą podzielone.


                    Tylko, że to są sztuczne ustalenia w zależności od przyjętych arbitralnie założeń, które można kwestionować, podając w zamian inne, wiele innych. Natomiast jedyne czego nie można zakwestionować to fakt, że od chwili połączenia komórki męskiej i żeńskiej rozpoczyna się proces powstawania, kształowania się życia ludzkiego przebiegający w określonym czasie, w ściśle określony sposób, mający rozmaite fazy, etapy, aż do narodzin, czyli pojawienia się małego człowieka na świecie itd.
                    Jest to tym bardziej oczywiste im więcej wiedzy, dzięki rozwojowi medycyny, mamy na temat powstawania człowieka.

                    Wiele zjawisk na świecie, jeśli nie wszystkie mają charakter procesulany i w związku z tym bardzo trudne, czasami wręcz niemożliwe jest precyzjne ustalenie, od którego momentu mamy do czynienia z danym zjawiskiem (czy dwie krople z chmur to już deszcz? a dwadzieścia?), stąd tak wielkie trudności przy rozmaitych probach określania, definiowania wielu zjawisk.

                    Każdy składnik piwa z osobna, chmiel, drożdże itd. nie jest piwem, ale wszytskie połączone razem i poddane ściśle okreslonej dalszej obróbce stopniowo stają się złocistym napojem z pianką i niczym innym.
                    Tak to widzę...

                    > to co może być człowiekiem nie jest człowiekiem sensu stricte

                    Ale może być/ jest człowiekiem sensu largo.

                    >chodzi o władze, Barbasiu, o to kto w tym kraju ma wpływy,
                    > o dominację Kościoła albo panstwa. Nie o płody, o zarodki, czy o cokolwiek. o
                    > Władzę.

                    Jestem idealistką, chciłabym wierzyć, że chodzi o coś więcej, znacznie więcej niż tylko o władzę, przywileje, majątek. Ale czasem i ja bardzo watpię...
                    Myślę, że kościół powienien jak najszybciej uporządkować swoje sprawy finansowe, zwłaszcza kwestie podatkowe, o których wspominasz. Byłoby to z korzyścią nie tylko dla państwa i przede wszytskim dla samego kościoła, dla jego wiarygodności.

                    /Natomiast nie sądzę, żeby, obecnie rzadząca patria zrobiła coś w kierunku zmiany istniejącego stanu rzeczy i nawet się nie spodziewam, ze coś zrobi./

                    >akcje uświadamiające młodzież w sprawach seksu i antykoncepcji, zeby było mniej aborcji
                    O, to-to.

                    I chyba nie tylko młodzież!


                    To na koniec, na wieczór ja zapodam coś muzycznego:

                    www.youtube.com/watch?v=jIgOywwA6Bw&feature=related
                    :)
                    Richard Bona miał wczoraj koncert w Gdyni!
                    :)
                    • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 20.10.10, 18:19
                      Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki!

                      www.youtube.com/watch?v=44pmOtJOoj0&feature=related
                      :)
                    • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 20.10.10, 18:36
                      PS Ale jeśli nie aż ekskomunika to nieotrzymania rozgrzeszenia po spowiedzi grozi w najlepszym wypadku posłom głosującym za in vitro. ;)
                    • grek.grek Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 21.10.10, 13:30
                      jakiś człowiek mianowany nieomylnym ? bez obrazy, ale to dowcip; jakoś tak średnio żałuję, że nie jestem w takiej organizacji :] problem główny w takim stawianiun sprawy polega na tym, ze interpretacji Testamentów jest mnóstwo, a Kościół zakłada, ze tylko papieska ma być właściwa i słuszna. to totalitaryzm. ale i to mnie niespecjalnie zajmuje , co się dzieje w łonie samego Kościoła - not my biznes. ale jesli kościół zgłasza pretensje do narzucania tych swoich prawd i norm wszystkim, także innowiercom i ateistom, to już idzie o parę kroków za daleko. obecnie jest to oczywiście niemożliwe, nie w dobie elektorniki, komunikacji światowej, globalnego obiegu informacji, rozpowszechnienia nauki, znoszenia aż do umowności granic międzypanstwoych, wzrostu znaczenia kultury popularnej i wielości alternatywnych stylów życia. niemniej - zawsze trzeba to piętnować. jak mówił Oskar Wilde "czerwona róza nie jest egoistką pragnąc pozostać czerwoną rózą, byłaby egoistką gdyby chciała aby czerwonymi rózami były wszystkie inne kwiaty" - i kościół jest własnie taką, trzymając się frazeologii Wilde'a, 'czerwoną rózą, która by chciała, aby wszystkie inne kwiaty były także czerwonymi rózami", czyli skrajnie i bezczelnie arogancki.

                      no własnie, charakter procesualny... zielsko, szklanka wody i drożdze nie są piwem, MOGĄ być piwem, ale nim nie są. nie możemy więc ich traktować jak piwo i np sprzedawać w sklepie pod nazwą "piwo" :] tak samo z embrionem i ludzką istotą. embrion nią nie jest. może nią być. dlatego aborcję przeprowadza się do-ktoregoś-tygodnia, bodajże 12-tego, po którym to terminie embrion nabiera cech istoty ludzkiej.

                      o, rzeczywiście tylko idealizm może uratować biskupie zapędy :]
                      mnie nie interersuje już porządkowania finansów przez Kościół, ja chcę żeby im zabrać budżetowe pieniądze, nałożyć podatek na czynione przez nich inwestycje i transakcje finansowe, i kazać się utrzymywać z podatku wyznaniowego oraz tacy - ofk opodatkowanej.
                      Kościół wiarygodności nie ma żadnej. np. jesli aktualną sprawę in vitro traktować jako probierz zaufania do kościoła, a także pomiar ilu katolików jest w Polsce realnie, a nie zarejstrowanych w kościelnych papierach z racji bycia ochrzczonymi, to w róznych badaniach ten poziom wynosi 15-20 %. zaufanie jest coraz niższe, a i to pewnie przejawiają glównie ludzie starsi.

                      muzyka, na odpowiedni nastrój :] ofk dobra na pewno.
                      • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 21.10.10, 15:46
                        Powiem po herertycku, IMO każdy człowiek jest omylny, nawet papieże mogą się mylić w niektórych kwestiach, ale to moje osobiste wolomyślicielskie zdanie /IMO po wolnomyślicielsku papież myli się np. w sprawie antykoncepcji, zakazując jej, ale może kiedyś kolejny, bardziej liberalny papież zmieni zadnie w tej kwestii. Księża ewangeliccy, żyjący bliżej ludzi, mający rodziny, nie zakazują stosowania środków antykoncepcyjnych; /.

                        > a Kościół zakłada, ze tylko papieska ma być właściwa i słuszna.
                        >to totalitaryzm.

                        Z jednej strony masz rację nazywajac taki stan rzeczy totalitaryzmem (Bartoś tez to krytykował), ale z drugiej strony taki stan rzeczy jest w pewnym sensie korzystny, bo pozwala uniknąć chaosu, który mogłyby powstać na skutek wielu różnych, czasem sprzecznych interpretacji Pisma.

                        >ale jesli kościół zgłasza pretensje do narzucania tych swoich prawd i no
                        > rm wszystkim, także innowiercom i ateistom, to już idzie o parę kroków za dalek

                        No wiesz, życie ludzkie jest wartością ponadreligijną, stąd bierze się chęć Kościoła by naurzucić swoje stanowisko akurat w tej kwestii wszystkim ludziom nawet niewierzącym.

                        :)

                        cdn.
                        • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 21.10.10, 16:17
                          > ale z drugiej strony taki stan rzeczy jest w pewnym sensie k
                          > orzystny, bo pozwala uniknąć chaosu, który mogłyby powstać na skutek wielu różn
                          > ych, czasem sprzecznych interpretacji Pisma.

                          czy choćby odmiennego nauczania...
                      • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 21.10.10, 19:10
                        Papieże, imo, mylili się także długo pobłażając pedofilom w sutannach.

                        > no własnie, charakter procesualny... zielsko, szklanka wody i drożdze nie są pi
                        > wem, MOGĄ być piwem, ale nim nie są. nie możemy więc ich traktować jak piwo [...]

                        Więc jeszcze raz, składniki: jęcznień, chmiel, woda, drożdże z osobna nie są piwem, to jasne, oczywiste, natomiast w momencie połączenia kolejnych składników i zapoczątkowania specjalnej procedury produkcji piwa określonej w recepturze stopniowo zaczyna powstawać piwo.

                        Analogicznie, osobno komórka męska (plemnik) i żeńska nie są istotami ludzkimi, dopiero w momencie ich połączenia, w wyniku którego powstaje zarodek, embrion, rozpoczyna się proces powstawania człowieka.
                        Embrion (słownik jp PWN - embrion - organizm ludzki (sic!) lub zwierzęcy rozwijający się z zapłodnionego jaja»; zarodek - 3.«początkowe stadium czegoś» ) to ,imo, na babski rozum, pierwsza faza istnienia istoty ludzkiej, to istota ludzka w swej początkowej fazie rozwoju.
                        Embrion, imo, nie rozwija się na człowieka, lecz jako człowiek,
                        a że wyglądem swym odbiega od mocno utrwalonego, stereotypowego wizerunku człowieka, to chyba nie jest specjalnie istotne (dopiero we wspomnianym przez Ciebie 12 tygodniu/ 3 miesiącu ciąży płód zaczyna przypominać swym wyglądem człowieka, takiego jakiego sobie wyobrażamy, kiedy mówimy 'człowiek'.

                        Wszytskie inne ustalenia od kiedy mamy do czynienia z istotą ludzką są już sztuczne ze względu na arbitralnie przyjęte założenia, stawiaja sztuczne granice w procesie, który ma charakter ciągły.

                        > o, rzeczywiście tylko idealizm może uratować biskupie zapędy :]
                        > mnie nie interersuje już porządkowania finansów przez Kościół, ja chcę żeby im
                        > zabrać budżetowe pieniądze, nałożyć podatek na czynione przez nich inwestycje [...]

                        Ja też podobnie, jak np. ksiądz! Sowa jestem zwolenniczką rozwiązań liberalnych, gdzie nie ma grup uprzywilejowanych, a każdy musi zatroszczyć się o siebie, jestem za uczciwym rozliczaniem się kościoła z państwem, opodatkowaniem, tylko wątpię, czy odważy się to zaproponować kościołowi PO przecież konserwa, choć liberalna i otwarta na zmiany (a tak przy okazji, lewica miala swoją szansę kiedyś i się na to jakoś nie odważyła!? nie zebym wypominala, ale przypominam;) , dlatego liczę, być może naiwnie, że kościół po tej fali krytyki także przecież ze strony środowisk bliskich kościołowi, dojrzeje :) do tego by uregulować te sprawy.

                        >to w róznych badaniach ten poziom wynosi 15-20 %.
                        Chyba jednak ten poziom jest trochę wyższy.
                        Co nie zmienia faktu, że z roku na rok ubywa ludzi z kościoła, a religijność Polaków jest powierzchowna, co więcej duże rzesze osób wbrew nauce kościoła popierają niedopuszczalne z punktu widzenia kościoła projekty władz świeckich typu in vitro.

                        :)
                        • grek.grek Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 22.10.10, 13:21
                          problem z tym pojmowaniem życia przez kościół jest np taki, że nie protestują wobec kary smierci, ale eutanazji kategorycznie nie akceptują, powołując się właśnie na 'świętośc i nienaruszalność życia ludzkiego'.

                          no o tym własnie przeca pisałem - drożdze,chmiel i woda w stanie surowym, to nie piwo, piwo to drożdze, chmiel i woda po odpowiednim procesie chemicznym dopiero się zamieniają w to, co nazywa się i kojarzy pod nazwą piwo. wyrzucenie do śmieci drożdzy, chmielu i wody w stanie surowym nie równa się wylewaniu do zlewu kufla piwa. kropkla :] i dla mnie jest tak samo z embrionami i człowiekiem - embriony to składniki piwa, a człowiek, to piwo. cała więc koncepcja katolicka mówiąca o aborcji jako o "zabijaniu życia ludzkiego" vel "wylewaniu piwa do zlewu" jest niezgodna z rzeczywistością. ofk, po pewnym okresie przerobowym embrion staje się człowiekiem - wtedy aborcja będzie faktycznie zabójstwem. ale póki nim nie jest, do 12 tyg, dopóty usunięcie go nie równa się zabijaniu człowieka.

                          PO ma nadzieję, ze kościół się oczyście z "PiSizmu" i będzie dla niej partnerem politycznym i społecznym, będzie możliwy sojusz tronu z ołtarzem, czyli stary jak świat numer. PO nigdy za nic nie krytykowała kościoła oprócz tego, ze angażuje się politycznie przeciwko niej. zatem - egoizm partyjny, a nie dobro społeczne. PO jest gotowa płacić kościołowi naszymi pieniędzmi, o ile tenże kościół będzie dla niej grzeczny i uprzejmy i dokona liftingu. przykre, ale tak właśnie kalkulują [politycy. nas mają w nosie, liczą się układziki władzy.

                          no nie wiem, jak z tymi procentami jest.
                          ja mierzyłem wg skali poparcia dla in vitro - kościół wypowiedział się bnardzo jednoznacznie, więc katolicy należący do kościoła powinni to zdanie poprzeć z oczywistych względów. popiera je 15-20 %.
                          badania uczestnictwa we mszach wskazują na ok 25-30 % praktykujących. ofk w niedziele - czyli wtedy kiedy najwięcej ludzi ma czas by iśc do kościoła. no i z tego co słyszałem księza zapowiadają zawczasu te niedzielne msze, na których liczenie będzie się odbywało, aby zachęcić wiernych do tłumnych odwiedzin. a więc te 30 %, to jest maksimum. bez wielokroć powtarzanej zachęty i w tygodniu - pewnie jest to połowa albo i mniej. ofk więcej ludzi chodzi w święta, co - wobec tych wyników, każe domniemywac, ze jest to spowodowane wzglęami tradycyjnymi, pewnym stylem obchodzenia i estetyką świąt, a nie wiarą i przynależnością. tak po prostu w święta się przyjmuje, żeby miały swój urok i oprawę, to się idzie do kościoła - dla spełnienia pewnrgo punktu w programie świątecznym. tyle. nie ma to nic wspólnego z religijnościa, tak jak nic z nią nie mają już wspólnego święta, a jesli gdzieś mają, to są to nieliczne enklawy :]
      • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 18.10.10, 17:50
        To racja, że NP Harris, czyli Doogie Howser nie koajrzy się z seksem, ale z drugiej strony z wyborem tego własnie aktora trafiono w dziesiatkę, bo przecież bohater, kótrego gra Harris to człowiek bez jakiegokolwoiek doświadczenia w sprawach seksu. I Harris nawet nie musi się specjanie starać, by widzów o tym przekonać (mimo to stara się :)
        Podbała mi się scena scena, kiedy rankiem po szcześliwie wykonannym zadaniu, przed którym miał tle obaw i watpliwości, stresów, hehe, wychodzi z pałacu jak na skrzydłach, uszczęśliwiony, z rozpierającą go dumą, z właśnie zyskanym męskim poczuciem pewności siebie (i ma tę miną dopóki nie zauważa pana domu czekającego w aucie ... :)

        Skoro wyboru kanydata na zastępczego ojca dokonuje mężczyzna, a nie kobieta, to nie powinno dziwić, że ów kandydat nie jest zbyt seksowny po męsku (choć ten drugi, rezerwowy kandydat wytypowany przez męża był bardziej męski ...).

        :)
        • grek.grek Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 19.10.10, 13:50
          zgoda z pierwszym, ale z drugim akapitem już średnio, bo mąż jednak powinien zadbać o kandydata, który żonę odpowiednio nastroi :]

          przypomniał mi się stary dowcip...

          Hrabia baraszkuje w pościeli z hrabiną, a służacy przyświeca im świeczką.
          hrabiemu coś słabo idzie, hrabina niezadowolona, w końcu hrabia każe służącemu go zastąpić, a sam bierze świeczkę i przyświeca.
          służący, młodszy i sprawniejszy, spisuje się na medal, hrabina wniebowzięta, a hrabia triumfująco i z poczuciem wyższośc łaje służącego : widzisz, chamie, jak się powinno świecznik trzymać !

          • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 19.10.10, 14:11
            haha :)
            Świetny dowcip, nie znałam!!!
            Albo zapomniałam!? ;)

            :)
            Gdybym ja była mężem, nie tylko podświadomie, ale nawet świadomie szukałabym niezbyt artakcyjnego kandydata na ojca (ale mądrego, tak jak mąż z filmu), żeby żonie, któtrą nad życie kocham nie spodobał się za bardzo ;), żeby nie było jej za dobrze z nim!
            No wiesz, męska duma, męska ambicja, zazdrość itd.

            :)

            • grek.grek Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 19.10.10, 15:55
              no wiesz, jak mówią górale : you never knows... nie wiadomo, co się komu może spodobać, a nuż ten piękniś niekoniecznie, a ten pozornie brzydaty - i owszem :]

              w w.op przypadku chyba chodziło bardziej własnie o to, o czym piszesz : ze kandydat był rozgarnięty odpowiednio :]

              p.s : wczoraj przypomniałem sobie Sekretne okno, niestety nadzieje były płonne moje : to przeciętny film niestety, muszę to podtrzymac, zdania zmienić nie mogę. dwóch z moich dziesięciu ulubionych aktorów, tak na oko, scenariusz na podstawie Kinga i tak niezadowalający efekt... ech ;]

              co na dziś mamy ?
              ja widzę "Najdłuższy bieg" w tvp 2, obiektywnie : późno trochę, chociaż dla mnie akurat to młoda godzina... więc pewnie zobaczę, co w trawie piszczy. poza tym, chyba wojewódzki szoł, aczkolwiek tam już spoza Tvn chyba nie zapraszaja, a w Tvn specjalnie nie ma się na kogo napinać, hehe.

              muzyczka jakaś może... to na pewno znasz/znacie, ale nie przypuściłabyś/byście, że akurat oni mogą to zagrać, i to tak zagrać, może ciebie/was to zaskoczy ; pump up the volume, czyli więćej czasu za pomocą zakręcenia gałą ;], maestro, music plis... :
              www.youtube.com/watch?v=gFGaFGI8aRE
              • barbasia1 "Najdłuższy bieg" w tvp 2 19.10.10, 16:10
                Maestro, zagraj jeszcze raz bo muza niedostępna!? Bardzo jestem ciekawa, co to za utwór i kto gra!!!?

                /Awaria nam się właśnie przydarzyła!/

                :)
                • grek.grek Re: "Najdłuższy bieg" w tvp 2 20.10.10, 10:52
                  szkoda, że nie działa, u mnie chodzi dziwnym trafem...
                  no nic, ten kawałek to cover "rock'n roll music" w wyk Manic Street Preachers.
                  bardzo eksplozywny, jak na nich, z kopytem zagrany, świetnie brzmi, szkoda, ze nie udało mi się Ciebie/Was zaskoczyć :]

                  jest na jutubie jakaś wersja koncertowa, ale ta studyjna, z [ niestety nieaktywnego, jak widać ] linka brzmi lepiej.
                  • barbasia1 Re: "Najdłuższy bieg" w tvp 2 20.10.10, 13:24
                    Może przy kopiowaniu linku do postu wystąpił błąd? A jak klikasz w ten link w Twoim poście, to też działa? Sprawdziłam jeszcze na innej przeglądarce i niestey jest to samo : "Żądany film wideo jest niedostępny".

                    Aleee pogrzebałam na youtube i dzięki Temu, ze napisałeś, kto i co gra, znalazłam to:
                    www.youtube.com/watch?v=gFGaFGl8aRE&feature=related
                    Podobne? To samo?
                    Świetne! Dające kopa do działania! :)
                    • grek.grek Re: "Najdłuższy bieg" w tvp 2 20.10.10, 14:17
                      czynisz cuda ;] działa. o to chodziło.

                      to może coś, co wczoraj usłyszałem pierwszy raz; nie lubię ich, ale ten kawałek... rewelacja, dla mnie klasyk since day 1 :]; maestro, music plis... :
                      www.youtube.com/watch?v=QHpBVGzFWFE&feature=related
                      • barbasia1 Re: "Najdłuższy bieg" w tvp 2 20.10.10, 14:50
                        :)

                        O! Ciekawa rzecz, ten najnowszy Gawliński! Fajny klimat!

              • barbasia1 "Najdłuższy bieg" TVP2 i Wallander TVP1 19.10.10, 16:55
                23.55 to za późno dla mnie. Greku, opowiesz, jakby było warto, o filmie "Najdłuższy bieg" ? Wyczytałam, że to produkcja południowoafrykańska! Może być ciekawa.

                A ja wypatrzyłam nam, tzn. wielbicielkom Wallandera, brytyjską wersję Wallandera z Kennethem Branaghiem, dziś w TVP 1 o 22.55 ( do 0.35), a więc częciowo w porze Wojewódzkiego, u którego dziś, jak widziałam w zapowiedziach, Maja Włoszczowska i siedmniu, nie pięciu wspaniałych ;) ... tancerzy z programu Taniec z Gwiazdami, czyli tak jak przewidziałeś, Greku, znów wszyscy ludzie TVN-u. ;)

                > no wiesz, jak mówią górale : you never knows... nie wiadomo, co się komu może s
                > podobać, a nuż ten piękniś niekoniecznie, a ten pozornie brzydaty - i owszem :]

                Greku, ale ja się staram wczuć w sposób myślenia mężczyzny w tej specyficznej sytuacji!!! ;)
                Przecież ten filmowy mąż ledwo zniósł myśl, że jakiś inny, młodszy mężczyzna kocha się z jego ukochaną kobietą. A co dopiero byłoby, gdyby zaczął wyczuwać, podejrzewać, że tamten mógłby żonę bardziej pociągać fizycznie!?!

                Oczywiście, że tak jest jak mówisz . I powiem więcej, uwielbiamy pozornie brzydatych mężczyzn (z interesującym wnętrzem :).

                :))
                • grek.grek Re: "Najdłuższy bieg" TVP2 i Wallander TVP1 20.10.10, 10:34
                  wszystko było gotowe, wszystko na miejscu i... mi prąd wyłączyli :] awaria 2,5 godzinna. no i chyba , a nawet - na pewno, trzeba będzie czekać na ew powtórkę.

                  hehe, jaki ten program się stał przewidywalny :]

                  bez dwóch zdań, zniósł z trudem, niemniej - wybieranie dla kogoś podług własnego gustu jest w gruncie rzeczy wybieraniem na ślepo :]
                  • ewa9717 Re: "Najdłuższy bieg" TVP2 i Wallander TVP1 20.10.10, 10:45
                    Ale angielskiego Wallandera nie żałuj, nie ma czego.
                    • barbasia1 Re: "Najdłuższy bieg" TVP2 i Wallander TVP1 20.10.10, 13:56
                      ewa9717 napisała:

                      > Ale angielskiego Wallandera nie żałuj, nie ma czego.

                      Prawda, to już nie te same klimaty, niestety.
                      Wersja z Wielkiej Brytanii to wyrób wallanderopodobny.

                      :)
                  • barbasia1 Re: "Najdłuższy bieg" TVP2 i Wallander TVP1 20.10.10, 15:13
                    grek.grek napisał:

                    > wszystko było gotowe, wszystko na miejscu i... mi prąd wyłączyli :] awaria 2,5
                    > godzinna. no i chyba , a nawet - na pewno, trzeba będzie czekać na ew powtórkę.

                    Awaryjny dzień!
                    Miałam to samo tylko wcześniej, na szczęście awaria krócej trwała.
                    Trudno, film obejrzymy innym razem, kto wie, może o lepszej porze.

                    >niemniej - wybieranie dla kogoś podług własneg
                    > o gustu jest w gruncie rzeczy wybieraniem na ślepo :]

                    Oczywiscie, że tak.
              • barbasia1 Re: uliczne psy/grzeszna Propozycja, 2 spojlery 19.10.10, 17:36
                > p.s : wczoraj przypomniałem sobie Sekretne okno, niestety nadzieje były płonne
                > moje : to przeciętny film niestety, muszę to podtrzymac,

                Ależ ten czas leci! Dwa lata temu oglądaliśmy "Sekretne okno".. Pamiętam jeszcze co nieco.
                A może napisałbyś kilka słów podsumowania, skoro masz na świeżo ten film!?
                Ostatnio właściwie nic nie napisaliśmy po obejrzeniu.

                :)



                • grek.grek sekretne okno 20.10.10, 10:46
                  naprawdę kilka słów :]
                  po primo, rozwiązanie, które zostało zaproponowane [ ja rozumiem, że na podst powieści/opowiadania, ale nikt przecież nie zabrania zmieniać pewnych faktów, a nawet - co by fajnie korespondowało z intrygą akurat w tym przypadku - zmieniać zakończenia na bardziej filmowo nośne i atrakcyjne; no i kto powiedział,że pisarz King ma zawsze rację i każdy jego pomysł musi być znakomity i bez wad ? ] raziło wtórnością, motyw schizofreniczny już był stosowany, a po Fight club to już w ogóle nie powinno się nim obracać :]

                  po drugo, brak napięcia w całej akcji, co odbiera jakieś 75 % wartości , wlecze się ten film noga za nogą, rzekome sensacyjne wydarzenia nie przekonuja, mające, w założeniu, oszłomić widza przewrotki są miałkie, bohaterowie nieciekawi, bez jakichkolwiek rysów osobowościowych - cały ciąg pozbawionych bigla zdarzeń i zdarzeniątek prowadzić ma do zwrotu o 9o albo i 120 stopni i ten zwrot ma zaboleć widza z tyłu głowy - nie boli, nie dziwi, nie zaskakuje.

                  po trzecio, słaba rola Deppa [ jak na niego ofk ], ale głównie dlatego, ze nie ma na czym popłynąć, bo postać dostał mało dziwną, wyrazistą, taką w której obrębie nie mógł się rozwinąć ze swoją nadzwyczają aktorską wyobraźnią i po prostu się bujnąć. my man Turturro lepszy, ale też nie w swoim sosie, ja bym powiedział, a oglądałem iks filmów z nim - poprawny zaledwie. scenariusz i d,pna reżyseria uwaliły ich potencjał.

                  • barbasia1 Re: sekretne okno 20.10.10, 14:11
                    grek.grek napisał:

                    > naprawdę kilka słów :]

                    To wielka szkoda! ;))

                    Zgodze się ze wszyskim punktami!

                    :)
    • grek.grek na dziś : powtórka, ale zacna 21.10.10, 15:25
      las vegas parano, Dwójka 0:15.
      jest to powtórka, opisywany był tutaj, więc nie będę riplejował, po prostu - serdecznie polecam, w celu podziwiania wyobraźni i fantazji reżysera, scenografów, scenarzystów oraz świetnych zdjęć & ofk ku dobrej zabawie.
      po tym filmie zapragniecie coś dobrego zapalić, to wam gwarantuję ;]
      • barbasia1 Re: na dziś : powtórka, ale zacna 21.10.10, 15:49
        Już się ucieszyłam na te zacną powtórkę, ale jak zobaczyłam godzinę, to mój entuzjazm całkiem opadł.
        Przeczytam sobie Twój spojler.

        > po tym filmie zapragniecie coś dobrego zapalić, to wam gwarantuję ;]
        hehe :)

        • grek.grek Re: na dziś : powtórka, ale zacna 22.10.10, 13:27
          no niestety...

          Requiem dla snu dziś Polsat powtarza [ epidemia riplejów ? ;], też 0:10... uwzięli się...

          ale californication 11 odc 3 serii - 22:20 w ct 1, wypada tylko zachęcić, ja już się sposobię, hehe. a potem 22:55 - Underworld, jako sympatyk tej serii - polecam Tobie oraz Wam, zwłaszcza, ze to orydżynal jest; chociaż sequel też niezły, ale jak to sequel - wszystko może mieć fajne, ale ciązy mu fakt, że nie jest oryginałem...

          dzisiaj, przynajmniej u mnie, czeski rozhovor będzie dominował ;]

          • barbasia1 Re: na dziś : powtórka, ale zacna 22.10.10, 14:01
            " Requiem dla snu" - zaczęłam kiedyś oglądać, a dziś po pólnocy to raczej nie dokończę ...

            "Underworld" też leci w czeskiej telewizji? Ostatnio czeska jedynka już tak się u nas pogorszyła, że nic już kompletnie nie widać!? Szkoda.

            Podpisuję się pod wszytskim Twoimi spostrzeżeniami na temat śliskiego ;) prowadzącego i programu "Punkt widzenia" (w scenografi ciemnej piwnicznej izby), to już znienawidzony program "Warto rozmawiać" miał lepszego prowadzącego w tym sensie(i tylko w tym), że dał się wygadać zaproszonym gościom nawet tym, którzy prezentowali poglądy z przeciwnego obozu (oczywiscie pamiętam, że na początku istnienia programu z traktowaniem swoich adwersarzy było różnie). A i co jeszcze, Pospieszalski jasno, krótko, sprawnie formułowal pytania, w przeciwieństwie do Lisa, który ostatnio coraz bardziej męczy, tymi jękami namysłu (yyyyy, eeee), tym nieznośnie długim wyduszaniem z siebie pytania dla gościa w studiu.
            To tak na pożegnanie "Warto rozmawiać". ;)

            :)

            • pomme Re: na dziś : powtórka, ale zacna 22.10.10, 14:31
              Ale Requiem nigdy całego nie widziałaś? mnie tak kiedyś zachwycił że od razu poleciałam po płyte:-)
              i tak btw, generalnie jakoś mało wyczulona na muzę w filmie jestem, chyba po prostu nie umiem odbierać czegoś wszystkimi zmysłami:-) ale pamiętam Lyncha Prostą historię, wówczas też poleciałam od razu po muzę ( Badalamenti)
              coś fajnego w weekend leci?:-)
              • barbasia1 Re: na dziś : powtórka, ale zacna 22.10.10, 16:41
                pomme napisała:

                Wstyd się przyznać, ale nie widziałam całego Requiem, mimo, że je mam!

                > i tak btw, generalnie jakoś mało wyczulona na muzę w filmie jestem,
                >chyba po prostu nie umiem odbierać czegoś wszystkimi zmysłami:-)

                :)
                Też tak mam z muzyką filmową! Często nie słyszę jej w filmie.
                Ktoś kiedyś powiedział, że dobra muzyka filmowa to ta, której widz nie zauważa.
                Ale muzyka w "Requiem" jest chyba wyjatkiem, który potwierdza regułę, muzyka jest tu i zauważalna i wspaniała.

                > coś fajnego w weekend leci?:-)

                Jeszcze tak daleko mój wzrok nie sięga, wieczorem będę studiować program TV.

                pozdrówka :)

                • pepsic Re: na dziś : powtórka, ale zacna 22.10.10, 22:07
                  Tym razem to ja Ci zazdraszczam, bo poluję na Requiem od paru lat. Ze stwierdzeniem dot. niezauważalności muzyki filmowej do końca się nie zgadzam. Bywa tak, ale zgodnie z życzeniem reżysera. Tak mi się wydaje.
                  • barbasia1 Re: na dziś : powtórka, ale zacna 23.10.10, 17:13
                    "Najlepsza muzyka we filmie to taka, której nie słyszymy" te słowa powiedział jeden z najsłynnniejszych amerykańskich kompozytorów muzyki filmowej, John Williams, jeden z prawdziwych gigantów ! Właśnie znalazłam! :)

                    www.youtube.com/watch?v=yMx2SKIRkw4&feature=related
                    :)

                    • barbasia1 Re: na dziś : powtórka, ale zacna 23.10.10, 17:22
                      Jeszcze jednen John Williams!
                      Klasyka nad klasykami!

                      www.youtube.com/watch?v=0MpgImDopd0&feature=related
                      :)
            • grek.grek Re: na dziś : powtórka, ale zacna 22.10.10, 15:16
              lis sprawia wrażenie, albo rzeczywiście tego dokonuje, że się zastanawia i nie ma nic napisanego, tylko cały czas główkuje i tworzy na bieżąco :]

              wiesz, w sumie Lis najlepiej wypada, i to zdecydowanie. Pospieszalski nie przeszkadza, ale za to kręci jaka baranimi rogami, zaprasza, jak on powiada : "zaangazowaną publikę", z której bierze 4-5 osób z miażdzącymi wypowiedziami popierającymi jego poglądy, czyli zgodnie z prawdą, z tym zastrzeżeniem, że jest to publika zaangażowana po jednej stronie, właściwie klakiernia.

              u mnie Ct chodzi jak pambuk przykazał, obraz idealny, wczoraj oglądałem 8 odc 1 serii californication, ten w którym umiera ojciec hanka. dzisiaj też się spodziewam czyściutkiego ekranu :] o ile prądu nie wyłączą ;], chociaż... takie awarie, to 2-3 razy w roku, w tym sezonie już norma została wypełniona, więc jestem przy nadziei ;]

              • barbasia1 Re: na dziś : powtórka, ale zacna 22.10.10, 16:26
                Ale to niedobrze, że to jest tak widoczne, to główkowanie na gorąco. Zwłaszcza, jeśli pytanie okazuje się dość banalne, choć w bardzo zawiłej formie.

                Wiesz, ja nie mówię, tego złośliwie, bo lubię i cenię Lisa i tak jak Ty uważam, że najlepiej wypada na tle wszytskich poublicystów w telewizji. Mówię to bo chciałabym, żeby Lis zwróciół na to uwagę, bo to może irytować widzów.

                Tak, to prawda, z tą klakiernią u Pospieszalskiego.
                W takiej sytuacji trzeba być twardym, odpornym psychicznie! ;) Udawać, że się klakierów nie słyszy.

                Pewnie Czesi przesunęli antenę nadawczą bliżej Twego miejsca zamieszkania!? ;)))

                To dobrego oglądania życzę i żadnych awarii prądu! :)


                forum.gazeta.pl/forum/w,14,117123935,117867149,Re_Scarface_cd_4_4.html
                • grek.grek Re: na dziś : powtórka, ale zacna 23.10.10, 11:49
                  hehe, trudno ich nie usłyszeć ;]
                  ja się tylko zastanawiam, jak by to wyglądało, gdyby część nie zgadzająca się z poglądami, a przede wszystkim ze sposobem prowadzenia i scenariuszem programu, jakie uskutecznia Pospieszalski, po prostu go zbojkotowała. bo cała zabawa i frajda jego i jego pomagierów polega na tym, takie odnoszę wrażenie, żeby swoje opinie i insynuacje wypowiadać wobec tych właśnie zapraszanych w roli ofiar gości - jakby ich nie było, i nie było się przed kim popisywać, to szybko by całe szoł skisło :]

                  dzięki :] obyło się bez usterek. taka to mała paranoja się krada w pierwszych kilku dniach po dużej awarii, mimo że to przypadki rzadkie to się zaraz człek ubezpiecza i przygotowuje na wypadek natychmiastowej powtórki ;] głupie, no ale tak działa terror ;]]
                  • barbasia1 Re: na dziś : powtórka, ale zacna 23.10.10, 16:51
                    Nie sądzę, żeby w takiej sytuacji show się „skisił” .
                    Myślę, że goście niepodzielający opini prowadzącego są tam tylko po to, żeby nie zarzucano programowi jednostronności. Bez gości z przeciwnego obozu prowadzący i jego poplecznicy mieliby wreszcie więcej czasu na upajanie się swoimi skrajnymi wypowiedziami przed (wielo)milionową widownią i to w wielce konfortowej sytuacji, bez obawy, że ktoś im przerwie, skrytykuje, zada niewygodne pytanie.
                    Za to widzowie niepodzielający opnii prowadzącego, widząc taki show, byliby jeszcz bardziej wqrwieni, jeśli to oczywiście możliwe.


                    Zaprawde powiadam Ci, nie lękaj się, bo żadna awaria już Ci nie grozi, w tym roku! :))

                    Wierzysz mi choć trochę? ;)

                    :)
                    • grek.grek Re: na dziś : powtórka, ale zacna 24.10.10, 14:30
                      może mieliby więcej czasu na swoje popisy, ale za to bez obecności przeciwników - których mogą, z pomocą prowadzącego i publiczności zdołować, żadnej przyjemności z tych udogodnień, by nie mogli czerpać :]

                      hehe, jakież mam wyjście, muszę mieć nadzieję, ze norma awariowa została wyczerpana ;]
                      • barbasia1 Re: na dziś : powtórka, ale zacna 24.10.10, 14:37
                        hahaha
                        Wiesz, coś w tym jest!
                        Chyba mnie przekonałeś! :)

                        To oczywista oczywistość, że norma awariowa została wyczerpana! :)


                        Uff! Dokończyłam! :))
                        forum.gazeta.pl/forum/w,14,117123935,117923683,Re_Scarface_cd_4_4.html
                        Dziś spokój święty, zaraz zabiorę się za Borata. Im wiecej o nim myśle, tym bardziej interesujący mi się wydaje!
                        Wybacz/cie , że tak zwlekam, siła wyższa! Ech!
                        :)
              • pepsic Re: na dziś : powtórka, ale zacna 22.10.10, 22:21
                Bo Pospieszalski, czego by o nim nie powiedzieć - ma osobowość.

                Ps. Bardzo mnie rozbawiła Twoja trafna i cięta charakterystyka red. Sołtysika. Reszty towarzystwa nie znam nawet ze słyszenia :)
                • grek.grek Re: na dziś : powtórka, ale zacna 23.10.10, 11:52
                  być moze, problem w tym, ze się ona słabo przebija przez jego image prymitywnego medialnego dresiarza.

                  hehe, wiesz, sam bym tej reszty ferajny nie chciał znać :]]

                • barbasia1 Re: na dziś : powtórka, ale zacna 23.10.10, 17:29
                  pepsic napisała:

                  > Bo Pospieszalski, czego by o nim nie powiedzieć - ma osobowość.

                  Zgadzam się.
    • blue_kalmarka Re: Ojej, co tu wybrac 2010 - 6 (vol. 10) 22.10.10, 14:26
      Ja dzisiaj o 20 sobie obejrzę Bank z Clivem Owenem na hbo. Uwielbiam go – nie dość, że jest dobrym aktorem, to jeszcze przystojny :D Film podobno świetny i trzyma w napięciu.
      • barbasia1 "Bank" HBO, godz. 20.00 22.10.10, 16:43
        blue_kalmarka napisała:

        Wrażenia z filmu też będą mile widzane!

        :)
        • blue_kalmarka Re: "Bank" HBO, godz. 20.00 25.10.10, 14:05
          Film świetny. Naprawdę mi się podobał – trzyma w napięciu i jak dla mnie ciężko przewidzieć akcję. Znajoma uważała, że film jest nudny, ale chyba spodziewała się czegoś w stylu Jamesa Bonda :) A to film, który treścią buduje napięcie. Jak ktoś by chciał powtórkę, to niestety dopiero 31 października i to o 1: 25 w nocy. Ale będzie „długi weekend”, więc polecam zarywanie nocy :)
          • barbasia1 Re: "Bank" HBO, godz. 20.00 26.10.10, 00:21
            Większość tu piszących niestety nie ma HBO. Ale może uda się gdzieś trafić na ten film.

            Dzięki za słów kilka na temat filmu, za wrażenia, za zachętę.
            I polecamy się na przyszłość.
            :)
          • karrantum Re: "Bank" HBO, godz. 20.00 27.10.10, 08:43
            Obejrzę ten film, bo ma całkiem dobre komentarze. Sprawdziłam w ramówce i będzie powtarzany nie 31 października, a 30 w sobotę, ale to juz i tak weekend więc nocka filmowa wskazana :). A dla śpiochów opcja nagrywania.
    • grek.grek świt żywych trupów, odmienne stany, kod nieznany 23.10.10, 12:38
      dwójka dzisiaj szczytuje z okazji 40-lecia. po osiągnięciu satysfakcji, czyli po północy dają "świt żywych trupów" - jestem fanem całej serii, zapoczątkowująca ją "noc żywych trupów" Romero jest, kruca, starsza od dwójki nawet. i w tym zaawansowanym wieku nadal jest w czołówce najlepszych filmów grozy, surwiwalem co się zowie, z niepodrabialną wizją i przede wszystkim - jest niepodrabialna, bo oryginalna. to był początek całego nurtu. potem był "poranek żt", "świt", o ile pamiętam także "dzień". ale "noc", to klasyk - raz, ze z nastrojem niepowtarzalnym, dwa - z podtekstem. romero wziął i złączył rozrywkę, horror i krytykę społeczno-polityczną. na mój gust, ameryki zresztą tym nie odkryję, zombie są metaforą i ekranową materializacją wrogów białej, konserwatywnej Ameryki lat 50 i 60 - murzynów, mniejszości i komunistów; trudno nie dostrzec w polowaniach policji i wojska, odstrzeliwujących powłóczące nogami trupiszcza - federalnych i mccartystów polujących na czarownice wśród tzw elit intelektualnych i politycznych; trudno nie widzieć w nich policjantów wyżywających się na czarnych w gettach. zombie zostali powołani do nowego życia przez radioakatywne odpady - metafora czytelna, równie to niewiarygodne, równie irracjonalne, co pozorność zagrożenia rasistowskiego czy komunistycznego. zombie ruszają się jak mucha w miodzie, są szpetni i tragiczni - tak jak wrogowie ameryki, tak jak postrzega ich zbite w stadko amerykańskie społeczeństwo, tutaj w fomule kilku osób zamkniętych w domu na odludziu, nasłuchujących radia i telewizji, gdzie trwa program live informujący o inwazji zombie w całych Stanach, które wobec zagrożenia nie umieją być razem, kłócą się, i w efekcie zostają zainfekowane czymś znacznie gorszym niż te trupy na zewnątrz - wzajemną nieufnością i zawiścią.
      zombie - produkt paranoi amerykańskich republikanów, sprytnych, acz zakompleksionych politykierów i śledczych a'la Macierewicz i ku klux klanowej mentality. no i fakt, że na końcu ginie Murzyn, strzela do niego głupawy policjant, biroąc go za trupa - tu już romero odkrył karty ostatecznie, nie pozostawiając wątpliwości jakie miał intencje kręcąc ten film.

      podoba mi się strasznie ironia i złośliwość Romero - trupy są ślamazarne jak żółw, mają głupie, albo poczciwe miny, są zwrotne jak tiry, refleks posiadają zerowy, a jednak ludzie nie uciekają przed nimi w najprostszy sposób, czyli zwyczajnie wymijając je oganiając się ew pochodniami, o nie - kombinują, szukają auta, barykadują się deskami w chawirze itd. trudno o lepsze odzwierciedlenie zachowań społecznych wobec projektowanych przez władzę i rozdmuchiwanych przez paranoików rzekomych wrogów narodu, których symbolami są tutaj zombie. można by uciec, ale nikomu to do głowy nie przychodzi, ulegają grozie z telewizora, ulegają własnej niemocy, własnej niezrozumiałej skłonności do pozostawania w klaustrofobicznym strachu przed tym, co tak samo groźne jak zombie szybkie i dynamiczne :] i love romero.
      tak to było w "nocy', tak mi się jakoś nawinęło, bo, co ciekawe, część młodszych odbiorców nadal postrzega ten film jako prostą rozrywkę, fantasmagorię bez drugiego dna, przedstawienie bez istoty rzeczy. No bo przecież jakże to jakiś niedorzeczny piep,rznik o trupkach powstających z grobów mógłby cokolwiek mówić o świecie, poza tym, ze reżyser powinien się zbadać na głowę... ;]

      "świt" w zasadzie ogrywał ten sam schemat, tyle że tym razem miejscem rozpaczliwej obrony ludzi przed zombie był wielki supermarket, odniesienie do rozbuchanego konsumpcjonizmu.ale tutaj patrzę i widzę, ze ten dzisiejszy "świt", to produkt z 2004, czyli wygląda na sequel. mam jak najgorsze przeczucia, bo romero to romero - sama próba coverowania jego filmów już zakrawa na arogancję, a sequele do tego wychodzą raz na 500 przypadków ;]; niemniej - o 0:10 powiem : sprawdzam :] & you, do you like zoooombies ? ;]

      tvp 1 - 0:20 "odmienne stany moralności" - jest to powtórka sprzed 1,5 roku, omawialiśmy tutaj, ale ze spojlerami; mnie się jakoś nie przyjął, chociaż Goslinga zawsze się dobrze ogląda.
      ja se daruję, trupy over moralność ;]

      o 2:20 jest Kod nieznany Hanekego, rzecz nakręcona pomiędzy funny games, a pianistką. ja nie znam, nie wiem, nie orientuję się... a wy ? widzieliście może ? Haneke to brand jest po prostu, głupio by było przegapić :] biorę w ciemno. jak nie będzie to ciekawe kino, najwyżej rzucę trzewikiem w ekran.

      • barbasia1 Re: świt żywych trupów, odmienne stany, kod niezn 23.10.10, 15:31
        >& you, do you like zoooombies ? ;]

        Nie wiem, jak koleżanki, ale ja po tym interesującym komentarzu rzucającym nowe (mi), światło na zbombies Romero polubiłam je, albo raczej doceniałam!
        "Noc żywych trupów", chyba najbardziej znana część, znany tytuł z całej serii, ogladądałam wieki temu, przyznam, że niewiele pamiętam.

        Aleee generalnie zobies omijam szerokim łukiem, spulwając trzy razy za siebie. :)

        > o 2:20 jest Kod nieznany Hanekego,

        Boszszsz, ale pora! Czy można zamówić u Ciebie "Kod nieznany" Haneke?

        /a ja postaram się dziś wywiązać z mojej obietnicy - "Borata" !!!/

        :)
        • maniaczytania Re: świt żywych trupów, odmienne stany, kod niezn 23.10.10, 19:44
          o nie, nie, mnie do zombi chyba nikt i nic nie przekona ;)

          ja dzis odmozdzam sie jak co tydzien stendapem, a potem sie zobaczy,
          ale z totalnego braku laku, pewnie poczytam sobie ksiazke :)
          • ewa9717 Re: świt żywych trupów, odmienne stany, kod niezn 23.10.10, 19:54
            A ja zerknę na "Żądło", może już nie dla samego filmu, ale dla miłych wspomnień. Ach, jak się na to te trzydzieści kilka lat temu do kina biegało! I jak solidarnie ci, którzy już widzieli, zachowywali przed tymi, którzy jeszcze nie byli, tajemnicę zakończenia ;)
        • grek.grek Re: świt żywych trupów, odmienne stany, kod niezn 24.10.10, 12:28
          Po kwadransie wczorajszego "świtu żywych trupów" kapnąłem się, ze już to kiedyś oglądałem :] właściwie ani to remake, ani sequel Romero, tylko bezczelne posługiwanie się znakomitym tytułem dla stworzenia normalnej kinowej chały. Ani grama Romero w tym nie było, cały przekaz, umownośc, symbolika zapadły się pod ziemię. wersja ad 2004, to prostacka jatka pozbawiona jakiegokolwiek sensu. Może tylko motyw dwóch gości, którzy z dachów blisko leżących obok siebie budynków oblężonych przez mrowie zombies - grają sobie w szachy informując się o kolejnych posunięciach za pomocą kartonów, mazaków i lornetek. O reszcie fabuły, zdominowanej przez uwijające się maszkarony, strzelanie, ucieczki, krzyki, wrzaski i czerwoną farbę - nie warto wspominać.

          Haha, pora która przejdzie do annałów pod nazwą "publicznotelewizyjna", bo przeciez w prime time trzeba ciemnogrodzianom pokazać Indianę Jonesa i Stivenasegala.

          Orajt, nie widzę problemów, film mam częsciowo obejrzany, częściowo, dla pewności, nagrany, grunt, że cały i najpóźniej we wtorek nadziergam, com widział i jakem widział :]
          • barbasia1 Re: świt żywych trupów, odmienne stany, kod niezn 24.10.10, 12:42
            "Świt żywych trupów" - "prostacka jatka pozbawiona jakiegokolwiek sensu". [...] O reszcie fabuły, zdominowanej przez uwijające się maszkarony, strzelanie, ucieczki, krzyki, wrzaski i cz
            > erwoną farbę - nie warto wspominać.

            Omijać będziemy szerokim łukiem ten tytuł.

            To świetnie! Badzo jestem ciekawa tego filmu Hanekego.

            :)
            • grek.grek Re: świt żywych trupów, odmienne stany, kod niezn 24.10.10, 14:48
              jeśli "świt żywych trupów", to tylko oryginalny w reż Romero. remake/sequel ad 2004 - NIE :]

              no to mogę powiedzieć od razu, bo część widziałem [nie znoszę takich sytuacji - oglądania filmu w częściach, ale czasami tak wychodzi ;) ] ze "kod" jest dobrze zrobiony i świetnie poprowadzony, życiowy taki i treściwy itd, czy [ wg mnie ] znakomity - to się okaże, kiedy ogarnę całość.
              • barbasia1 Re: świt żywych trupów, odmienne stany, kod niezn 24.10.10, 15:10
                grek.grek napisał:

                jeśli "świt żywych trupów", to tylko oryginalny w reż Romero. remake/sequel ad
                2004 - NIE :]

                OK! Zapamiętujemy!

                Brzmi naprawdę obiecująco, zwłaszcza, że reżyser Haneke, robi filmy, wobec których nie można przejść obojetnie, które często szokują (Funny Gammes), a na pewno mocno zapadają w pamięć (Pianistka).
                Na "Biała wstążkę" mam wielką ochotę, może sobie ją pożyczę w jakiejś wolnej chwili.
                Czekam/y cierpliwie!
                :)
                • grek.grek Re: świt żywych trupów, odmienne stany, kod niezn 25.10.10, 13:52
                  obiecująco - owszem, dobry jest, ale czy jest to wielkie kino... no nic, do jutra się zdecyduję ;]],

                  • barbasia1 Re: świt żywych trupów, odmienne stany, kod niezn 25.10.10, 14:03
                    Nie każdy film musi być genialny, nie wymagajmy tak dużo od człowieka! ;)
    • barbasia1 Dziś "Kochankowie z Marony" w TVP1 23.10 24.10.10, 15:01
      czułam, że tak bedzie, ze będę się grzebać ze swoim opisem "Kochanków z Marony", aż wreszcie film ten pojawi się w telewizji i nie będziecie potzrebować mojego spojlera!

      Polecam "Kochanków z Marony" (przypominam to adapratcja opowiadanie Iwaszkiewicza pod tym samym tytłem) każdemu kinofanowi, choć uprzedzam, że będzie to specyficzne kino, w klimatach nieco teartalnej, co nie każdemu może przypaść do gustu... I na razie tylko tyle powiem by niczego nie sugerować ...

      Ciiekawa jestem bardzo Waszych, Twoich Greku opinii na temat tego filmu, obiecuję dodać swoje trzy gorsze i opowiedzieć , jak ja odczytałam opowiadanie Iwaszkiewicza (tak, dla Ciebie specjalnie, Pepsic, niedyś je przeczytałam / grubo ponad 100 stron! ;)/.

      :)

      Qrczę, jednak trochę późno się zaczyna, a kończy po pierwszej.


      • grek.grek "Kochankowie z Marony" 25.10.10, 13:22
        moja opinia jest taka, ze zrobiony został ten film profesjonalnie, świetnie, ascetycznie zaaranżowany, że Koszałka robi zdjęcia na poziomie światowym, że dzięki pisarskiemu pióru iwaszkiewiczowemu i instynktowi reżyserkiemu cywińskiej jest temperatura należyta w tym całym interesie, gdzie każdy każdego kocha, i we wszystkich przypadkach jest to uczucie skazane nierealizację, dzięki czemu naprawdę można mówić o miłosnych perypetiach, o psychologii miłości, a nie o pie,przeniu o miłości a pokazywaniu partnerstwa czy czegoś tam innego i nazywania tego "miłością";, że muzyka - także i ta kończąca, podobna gdzieś tam do Kołysanki Komedy z dziecka Rosemary, do tego na tle tych gołych gałęzi drzew nocą filmowanych z perspektywy jadącego pojazdu była klasą sama w sobie. po prostu - Polak potrafi.

        problem mam z jedną rzeczą - z odtwórcą roli tego całego Janka od gruźlicy. Ola się w nim kocha, kocha się w nim Arek, a ja siedzę przez 1'40" i nie jarzę : co oni w nim widzą ? Bo co widzi bohaterka Stenki w Arku, dlaczego on w niej budzi namiętność niewygasłą, a jedynie uśpioną - to wiem; że dzieciak się kocha w swojej nauczycielce, która jest jedyną osobą traktującą go czule - to też rozumiem; że starszy pan kocha Olę - też, bo każdemu wolno kochać przeca... ale dlaczego pan Janek jest kochany przez... zaraz - trzy osoby, bo jeszcze ta pielęgniarka, grana przez ewę kasprzyk też go darzy względami. Co ma w sobie Janek ? tego mi Cywińska nie pokazała, i tego mi aktor Zawadzki nie zagrał - ładny pan, ale bezpłciowy. Próbowałem. I nic. Nie mogłem przez cały film tego jednego zrozumieć i przez to mi ciagle zgrzytało, trzeszczało i zacinało się coś na ekranie. bo, jakby nie patrzec, to pan Janek był tutaj centralną postacią, pewnym uruchamiaczem zachowań innych bohaterów, wokół niego się kręciła fabuła. chyba, ze miał być taki właśnie paradoksalny... ;]; moze chodziło o samą urodę, ale nie wierzę, bo ty spłycało całą opowieść...

        Może Ty/Wy mi wyjaśnicie, co z tym Jankiem ? ;]
        • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 25.10.10, 13:46
          Bardzo mi się podoba to, co napisałeś o "Kochankach z Marony"!

          Za chwilę moje trzy grosze...

          :)

          • pepsic Re: "Kochankowie z Marony" 25.10.10, 15:01
            Obejrzałam półgodzinny fragment, więc chętnie poczekam na więcej.
            Ps. Nie wiedziałam, że jestem tak kłopotliwa ;), ale to b. miłe :)
            Jedną z moich ulubionych powieści jest "Sława i Chwała", chyba niedoceniona należycie, nie jest nawet lekturą szkolną, a serial gdzieś się przemyka, bo tylko "Lalka" i "Lalka". Może też przejdę się do biblioteki.
            • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 00:14
              pepsic napisała:

              > Obejrzałam półgodzinny fragment, więc chętnie poczekam na więcej.

              Poniżej w poście podaję wersję książkową "Kochanków z Marony". Mam nadzieję, że Grek, jako że ma na świeżo film, napisze dwa słowa o filmowej wersji tytułem uzupełnienia (głównie różnice polegają na tym , że w filmie nieco inaczej pokazano relacje między bohaterami pierwszo- i drugoplanowymi, o czym właściwie Grek już nawet wspominał w swoim komentarzu ).

              Nienie, wcale nie jesteś kłopotliwa! To była przyjemność,a nie kłopot przeczytać to opowiadanie. Sama byłam strasznie ciekawa oryginału, opowiadania Iwaszkiewicza. Szczególnie chciałam zobaczyć książkową Olę, która mi zgrzytała w filmie. Oglądając film myślałam sobie, że Ola powinna być starsza, dojrzalsza.
              Okazało się potem, ku memu radosnemu zaskoczeniu, że u Iwaszkiewicza Ola była rzeczywiście starsza niż ta filmowa...

              Serial na podstawie "Sławy i chwały" (w reżyserii Kutza) powtarzano ostatnio u nas w TV Regionalnej o bardzo osobliwej porze -niedziela godz. 17.00. Niestety jakoś nie dane mi było przypomnieć sobie go. Szkoda.
              :)
              • pepsic Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 08:22
                Wczoraj nie mogłam się oderwać od książki, masz rację Barbasiu to wielka przyjemność. Ja również mam kilka drobnych spostrzeżeń, co do wypowiedzi Greka (w kontekście opowiadania), bo za Twoją dopiero się zabiorę :)
                • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 15:31
                  W filmie Cywińskiej (bo jest jeszcze starsza ekranizacja z 1966 w reżyserii Jerzego Zarzyckiego, też o tym tytule), jak już mówiłam, wprowadzony został wątek miłości homoseksulanej, Arek kocha się w Janku, a i Janek nie był kiedyś w przeszłości obojętny na uczucia Arka, mimo, że miał/ ma żonę i dziecko (czyli ze strony Janka miłość biseksulana).
                  Poza tym, również inaczej niż to było w książce, dyrektor Horn podkochuje się w Oli, w Hornowej starzejącej się, choć wciąż jeszcze pięknej (o pięknej twarzy Danuty Stenki) żonie dyrektora budzą się uśpione uczucia na widok Arka, pielęgniarce ze szpitala dla gruźlików nie jest obojątny Janek...

                  Film kończy się, o ile dobrze pamiętam, też nieco inaczej niż w książce, w momencie, kiedy umiera Janek. W ostatniej scenie filmu, Ola, zaraz po tym, jak Janek skonał, wychodzi przed chałupę, patrzy na stojącego nieopodal Arka, uśmiecha się do niego, a on do niej.

                  :)
        • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 25.10.10, 23:51
          >problem mam z jedną rzeczą - z odtwórcą roli tego całego Janka od gruźlicy. [...] i nie jarzę : co oni w nim widzą ? [...] Nie mogłem przez cały film tego jednego zrozumieć i przez to mi ciagle zgrzytało, trzeszczało i >zacinało się coś na ekranie.

          Tak to jest, jak twórcy filmowi interpretując, przerabiając dzieło na scenariusz, próbują nieco poprawiać autora w dodatku samego mistrza.
          Tu , zdaje się, leży główna przyczyna owego zgrzytu ...

          Opowiem zatem Tobie / Wam w skrócie (bo niestety nie mam już przy sobie całego tekstu, tylko kilka małych fragmencików,które niegdyś przytomnie zrobiłam), jak to było u Iwaszkiewicza.
          (Przede wszystkim u Iwaszkiewicza było o wiele bardziej realistycznie., niż w filmie.)

          W opowiadaniu (ukończonym w 1960 roku) centralną postacią nie jest Janek, ale Ola. Zabijcie mnie, ale nie pamiętam, ile lat ma książkowa Ola, i czy była o tym mowa na kartach opowiadania, W każdym razie na pewno wiadomo, że jest kobietą już dojarzałą w przeciwieństwie do Oli filmowej, młodziutkiej dziewczyny. Ola pracuje jako nauczycielka w malutkiej mieścinie, czy właściwie wsi Marona. Mieszka w maleńkim pokoiku na terenie szkoły. Jest tu zupełnie sama, nie ma ani męża, ani dzieci, a najbliższa rodzina mieszka bardzo daleko od Marony. Życie w Maronie upływa jej strasznie monotonnie (z czego zdaje sobie biedaczka sprawę, tęskniąc za jakąś odmianą) praktycznie tylko na pracy w szkole , poza pracą niewiele ma do roboty, jakieś sprawdzanie prac domowych uczniów i tyle. Dla rozrywki czasami chodzi na spacery nad jezioro, czasem w towarzystwie Józia jej ucznia (który rzeczywiście czuje do niej wielka sympatię, a nawet darzy pierwszą chłopięcą, szczenięcą miłością, bo Ola, jako jedyna, okazuje mu prawdziwe zainteresowanie i szczerą troskę) i jego psa. Podczas jednego z takich spacerów Ola poznaje Janka (z „wyłupiastymi oczyskami” i „rzęsami jak u lalki” ), pensjonariusza miejscowego szpitala dla gruźlików, który niedawno przybył na kurację i właśnie wymknął się cichaczem ze szpitala na malutką przechadzkę. Poźniej w rozmowie z Arkiem tuż przed śmiercią Janka, przyzna, że zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia w momencie, kiedy go po raz pierwszy ujrzała nad rzeką, siedzącego pod drzewem.
          Wkrótce też poznaje wspomnianego tu Arka przyjaciela Janka, który go odwiedza w szpitalu.

          W opowiadaniu Iwaszkiewicza obu panów łączy męska przyjaźń, właściwie nie ma ani jednej maleńkiej sugestii, że może łączyć ich jakaś inna relacja, miłość homoseksualna, jak to jest w filmie. Ale wątek miłości homoseksualnej w filmie nie pojawia się przypadkiem , by jedynie budzić emocje swą kontrowersyjnością.
          Dziś już wiadomo z wydanych niedawno Dzienników Iwaszkiewicza, że pierwowzorem postaci Janka z Kochanków z Marony był Jerzy Błeszyński zmarły na gruźlicę w 1959 roku w wieku 27 lat, przyjaciel Iwaszkiewicza, jego wielka miłość, o której poruszająco pisze na kartach Dzienników... Cywińska, w oparciu o tę informację, którą wyczytała jeszcze kiedy Dzienniki znajdowały się w rękopisach, które udostępniła jej córka Iwaszkiewicza, zdecydowała się na tę śmiałą, zupełnie odmienną od książkowej interpretację postaci Arka i wprowadzenie wątku miłości homoseksualnej.

          Ale wróćmy do Oli i Janka. Ola zaczyna się spotykać z Jankiem. Janek wbrew regulaminowi wykrada się ze szpitala, odwiedza Olę w jej pokoiku w szkole, zostaje na noc. Wkrótce o tych spotkaniach dowiaduje się dyrektor szkoły Horn, który oświadcza jej, że jeśli nie przestanie spotykać się z Jankiem będzie zmuszony zwolnić ją, ponieważ spotyakając się i to na terenie szkoły z człowiekiem chorym na gruźlicę naraża zdrowie uczniów. Ola jednak jest tak zakochana w Janku, że wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew radom, Hornowej, żony dyrektora (która u Iwaszkiewicza nie romansuje z Arkiem). trzeźwej kobiecie, która, mówi Oli – „Męzczyzna nie wart jest tego by się dla niego tak męczyć”, odchodzi z pracy, rezygnuje ze stałych dochodów. Oczywiście zmuszona jest tez opuścić pokój, który do tej pory zajmowała jako nauczycielka. Razem z Jankiem, który opuszcza szpital, przeprowadza się do pokoju, który wynajmował we wsi Arek, zawsze kiedy przyjeżdżał do Janka. Arek zresztą pomaga im finansowo w tych trudnych chwilach. Nadchodzi zima i stan zdrowia Janka się pogarsza, Ola opiekuje się się nim z wielkim oddaniem i wielką czułością i miłością, mimo, że już wie, że Janek ma żonę i małego synka, gdzieś w świecie. W końcu stan Janka jest tak zły, ze już wiadomo, że nie pociągnie długo. Do Marony, zawiadomione przez Arka, przybywają żona Janka, Basia wraz z jego ciotką, by towarzyszyć mu w ostatnich godzinach życia.
          Ola ,jako obca, musi w tej sytuacji pozostać z boku.
          Kiedy żona i ciotka czuwają przy Janku, Ola rozmawia z Arkiem.Arek usiłuje jej wmówić, że Janek był złym człowiekiem, że ją wykorzystał, żeby się nim opiekowała, że nie zasługiwał na jej miłość, , że ja oszukał, mówiąc , że ją kocha, że pozostawił wiele osób, którzy będą po nim płakać, nie ją jedną...
          Ola tłumaczy, że Janek nigdy jej nie oszukał w miłości, bo też nigdy jej nie powiedział, że ją kocha. I mówi,że to nieważne, że nie ona jedyna płacze po Janku. Tłumaczy Arkowi, że bardzo Janka kochała, mimo, że tak naprawdę nie zdołała go poznać, nie dowiedziała się, jaki jest naprawdę. .Poznała go w chorobie, a „ choroba zniekształca” -jak stwierdziła. I że ten Janek w chorobie „taki nieprawdziwy, sztuczny, trudny” wystarczał jej. Więc "zawsze będzie go wspominać".

          I Janek umiera. Arek odjeżdża.
          A Ola dzięki żonie dyrektora Hornowej, odzyskuje posadę w szkole.

          Opowiadanie kończy się taką oto scenką:
          Hornowa z Olą idą razem do szkoły, Hormowa opowiada Oli co się we wsi zdarzyło, pozmieniało w ostatnim czasie, kiedy ona byłą zajęta opieką nad Jankiem. Teraz będzie cytata z Iwaszkiewicza – ostatnie ważne zdania opowiadania -
          „Przed furtką Ola się zatrzymała się – „A mnie się zdaje, że właśnie nic się nie zmienia”. Hornowa nie rozumiała, ale nie chciała Oli przeczyć.
          -A rzeczywiście – powiedziała nic się nie zmienia. Wszystko będzie po staremu. I weszły do szkoły”.

          Koniec opowiadania, ale cdn. czyli jedno dosłownie słowo podsumowania będzie...


          A muzykę do „Kochanków...” skomponował Satanowski, uwielbiam tego kompozytora, odkąd usłyszałam jego muzykę w filmie „Magnat”, wieki temu ...
          Świetna jest też muzyka Satanowskiego do Ekstradycji cz. 1.

          ***

          Wracamy do naszej dawnej dyskusji! :))

          Myślę, Greku, i jestem tego jeszcze bardziej pewna, że nie ma prawdziwie szczęśliwego, dobrego związku dwóch osób, dobrego partnerstwa, bez umocowania go na fundamencie miłości!!!

          :)
          • pomme Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 12:26
            ja to muszę przeczytać!!!!
            • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 14:49
              pomme napisała:

              > ja to muszę przeczytać!!!!

              Polecam! :))
          • grek.grek Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 13:28
            co tu wiele mówić... streszczenie-opis prima sort :]

            "partnerstwo na fundamencie miłości" ? no to ja znów powiem to samo, co wtedy : te dwie rzeczy nie istnieją wspólnie, są zawsze osobne i sobie nawzajem zaprzeczające :]
            • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 15:03
              Dzięki Ci za dobre słowo! :)))

              A ja widzę Twój spojler!
              Pozwolisz więc, Greku, że najpierw wezmę się za czytanie Twojego spojlera, a potem dopiszę, co miałam dopisać, czyli dwa slowa komentarza do opowiadania Iwaszkiewcza, zgodnie z zasadą najpierw przyjemność potem obowiązek, czy jakoś tak ... ;)


              > "partnerstwo na fundamencie miłości" ? no to ja znów powiem to samo, co wtedy :
              > te dwie rzeczy nie istnieją wspólnie, są zawsze osobne i sobie nawzajem zaprze
              > czające :]

              A co powiesz na rozpaczliwe posty , które można często spotkać w internecie, np.
              "Mam piękną , dobrą, pracowitą madrą, seksowną żonę, ale już jej nie kocham. Co mam robić".
              Bez miłości nikt nie wytrzymałby długo z drugim człowiekiem. Partnerstwo z szacunkiem, troską, wzajemną opieką, ale bez miłości nie jest / nie będzie szczęśliwe.

              :)
              • grek.grek Re: "Kochankowie z Marony" 27.10.10, 11:55
                w takich "rozpaczliwych postach" brakuje definicji tego, co ci ludzie rozumieją pod pojęciem "miłości" :] - posługując się doświadczeniem życiowym podejrzewam, ze coś, coś innego niż mnie się z tym pojęciem kojarzy :]
                • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 27.10.10, 13:07
                  grek.grek napisał:

                  > w takich "rozpaczliwych postach" brakuje definicji tego, co ci ludzie rozumieją
                  > pod pojęciem "miłości" :] - posługując się doświadczeniem życiowym podejrzewam
                  > , ze coś, coś innego niż mnie się z tym pojęciem kojarzy :]

                  Myślę, że chodzi o uczucia, o to co odczuwają (albo czego już nie odczuwają) do drugiej osoby. Tak ja to rozumiem i myślę, ze mniej więcej to ma na myśli przeciętny człowiekowi.
                  O jakieś uczucie, stan ducha, które budzi w nich inne uznawane za pozytywne odczucia i pragnienia np. radość, szczęście, kiedy są blisko tej osoby oraz pragnienie bycia z nią zawsze, a przede wszytskim pragnienie jej dobra, nawet kosztem swojego dobra.

                  Tak na marginesie, w pracach z dziedziny semantyki (czyli na poziomie języka) najprostrzą eksplikacją wyrażenia 'kochać X-a' jest " czynić X-owie dobro"
                  (tak w wielkim uproszczeniu i bez założeń metodologicznych ...).

                  A Ty, Greku, jeśli nie jest to jakieś niedyskretne pytanie, co w takim razie wybierasz (z dwojga zlego? ;) miłość bez partnerstwa, czy partnerstwo bez miłości.

                  :)
                  • grek.grek Re: "Kochankowie z Marony" 27.10.10, 14:24
                    a mnie się jednak wydaje, że słowo "miłość" się wyświechtało, a do tego zostało utożsamione z partnerstwem, zdania ofk nie zmieniłem ;]

                    kochać-czynić dobro, a jesli to "dobro', to np chińska zupka na obiad, albo wyprana skarpeta ? miłośc, to pranie skarpet ?

                    jest jeszcze trzecia opcja, zwana 'relacjami epizodycznymi' ...
                    a no i jest opcja # 4 ... święty spokój ;]

                    a ta pierwsza, wymieniona przez Ciebie, to raczej niekoniecznie wybór, bo na to wpływ mamy raczej umiarkowany, o ile jakikolwiek,, a raczej na pewno - żaden :]

                    • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 27.10.10, 16:08
                      grek.grek napisał:

                      >zdania ofk nie zmieniłem ;]
                      :)
                      Widzę właśnie.

                      > a mnie się jednak wydaje, że słowo "miłość" się wyświechtało,
                      W języku potocznym słowo "miłość" się wyświechtało?
                      A może to ludzie nie są zbyt precyzyjni w wyjaśnianiu tego, co pod tym pojęciem rozumieją!?

                      > kochać-czynić dobro, a jesli to "dobro', to np chińska zupka na obiad, albo wyp
                      > rana skarpeta ? miłośc, to pranie skarpet ?

                      Czy chcesz powiedzieć, że jak ktoś zobaczy brudne skarpetki, to mu zaraz przejdzie ochota na wzniosłe uczucia? :)
                      Greku, ale czy w życiu da się w ogólę ominąć prozę życia? Ja myślę, że nie da się, więc potrzeba jakiegoś dystansu do tych przyziemnych spraw.

                      I jeszcze jedna rzecz - pranie skarpetek,przygotowywanie zupek, może nie chińskich (może być grzybowa z podgrzybków z makaronem?) itd. dla partnera/-ki/ małżonka/-ki, który popadł/ła w chorobę jest najpiękniejszym wyrazem miłości, piękniejszym od góry najkosztowniejszych, najwymyśleniejszych prezentów, do najpiękniej sformułowanych wyznań miłości ...

                      > jest jeszcze trzecia opcja, zwana 'relacjami epizodycznymi' ...
                      > a no i jest opcja # 4 ... święty spokój ;]

                      Ale mi odpowiedziałeś! Wiem, że nic nie wiem! ;))

                      Do opcji #4 uwaga mała - człowiek, jest tak stworzony, że nie moze żyć sam, potrzebuje drugiego człowieka do życia, człowiek potrzebuje do kogoś przynależeć. To znaczy znakomita wiekszość ludzi tak ma, że potrzebuje drugiego człowieka ...

                      Aleee "Święty spokój" w ogóle jest cenny ponad wszystko! :)


                      > a ta pierwsza, wymieniona przez Ciebie, to raczej niekoniecznie wybór, bo na to
                      > wpływ mamy raczej umiarkowany, o ile jakikolwiek,, a raczej na pewno - żaden : ]

                      Może trochę mamy, jak się tak mocno zaprzemy, ludzi unikać będziemy? ;)

                      :)
                      • grek.grek Re: "Kochankowie z Marony" 28.10.10, 11:52
                        tak właśnie, na tym polega to wyświechtanie, nawet, za przeproszeniem, robienie loda nazywane jest "MIŁOŚCIĄ [francuską, bodajże ;)]", Kasia i Jasio chodzą za rączkę po osiedlu i są "zakochani", Franek i Marysia są dobrymi przyjaciółmi, nie kłócą się i dogadują sie, zgodnie wychowują dzieci, rozliczają podatki, spłacają kredyt RAZEM i to w powszechnej opinii jest "miłość" - dla mnie to jest pomieszanie pojęć, a żadna z tych sytuacji nie mówi o miłości :]

                        hehe ;] no nie, to była raczej taka przerzutka, bo wypranie skarpet może być symbolicznym przejawem miłości, ale może być także "czynieniem drugiemu dobra", które to, jak napisałąs, gdzieś tam funkcjonuje jako definicja "miłości" - a to już się gryzie ze sobą.

                        "wyznanie miłosne" ? nie istnieje coś takiego, to kabotyństwo :]

                        "wiem, ze nic nie wiem" - no bo tak jest :] obie historie mają swoje zalety, jak tu wybrać... ratunek cały w tym, że M się nie wybiera, a P już tak - kalkuluje się i działa na trzeźwo, więc z pkt widzenia szacunku dla własnej autonomii i dla trwałości układu P jest lepszym wyjściem.

                        "człowiek potrzebuje do kogoś przynależeć" - od kiedy przedmioty zyskały niemal ludzkie zastosowanie i sposób traktowania, zycie się stechnicyzowało, a potrzeby wszystkie niemal można zaspokoić za pieniądze opcja # 4 jest absolutnie możliwa do praktykowania, a do tego pozostają koty, psy i cała menażeria, na którą można scedować, co tam kto ma w dziedzinie uczuć wyższych :]

                        • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 28.10.10, 14:25
                          Tak, wyrażenie "miłość francuska" oznancza seks oralny. :)) Ale wiesz, pojęcie "miłość" ma wiele znaczeń, jednym z nich (ale nie prymarnym) jest «pożycie seksualne».
                          sjp.pwn.pl/szukaj/miłość.
                          Tu się zgodzę, wcale te relacje nie zaświadczają o miłości, o tym, że ci ludzie naparwdę się kochają.
                          Ludzie często biorą za milość coś, co nie jest miłością, a potem dziwią się, że są nieszczęśliwi, że się męcza z drugim człowiekiem.

                          Czasem ludzie będący fiycznie blisko, mieszkający pod jednym dachem, śpiący w jednym łóżku, potrafią być tak dalecy sobie duchowo, tak obcy, że aż strach. :)

                          W tej mojej eksplikacji "robić" ma nieco inne znaczenie, niż w sensie potocznym! Precyzują to założenia metodologiczne, ale ponieważ forum to nie miejsce na takie kwestie, to zmienię nieco na nasz użytek tę eksplikację i powiem tak miłość to uczucie, którego wyrazem jest wypływające z głębi jestestwa pragnienie czyjegoś dobra, szczęścia. Tak najprościej. Może być? :)

                          > "wyznanie miłosne" ? nie istnieje coś takiego, to kabotyństwo :]

                          Podpisuję się pod tym stwierdzeniem ręcami i nogami! :))
                          /Choć kobiety lubią jak mężczyzna mówi od czasu do czasu "kocham Ciem" :)/

                          Trochę racji masz, przy czym jeszcze raz powtarzam, nie wierzę w trwałość, ich szczęście partnerstwa bez miłości, opartego tylko na trzeźwej kalkulacji... I mówię to też w oparciu o doświadczenie, o obserwację ludzi, ich relacji.

                          Oczywiście, że opcja #4 jest mozliwa do praktykowania,zwłaszcza dzis. Pytanie tylko, czy człowiek w takiej sytuacji naprawdę jest/ będzie żyć w zgodzie z samym sobą, czy jest/ będzie szczęśliwy.
                          Ale jeśli odpowiedź jest pozytywna, to nic nam do tego, każdy ma prawo żyć, jak chce, jak mu wygodnie.

                          Jeszcze jedno, za pieniądze można kupić wszytsko (wszytsko, co materialne), to prawda, ale nie można kupić autenycznej szczerej sympatii drugiego człowieka, przyjaźni, czy miłości prawdziwej, oddania, szczerej troski.

                          Psy, koty, cała menażeria jest fantastyczna , ale niestety nie wesprze, nie poradzi, kiedy pojawią się kłopoty, z menażerią trudno dzielić się emocjami, troskami, radościami, z menażerią nie pośmiejesz się, nie popłaczesz, nie nagadasz się o rzeczach ważnych i tych mniej ważnych...

                          Kończąc wreszcie, powiem, że dobrym człowiekiem jest ten ma/ kocha jakieś stworzenie;
                          ja niestety nie mam.

                          :)

                          • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 28.10.10, 15:14
                            > /Choć kobiety lubią jak mężczyzna mówi od czasu do czasu "kocham Ciem" :)/

                            Jak mężczyna wydusi z siebie te słowa ...

                            -Marian, kochasz ty mnie, czy mnie nie kochasz?
                            -Yhy.

                            :)
                          • grek.grek Re: "Kochankowie z Marony" 28.10.10, 15:28
                            wiem, co oznacza :], problem w tym, że takie zrównywanie miłości z seksem jest nadużyciem.

                            "pragnienie CZYJEGOŚ dobra i szczęscia" - to by chyba bardziej altruizm ;], miłość widzę jako coś zdecydowanie bardziej egoistycznego.

                            "nie wierzę w partnerstwo bez miłości" - bo wg mnie Twoje założenie jest błędne na samym wstępie : miłość TO NIE partnerstwo, a partnerstwo TO NIE miłość, więc nie rozumiem, z racji tych róznic definicyjnych, jak "miłość z partnerstwem" może współistnieć, skoro się one wzajemnie wykluczają : albo-albo, nie ma "miłości w partnerstwie" i "partnerstwa w miłości", "miłośc w partnerstwie" oznacza po prostu połącznie rzeczy niezłączalnych, pogodzenie wody z ogniem, serca z rozumem - to nie istnieje, dlatego takich zwrotów jakie stosujesz, po prostu nie mogę na płaszczyźnie własnego rozumienia tych spraw, i ich ścisłego rozdziału od siebie, przyjąć :]

                            "trzeźwej kalkulacji" ? a co w tym negatywnego ? dobrze się z kimś czuję, to raz. dogadujemy się, to dwa. układa się nam w łózku, to trzy. mamy podobne zainteresowania/albo mamy inne, w zależności jaka konfiguracja komu odpowiada, to cztery. mamy podobne/rózne temperamenty, w zależności...itd - to pięć. itd itd itd. ERGO : chcę z kimś takim tworzyć związek. To jest właśnie kalkulacja i to bardzo trzeźwa. Ja w tym nic negatywnego nie widzę. na tym polega partnerstwo. a miłośc, to ślepy poryw. taka jest róznica. Nie można kalkulować w ślepym porywie, więc, jak to okresliłaś, "tylko trzeźwa kalkulacja, bez miłości, nie daje szczęścia" - żądasz, wg mnie, tworzenia jednego bytu z dwóch , których się NIE DA połączyć ze sobą :]

                            to jest pytanie do tego kogoś, kto taka opcję zechce praktykować :]; nieliczeniem się z realiami byłoby założenie, że nie ma ludzi, którym jakoś opiekuńczność i sympatia innych jest niedzownie potrzebna; smiem nawet twierdzić, ze dzisiaj idzie w cenę praktyczność w tym względzie ;]

                            ... no i tę menażerię trzeba nakaramić i wyprowadzać ;] ale jest i coś takiego jak zwrotna relacja : ktoś kto okazuje zainteresowanie i sympatię mile widziałby rewanż w postaci takiego samego podejścia tego, komu je okazuje. a to, że A okazuje ją B nie znaczy, że B chce okazywać A, mimo że chętnie przyjmuje co mu A daje :]

                            heh, a mnie się banalnie wydaje, że zacząć trzeba od pokochania tego stworzenia, którym się samemu jest; niestety, gros ludzi tego nie rozumie albo nie umie i zaczyna od d,py strony ;]





                            • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 28.10.10, 20:07
                              wiem, co oznacza :],

                              Ani mi przez myśl nie przeszło, by mogłoby być inaczej! Wybacz mi! :)
                              To moje niezgrabne, sugerujące sfomułowanie wyniknęło, stąd, że ja moment wcześniej zaglądałam do słownika by się samej upewnić, że znam właściwe znaczenie tego wyrażenia.

                              > problem w tym, że takie zrównywanie miłości z seksem jest nadużyciem.

                              W języku potocznym słowo miłość bywa używane i w takim znaczeniu, więc i ono musi być odnotowane w słowniku, ale oczywiście zgadzam się, że kiedy ktoś mówi miłość, to ma na myśli, piękne wzniosłe uczucie do drugiego człowieka. I to zaczenie jest najważniejsze pierwsze, co zresztą znaduje odzwierciedlenie w słowniku, jest pośród kilku innych znaczeń na pierwszym miejscu.

                              "pragnienie CZYJEGOŚ dobra i szczęscia" - to by chyba bardziej altruizm ;], miłość widzę jako coś zdecydowanie bardziej egoistycznego.

                              Ależ tak! W jakimś sensie miłość jest to rodzaj altruizmu, przeciwstawia się zresztą miłość altriustyczną milości egoistycznej. Prawdziwa miłość to właśnie miłość altruistyczna, to wyjście poza siebie, poza swój egoizm, otworzenie się i skoncentrowanie się na drugim człowieku, na jego potrzebach ... Tak mówią psycholgowie, co ważniejsze tak mówi praktyka życiowa.


                              "nie wierzę w partnerstwo bez miłości" - bo wg mnie Twoje założenie jest błędne na samym wstępie : miłość TO NIE partnerstwo, a partnerstwo TO NIE miłość, więc nie rozumiem, z racji tych róznic definicyjnych, jak "miłość z partnerstwem" może współistnieć, skoro się one wzajemnie wykluczają : albo-albo, nie ma "miłości w partnerstwie" i "partnerstwa w miłości", "miłośc w partnerstwie" oznacza po prostu połącznie rzeczy niezłączalnych, pogodzenie wody z ogniem, serca z rozumem - to nie istnieje, dlatego takich zwrotów jakie stosujesz, po prostu nie mogę na płaszczyźnie własnego rozumienia tych spraw, i ich ścisłego rozdziału od siebie, przyjąć :]

                              Ale ja w żadnym wypadku nie zakładam, że milość i partnerstwo to jedno i to samo.
                              Partnerstwo to imo (w węższyzm znaczeniu) małżeństwo / związek/ dwóch osób, które opera się na równym traktowaniu siebie nawzajem, na wzajemnym szacunku, respektowaniu swoich potrzeb, itd. W takim związku kobieta ma te same prawa i obowiązki co mężczyzna. Zwiazek partnerski na pewno zakłada się świadomie, na pewno po trzeźwej analizie, trzeźwej kalkulacji, o której tam dalej mówisz,
                              aleee
                              decyzja o załozeniu związku partnerskiego jest konsekwencją miłości jaka łączy / jaka powinna łaczyć dwoje ludzi.
                              Zakochujesz się w kimś, kochasz kogoś, w końcu dojrzewasz do myśli o założeniu rodziny //stworzeniu związku patrnerskiego, kalkulujesz więc: po pierwsze i najważniejsze kocham kogoś, chcę z nim być oraz dobrze się z tym kimś czuję, to raz. dogadujemy się, to dwa. układa się nam w łózku, to trzy. mamy podobne zainteresowania/albo mamy inne, w zależności jaka konfiguracja komu odpowiada, to cztery. mamy podobne/rózne temperamenty, w zależności...itd - to pięć. itd itd itd. ERGO : chcę z kimś takim tworzyć związek.

                              O to własnie chodzi, by trzy władze ludzkiego uniwersum psychicznego jakimi są serce, rozum i wola harmonijnie razem współpracowały. Jest to niesłychanie istotne dla właściwego funkcjonowania człowieka, dla jego równowagi psychicznej!!! To od dawna akcentują mocno filozofie wschodu, dziś także mówią o tym głośno psychologowie!

                              Oczywiście, racja w ślepym porywie, w zakochaniu, kiedy uczucia zaślepiają całkowicie, a człowiek traci rozum z miłości (czyli w pierwszej fazie miłości, a zwłaszcza już na początku) trzeźwe myślenie, jest niesłychanie trudne, wręcz niemożliwe (więc ślepy poryw i partnerstwo też nie idą mi razem w parze ;), ale kiedy te najsilniejsze emocje związane z zakochaniem nieco opadają, kalkulowanie jest możliwe, wtedy też może zrodzić się prawdziwa miłość, ta najwspanialsza, najsilniejsza, niepokonana, która jest sensem ludzkiego istnienia.

                              "trzeźwej kalkulacji" ? a co w tym negatywnego ? dobrze się z kimś czuję, to raz. dogadujemy się, to dwa. układa się nam w łózku, to trzy. mamy podobne zainteresowania/albo mamy inne, w zależności jaka konfiguracja komu odpowiada, to cztery. mamy podobne/rózne temperamenty, w zależności...itd - to pięć. itd itd itd. ERGO : chcę z kimś takim tworzyć związek. To jest właśnie kalkulacja i to bardzo trzeźwa. Ja w tym nic negatywnego nie widzę. na tym polega partnerstwo. a miłośc, to ślepy poryw. taka jest róznica. Nie można kalkulować w ślepym porywie, więc, jak to okresliłaś, "tylko trzeźwa kalkulacja, bez miłości, nie daje szczęścia" - żądasz, wg mnie, tworzenia jednego bytu z dwóch , których się NIE DA połączyć ze sobą :]

                              Też nic negatywnego w kalkulowaniu nie widzę (patrz wyżej), pod warunkiem, że nie jest to tylko samo bezuczuciowe kalkulowanie.

                              Ślepego porywu// zakochania i partnerstwa nie da się połączyć, tu bym sie zgodziła, ale da się połączyć miłość prawdziwą, dojrzałą i partnerstwo, widziałam nie raz i nie dwa! :)


                              nieliczeniem się z realiami byłoby założenie, że nie ma ludzi, którym jakoś opiekuńczność i sympatia innych jest niedzownie potrzebna; smiem nawet twierdzić, ze dzisiaj idzie w cenę praktyczność w tym względzie ;]

                              Tak, na pewno są tacy ludzie, kótrym wcale nie zależy na sympatii innych, też mam wrażenie, że coraz więcej takich praktycznych, kalkulujących wylącznie.
                              Takim ludziom lepiej się nie narzucać nawet ze swoją sympatią. Ranią.

                              ale jest i coś takiego jak zwrotna relacja : ktoś kto okazuje zainteresowanie i sympatię mile widziałby rewanż w postaci takiego samego podejścia tego, komu je okazuje. a to, że A o kazuje ją B nie znaczy, że B chce okazywać A, mimo że chętnie przyjmuje co mu A daje :]

                              W takim razie to jest miłość nieodwzajemniona, nieszczęśliwa ...

                              heh, a mnie się banalnie wydaje, że zacząć trzeba od pokochania tego stworzenia, którym się samemu jest; niestety, gros ludzi tego nie rozumie albo nie umie i zaczyna od d,py strony ;]

                              Tak, to niesłychanie ważna sprawa.
                              Nawet, jeśli brzmi to banalnie (chyba nie brzmi banalnie), to i tak warto o tym nieustannie przypominać!

                              :)
                              • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 28.10.10, 20:40
                                Korekta:
                                > ale jest i coś takiego jak zwrotna relacja : ktoś kto okazuje zainteresowani
                                > e i sympatię mile widziałby rewanż w postaci takiego samego podejścia tego, kom
                                > u je okazuje. a to, że A o kazuje ją B nie znaczy, że B chce okazywać A, mimo ż
                                > e chętnie przyjmuje co mu A daje :]

                                >

                                W takim razie to jest zainteresowanie i sympatia nieodwzajemniona, nieszczęśliwa ...
                                /wszędzie miłość widzę ;)/

                                Ktoś ( A ) musi naprawdę ciężko myśleć, jeśli nie dostrzega, że okazywane komuś ( B )zainteresowanie i sympatia są nieodwzajemniane. To tragedia jakaś i to antyczna! ;)


                              • grek.grek Re: "Kochankowie z Marony" 29.10.10, 11:33
                                nie ma czego wybaczać, raczej mnie rozbawiłaś ;]

                                o to właśnie mi chodziło. chociaż z tym "pieknym i wzniosłym", jak również z altruistycznym, to bym polemizował - tzw miłość, to skrajnie samolubna dzi,wka, wg mnie :]

                                no to dalej się nie zgadzam ;] : nie wierzę w partnerstwo jako przedłużenie, dopełnienie, dojrzalszą formę miłości; miłość nie ma przedłużenia, dojrzałości ani dopełnienia. wg mnie, ofk.

                                'bezuczuciowe kalkulowanie" zdecydowanie nie, raczej, właśnie tak jak napisałaś, a ja się zgadzam - świadomy wybór. miłość to wybór irracjonalny, partnerstwo - całkowicie trzeźwy. jak dla mnie, nie ma przejscia od irracjonalności do trzeźwości, jak irracjonalność się kończy, to się zazwyczaj - tak mniemam - zmienia stosunek do obiektu, i to radykalnie. Imo, Ty piszesz o zauroczeniu - że najpierw ono jest, potem opada, a z tego się wyłania dojrzałe i harmonijne partnerstwo w związku, które można uznać nawet za formę szczęścia i zyciowego spełnienia, przynajmniej dla niektórych takim czymś może być. A wg mnie zauroczenie nie jest miłością, od miłości nie ma przejścia do trzeźwego partnerstwa :]

                                "ślepego porywu i partnerstwa nie da się połączyć, a prawdziwą miłośc, dojrzałą, z partnerstwem już tak " - błędne rozumowanie, wg mnie, bo MłŁOŚĆ NIE EWOLUUJE i nie ma odmian, jest jedna i taka sama - ślepy poryw. i on jest jedynie PRAWDZIWĄ MIŁOŚCIĄ. wszystko inne - "dojrzałe", "nieślepe" nią nie jest. to proste przecież... jesli immanentną cechą miłości jest ślepota, to jakże może być miłość bez ślepoty ? albo kot albo pies, nie ma kota ewoluującego w psa - to niewykonalne :]











                                • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 29.10.10, 15:13
                                  Jednak piszę o zakochaniu , o którym José Ortega y Gasset w swoich "Szkicach o miłosci " pisze, że to “przejściowy imbecylizm i psychiczna angina“. ;)

                                  Zauroczenie to jeszcze coś innego, różnego od zakochania, od miłości. Zauroczenie jest, imo , afektem króktorwałym, chwilowym, przelotnym; Zauroczenie poddaje się też racjonanej analizie. Zazwyczaj bez trudu można wskazać na czynnik, kóry wywołał zauroczenie: kogoś więc mogło zauroczyć czyjeś spojrzenie, czyjś głos, śmiech, sposób poruszania, czyjaś powierzchowność, zachowanie, itd.
                                  Zauroczenie, jeśli szybko nie przeminie, może przerodzić się w zakochanie, a zakochanie z kolei w miłość.

                                  Wyjście „poza siebie” w miłości, poza swój egoizm imo, wyraża się też w wypłwywającym z głębi duszy pragnieniu poznania, rozumienia drugiego człowieka, obiektu uczuć.

                                  Moje rozumowanie i założenia nie są błędne,
                                  moje rozumienie miłości nie jest błędne,
                                  jest po prostu zupełnie różne od Twojego rozumienia.

                                  Zresztą już raz kiedyś, jak pamiętasz, rozmawialiśmy na ten temat przy okazji innego filmu.
                                  Ta kolejna rozmowa też jest szalenie ciekawa, nowe rzeczy, które się tu pojawiły dały mi bardzo do myślenia.

                                  > nie ma czego wybaczać,
                                  >raczej mnie rozbawiłaś ;]

                                  Chociaż raz!
                                  Ale nie było to zamierzone!

                                  :)
                                  • grek.grek Re: "Kochankowie z Marony" 30.10.10, 10:41
                                    haha :] wiem, oczywiście wiem, rozbawiło mnie po prostu to zróznicowanie językowe : ja sobie pozwoliłem na jakieś określenia slangowe rzeczonych czynności, a Ty poszłaś raczej w stronę bardziej wygładzonych, medyczno-podręcznikowych, no i taki dwugłos ciekawy powstał ;]

                                    duzo tych progów przejściowych zakładasz... ;]

                                    "pragnienie poznania" może się realizować równie dobrze w udanym partnerstwie; równie dobrze, a może... nawet lepiej, bo odciązone jest ono z tego całego nalotu irracjonalizmu miłosnego, który zaburza kontakt międzyludzki.

                                    miejscami gdzieś tam się rozumienie spina w tych "projektach", stale inna pozostaje nomenklatura, rozróżnienie na poziomie językowym, co jest czym, rozgraniczenie sacrum od profanum, o ile takimi kategorami da się tutaj operować :]
                                    • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 30.10.10, 16:03
                                      Niewątpliwie mam naturę naukowca-encyklopedysty! ;)

                                      Bo i najrozmaitszych stanów uczuciowych jest bardzo dużo.
                                      Sfera czuć jest niesłychanie skomplikowana. Często trudno jest nawet okreslić, nazwać co właściwie czujemy do kogoś;

                                      > "pragnienie poznania" może się realizować równie dobrze w udanym partnerstwie;

                                      I w przyjaźni, i w znajomościach bliskich może się realizować pragnienie poznania .

                                      Wiesz, myślę, że, żeby w ogóle chcieć poznać, zrozumieć, drugą osobę, trzeba coś czuć do tej drugiej osoby, przynajmniej sympatię (jak w przyjaźni, w znajomościach).
                                      Osób, które są ci zupełnie obojętne, nie będziesz chciał poznawać, próbować zrozumieć (i wtym pragnieniu zaintersownia drugim człowkiem "przekraczać granice swojego ja"), nie będziesz się wysilać by okazać im sympatię, zainteresowanie, nieprawdaż? No chyba, że te obce osoby w jakiś sposób wpływają na twoje życie (np. politycy) i w ten sposób zmuszają do jakiejś tam formy zaintersowania.

                                      Myślę, że im to uczucie do drugiej osoby jest silniejsze, tym wieęsze jest pragnienie poznania zrozumienia, im silniejsze, trwalsze uczucie tym większa chęć podejmowania działań dla drugiego tego konkretnego człowieka, troski o niego, itp.

                                      Wydaje mi się, że róznica jednak nie leży tylko w nomenklaturze, tylko w zupełnie innym podejściu do tych spraw, pomimo, rzeczywiście, pewnych zbieżności.


                                      Lepiej być samemu niż w związku partnerskim z osobą, której się nie kocha, albo która nie kocha. Mnóstwo osób to potwierdzi.

                                      :)
                                      • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 30.10.10, 16:09
                                        Ech, znów błędy się pojawiły, więc korekta:

                                        Osób, które są ci zupełnie obojętne, nie będziesz chciał poznawać, próbować zrozumieć (i w tym pragnieniu zrozumienia drugiego człowieka "przekraczać granice swojego ja").
                                      • grek.grek Re: "Kochankowie z Marony" 31.10.10, 10:59
                                        Hehe :]

                                        no pewnie, typów relacji jest wiele, każdy stwarza jakieś możliwości.
                                        ta róznica, to jednak istotna jest, bo bez odpowiedniego nazewnictwa i jakiegoś rodzaju zdefiniowania o czym jest mowa, pewnej zgody na poziomie opisania istoty rzeczy, o której ma się zamiar sądzić - kakofonia powstaje z tego. dlatego, pkt 1, wg mnie, to ustalenie, co jest czym na poziomie definicji. wiesz, jesli dla jednego nóz jest narzędziem zbrodni, a dla drugiego pomocą kuchenną, to dyskusja o tym przedmiocie będzie utrudniona, bo stale obie strony będą się potykać o ten rozdźwięk znaczneniowy. Ale, jak widać, sama próba dojścia do znalezienia/rozgraniczenia znaczeń, znalezienie modus vivendi w tym obszarze, może mieć swój koloryt :]
                                    • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 31.10.10, 08:17
                                      grek.grek napisał: /wyżej/

                                      >zdania ofk nie zmieniłem ;]


                                      Nawet nie spodziewałm się, że będzie inaczej. Cenię Twą stałość poglądów!

                                      :)


          • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" PS do opowiadania 26.10.10, 15:07
            PS Do opowiadania Iwaszkiewicza:

            Ola w Maronie nie ma też żadnych bliskich znajomych, przyjaciół.

            W opowiadaniu dyrektor Horn nie kocha się w Oli.

          • pepsic Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 15:58
            Moje spostrzeżenia do filmu w stosunku do opowiadania: nadmiernie wyeksponowany na początku przygnębiający nastrój, podczas gdy zapoznanie trojga przyjaciół odbyło się w słoneczny, piękny wrześniowy dzień. I nie tak wyglądają spotkania młodych, gdzie się kokietuje, czy przekomarza nawet z udziałem suchotnika. Myślę, że reżyserka z korzyścią dla filmu mogła postawić na młodzieńczą radość i energię choćby minimalną na zasadzie dalszych dramatcznych wydarzeń i nieuchronnej śmierci. Nawet pensjonariuszy sanatorium przedstawiła jako obłąkanych gruźlików. Dla mnie Zawadzki nieźle wpisał się do charakterystyki Janka z opowiadania: "Był bardzo piękny, ale tak jakoś za bardzo, właśnie jak obrazek. Miał olbrzymie niebieskie oczy, które rozjaśniały się, ale chłodnym blaskiem. I te lalkowate rzęsy (...), w układzie ust, gdy mówił, było coś zniewalającego". Co ciekawe, Iwaszkiewicz w ogóle nie zajmuje się fizjonomią Oli, wspomina jedynie między wierszami o jasnych włosach opadających na twarz, a bliżej końca dowiadujemy się, że jest starsza od 24-letniego Janka, ale nie wynika, że to kobieta dojrzała (nijaka ta Gruszka). Nie wiadomo nawet, czy Ola była ładna. Potwierdzam, w powieści Hornowa nie kochała się w Janku, ani nie była rozchwiana emocjonalnie, jak snująca się po szkole Stenka. Była, o czym Barbasia pisała, normalna - i trochę życzliwa i trochę krytyczna w stosunku do Oli. Kochała się w nim niewątpliwie pielęgniarka, ale jak to ujął pisarz: "Wszystkie kobiece uczucia żony, siostry i matki łączyły się tu w sposób wyraźny".

            Moja sentencja: sama miłość bez partnerstwa też nie jest wyjściem, czego doświadczyła Ola nie mając prawa pożegnania ukochanego na łożu śmierci.
            • pepsic Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 16:08
              Dodam, że Iwaszkiewicz sporo miejsca poświęca wyglądowi Arka (kędzierzawy) o południowym typie urody i nieformalnej ksywce Grek, bo o takie korzenie był podejrzewany - twierdził, że niesłusznie.
              • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 16:47
                A tak, właśnie Arek to Grek! :)

            • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 16:42
              Bardzo cenne zupełnienia i uwagi, Pepsic!

              >a bliżej końca dowiaduje my się, że jest starsza od 24-letniego Janka, ale nie wynika, że to kobieta dojrzała (nijaka ta Gruszka).

              Może przesadziłam z tą dojrzałością Oli. Czytając opowiadanie wyobrażałam ją sobie jako kobietę starsza od tej filmowej Oli, ale młodsza od Hornowej, żony dyrektora. Czyli tak mniej więcej po trzydziestce, może około czterdziestki. Tak sobie teraz myśle,że w czasach kiedy powstawało opwoiadanie, wiek 30 +/ 40 lat to był jednak już dość poważny wiek, dojrzały. Dziś ta granica dojrzałości niewątpliwie znacznie się przesunęła...

              >Kochała się w nim nie
              > wątpliwie pielęgniarka, ale jak to ujął pisarz: "Wszystkie kobiece uczucia żony
              > , siostry i matki łączyły się tu w sposób wyraźny".

              A tego nie pamiętałam!

              Mnie aktor Zawadzki też bardzo pasował pod wzgldem urody do roli Janka.

              > Moja sentencja: sama miłość bez partnerstwa też nie jest wyjściem.
              Racja!

              :)
              • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 16:46
                barbasia1 napisała:
                > Może przesadziłam z tą dojrzałością Oli. Czytając opowiadanie wyobrażałam ją s
                > obie jako kobietę starsza od tej filmowej Oli, ale młodsza od Hornowej, żony dy
                > rektora. Czyli tak mniej więcej po trzydziestce, może około czterdziestki. Ta
                > k sobie teraz myśle,że w czasach kiedy powstawało opwoiadanie, wiek 30 +/ 40 la
                > t to był jednak już dość poważny wiek, dojrzały. Dziś ta granica dojrzałości
                > niewątpliwie znacznie się przesunęła...

                Więc może to przesunięcie w czasie o 50 lat wstecz, te dawne klimaty narzuciły mi taką optykę postrzegania książkowej Oli!?
                ;)

                • pepsic Re: "Kochankowie z Marony" 27.10.10, 10:58
                  Wszystko to prawda, co napisałaś o postrzeganiu dojrzewania (kiedyś i dziś). Mi chodziło o to, że z treści opowiadania/zachowania Oli nie wynikało jej starszeństwo. Cała trójka wyglądała na rówieśników, dwudziestoparolatków (dlatego pod koniec wtrącona uwaga autora zazgrzytała), choć muszę przyznać mocno depresyjnych mentalnie.
                  • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 27.10.10, 13:36
                    >Mi chodziło o to, że z treści opowiadania/zachowania Oli nie wynikało jej starsze. Cała trójka wyglądała na rówieśników, dwudziestoparolatków (dlatego pod
                    > koniec wtrącona uwaga autora zazgrzytała),

                    Tak, tak, wie, że o to Ci chodziło.

                    A ja z kolei chyba od początku czułam, że Ola jest starsza, dojrzalsza. Nie pamiętam już, co takiego konkretnie na początku na tym zaważyło . W każdym razie na pewno podejście Oli (książkowej) do tej miłości, jaka jej się niespodziewania przytrafia, do Janka, którego , jaks ama mówiła, nie zdołala poznac naprawdę, poźniej do jego choroby, a zwłaszcza śmierci (jej spokój w obliczu jego odejścia) to na pewno mogło świadczyć o tym, że Ola jest dojrzałą osobą, dojrzalszą od egistycznego Janka ...

                    :)
        • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 14:47
          Greku, jedno słowo jeszcze a 'propos tego w fragmentu:

          > problem mam z jedną rzeczą - z odtwórcą roli tego całego Janka od gruźlicy. [...] nie jarzę : co oni w nim widzą ?

          Też nie znajduję w filmie odpowiedzi na pytanie, co takiego jest w Janku, że rozbudza on w tylu osobach miłość. Czy to dobrze czy źle, że nie ma odpowiedzi na to pytanie w filmie, że nie jest to jakoś pokazane, kompletnie nie mam pojęcia!!!???

          Bo z jedenastej strony, tak się teraz ciężko zastanawiam :), czyż w realnym życiu nie jest tak, że przyczyny, dla których ktoś staje się obiektem miłości drugiej osoby, ktoś zakochuje się w tej, a nie innej osobie, na ogół nie są wytłumaczalne i to nie tylko dla postronnych obserwatorów („Co on w niej widzi?”, „Co ona w nim widzi?”- zadają sobie ludzie czasu do czasu to pytanie bez nadziei na przekonującą odpowiedź, widząc niektóre pary zakochanych), ale i dla samych zakochanych (sam zresztą kiedyś mnie o tym przekonywałeś! :).

          Widocznie ma coś w sobie Janek, co nie działa na mnie , na Ciebie, na innych, ale działa na Olę, na Arka, na jego żonę, na pielęgniarkę ze szpitala. A co to jest konkretnie? To tajemnica miłości!? W przypadku pielęgniarki, przekwitającej powoli kobiety może działa właśnie jego fizyczność młodość, uroda, piękne młode, choć umęczone chorobą, ciało, które ona widzi, dotyka, opiekując się nim w szpitalu dla gruźlików.

          I może właśnie dlatego pani reżyser nie uważała za konieczne, by zajmować się tą kwestią i skoncentrowała się na samym rozbudzonym uczuciu, a właściwie uczuciach.
          W wywiadach Cywińska mówiła że chciała pokazać w filmie „miłość wszechograniającą” ...

          Smutna jest ta wizja miłości „wszechogarniającej” u Cywińskiej, ani jednej szczęśliwej miłości, przeciez życiu takie też się zdarzają! Skoro miało być, jak sie wolno domyślać, symbolicznie o miłości, to i taka powinna być pokazana...

          :)
          • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 17:04
            > Smutna jest ta wizja miłości „wszechogarniającej” u Cywińskiej, ani
            > jednej szczęśliwej miłości, przeciez życiu takie też się zdarzają!

            Skoro miało
            > być, jak sie wolno domyślać, symbolicznie o miłości, to i taka powinna być po
            > kazana...

            No ale w takie sytuacji tytuł "Kochankowie z Marony" już by tu nie pasował...

            :)
          • barbasia1 Re: "Kochankowie z Marony" 26.10.10, 17:50
            > Widocznie ma coś w sobie Janek, co nie działa na mnie , na Ciebie, na innych,
            > ale działa na Olę, na Arka, na jego żonę, na pielęgniarkę ze szpitala / z sanatorium.

            Arek/Grek mówi - [..]Ale nie powinnaś była jego pokochać. On na to nie zasługiwał.
            Ola na to - [...] Czy kocha sie za coś?




          • grek.grek Re: "Kochankowie z Marony" 27.10.10, 12:05
            tak własnie jest - irracjonalność uczuć jest faktem :] Niemniej, taki obiekt - zwłaszcza w sztuce, gdzie rzecz polega na pewnym uwypukleniu i nadaniu kolorytu zjawisku/om - posiadać powinien jakiś rys uwodzicielski, a u pana Janka w ogóle tego nie sposób dostrzec. może wystarczy uroda, może panu pisarzowi i pani reżyser wydało się, że w tym właśnie tkwi sedno rzeczy - można i tak, tylko że to spłyca rzecz całą.

            hehe, no właśnie nie bardzo się zdarzają "szczęśliwe przypadki", aczkolwiek ta historia wcale nie rozwiązuje problemu, bo miłośc, jeśli już tak to zwać, nie kończy się, ale zostaje przerwana przez śmierć. weźmy Romeo i Julię, czemu Szekspir ich uśmiercił w rozkwicie uczucia ? Może zdawał sobie sprawę z natury miłości i nie miał odwagi łgać w żywe oczy, ze za 10 lat oni dalej się kochają... że to w bajkach i baśniach może być zakończenie, ale nie w historii aspirującej jednak do miana realistycznej; że po 20 latach mogliby żyć w zgodzie, harmonii i być wzorem partnerskiej relacji ? tego też by nie mógł dopisać, bo w tym miłości już by nie było... :]

    • grek.grek kod nieznany, spojler 1 26.10.10, 10:57
      Kod nieznany.
      film ten ma konstrukcję mozaikową a'la "Magnolia", scenki z życia kilku postaci, przeplatające się ze sobą. Tutaj są to 2-6 minutowe ujęcia oddzielone od sieb ie krótkimi, gwałtownymi cięciami.

      Pierwsza scena pokazuje zabawę w kalambury w szkole dla głuchoniemych dzieci. Dziewczynka pokazuje zachowanie, a reszta dzieciaków migając próbuje odgadnąć jaki stan emocjonalny chciała ona pokazać - padają "samotność", "cierpienie", "wykluczenie"... ale za każdym razem dziewczynka przecząco kręci głową. Nikt nie zrozumiał jej przekazu, nie odczytał jej intencji.

      A potem kamera obserwuje ulicę, ot tak sobie. Z drzwi kamienicy [ale takiej jakiejś nowoczesnej] wychodzi kobieta i kamera dotrzymuje jej kroku, a że jest to Juliette Binoche, to wiadomo, że będzie ona główną bohaterką, albo - doprecyzowując od razu - jedną z głównych. Binoche gra Ann, aktorkę - i otóz w tej scenie zawiązującej akcję spotyka ona na ulicy Jeana, jest to nastoletni syn jej partnera zyciowego - Georgesa, który pracuje jako reporter, jeździ po świecie, głównie w miejsca jakichś konfliktów zbrojnych/politycznych i stamtąd kleci korespondencje dla róznych mediów. Syna oddał na przechowanie swojemu ojcu, na prowincję, gdzie chłopak pomaga prowadzić podupadające co nieco gospodarstwo; teraz Jean przyjechał do Paryża zakomunikować staremu, ze ma dość takiego życia - no ale starego nie ma, bo znowu gdzieś fotografuje; Ann się spieszy na casting do filmy, czasu nie ma, kupuje chłopakowi jakieś żarcie, daje mu klucze do domu, a sama chodu - komunikuje mu od razu "wiesz to, ale powtórzę, możesz się u mnie zatrzymać, ale... nie mam miejsca dla trojga".
      Zostawiony Jean pęta się po ulicy i zrezygnowany rzuca torebkę z niedokończonym żarciem żebraczce. Nie odchodzi jednak daleko, bo dopada go czarny chłopak, łapie za rękę i każe przeprosić tę kobietę, którą, wg niego, Jean potraktował niegodnie. jean się wyrywa, tamten mu nie daje spokoju, robi się rumor, zaczynają się szarpać, Ann zawrócona z drogi próbuje ich rodzielić, wkracza policja - legitymuje wszystkich, a potem jeana puszcza, zaś czarnego zwija na komisariat. Czarnym chłopakiem jest Amadou, żebraczką - Rumunka Maria, kolejni bohaterowie, których losy będą śledzone.

      i teraz nie będę opisywał scenki po scence, tylko te rozyspane i poszatkowane puzzle poskładam i opowiem, "po bożemu", o co chodzi w poszczególnych wątkach, które się ze sobą przeplatają.

      Szlachetna interwencja czarnego chłopaka paradoksalnie przynosi same szkody, bo Amadou zaprowadza na dołek, policja robi nalot na mieszkanie jego, a Maria zostaje zdemaskowana jako nielegalna imigrantka i poddana deportacji.

      Amadou jest z rodziny czarnych muzułmanów, przybyłych do Francji z Afryki. Gnieździ się z liczną rodziną w niewielkim mieszkaniu - młodsza siostra jest głuchoniema, starsza sama musi wychowywać dziecko, brat ma problemy w szkole, gdzie jest teorroryzowany i regularnie krojony na kasę. Ojciec Amadou wrócił do Afryki, jego młodsze rodzeństwo jest już potomostwem jego ojczyma, który jest taksiarzem - dlaczego stary Amadou ich zostawił ? Nie wiadomo, może uciekł, a może się po prostu z jego matką rozwiódł, może coś preskrobał i musiał wiać... Nie jest to dookreślone. grunt, że Amadou ciągle swojego ojca wspomina, np na randce ze swoją białą sympatią opowiada jej historię, jak ojciec wyrolował jakiś urząd imigracyjny, przesiadając się sprytnie ze statku na statek - nie wiadomo w czym rzecz, ale imo rzecz główna polega na tym, ze Amadou po prostu podziwia swojego nieobecnego ojczulka. Ojczym jest wporzo - jak dostaje telefon, że Amadou miał kłopoty i policja zrobiła im w domu przeszukanie, to odstawia wiezionego akurat klienta na postój taksówek, zwalnia go z płacenia i jeździe do domu; jak młodszy wraca do domu z naganą ze szkoły, to go namawia do zwierzeń i dowiaduje się o problemach z jakimi się dzieciak boryka. Kilka scen poświęconych jest matce Amadou, która rozmawia z kimś, za kim stoi kamera ją filmująca - skarży się na niełatwy los, opowiada swoje sny, w których ktoś ją prześladuje we własnym jej domu - ten ktoś, z tego wynika, to ich imam, którego reakcją na te wynurzenia jest wzmiankowanie, że dobrym wyjściem dla czarnych muzułmanów byłby powrót do Afryki, w ślad za ojcem Amadou...
      No i fakt - choćby takiego Amadou spotykają same szykany : policja go zwija, bo ujął się za żebraczką; w restauracji, do której przychodzi z dziewczyną, dowiaduje się, ze rezerwacja stolika, której dokonał jest nieważna, dostają miejsca gorsze... on na to nie zwraca uwagi, za dobrze się ze sobą oboje czują, żeby o taką pierdołę szumiec, ale fakt faktem.

      Maria, jak zostało powiedziane, zostaj wydalona do Rumunii [taki prequel wydrzeń z ostatnich tygodni]. Mieszka tam na prowincji. Jest biednie. Głównym sposobem na życie jest turystyka zarobkowa. maria jeździ do Paryża i zarabia wyciąganiem łapy na ulicy. Musi, bo właśnie jej rodzina postawiła dom - na razie w stanie surowym, a trzeba go wykończyć szybko, bo dwie córki szykują się do zamążpójścia i chawira ma robić za ich posag. akurat zbliża się jakieś doroczne święto z rytualnym strzyżeniem owiec - podwożący Marię samochodem znajomy właśnie dlatego wrócił na chwilę w rodzinne strony z Dublina, gdzie pracuje jako ogrodnik, w domu, w którym jego żona jest pomocą kuchenną. pyta Marię o co, czym zajmowała się w Paryżu, dlaczego wróciła - Maria kłamie, ze uczy w szkole, a wróciła z tęsknoty za dziećmi. kamera jest za ich plecami w samochodzie, kiedy jadą i rozmawiaja, a potem rzuca ujęcie w bok - a tam cały rząd dużych jednorodzinnych domów, widać ze świeżo postawionych, i jesczcze niewykończonych... taki symbol efektów imigranckich wojaży za kasą.

      Ann, jako się rzekło, jest aktorką. Kilka scen, to jej aktorstwo - najpierw na castingu musi zagrać kobietę uwięzioną przez szaleńca, potem kobietę kupującą wytworny dom i oprowadzaną po nim przez pośrednika, następnie scenka z szekspira... każdy z tych fragmentów, tekst który podaje, emocje które z pasją wygrywa są zbieżne z tym, co przeżywa w życiu prywatnym, a co dotyczy przede wszystkim mężczyzny i jej z nim relacji.

      Jej związek z Gerorgesem się nie układa otóż najlepiej. facet jest zakochany w swojej pracy - TYLKO w niej. do Ann wpada na kilka dni, podczas których żyje już następnym wyjazdem; właśnie wrócił z Kosowa, z Albanii, a już szykuje aparaty, kupuje nowy sprzęt, żeby nie wyjść z wprawy w wolnych chwilach jeździ metrem i fotografuje ludzi, głównie kobiety - na szyi ma aparat z obiektywem, a wyzwalacz pod koszulą z pstryczkiem w kieszeni, więc cyka zdjęcia niejako z ukrycia. W scenie ilustrowanej zdjęciami ludzi rozmaitych ras jego kolega reporter opowiada przez telefon o tym, jak wpadł z ręce Talibów, jak się nie mógł dogadać, jak został uwolniony przez Amerykanów... taka opowieść o pracy Georgesa ustami kogoś innego, z tej samej branży.

      W restauracji [tej samej w której siedzi Amadou z dziewczyną], gdzie Georges i Ann spotykają się z przyjaciółmi na kolacji Georges mówi "tam zycie jest prostsze niż tutaj, oczywiste"... jakby wyjaśnienie dlaczego tam się znajduje, tutaj zaś czuje się nie na miejscu. Problem w tym, że tutaj jest Ann i ich związek... W scenie z markecie, gdzie robią wspólnie zakupy, dochodzi do rozmowy - Ann dostała list z prośbą o pomoc, rzekomo napisany przez dziewczynkę z sąsiedniego mieszkania, która jest ofiarą przemocy domowej [w jednej ze scen Ann prasuje ubranie i słyszy jakieś odgłosy - wtedy ma podejrzenia... ; list dostaje później, próbuje podpytać sąsiadkę, kto go napisał, bo styl pisma na dziewczynkę nie wskazuje bynajmniej, ale gburowata baba kategorycznie się wymawia, ze to nie ona pisała...] - pyta faceta, co ma z tym fantem zrobić, ktoś ją prosi o pomoc, co robić ? G. odpowiada, że to nie jest jego sprawa, nic o tym nie wie, nie obchodzi go to, a tak w ogole, to niech Ann dorośnie i sama podejmuje decyzje, czas najwyższy. Ann zarzuca mu egoizm "dałeś kiedyś komuś szczęscie ?" - on odpowiada "nie". cdn
    • grek.grek kod nieznany spoj 2 26.10.10, 11:50
      kontynuując.
      Więc Ann powiada : jestem w ciązy. on : naprawdę ? ona : nie, byłam, ale usunęłam, kiedy cię nie było. on : mówisz poważnie ? ona : nie wiem, sam zdecyduj... I taki ping pong. a dodatkowo ona mu wyrzuca, ze nie umie rozmawiać z własnym synem [ w róznych fragmentach pojawiają się epizody z bytnością Jeana na prowincji, u dziadka : jedzenie marne - na kolację dziadek zapodaje buraki z chlebem..., robota przy krowach i sianie; a którego razu chłopak odrywa się od pracy, wsiada na własnie zaparkowany motocykl i gazu...- i to na dobre, po prostu ucieka stamtąd, "nie mogę tak żyć" - mówił do Ann po pierwszej ucieczce, tej po której odwiedził ją/ich w Paryżu, ale nie zastał ojca]. widać, ze z tej mąki chleba nie będzie.

      w końcu Ann i Georges odwiedzają ojca, po informacji, ze Jean uciekł z domu. stary powiada, ze remontowali dom, robili to wszystko, on robił - dla Jeana, żeby miał swoje miejsce, dom, żeby mógł sobie w nim mieszkać jak dorośnie... i mówi "cóż, jaśniepanu się nie podobało" - czy kiedykolwiek spytał Jeana czego on chce ? Najpewniej nigdy. A Georges ? czy rozmawiał kiedyś z synem powaznie ? Jakże by mógł... ma przecież tak zajmującą pracę...

      sprawy teraz idą ku pewnym wyjaśnieniom.

      Przez granicę przejeżdza samochód, nie widać kto jest w środku, kamera kręci z tylnego siedzenia i widać tylko to, co przed szybą. Można sądzić, ze własnie przekroczył granicę z jakimś afrykańskim krajem, manewruje pośród tłumu czarnych ludzi, mija jakiś targ, normalne zatłoczone przedmieście afrykańskiego wielkiego miasta. Kto w tym aucie jest ? Amadou wracający do Aferyki, tak jak ojciec ? Cała rodzina Amadou, która za wskazaniem imama pojechała tamże ? Nie wiadomo, można sobie dowolnie interpretować.

      maria dostaje propozycję powrotu do Paryża. właśnie się szykuje szmugiel kolejnej partii nielegalnych imigrantów, więc moze się załapać. Ofk decyduje się. Zostaje, z kilkoma innymi, zapakowana pod sufit w jakimś aucie dostawczym, czy czymś, a na miejscu przez moment przebywa w mieszkaniu-przechowalni. siedzi tam z innymi clandestinos, jedzą, lulki palą, podśpiewują. ona w którymś momencie wychodzi na korytarz. siada przy ścianie i zaczyna płakac. Wychodzi za nią inna babka i pyta : co ci jest, tęknisz za dziećmi, za domem ? Na to Maria, że nie o to chodzi. I opowiada jej, ze kiedyś w Rumunii zaczepiła ją dziewczynka- żebraczka, i ona jej dała drobne, ale zarazem widok brudu tego dziecka ją odstraszył niemal. a potem, w Paryżu, sama była taką dziewczynką, tak się poczuła, kiedy jakiś elegancki jegomość chciał jej podać banknot do ręki, ale cofnął się i po prostu rzucił go je na kolana, jakby się wzdrygnął przed jej wyglądem [nie wiadomo jak było wtedy, ale teraz Maria nie wygląda jak kocmołuch, wygląda normalnie, nie jest brudasem jakimś, żeby było jasne] - "nie masz pojęcia, jakie to upokorzenie" mówi z płaczem. ale nie ma wyjścia.

      Ann jest zaś na pogrzebie. Być moze, a może i na pewno, chodzi o to dziecko bite, któremu nie pomogła... jest na tej imprezie z sąsiadką... można się tylko domyślać, ze to ona napisała donos do niej, a Ann nie zdecydowała o zawiadomieniu policji...
      Gra też kolejne sceny aktorskie - tym razem nie recytuje na próbie Szekspira, a gra w filmie z mrożącą krew w żyłach sceną, kiedy ona i jej filmowy mąz kąpią się w basenie i nagle widzą jak ich bawiący się mały synek omal nie spada z bariery na balkonie, ratują go w ostatniej chwili. Z jakimś przyjemnym kolega aktorem gra. Muszą dograć głos do jednej ze scen, bo przelatujący samolot zagłuszył nagranie. świetnie się przy tym bawią, ona nareszcie się śmieje, i to do rozpuku, jakby odreagowywała cały stres wielu tygodni...

      a potem wraca do domu metrem. I zaczepia ją młody Arab. ironicznie i z zapamiętaniem z niej kpi - niby się do niej zaleca, a jej obojetność wobec jego prób nawiązania kontaktu, traktuje jako wyraz pogardy i wyższości wobec niego, "za dobra jesteś, co ? za dobra dla takich śmieci jak ja ? jakim cudem taka piękna pani jak ty wylądowała w brudnym wagonie z pospólstwem ?" - chłopak jest ni to zabawny, ni to zgryźliwy, ale na pewno jest agresywny. w jej obronie nikt nie staje, nikt się odzywa. Arab kończy swoje tyrady i siada obok niej spokojnie. a potem nagle pluje jej w twarz i wyskakuje z wagonu na przystanku, zaczepia nogą innego Araba, starszego jegomościa, i od razu i do niego startuje, ale facet wstaje i przywołuje go do porządku, co młodego stawia do pionu.Wychodzi. Ann jedzie dalej, dziękuje facetowi za pomoc. Trzymała się dzielnie, ale po chwili
      puszczają emocje i płacze.

      wraca do domu. za chwilę pojawia się pod nim Georges. próbuje wejśc, ale domofon nie odpowiada, dzwoni z budki - nic, zagląda przez okno z ulicy. Ann mu nie otwiera. georges rezygnuje, a że swoje manele ma akurat przy sobie, to po prostu odchodzi... wreszcie sama podjęła decyzję. już jedno życie ją kosztowało niezdecydowanie własne...drugie - swoje, musi ratować za wszelką cenę, a tą ceną jest rozstanie z facetem, z którym nic jej nie łączy tak naprawdę. może znalazła właśnie nowe uczucie, na planie filmowym...

      dzieją się te ostatnie minuty w rytmie bębnów wystukiwanym na jakichś zajęciach szkolnych przez ustawione w rzędach dzieci, być może są to dzieci głuchonieme, z tej szkoły co na początku, a zajęcia są częscią terapii, ale głowy nie dam, że to akurat taka korelacja.

      maria wraca na paryską ulicę. kręci się, krązy, aż znajduje miejsce, przy wlocie do pasażu, galerii handlowej, tam łatwiej o nadzianych ludzi, którzy rzucą porządnym datkiem. ale wygania ją stamtąd dwóch facetów, co wyglądają na konkurencję. zabiera ona swoje reklamówki na których siaduje, torbą i rusza w poszukiwaniu innego miejsca...

      cięcie. ostatnia scena - głuchoniemy chłopiec odgrywa kalambur, pokazuje coś, czego nie sposób rozpoznać, można tylko zgadywać... cięcie. Koniec.

      o czym jest ten film ?
      imo o tym właśnie, że ludzie co umieją mówić są jak te głuchonieme dzieci - one są skazane na gesty, na niedomówienia; a ludzie pełnosprawni mogliby się dogadać, ale nie chca, albo nie próbują, albo co gorsza nie umieją. zderzają się odmienne kultury, sposoby bycia, wymagania, oczekiwania i owocują konfliktem, załamaniem, stresem, śmiercią nawet... Ludzie się rozmijają, nie umieją zatrzymać, spojrzeć z dystansu, albo są skazani na bycie w nieprzyjaznej rzeczywistości, w której są kimś gorszym, z reguły skazanym na niepoświęcanie sobie uwagi i czasu - muzułmańskiego murzyna policja zwija dla zasady, imigrantkę żebraczkę wywala - bez pytania, nikogo nie interesuje : co, po co, dlaczego. Nie ma dialogu. przenikają się paszporty, narodowości, wyznania, rasy, ale na sucho, bez zainteresowania wzajemnego, nie ma w tym człowieka, jest on przedmiotem w rzeczywistości zawieszonym, a nie osobą. a każdy ma swoje problemy i swoje motywacje, niezbieżne, nieprzekinikalne, niedostrzegalne, albo niezrozumiałe. nawet jednak zrozumienie prowadzić może do ich spiętrzenia tylko i wyłącznie.

      O realizacji nie wiele do powiedzenia - znakomicie się ogląda, spokojna kamera, żadnej pląsawicy, dyskretne filmowanie, długie ujęcia, żadnego pośpiechu, można się wczuć w każdą scenę, poznać bohaterów, poobserwować; kamera na miejscu zdarzenia zjawia się z wyprzedzeniem czasami, pokazuje niby poboczną scenkę, a właściwy moment, z udziałem bohatera, wchodzi w naturalny sposób, nie ma tutaj amerykanizmów - jak deportują Marię, to najpierw oglądamy pracowników pociągu, którzy sobie rozmawiają, pitolą przy wejściu, a z boku cichutko, po 2 minutach, przychodzą policjanci z Marią, wstawiają ją do środka, znów chwila z życia wzięta, cięcie. Jak Binoche prasuje, to prasuje przez 4 minuty, a w tym prasowaniu jest jeden moment, kiedy słyszy gdzieś z daleka odgłosy rodzinnej awantury... w kinie amerykańskim trwałoby to 30 sekund, bo ciągle musi się dziać :] Nie u Haneke, nie tym razem przynajmniej, chociaż nawet Funny games nie miały scen dynamicznych :]
      dobry, ważny film. ale...nie wybitny :]



      • barbasia1 Re: kod nieznany spoj 2 26.10.10, 16:22
        Powiem Ci, że bardzo mi się podoba ten film Hanekego. Ciekawy scenariusz.
        Dzięki za kolejną świetną opowieść! Bardzo dobrze się czyta!

        I na razie tylko tyle powiem ...

        :)
        • grek.grek Re: kod nieznany spoj 2 27.10.10, 12:07
          hehe, dzięki :] Jeśli napotkasz gdzieś, to polecam, warto obejrzeć, w narracji filmowej, kiedy poszczególne wątki są rozsypane i trzeba je sobie zlepiać sukcesywnie - wygląda to inaczej i chyba ciekawiej niż w opisie.
          • barbasia1 Re: kod nieznany spoj 2 27.10.10, 13:14
            Wiesz, Greku, niektóre filmy to ja chyba wolę w Twoim opisie.
            Np. taka "Grzeszna propozcja" spodobała mi się dopiero po przeczytaniu Twego spojlera. Dopiero wtedy zauważyłam pewną dająca do myślenia rrzecz... Ale o tym postaram się poźniej napisać w stosownym miejscu...

            :)
            • grek.grek Re: kod nieznany spoj 2 28.10.10, 11:27
              skoro tak, to mi tylko pochlebia :]
              • barbasia1 Re: kod nieznany spoj 2 28.10.10, 14:28
                grek.grek napisał:

                > skoro tak, to mi tylko pochlebia :]


                :)
    • pepsic "Nikotyna" z wczoraj - Ale Kino! 27.10.10, 11:19
      Młody, sympatyczny haker na usługach mafii pomyłkowo staję się pośrednim sprawcą krwawych porachunków, w które zostają wciągnięte przypadkowe osoby. Czarna komedia z szybką, zwrotną akcją, wyraziste, dobrze zagrane postacie (gl. namiętni palacze, stąd tytuł), niezłe przeplatające się wątki, bardzo dobra muzyka, ładne kadry, wyraziste, nasycone kolory tylko... emocji brak! Niby w klimatach "Przekrętu" (na bank zgapione), a zwyczajnie się nudziłam.
      Nie polecam.
      • grek.grek raj odnaleziony, spojlery są, i 3 po 3 chrzany 27.10.10, 13:01
        To ja pozwolę sobie, w ramach nie polecania, nie polecić filmu "piła 3". protokół wad zająłby tak wiele miejsca, a jednocześnie tak szkoda na to czasu i słów, że ograniczę się tylko do powiedzenia, ze przy całym zrozumieniu zasad, jakimi rządzi się gatunek gore, jest to po prostu idiotyczne kino.

        wczoraj w tvp 2 dali "raj odzyskany", czyli rzecz o życiu Gauguina.

        Kanoniczna wersja biografii, [stąd o spojlerach ostrzegałem dla przyzwoitości, a nie z tego powodu, ze jakies tajemnice zdradziecko zdradzić zamierzam] rzec by można - pan reżyser z panem scenarzystą bardzo skrupulatnie i grzecznie wzięli i w półtorej godziny odfajkowali wszystkie momenty w zyciu wziętej na warsztat postaci - maklerka, rzucenie maklerki po poznaniu Pisarra na rzecz malarstwa, do którego miłość była w nim głęboka i romantyczne opowieści o powinności i misji twórcy Pisarra obudziły ją w nim z niepohamowaną mocą; malowanie z miłością i pasją oraz narastające kłopoty w życiu prywatnym, bo żona, kilkoro dzieci, rachunki za gaz, wyprawkę do szkoły, samochód i internet, a on ma tylko małe oszczędności, któe wkrótce się kończą; zmiana mieszkania z powodu zapaści finansowej, bo mimo środowiskowego sukcesu nikt jego obrazów nie chce kupować; odejście nie mogącej już znieść takiego życia, ale kochającej go ofk, żony i ukochanych dzieci; wojaże po Polinezji i tahiti, zakręćenie miejscową pogańską kulturą i przyrodą, bunt przeciw chrześcijaństwu ze spaleniem krzyża na oczach miejscowego misjonarza włącznie, bliskie związki emocjonalne z pogańskimi bożkami raczej i rytuałami niż z tzw białym bogiem, romans w tahitanką, która zostaje jego modelką, bohaterką aktów; malowanie, malowanie, malowanie; wreszcie nagłe zwątpienie, powrót do normalności i rodziny, praca, etat, próba ustatkowania się kosztem własnej pasji, które to plany wkrótce znów porzuca, zeby malować, bo nie może uciec od swojego przeznaczenia; wytycza nowe trendy w malarstwie, ale ludzie się śmieją do rozpuku z czerwonych psów na jego obrazach i nie dostrzegają symboliki i głębi, która się w takich dziwnych figurach zawiera, a on jest zdruzgotany; porzucenie cywilizacji, znów Tahiti... biografia, którą wszędzie można odnaleźć, tutaj ładnie sfotografowana, a jego dom w Rouen naprawdę świetnie zaaranzowany, zaś tahitańskie i polinezyjskie klimaty w odpowiednim nastroju robionym przez bębny w tle, jakieś próby stworzenia mistycznych wizyjek.

        generalnie, wszystko ładnie, ale znów chodziło nie o pokazanie sztuki, wejście z butami w proces twórczy, w głowę postaci - jest ofk parę scen poświęconych temu, ale wyglądają na jakieś ilustracje do wygłaszanych, czy raczej - czytanych, tez i opinii o malarstwie gauguina z informatorów i notek encyklopedycznych.

        gauguin jest twórcą idealistą, wierzy w znaczenie sztuki, a utwierdza go w tym przyjaciel Pisarro, ponad całą resztę, w bezwartościowość pieniądza i sławy doraźnej, a w wieczne istnienie idei i twórczości. w to, ze malarz musi skupić się tylko na malowaniu, na niczym innym. Probblem w tym, ze zanim to do niego dotarło, to już miał żonę i liczne potomstwo i wpadał nieuchronnie w nierozwiązywalny konflikt między pragnieniem tworzenia i poświęcenia się sztuce, a zupełnie prozaicznym przyziemnymi potrzebami swoich bliskich, które musiał zaspokajac, a nie był w stanie. dramat twórcy.

        Film zrobiony very profeszonal, nieźle sfotografowany, z kolorytem, obrazkami, z efektownymi zdaniami w dialogach nt powinności i misji twórcy, ale obarczony stałym grzechem biografii filmowych - bierze się jakiegoś człowieka z encyklopedii i chce wszystkim przybliżyć jego życie, więc opowiada się całość, zaznacza 10 najwazniejszych momentów w 3-4 najwazniejszych okresach zycia i je ilustruje. przypomina to kolorowankę. proste i trzeba tylko to jakoś skręcić. Mało który reżyser czy scenarzysta dochodzą do rewolucyjnego pomysłu, zeby potraktować rzecz całą w taki sposób, że pokazujemy kogoś z encyklopedii, ale walcie się widzowie - jak chcecie sobie przeczytać cały życiorys, to se szukajcie w bibilotece albo w wikipedii, a my wam pokażemy jaki to był człowiek na podstawie małego wycinka z jego życia, jakiegoś fragmentu, nie będziemy robić bryka, a damy wam 100 minut obcowania z jego osobowością, z jego sztuką, z jego myśleniem, z jego świadomością, z jego emocjami. tyle, że to trudna robota, więc lepiej polecieć schematem. pół biedy, jeśli on jeszcze odpowiednio nakręcony... tutaj akurat zarzutów żadnych pod wzg realizacji, imo, nie można mieć, więc - da się obejrzeć. ale przelom toto nie jest. cóz, dzieła wybitne jak Amadeusz, gdzie i sztuka i intryga i emocje i fakty z życia - rzadko się zdarzaja. całe szczęscie, bo jakby tak każdy kręcił mistrzostwo a'la Forman, to dopiero by się zrobiło mało interesująco.

        just another biography movie :] Ale jak dadzą powtórkę, to zachęcam. może będziecie mieli inne zdanie, to się posprzeczamy trochę, dla sportu, hehe.
        • barbasia1 Re: raj odnaleziony, spojlery są, i 3 po 3 chrzan 27.10.10, 14:35
          > To ja pozwolę sobie, w ramach nie polecania, nie polecić filmu "piła 3" [...]
          >gatunek gore [...]

          Aaaa, więc taką nazwę gatunkową mają filmy typu "Piła3"! Chyba nie wiedziałam! ;/
          Warto było o nim wspomnieć.

          pl.wikipedia.org/wiki/Gore

          Rzecz o życiu Gauguina też bardzo interesująca, nawet nie wiedziałam, że będzie w TVP, ale i tak pewnie niewiele bym obejrzała, jako że wczoraj wyątkowo ciągnęło mnie do poduszki.
          W kwestii podejścia filmowców do biografii nie pospieramy się, bo ja tu podzielam w pełni Twoje zdanie, wyłożone już kiedyś, choćby przy okazji filmu biograficznego o Mohamedzie Alim. Choć z drugiej strony, tak sobie myślę, że tego typu filmowe biografie, które enkcyklopedycznie pokazują całe życie bohatera i robią to bardzo powierzchownie, po łebkach, mogą pełnić funkcję zachęcaczy do głębszego zapoznawania się z bohaterem biografii, do sięgania po biografie książkowe, o wiel bardziej wnikliwe .

          W innych kwestiach bardzo chętnie z wielką przyjemnością się pospieram, jak tylko znajdę i obejrzę film! Przyznam, że mnie zachęciłeś do obejrzenia, mimo wszytsko!:)

          To jeszcze jakiegoś Gauguina podrzucimy:

          www.paul-gauguin.net/
          >narastające kłopoty w życiu prywatnym, bo żona, kilkoro dzieci, r
          > achunki za gaz, wyprawkę do szkoły, samochód i internet,

          "samochód i internet"!
          chichichichi
          Naprawdę?

          :)))






          • barbasia1 Re: raj odnaleziony, spojlery są, i 3 po 3 chrzan 27.10.10, 14:48
            PS
            Dziś Gauguin byłby pewnie milionerem, dziś ludzie mają wieksze zrozumienie dla sztuki, indywidualnności, tak mi się przyjamniej wydaje.
            • pomme Re: raj odnaleziony, spojlery są, i 3 po 3 chrzan 28.10.10, 11:38
              Tu bym podyskutowała. Mam koleżankę artystkę - malarkę i mówiła mi troche jak to jest w środowisku. To jest taki sam show biz jak gdzie indziej ... niestety
              generalnie żeby mieć ( wyrobić sobie) nazwisko trzeba mieś kasę kasę kasę koneksje i talent na końcu, nie w każdym przypadku oczywiście
              o mega pracy jaką się wkłada zarówno w malowanie jak i promocję nie wspomnę
              • barbasia1 Re: raj odnaleziony, spojlery są, i 3 po 3 chrzan 28.10.10, 14:52
                Wiesz, wczoraj pomyślałam sobie, że dziś nikogo już nie śmieszyłyby czerwone psy, jak w czasach Gaugauina, o czym wspomina Grek.

                No tak, jednak nigdzie nie ma lekko, nie ma łatwo, ech.

                :)
          • grek.grek Re: raj odnaleziony, spojlery są, i 3 po 3 chrzan 28.10.10, 11:35
            cieszę się, że Cię zmotywowałem ;] - a serio, pod wzg jakiejś przenikliwości i wyczerpującej intelektualnej analizy czy ambicji bycia wiarygodną i wgryzającą się głęboko w temat psychodramą, to nie jest film wybitny, co nie zmienia faktu, że się go dobrze ogląda, jest profeska pełna i na pewno - zgadzam się z tym, co napisałaś - może zainspirować do pogrzebania przy gauguinie, więc : obejrzeć można, a nawet warto.
            • barbasia1 Re: raj odnaleziony, spojlery są, i 3 po 3 chrzan 28.10.10, 15:10
              grek.grek napisał:

              > cieszę się, że Cię zmotywowałem ;]

              Zmotywowałeś, to święta prawda. :)

              Ale powiem Ci, że lubię filmy biograficzne, książki biograficzne.
              "Zawsze czytam biografie sławnych ludzi. Mają takie pogmatwane życia, aż mam ochotę spaprać swoje" - powiedziała to wprawdzie Winona Ryder, ale ja mam tak samo! ;)
              Ostatnio niestety biografi filmowych jak na lekarstwo, a na książkowe to znowu jakby mniej czasu ...

              :)
      • barbasia1 Re: "Nikotyna" z wczoraj - Ale Kino! 28.10.10, 14:46
        pepsic napisała:

        > Młody, sympatyczny haker na usługach mafii pomyłkowo staję się pośrednim spraw
        > cą krwawych porachunków, w które zostają wciągnięte przypadkowe osoby.

        A młodego sympatycznego hakera gra, jak wczytałam wczoraj w moim dodatku, bardzo fajny, bardzo dobry aktor meksykanski - Diego Luna. Widziałam w znakomitym filmie Alfonso Cuarona "I twoją matkę też" (2001), w którym udanie partnerował Gaelowi Garcii Bernalowi (chyba od tego filmu Bernal zacząl swoją światowa karierę).

        To teraz będę mieć dylemat, jak film znów pojawi się w telewizorni. Oglądać, czy nie oglądać oto jest pytanie! :)

        • pepsic Re: "Nikotyna" z wczoraj 28.10.10, 18:45
          Jest szansa, bo leciał na Kulturze :)
          Pzdr.
          • barbasia1 Re: "Nikotyna" z wczoraj 28.10.10, 20:10
            pepsic napisała:

            > Jest szansa, bo leciał na Kulturze :)
            > Pzdr.

            Dzięki za info! Jeszcze nie dorobiłam się TVPKultury, czekam aż sama przyjdzie z cyfryzacją!

            :)
    • grek.grek co na dziś mamy ? 29.10.10, 12:34
      polskojęzyczne kanały oferują :
      Tvp - słabizna w Jedynce jakieś 'mroczne opowieści' [może Mroczków opowieści], a "szepty i krzyki" na bis dopiero o 2 w nocy. i to w nocy przesuniętej czasowo. nice job.

      tvp 2, komedię z Murphym i lawrencem daje, więc ratuj się kto może.

      polsat, remake Omena/u 21:50; może być ciekawe, ale stawiam, że jednak jest to skok na główkę do pustego basenu, jak każda próba rimejkowania klasyki gatunku. to nie ambicja zwykle, to po prostu patologia ;]
      po nim dają "Paszport do raju" - było, tylko że na tvp1, i pamiętam, że nawet spojlerowałem opowieściowo ten film, hehe. da się obejrzeć, mówiąc najkrócej. raz się da :] ja widziałem, więc se nie popatrzę, taka dola.

      tvn - kreskówka i jakiś "biowoulf", nie wiem, biowolf ?, czy to ma związek z rolnictwem ? wygląda na jakąs komputerową bajkę, dziekuję postoję.

      wybieram Ct 1 - 22: 20 ost odcinek 3 serii Californication, a potem Underworld,Evolution - zatem, anteną ku południu, na czechy :]
      • barbasia1 Re: co na dziś mamy ? 29.10.10, 15:22
        Wygląda na to, że będę mieć dziś wolny od telewizji wieczór!
        /A u mnie ciągle bardzo kiepski obraz na czeskiej TV! /

        Mam coś muzycznego a’propos Californication -
        Taka pożegnalna pieśń.
        Wiele osób zakochało się w tej piosence po usłyszeniu jej w jednym z odcinków Californication (dokładnie był to 9 odcinek 2 serii), wpisy pod wideo na youtube o tym zaświadczają.

        www.youtube.com/watch?v=9d8LVoEyU4o
        "Paszport do raju" - pamiętam, argentyńskie kilmaty, fajny film;
        Spojler Twój:
        forum.gazeta.pl/forum/w,14,99924064,100377702,Re_Dzis_Teatr_Telewizji.html
        :)


        :)
        • grek.grek Re: co na dziś mamy ? 30.10.10, 10:44
          a wiesz, że nie pamiętam tego fragmentu... ale muzyka zacna :]
          • barbasia1 Re: co na dziś mamy ? 30.10.10, 15:08
            > a wiesz, że nie pamiętam tego fragmentu... ale muzyka zacna :]

            Kiedyś, dawno temu trafiłam na stronę w internecie, gdzie obgadywano muzykę do Californication, niestey już nie pamiętam, co to za strona (może uda mi się ją później odszukać) i tam znalazłam ten utwór oraz info., że towrzyszył on scenie, w ktorej Lew i Karen wchodzą do amiteratru (na koncert).

            Sprawdziłam, potwierdzam, tak było, urocza scena, Lew robi niespodziankę Karen, zaprasza ją do amfitearu (na Hollywood Blw.) na koncert Lili Haydn. Karen przychodzi pierwsza, nagle światła w amfiteatrze włączają się, oświetlają scenę i jednoczesnie zaczyna rozbrzmiewać muzyka, najpierw słychać skrzypce, potem śpiewa Lili. Potem zjawia się Lew i robi się bardziej romantycznie, zwłaszcza, że, jak się okazuje, oni i Karen są jedynymi uczestnikami koncertu!, są sami w wielkim, pustym amfiteatrze, dla nich tylko gra Lili Haydn z małym zespołem, a potem świtełka świec migają na ekranie, a po chwili zaczynają się rozmywać i wyskakuje ... Hank (na jakimś party:)

            I co zmieniłeś nieco nastawienie do serii 3. Californication po obejrzeniu jej w wersji czeskiej?

            :)

            • grek.grek Re: co na dziś mamy ? 31.10.10, 10:49
              pamiętam tę scenę :], Ashby wykupił wszystkie miejsca w tym amfiteatrze na wolnym powietrzu, żeby mogli być sami, hehe, człowiek z gestem.

              Miejscami ta 3 seria zyskała, niekoniecznie z okazji czeskiego przekładu, może po prostu z powodu ilości powtórek ;], ale pewnej bariery przeskoczyć się nie da - wg mnie, pozostaje najsłabsza ze wszystkich dotychczasowych.

              • barbasia1 Re: co na dziś mamy ? 01.11.10, 14:45
                A tak, tak, amfiteatr był na wolnym powietrzu.

                >Człowiek z gestem.
                I z fantazją! :)

                To co mnie się tak podoba w tej 3. serii? ;)
      • never_never Re: co na dziś mamy ? 29.10.10, 18:52
        Beowulf - jeden z najsłynniejszych zabytków literatury światowej, ja nie humanista, ale o tym wiem :-P
        • ewa9717 Re: co na dziś mamy ? 29.10.10, 19:37
          A wcześniej na TVN 7 kolejny czeski film ;)
          • grek.grek Re: co na dziś mamy ? 30.10.10, 10:47
            tvn pogrywa nieczysto, na głównym kanale same komercjonalne farmazony, a w jakichś pobocznych kanalikach przegląd czeskich filmów - widać, ze szefostwo ma wysokie mniemanie o poziomie percepcji i gustowności swoich widzów, nie ma co.
            • barbasia1 Re: co na dziś /niedziela / mamy ? 31.10.10, 08:15
              A dziś (w niedzielę) naprawdę interesujące imo rzeczy lecą w środku nocy (nawet się nie dziwimy). O 23.40 w tVP1 "Rzymska opowieść", filmz roku 1998 w reż. Bernardo Bertolucciego (o którym psze telemagazyn: "Czasem traktuje się go jako zapowiedź o pięć lat późniejszych "Marzycieli", ale wielu krytyków widziało też w filmie Bertolucciego wskazówkę dla konsumpcyjnego Zachodu, który zagubiony sens mógłby odnaleźć poprzez zbliżenie się z tzw. Trzecim Światem")
              Zaraz po fimie Bertolucciego powtórka Kusturicy "Czarny kot, biały kot", to akutat oglądalałam kiedyś.

              Wcześniej w TVP1 0 21.20 "Van Helsing" - amerykańskie kino rozrywkowe, mix konwencji fantasy, kina akcji (pościgi, ucieczki, wybuchy) i klasycznego horroru wampirycznego. W filmie głównego bohatera Van Helsinga, słynnego pogromcę wampirów, skrzyżownanie Bonda z Indianą Jonsem gonić będą Frankenstein, doktor Jekyll, Drakula, mumie, latające wampirzyce i wiele innych dziwnych istot znanych z różnych horrorow, filmów grozy.
              Tylko dla chcących się odmóżdżyć. Mnie się nie podobał ten film (ale Hugh Jackman bardzo! :).

              Tyle wypatrzyłam, a Wy co proponujecie na wieczór?

              Greku, obejrzałam Beowulfa, jutro dwa (dosłownie!) słowa powiem o tym filmie!

              :)
              • grek.grek co na dziś /niedziela/mamy ?/wymyśleni bohaterowie 31.10.10, 11:57
                mówiąc szczerze, to ofertą telewizornie nie powalają :]

                ano właśnie, co z tym Biowulfem, napisz koniecznie.

                Ja się wcz... wróć - dzisiaj namierzyłem na "wymyślonych bohaterów", dali to po drugiej w nocy.

                Opiszę pokrótce, ze spojlerem, jakbyś/cie chcieli kiedyś na spokojnie obejrzeć - nie czytajcie.

                punktem wyjścia jest samobójstwo w normalnej z pozoru, zwyczajnej drobnomieszczańskiej rodzinie z przedmieścia Czykago czy tam jakiegoś teksasu - zabija się najstarszy syn Travisów. chłopak był wielką nadzieją dla rodziców, dumą dla szkoły itd, bo był świetnym pływakiem, talentem olimpijskim. zwłaszcza ojciec pękał z zachwytu, faworyzował go, hołubił, a jednocześnie tak bardzo pętał go swoimi oczekiwaniami, swoimi osobistymi ambicjami związanymi z jego osobą, ze młody nie wytrzymał i palnął se z gnata w czerep.

                zostaje matka, ojciec, siostra studentka i brat - w ostatniej klasie liceum, on tu jest jakby pół-narratorem.
                wiadomo - pogrzeb itd. i teraz, co się dzieje dalej - otóż, w rzeczywistości, nie chodzi tutaj o przepracowanie żałoby po nagłej śmierci krewnego. przynajmniej nie w perspektywie całokształtu. ta smierć jest raczej szokiem, katalizatorem, który wprawia w ruch dotąd skrywane rodzinne problemy, niezałatwione rachunki, urazy, krzywdy i całą resztą badziewia dotąd pracowicie zagrzebywanego pod dywan. powoli się odkrywają kolejne konflikty i dramaty.

                ojciec ma ewidentnie wyrzuty sumienia - wini siebie za śmierć syna, że go stłamsił swoimi wymaganiami, presją; popada w otępienie : sporo pije, sypia w aucie przed domem, jest nieobecny duchem, wkrótce zona odkrywa, że wziął w pracy 3 m-ce wolnego, a dni spędza garując na ławce w parku; w domu każe przygotowywać obiad także dla zmarłego syna,, kiedy żona mówi, że jedzenie się w ten sposób marnuje, bo chłopak nie żyje i trzeba to przyjąć, on krzyczy : "przy tym stole on żyje !". próbuje stary poświęcić więcej uwagi zaniedbywanym wcześniej dzieciom, zwłaszcza młodszemu Timowi, ale idzie mu to jak krew z nosa - nie wie, o czm z nim mówić, jak do niego dotrzeć, więc niezgrabnie próbuje mu tylko podrzucać pieniądze, jak każdy rodzic, który nie rozumie dziecka, bo nie poświęcał mu nigdy żadnej uwagi; kiedy próbuje zagadnąc Tima o muzyce, tak z głupia frant,strzela od razu gafę i zahacza o Cobaina, który od lat nie żyje.

                matka znajduje inny sposób, by jakoś iśc do przodu - zaczyna popalać skręty [znajduje towar w szafce, gdzie córka studentka zostawiła je, w tajemnicy ofk, bratu, Timowi]. a to się upali w ogródku i leży jak skóra z niedźwiedzia półprzytomna, a to przy próbie zakupu w sklepie zostaje aresztowana... [zabawne sceny, zabawna S. Weaver], ale jak trzeba ująć się za synem, rzekomo bitym w szkole przez chuligana, to bierze sprawy w swoje ręce i robi chłopakowi i jego matce taką awanturę, że się ręce składają same do oklasków. Ale i ona w którymś momencie nie wytrzyma i zaniesie się szlochem, nie można uciekać bez końca.

                Tim znosi rzecz całą najpogodniej, wprawdzie trochę zastanawia się nad śmiercią, pyta siostrę o eutanazję, ale prowadzi w miarę normalne życie normalnego nastolatka. razem z kolegą z sąsiedztwa bierze rózne proszki, lekarstwa, pigułki, ale wygląda to bardziej na eksperymenty klasyczne dla tego wieku niż przepracowywanie traumy. nie wygląda na przejętego i dotkniętego tą śmiercią : chodzi na imprezy, baluje, pytania o to jak wyglądał brat po śmierci [to on go znalazł] wykorzystuje do fantazjowania o wielkiej dziurze w jego głowie, żeby dodać całej historii odpowiedniej dawki makabry. po pijaku powoduje wypadek - noga w gips, policja, kara w postaci wolontariatu w szpitalu, gdzie wciska dziadkom ciemnotę, że urazu nogi nabawił się w Wietnamie, w co niektórzy z nich wierzą, mimo że wojna skończyła się pół wieku wczesniej, a chłopak nawet na swoje 17 lat nie wygląda ;]. ma dziewczyne, której nie kocha, z którą się konfliktuje, a w zamian wdaje się w romans z tym kolegą z sąsiedztwa, do tej pory zdeklarowanym casanovą - całują się, spędzają razem noc, kolega jest zażenowany tym, co się stało i w ogóle uważa, że "ty możesz być biseksem, ale ja... nie ma mowy... ty tak, ale nie ja". kiedy jednak zobaczy jak szkolny chuligan, w odwecie za wizytę matki Tima u niego w domu i awanturę, wali jego głową o lustro w łazience rzuca się na niego z czymś ostrym i mu grozi śmiercionośnie.

                najłagodniej przechodzi rzecz całą siostra, po prostu poznaje sympatycznego chłopaka, niedoszłego samobójcę, którego Tim poznał na wolontariacie w szpitalu, w ramach odbywania kary za wypadek jaki spowodował.

                jak widać, między nimi dobrze nie jest w żadnym układzie. ale to nie śmierć syna sprawiła, ze się pogorszyło, tak było już wcześniej.
                sukcesywnie na jaw wyłażą kolejne niespłacone rachunki.

                Między rodzicami jest kiepsko, nie dlatego bo syn nie żyje - jest kiepsko, bo kiedyś ona go zdradziła. Miała powód - on był stale nieobecny, na dystansie, bez rozmowy, bez kontaktu, bez komunikacji. więc puściła się z sąsiadem, ojcem tego kolegi Tima, a mężem swojej najlepszej przyjaciółki, z którą nie rozmawia od tamtgo czasu, a raczej boczy się na nią i dochodzi do takiej sytuacji, że wzruszona sytuację ta zdradzona przyjaciółka próbuje z nią się jakoś porozumieć. teraz on się stacza coraz bardziej, powodów do rozejścia się jest o jeden więcej.

                Tim lubi muzykę, gra na fortepianie. w zeszycie zapisuje nuty jakimś sobie tylko znanym szyfrem. boi się ojca, jego oczekiwań, tego żeby swoich ambicji nie przerzucił teraz na niego i nie zapaćkał mu zycia, nie wkręcił w ten sam stan, w którym znalazł się jego brat-samokiller; ciązy mu też niepokój, czy samobójcze inklinacje, to nie genetyczna skaza i czy on sam ich nie posiada. ale to też nie wszystko...

                Tim ma ciało w siniakach. ktoś go pobił. kto ? Tim mówi, że szkolny chuligan. Więc matka robi mu jazdę. Chuligan odgrywa się na Timie, a sam dostaje od jego kolegi z którym Tim ma zaczątek romansu. ale to nie chuligan pobił Tima, pobił go... jego brat samobójca, w ten sam dzień, w którym się zabił, pobił go z nerwów, w jakich ciągle żył, z potrzeby odreagowania frustracji. ojciec i brat nie lubili go. traktowali jak obcego, jak kogoś gorszego. Tim zrzucał to na karb specyficznych relacji jakie ich łączyły, a do których on nie pasował charakterem, pewnie odziedziczonym po matce, z którą kochają się wzorcowo. Ona go w tym upewnia, mówi "oboje nie pasowaliśmy, nie pasujemy tutaj, mamy ten sam problem z nimi".

                tama pęka, kiedy matka zapada na zapalenie płuc. lekarz mówi męzowi "to nie rak, ale albo się pan żoną zaopiekuje, albo ją pan straci". zdruzgotany śmiercią syna ojciec musi wziąć się w garść. przekonuje żonę, że się zmienił, że chce zacząć od nowa, ale muszą to zrobić razem, jesli chcą przetrwać. ona ofk się zdecyduje. ale jednocześnie, dla pełnego katharsis, musi wyznać Timowi największą tajemnicę - że jest on owocem jej romansu sprzed lat, z męzem przyjaciółki [ ojcem tego chłopaka, z którym Tim ma romans]. "to dlatego czułeś się zawsze inny, to dlatego oni [ojciec z bratem] cię traktowali jak trędowatego i nie dopuszczali między siebie". dla chłopaka to szok jest. wygarnia staremu całą prawdę ["teraz mogę ci to powiedzieć, bo wiem, że nie jesteś moim ojcem"], jak bardzo go nie znosi, jak dalece nie szanuje i gardzi nim. ale ojciec nie pozwala mu odejść, bierze go w ramiona i mówi mu dobitnie "nie interesuje mnie to, bo jestem twoim ojcem, ja nim jestem" - takie wyznanie ojcowskie, gruba krecha, zaczynamy od nowa.

                a nowe zaczyna się od rozdania dyplomów w szkole Tima. on sam gra na pianinie na tym jublu, a rodzina słucha zamyślona. a potem wszyscy, rodzina, sąsiedzi - wszyscy pogodzeni, idą sobie ulicą. taki american happy end. jak to w tego typu filmach dwie rozmowy na krzyż ostatecznie rozstrzygają problemy, ale nie jest to ostentacyjne i jest dobrze poprowadzone i sfilmowane, bez tanich gestów, tak typowych dla tego typu prodakszyn; nie jest to film z cyklu "historie z życia wzięte" z tvn czy tvp. inny kaliber.

                • grek.grek Re: co na dziś /niedziela/mamy ?/wymyśleni bohate 31.10.10, 12:21
                  jeszcze chciałem dorzucić, że dramat miesza się tutaj z komedią, sceny w ktorych matka, grana [zresztą b dobrze] przez Sigourney Weaver kopci marię w ogrodzie, a potem dokupuje działkę w podejrzanym seks-szopie, są fakt pocieszne. mający naturalną i niezbywalną vis comica Jeff Daniels nadaje chłodnemu ojcu-ambicjonerowi niejednoznaczną twarz. a młody aktor Emile Hirsch w roli Tima przekonujący naiwnych staruszków w szpitalu, że jest weteranem wojny wietnamskiej - też dodaje całej historii dowcipu.

                  nie wiem, może to późna pora, może lampka wina za wiele, ale to był dobry film, jak na amerykański dramat mieszczański, to jakiś taki niemanifestacyjny, nie popsuty żadną prymitywną sztuczką scenariuszową; wprawdzie z mocnym akcentem happy endowym na koniec, ale za to z wiarygodnym i nieprzesadzonym w żadną stronę procesem dochodzenia do niego; dobrze napisany scenariusz, na "cebulkę" tzw ;], opierający się na zdejmowaniu kolejnych warstw otuliny aby dojśc wreszcie do istoty rzeczy, nic nie jest takie jak się na początku wydaje, domniemane przyczyny nieporozumień są kolejno odsuwane na plan dalszy, aż do tej właściwej, najcięższego kalibru, decydującej; problemy z przeszłością, romans i jego owoce, przemilczenia i tajemnica na tym tle zbudowane, kłopoty komunikacyjne, pozory, kurtyny które opadają po tragedii, nadwerężone nerwy, które już nie trzymają pionu i nie dają paliwa do dalszego kombinowania i udawania... niby nic szczególnego, nic oryginalnego, ale reżyser na tyle dyskretnie, z wyczuciem i delikatnością pewną je potraktował, dobrze dobrał obsadę i nie spartolił egzaltacjami i histeriami albo patosem niskich lotów, ze po prostu wyszedł mu dobry film. nie jest to cięzar "american beauty", ale jest bliżej niego niż można by przypuszczać, w każdym razie scenarzysta i reżyser w jednej osobie, Dan Harris na pewno ma plakat Mendesa nad łózkiem : maniera narracyjna, pewien charakter i rysunek tej opowieści mieści się w tej samej estetyce i poetyce, co "A B". mendes upitrasił prawdziwe dzieło, Harris po prostu bardzo dobre kino, ale jak na coś, co powstało z pewnego wzorca [tak zakładam], jako próba nawiązania do pewnego stylu opowiadania, to spory sukces odniósł.
                  • pepsic Re: co na dziś /niedziela/mamy ?/wymyśleni bohate 31.10.10, 21:33
                    Znam ten film i bardzo lubię. Oglądałam dwa razy i pozostaje mi potwierdzić, że jest dobry, nie polukrowany. Pokazuje autentyczne emocje i sytuacje, które pewnie gdzieś się zdarzają, np. po nieudanej wizycie świątecznej, kiedy zawiedziony mocno wkurzony ojciec wykrzykuje do syna kwotę do oddania za naukę gry na pianinie. Sceny lżejszego kalibru - aresztowanie Weaver i odrabianie wyroku z ciosem rozeźlonego weterana - rzeczywiście świetne. Swoją drogą to musiało być niezłe przeżycie. Matka dzieciom, kobieta w kwiecie wieku, a tu marycha i jeszcze ten zauroczony, młody koleś. Jedyna rzecz, która mi lekko zgrzytała - Jeff Daniels nie wyglądał na ojca, z powodu którego trzeba się targać na życie. W rzeczywistości to był przyzwoity gość, w tym jako mąż również. Jako, że American Beatty zupełnie mi nie leży, nawet nie próbuję porównywać. A jeśli już, to w kategoriach - Wymyśleni dla pań, AB dla panów, ale tak tylko z grubsza.
                    Ps.Ciekawostka, reżyser kręcąc film miał tylko 26 lat! Pory nadawania nawet nie będę komentować.
                    :)
                    • pepsic Re: co na dziś /niedziela/mamy ?/wymyśleni bohate 31.10.10, 21:42
                      Mam niedyskretne pytanie, czy ci dwaj chłopcy rzeczywiście skonsumowali związek, czy tylko im się wydawało z racji przedawkowania drugów. Zawsze miałam nadzieję, że to drugie.
                      • grek.grek Re: co na dziś /niedziela/mamy ?/wymyśleni bohate 01.11.10, 12:57
                        ano właśnie, nie jest to dookreślone :],
                        harris w ogóle przytomnie to skręcił, bo mając tę samą niewiedzę, co oni, czy do czegoś - poza całowaniem się - między nimi doszło, lepiej się odbiera ich zmieszanie i wstyd nawet.

                        wiesz, imo Jeff daniels gra jednak ojca wstrząsniętego, otępiałego, a później nawracającego się po samobójstwie syna - skruszonego : i tu, wg mnie, jest to dobra twarz, poza tym... taka przewrotnie zabawna :]. tylko na początku widać go w jakimś strzępku siebie sprzed samobójstwa chłopaka - takim apodyktyzmem zaleciało trochę, rzecz w tym że się nie miało jak rozwinąć/unaocznić w trakcie filmu, bo harris, znów przytomnie, zrezygnował z jakichś retrospekcji, którymi mógłby za dużo i mało ambitnie wyjaśnić [tylko na końcu jest ni to retrospektywna, ni to powstała w imaginacji Tima, krótka wymiana zdań między braćmi], pokazać ojca w takiej formie, w której rzucił się on timowi na mózg.

                        • barbasia1 Re: co na dziś /niedziela/mamy ?/wymyśleni bohate 01.11.10, 15:39
                          Za to "Wymyśleni bohaterowie" bardzo mi się spodobali! Optymistyczniejsza to historia.
                          Na pewno obejrzę, jak się pojawią znów (w lepszej porze) w telewizji !
                          Niezłą obsadę zgormadził młody pan reżyser!

                          O "Biowulfie", wróć: "Beowulfie" za chwil kilka...

                          :)
    • grek.grek cisza' z wczoraj [opis & wnimanie : spojler], 01.11.10, 13:23
      wczoraj leciał w polsacie wieczorem.

      rzecz jest o głuchoniemej dziewczynie, Dot, co trafia do rodziny zastępczej, po stracie ojca [matkę straciła wcześniej jeszcze]. Rodzina jest tyleż dobrze sytuowana, co w całkowitej rozypce - ojciec ma romans z córką - popularną w szkole pomponiarą, a matka zalewa pałę nieustannie i zwykle nie wie, co się dookoła dzieje; żadna tam patologiczna pijaczka, nawet bywa trzeźwa, a jak się upija to z elegancją ;]

      Dot niby jest wyalienowana, w szkole nikt z nią nie siedzi i takie tam, ale ma wzięcie jako "powiernica' - sądząc, ze nie słyszy ludzie się jej zwierzają, przyszywany ojciec z poczucia winy za romans z córką; kolega szkolny, sportowiec, z którym kroi żabę na biologii opowiada jej o swoich seksualnych problemach i fantazjach, nawet się w niej zakochuje, bo ona ładnie gra na pianinie, jak normalnie Ludwik Van, a on jest pod spodem wrażliwcem - i się do niej zbliża, zbliż,a aż naweet seks mają ze sobą [ona później odrzuca jego chęci kontynuowania znajomości, a nawet zawiązania jakiejś bardziej zażyłej relacji]; wszystko by grało, gdyby nie przyszywana siostra, która pewnego razu wraca wcześniej ze szkoły do domu i jest świadkiem, jak Dot, nieświadoma czyjejś obecności... klnie, kiedy zrywa się struna od pianina, czy tam fortepianu - siostra nie zdadza się z tym, że ją zdemaskowała, ale zaczyna z nią pogrywać : zwierza się jej, że ma zamiar zabić ojca -i patrzy na nią ironicznie, sugerując jednoznacznie, że wie, że ona udaje swoją głuchotę i niemotę : i co zrobisz, koleżanko ? jesli o tym doniesiesz, to się sama zdemaskujesz, a jesli nie, to będziesz miała czyjeś życie na sumieniu. Dot jednak nie pęka, a próbuje zapobiec całej akcji, a na koniec okazuje się, że był to blef.

      problem w tym, ze napięcie narasta - Dot w jakiś sposób identyfikuje się z siostrą, którą uważa za ofiarę całej sytuacji i ojca [mimo że dziewczyna wcale go nie obarcza jednoznaczą odpowiedzialnością i nie zgłasza z tytułu seksu z nim zastrzeżeń, mówi raczej że "lubi jak ojciec ją pie,przy, ale nie znosi go, kiedy zabrania jej wychodzić z koleżankami", nawet sama go prowokuje w rozmaity sposób]. a siostra chce w świat, chce uciec od ojcowskiej kurateli [bo nie od seksu z nim] - wymyśla ciążę i prosi starego o tysiąc dolców na aborcję. ojciec robi śledztwo, znajduje rózne babskie środki higieniczne w jej torebce [miała nie mieć okresu, to po co jej tampony ?] i wykazuje, że dziewczyna kłamie - chce ją za karę zgwałcić, i tutaj Dot nie wytrzymuje. wyciąga strunę z fortepianu, czy pianina, i dusi nią szykującego się do gwałtowania faceta. Dot dłużej nie udaje, zaczyna mówić, i to w momencie, kiedy miałem nadzieję, że będzie to jakiś vincent Gallo/essential Killing dla ubogich ;]

      kiedy do pokoju wchodzi matka obie dziewczyny są we krwi, a trup leży na podłodze. one wychodzą na zabawę szkolną, bo cała akcja działa sie tuż przed nią, na której Dot ostatecznie odrzuca swojego zalotnika, który dowiedziawszy się, że ona mówi nie posiada się ze wstydu, bo plótł do niej, sądząc że jest ona głucha, takie świństwa, ze samemu mu się od nich w głowie zakręciło ;]. obie się wymykają później i gdzieś na uboczu zakopują swoje zakrwawione łachy, które przyniosły w plecaku, a kiedy wracają do domu widzą jak policja zawija alko-matkę - odgrywa ona komedię, mówi córce, jakby nigdy nic, ze wydarzyła się rzecz nieprzyjemna, bo zabiła ojca/męża, który ją zaatakował, w obronie własnej. tym sposobem daje córce alibi perfekcyjne.

      nic specjalnego, ale i nie potrzebowałem foliowej torebki ;]

      • barbasia1 Re: cisza' z wczoraj [opis & wnimanie : spojler], 01.11.10, 14:36
        Rzeczywiście, mogło by się komuś zrobić mdło podczas oglądania tego filmu.

        :)
        • grek.grek Re: cisza' z wczoraj [opis & wnimanie : spojler], 01.11.10, 15:00
          mimo naruszania pewnych obyczajowych norm, nie był chyba aż tak drastyczny, bo robił to w sposób mało odważny ';]

          trochę żałowałem, że scenariusz nie skupił się jednak, oraz całkowicie, na rozgrywce między siostrami, z których jedna głuchoniemą udaje, a druga, która wie o tym próbuje ją podejść i zmusić do dekonspiry. na napisanie dobrego scenario ogrywającego wyczerpująco, poglębiająco i przekonująco ten właśnie motyw zabrakło chyba jednak konceptu tym i owym; a mógł być z tego psychothriller wysokich lotów... :]
          • barbasia1 Re: cisza' z wczoraj [opis & wnimanie : spojler], 01.11.10, 15:30
            Tak podejrzewałam (opis był b. dobry! :), że ten film nie jest drastyczny.
            Pomyślałam tylko, że może się zrobić nieprzyjemnie od myśli, że w tym filmie o nic nie chodzi, no może jedynie o to by zaszokować widza (ale też nie za mocno!?) nagromadzonymi patologiami, ale może za dużo wymagam od 'psychothrillera'?!

            Wybitnie nie przypadł mi do gustu ten film. :)
            • grek.grek Re: cisza' z wczoraj [opis & wnimanie : spojler], 02.11.10, 12:15
              hehe, może i własnie taki był zamysł...

              btw, skusiłem się na "rzymską opowieść", którą polecałaś/o której informowałaś, nagrałem skrupulatnie i jak tylko obejrzę - napiszę coś o tym filmie :]
              • barbasia1 Re: cisza' z wczoraj [opis & wnimanie : spojler], 02.11.10, 13:40
                > hehe, może i własnie taki był zamysł...
                Pewnie tak! :)

                > btw, skusiłem się na "rzymską opowieść", którą polecałaś/o której informowałaś,
                > nagrałem skrupulatnie i jak tylko obejrzę - napiszę coś o tym filmie :]

                To fantastycznie! W takim razie czekam/y na kolejnego Bertolucciego! :)))

                Wszelkie ciągi dalsze nastąpią po kolei ... ;)

                • grek.grek Re: cisza' z wczoraj [opis & wnimanie : spojler], 02.11.10, 15:28
                  orajt :]

                  ja nadziobię tego bertolucciego najpóźniej w czwartek.
                  • barbasia1 Re: cisza' z wczoraj [opis & wnimanie : spojler], 02.11.10, 15:44
                    grek.grek napisał:

                    > ja nadziobię tego bertolucciego najpóźniej w czwartek.

                    Ale, żeby nie później! ;))
                    Żartowałam!
                    Postaram się wskoczyć z moim Boratem przed Twoim Bertoluccim! Ech, tylko obiecuję ostatnio!

                    A dziś a'propos Wojewódzkiego (a'propos - bo czytałam Twój post w stosownym wątku), nie wiem czy wiesz, ale będzie bardzo zacny gość w programie - Adam Michnik. Odwórć więc koniecznie dziś wieczorem anteny w kierunku TVN-u!

                    No nie mogłam się powstrzymać, żeby nie odpowiedzieć trollowi! Słaby mam charakter, ech!

                    :)
                    • grek.grek Re: cisza' z wczoraj [opis & wnimanie : spojler], 03.11.10, 13:22
                      raczej nie będzie później ;] wczoraj obejrzałem, ale dzisiaj po prostu nie zdążę napisać, a nie chcę pisać bardziej chaotycznie niż zwykle, więc - jutro.

                      a oglądłem wojewódzkiego :] lepszy niż zazwyczaj, ale to było pewne, że michnikowi nie będzie bruździł. szkoda, ze nie traktuje tak każdego gościa, bo może nie wszyscy noszą nazwiska pomnikowe, ale pewnie każdy, przy umiejętnym potraktowaniu może być ciekawym rozmówcą. zakładanie z góry, że ten czy tamten nie ma nic do powiedzenia i można rozmowę sprowadzić do poziomu magla i wirówki, jest głupawe. nie rozumiem, po co zaprasza ludzi, których nie zamierza na tej kanapie szanować ? a przez szacunek rozumiem zainteresowanie nimi i stworzenie warunków do rozwinięcia się w trakcie gadki.

                      jak zostawiasz bez odpowiedzi taki trollowy tekst, to wygląda on jak pół d,py zza krzaka, pomyśl o tym przy najbliższej okazji :}
                      • barbasia1 Re: cisza' z wczoraj [opis & wnimanie : spojler], 03.11.10, 15:25
                        > jak zostawiasz bez odpowiedzi taki trollowy tekst, to wygląda on jak pół d,py z
                        > za krzaka, pomyśl o tym przy najbliższej okazji :}

                        hahahahahahahaha :))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

                        Cudne!

                        W takiem razie słowa już nie napiszę w odpowiedzi na trollowe teksty,
                        w każdym razie postaram sie tego nie robić ... :)))

                        /Kastracja trolla nie z mojej interwencji nastąpiła./

                        Qurcze, w wątku o Tomku Lisie zrobiłam okropny błąd ortograficzny chichrałam się przez "h". Maiłam to poprawić już wczesniej, teraz to już chyba nie poprawię, bo widzę, że pod tym postem troll się zagnieździł!

                        To prawda, dawno, dawno tak interesującego, inteligentnego, błyskotliwego, pasjonującego gościa u Kuby nie widzieliśmy. Było i trochę poważnie, i zabawnie. Podobało mi się, choć mogło być jeszcze lepiej.

                        >ale pewnie każdy, przy umiejętnym potraktowaniu może być ciekawym rozmówcą.
                        Oczywiscie, że tak!
                        Problem w tym, że Wojewódzkiemu na tym nie zależy na ciekawej, merytorycznej rozmowie z gościem, on, jak kiedyś przyznał w jakimś wywiadzie, uskutecznia w tym programie rozmowę o "niczym", o "pierdołach" ( co po angielsku lepiej brzmi - small talks ) , która cieszy głównie nastolatków.

                        > raczej nie będzie później ;] wczoraj obejrzałem, ale dzisiaj po prostu nie zdąż
                        > ę napisać, a nie chcę pisać bardziej chaotycznie niż zwykle, więc - jutro

                        Świetnie, jutro zresztą będę wcześniej! :)))
    • pepsic Środa, 3 listopada 03.11.10, 14:10
      Wypatrzyłam trzy pozycje europejskie w okolicach dwudziestej. Nie znam, zapowiadają się ciekawie:
      1. "Marzyciel", angielski z J. Deppem i Kate Winslet, autobiografia twórcy Piotrusia Pana -TVN7.
      2. " Rozmowy z innymi", angielski z Heleną Bohnan Carter - Ale Kino!
      3. "Jazzowe imperium", na TVP Kultura, w ramach cyklu fińskiego to już chyba trzecia pozycja.
      Niestety środy o tej porze wybitnie mi nie pasują, osobiście wybrałabym nr 2. Spróbuję namierzyć w innym terminie, z zajawek wygląda naprawdę interesująco.

      Ps. Grek ma rację, bezinteresownych zawistników /czki należy ignorować.
      • grek.grek Re: Środa, 3 listopada 03.11.10, 14:39
        ja bym coś chętnie wybrał, ale żadnego z tych kanałów nie posiadam :]

        btw, z mojego szmatławca z programem, co go kupiłem zapobiegliwie już z ramówką na następny tydzień, wynika niezbicie, że szykuje się kilka naprawdę ciekawych pozycji, włącznie z co najmniej 4 interesującymi tele-premierami [przynajmniej dla mnie takimi bedą ]. wszystkie w ogólnodostępnych kanałach [tvp, polsat, i nawet tvn ;]
        • pepsic Re: Środa, 3 listopada 03.11.10, 15:20
          Na ludzkie pory zapewne nie ma co liczyć, ale równie chętnie czytam, jak oglądam (jeśli nie bardziej czasem).
          :)
        • barbasia1 Re: Środa, 3 listopada 03.11.10, 15:40
          > btw, z mojego szmatławca z programem, co go kupiłem zapobiegliwie już z ramówką
          > na następny tydzień, wynika niezbicie, że szykuje się kilka naprawdę ciekawych pozycji

          O! Czyżby ta Twoja gazetka podawała program aż na dwa tygodnie?
          W takim razie zapowiada się interesujący tydzień! Wreszcie!

          :)
          • grek.grek Re: Środa, 3 listopada 04.11.10, 14:34
            hehe :] w tej gazecie program jest od piątku do czwartku następnego tygodnia; tak przekartkowałem sobie i tylko z pobieżnego oglądu wyszło mi, że od jutra do nast czwartku codziennie chyba jest jakiś [ze słyszenia znany tytuł] dobry film, w tym kilka premier - jak dla mnie "premier", bo ich jeszcze nie widziałem :] i powtórka nawet jedna zacna.

            na razie nie będę sypał tytułami, może po prostu będziemy je wrzucać na bieżąco, po kolei, day-by-day ? :]

            • barbasia1 Re: Środa, 3 listopada 04.11.10, 14:55
              Acha!
              Czuję, że i dla mnie będą to premiery!
              Tak, tak, jak zawsze, najlepiej podawać w sysemie day-by-day. :)

              /Strasznie jestem ciekawa co to za filmy będą, jak dorwę jutro mój program to zaraz sobie pooglądam! :) Oczywiście, w żaden spośób nie zepsuje mi to przyjemności czytania forumowej zapowiedzi!!! :)/
      • barbasia1 Re: Środa, 3 listopada 03.11.10, 15:35
        pepsic napisała:

        Ale masz piękny wybór na dzisiejszy wieczór! Jak obejrzysz" Rozmowy z innymi" z Heleną Bohnan Carter to napisz kilka słów.
        "Cykl fiński" - brzmi szalenie interesująco!

        "Marzyciela" widziałam kiedyś, ciekawy, ale nie pamiętam za wiele...

        > Ps. Grek ma rację, bezinteresownych zawistników /czki należy ignorować.

        Dobra rada nie jest zła! :)
    • grek.grek rzymska opowieść, spojlerrrrrr 1 04.11.10, 10:43
      miało byc o "rzymskiej opowieści" - voila... kto nie oglądać, a nie chce mu się czekać na powtórkę o 2 w nocy - :]

      rzecz się dzieje, tu zaskoczenie... w Rzymie ;]
      w jednym stali domu - ona, czyli imgrantka z jakiegoś afrykańskiego kraju ogarniętego przez zamordystyczny reżim [nie podali jakiego, a ja się na tyle na Afryce nie znam, żeby wydedukować z tych fragmentów, co o Afryce traktują]; uciekła stamtąd po aresztowaniu jej męża, nauczyciela - w scenie otwierającej zgrania go ichnia bezpieka prosto z klasy, w której uczy dzieci przedmiotu "wiedza obywatelska", czy coś w tym guście, ona to widzi i mimowolnie, ze strachu, sika po nogach. męza zabierają, ona w rozpaczy na pustej drodze...Jej mąz był zdaje się opozycjonistą - ale to nie jest pewne, ona - nie wiadomo, kim była : w jednej z późniejszych scen, takiej onirycznej, chodzi po ulicy i zdziera plakaty z murów w tej swojej afryce, ale czy jest to wyraz jej postawy wobec swojej ojczyzny, czy wspomnienie, symbol jej zaangażowania politycznego... nie wiadomo.
      jest taka skoncentrowana jakaś, widać że w sobie dusi przeszlość, ma w sobie niepokój, ma w sobie także witalność, ciekawe połączenie.
      W Rzymie dziewczyna studiuje medycynę - uczy się pilnie, wertuje podręczniki, ma praktyki, na piątki zdaje egzaminy, cały czas przewijają się jej praca & sukcesy uczelnianie w krótkich epizodach. oprócz tego bezskutecznie stara się o kartę stałego pobytu.

      On zaś, właściciel domu, wygląda na jakiegoś Anglika, nazywa się Kinsky, chawirę odziedziczył po zmarłej ciotce. Zapewne trafił także niezłą kasę, ale musi wiedzie mu się coraz słabiej, skoro zmuszony jest wyprzedawać drogie obrazy i arrasy ze ścian; utrzymuje się, czy - dorabia sobie do tego spadku - dając prywatne lekcje gry na fortepianie; dodatkowo sam coś komponuje. On z kolei wygląda na gościa z klasą, nawet takiego którego można podejrzewać o spore poczucie humoru, ciepłego, ale bardzo wyobcowanego. w zasadzie są do siebie podobni bardzo.

      Ona w tym domu - kapitalnie oldskulowym domu w kamienicy, majestatycznym, a jednocześnie pełnym zycia, pachnącym starą arystokracją - mieszka na dole, on an górze, a ona dodatkowo ma w umowie utrzymywanie go w należytej czystości, więc jak wraca ze szkoły, to w drelichy i dawaj pucować, odkurzać, omiatać, omywać itede/itepe. A on w tym czasie se gra na fortepianie, komponuje, albo daje te swoje lekcje.

      I tak oto, między tymi codziennościami, zaczynają się sobie przyglądać uwazniej. W symbolice drobnych gestów zaczyna się między nimi uczucie tworzyć. On gra, a ona sprząta - ona go słyszy, słyszy jego muzykę... sama słucha namiętnie, z magnetofonu, rytmów afrykańskich [fajny dwugłos, zestawienie tej całej XIX wiecznej architektury z afro-music], no ale - muzyka klasyczna ma swój pałer w takich sytuacjach, dociera do niej, a przez nią świadomość jego obecności, ciekawość jego obecności... Mijają się - a to on spojrzy, a to ona, nic specjalnego na pozór. On zajrzy do jej książek rozłożonych na stole w jej pokoju, kiedy jej nie ma, dotknie jej ubrania niedbale przewieszonego przez krzesło... odprowadzi ją wzrokiem przez szpary w okiennicach, kiedy ona wychodzi rano do szkoły. I się kręci. Ona podszywa mu spodnie, gdzieś tam uszkodzone, on jej nieśmiało dziękuje, a ona że "to jej obowiązek"... I rano następnego dnia znajduje ona kwiaty od niego - w takiej ruchomej szufladzie między piętrami, działającej na zasadzie windy.

      ona prasuje, podśpiewuje se do tej swojej muzyki, a on się jej przygląda. wymownym wzrokiem patrzy na te kwiaty, które ona wstawiła do wody. ona w odpowiedzi rzuca mu surowe spojrzenie i pryska w powietrze wodą z żelazka. on się reflektuje. wszystko w takiej semi-zabawnej konwencji.

      ona wychodzi do szkoły, a on patrzy już nie przez okiennice, ale przez balkon, z góry. a ona instynktownie, już na ulicy, zadziera głowę do góry, odwraca się i go widzi.

      w tej windzie-szufladzie ona znaduje... pierścionek, lezy on tam oświetlony latarką położoną obok.
      no to ona bierze go i idzie na górę do niego. "dlaczego miałabym go przyjąć ?", pyta, a on przerywa granie, zbiera się w sobie i z jakimś pomieszaniem radości, zmieszania i nadziei wyznaje jej, ze ją kocha, że się w niej zakochał, że to dla niego taka nowość... Ona chce odejśc, ale on ją dopada "dlaczego nie możesz mnie pokochać ? !", krzyczy jej w twarz [pierwsza scena dynamiczna, heh], ona się wyrywa, "możemy pojechać gdzie zechcesz, do Afryki...", a ona "co pan wie o Afryce, o mnie, no co pan wie ?!"... on, że zrobi dla niej wszystko, niech tylko ona go pokocha, niech się postara... a ona na to wypala mu "jesli mnie pan kocha, niech pan wyciągnie mojego męza z więzienia !" - no i tu mu kopara opada, na dźwięk słowa "mąż'. uspokaja się burza namiętności. I on pyta za co ten mąz siedzi, na co ona nie jest w stanie odpowiedzieć, może się tylko rozpłakać...

      mała burza nad Azją i wraca codzienność. ona sprząta, a on gra. Ona czyści jakieś stare posązki, a on długimi schodami na dół - wychodzi. ona się za bardzo przechyla żeby na niego popatrzeć, bo facet rzadko wychodzi w ogole, wymyka się jej z ręki ścierka i leci całą wiecznośc w dół, aż w końcu ląduje wprost na jego głowie, na co on odruchowo wydaje cichy okrzyk zaskoczenia. taki komediowy epizod.
      A on idzie do kościoła murzyńskiego, należącego do jakiejś imigranckiej społeczności w Rzymie. I jak wynika z przebiegu zdarzeń nawiązuje tam kontakt z ichnim księdzem, czy pastorem, generalnie - duchownym.

      a wkrótce ona znajduje, porządkując śmiecie przy jego biurku, kopertę, zaadresowaną na jego nazwisko, ale...z jej ojczyzny, ze znaczkami pocztowymi z jej kraju. jest w szoku, bo to jasna sugestia, ze on zaczął działać w sprawie jej męża. Wygładza tę kopertę, ogląda ją, adoruje, zasypia przy niej... listu w środku nie ma, ale to nieważne, liczy się obudzona nadzieja.

      on gra. swoje. a ona sprząta. i nagle on zaczyna swoją muzykę, klasyczna, mieszać z wygrywanymi na fortepianie rytmami afrykańskimi. jej się to podoba coraz bardziej. A on gra, komponuje spontanicznie. A ona się do tej muzyki uśmiecha. a on gra.
      i nagle telefon i on musi wyjśc. ona, tknięta przeczuciem, wybiega na balkon, i widzi jak on rozmawia na dole, na ulicy z czarnym księdzem. ona podejrzewa w jakiej sprawie - oni idą na spacer, rozmawiają, a ona biega po dachu, z niego obserwują ich, patrząc na Kinsky'ego, starając się z wyrazu jego twarz, z gestów, odczytać czy coś wie, czy nic nie wie, jak się sprawy mają. w końcu znikają jej z oczu...

      jest list do niej. że mąż został przeniesiony do więzienia o lżejszym rygorze. że jego proces startuje w następnym tygodniu. wywołuje to jej radość. list jest anonimowy. ale ona wie, kto go napisał... Kinsky.

      on grywa coraz weselsze kawałki. a ona, ze swoim kolegą ze studiów, gejem, wychodzi do dyskoteki, ale nie zwraca uwagi na przystojnego murzyna, który się do niej uśmiecha. jest zamyślona za bardzo. o kim myśli ? o męzu ? czy może o... panu Kinskym ?..

      Kinsky ma dać występ fortepianowy, w swoim mieszkaniu, dla dzieci co się u niego uczą, i ich rodziców. zaprasza ją. a ona do trgo zaprasza tego kolegę, dla którego to ma być urodzinowy prezent. "to nie mój chłopak', ona mówi usprawiedliwiająco-informująco.

      występ Kinsky'ego, to mieszanka klasyki i afro, niepokoju i melancholii. wszyscy słuchają, ale wkrótce tylko ona słucha, bo dzieciaki się bawią piłką na patio... a on gra i na tej muzyce cała scena się ogniskuje. i ona, w tej muzyce otoczeniu, odbiera znów list - że jej mąz przyjeżdza... pojutrze. wybiega z domu. kolega-gej za nią "nie cieszysz się ?". ona go odpycha. ucieka. dlaczego płacze ? szczęście, czy może świadomośc, że się popaprało - męża miała kochać już tylko na odległośc, żyć tęsknotą... a tu nagle on wraca, i to wraca wtedy, kiedy ona zakochała się w Kinskym... płacze, bo żal jej miłości świeżej, którą zaburza miłość dawna, która właśnie wstała z grobu pamięci, do którego miała być na dobre złożona, i zamierza przybrać całkiem realny kształt ?
      • grek.grek rzymska opowieść, spojlerrrrrr 2 04.11.10, 11:18
        plan był prosty, i ona już się niego zaadaptowała : będę pamiętać o moim męzu, kochać go jak człowieka nieobecnego, być mozę wkrótce nieżywego, będę kochać jego wspomnienie, ale w realu będę kochać Kinsky'ego, bo on jest TU, jest prawdziwy. aż tu nagle... no właśnie. plan się rozleciał. I dziewczyna trochę się zachwiała.

        ona wraca do domu. on gra. dzieci bawią się na patio, szukają tam piłki, co wpadła w krzewy... ona na niego patrzy. a on gra. ona patrzy. a on przerywa granie... mija ją. żongluje jabłkami. dzieciaki patrzą ucieszone. a on nagle daje susa w krzaki, co jest sfilmowane fast-forward. dziwne ? z pewnością to jakaś symbolika... chociaż może po prostu udziwnienie, które za symbolikę mamy sobie wziąć ;]

        ona wraca następnego dnia do domu ze szkoły. a z góry na sznurach wyciągają pianino, żeby ja przetransportować na dół. jego pianino. umarł czyco ? Nie umarł. siedzi sobie na podłodze i wita ją uśmiechem. ona go pyta, czy jej mąz, jak już przyjdzie, to może chwilę pomieszkać w jego/ich domu. On się zgadza. nie widać w nim złości, czy wściekłego rozczarowania. Raczej takie ciche.

        ona deklamuje o męzu, że "to dzielny, odwazny, godny szacunku człowiek", jakby chciała siebie samą usprawiedliwić, że wybierze męża, a nie jego, że... byc może inaczej nie może, że być może... to po prostu samooszukiwanie się; brzmi to jak wyznanie obowiązku, a nie miłości.
        a on je na to, z e znalazł tę zaginioną piłkę. I zaczyna nią zonglowac na patio, a potem wykopuje za mur... minę ma nietęgą. wie, że ona z nim nie może zostać...że ten trójkąt pozorny przerodził się w trójkąt całkiem realny, a on ma handicap.

        jak ma chłop odparować..? idzie się napić. popija z tym czarnmym księdzem. ksiądz go pyta, czemu nie koncertuje. a on, że... po prostu... gram za słabo. I mówi o tym, że jeden słynny rosyjski pianista przestał grać u szczytu możliwości, w zenicie sławy. Czy to wyjaśnia to wynoszone oknem pianino ?

        ona w domu próbuje do niego napisać list, ale każdą kolejną wersję odrzuca, aż wreszcie zostaje kartka z 6557 napisanym "thank you". ale to jej nie wystarcza, pisze coś jeszcze... i zagina kartkę na dwoje.

        on wraca do domu, na rauszu lekkim. a ona leży w łózku. i się dotyka autoerotycznie. o kim mysli ? o którym myśli ? o powracającym męzu, czy o kinskym ? :]

        zrywa się nagle. Idzie na górę. do kinsky'ego, który śpi. zdejmuje mu buty, kładzie kartkę obok łózka. i sama się do tego łózka przy nim kładzie. on, we śnie się przewracając, obejmuje ją nogą. a ona jego. a rano się oboje nago...

        a na kartce jest napisane " mr kinsky, I love you"... i przez jego twarz przelatuje uśmiech.

        budzi się dzień, poranek filmowany z perspektywy dachów rzędu kamienic. na dole jedzie auto. zatrzymuje się...

        on obejmuje ją ręką. a ona się szamoce wewnętrzenie, co widać po jej twarzy. do oczu napływają jej łzy. i zdejmuje jego rękę z siebie. i wstaje i odchodzi. kamera zatrzymuje się na zmiętym czerwonym kocu, który właśnie opuściła wstając.

        koniec.

        czy tu coś trzeba dodawać ? :]
        historia nietypowego trójkąta, subtelne studium narodzin i rozkwitu uczuc zrobione z małych gestów, spojrzeń, uczynków, aż do finału, w którym nie wiadomo nadal, co wybierze ona, jaką drogę, chociaż można się domyślać, że wróci do swojego męża, a nową miłość z przykrością zostawi, na odchodne spełniając się namiętnościowo z jej obiektem. uczucie niemożliwe. Nietrafione w czasie. zaskakujące aż nazbyt. i samosięwykluczające w/do realizacji - on przeciez, aby udowodnić miłośc do niej dązy do uwolenienia jej męża, co ich związek czyni nierealnym, miłość niespełnialną, a więc kończy ich relację, ale miłość zostawia we właściwej formie - niespełnialności. odwraca o 180 stopni jej sytuację - będąc obok Kinsky'ego kochała nieobecnego męza, teraz będąc z mężem będzie kochała zostawionego w rzymie kinsky'ego.

        co by tu dodać... chyba to, ze świetnie jest to zaarażowany film, że Rzym pokazywany jest w swojej starej szacie - uliczki, architektrura, kamienica w której odbywa się gros akcji jest w starej dzielnicy, gdzie nie ma bilbordów, korków, centrów handlowych...rzym wieczorową porą, oświetlony latarniami chodnik, rzym o poranku filmowany z dachów... ; że wielką rolę gra tutaj sam dom Kinsky'ego - oldskul, powiew XIX wieku, schody wijące się góry na dół, wnętrza, mnóstwo zywych kolorów, gadżetów z dawnych czasów, stare okiennice, framugi, drzwi, dach okolony barierkami, jakże gustowny starością efektowną, no i to zielone, bujne patio do którego prowadzą dwuskrzydłowe drzwi... a w środku fortepian, mUUUzyka, czasami niespodziewanie przeplatana afrykańskimi wstawkami z jej magnetofonu...

        mistrzowska robota, jak przystało na klasyka kina :', historia może być miałka, niedorobiona, ale mistrz zawsze ją pokaże tak, że uratuje twarz. ofk, ta historia na miałką nie wygląda bynajmniej.

        thandie newton i david thewlis - znakomicie dobrane twarze, maniery aktorskie, ręka mistrza po prostu. świetnie pasują do siebie na ekranie, tak rózni bardzo - ona z takim półafro, podkreślającym jej murzyńskość, on stylizowany trochę na takiego angielskiego dżentelmena - a zarazem tak oboje pasujący do szkicu charakterologicznego postaci. i wygrywający emocje w sposób dyskretny na ogól, a kiedy trzeba eksplodujący na krótką chwilę.

        • barbasia1 Re: rzymska opowieść, spojlerrrrrr 2 04.11.10, 12:58
          Świetny spojler! Mój numer jeden na dziś, na ten tydzień! :))))
          / na razie tyle na gorąco! :)/



        • barbasia1 Re: rzymska opowieść, spojlerrrrrr 2 04.11.10, 13:52
          Bertolucci stworzył naprawdę niezwykłą opowieść o miłości, niebanalny, niekiczowaty melodramat i to w dodatku z drugim głębszym dnem (o czym byla mowa w zacytowanym przeze mnie fragmencie notki z telemagazynu). Co mistrz to mistrz, racja!
          Piękny film. :)))

          Zdjęć nie dodałeś, więc sama poszukałam i wklejam tu dwa, ktorej najbardziej mi się spodobały:

          film.onet.pl/F,9781,1,14,galeria.html
          film.onet.pl/F,9781,1,13,galeria.html

          Miłość niespełniona ta chyba częściej się zdarza się w życiu niż miłość szczęśliwa i spełniona.

          :)
          • grek.grek Re: rzymska opowieść, spojlerrrrrr 2 04.11.10, 14:30
            o widzisz, dobre uzupełnienie, te fotografie :]

            no to prawda, Marzyciele byli hardkorowi, tutaj jest uczucie i jego konsekwencje przedstawione w bardzo subtelny sposób, w inny tle, na inną nutę, innych ludzi niż dzieciaki z tamtej opowieści.

            'melodramat niekiczowaty' - bardzo trafne :}
            • barbasia1 Re: rzymska opowieść, spojlerrrrrr 2 04.11.10, 15:42
              > 'melodramat niekiczowaty' - bardzo trafne :}
              :)

              Ale naprawdę, czy żartujesz?

              Tak, bo też i "Marzyciele" nie są tak naparwdę opowieścią o uczuciach, o miłosci, ale o tym co się działo w roku 68 głownie w Paryżu , o klimacie, duchu tych czasów...

              :)
              • grek.grek Re: rzymska opowieść, spojlerrrrrr 2 05.11.10, 11:39
                dlaczego miałbym ?

                jakiś związek uczuciowy w nich się zawiązał, chyba jednak... :[; a klimat, ofk słusznie - inny, tam wszystko podporządkowane było fali 68. tutaj takich jednoznacznych konotacji polityczno-społecznych nie dostrzega się, przynajmniej mnie się nie udało, jakaś taka klasyczna jest ta opowieść, bardziej się skupia na samych uczuciach i ich wiwisekcji niż na tle afrykańsko-imigrancko-jakimśtam, które jest tutaj, imo, jednak potraktowane pretekstowo, albo i nawet dopełniająco tylko; a może to jakaś metafora jest jednak, a ja po prostu nie umiem odczytać, więc... rzecz w osobistej interpretacji, może w rozpoznaniu symboliki, a może i istnieje coś takiego, jak paranoja szukania w dziełach uznanych twórców jakichś ukrytych metafor, nawet wtedy kiedy trzeba to, co nadziergali potraktować wprost i bez takiego doszukiwania się :].
                • monia.i Re: rzymska opowieść, spojlerrrrrr 2 05.11.10, 12:00
                  Bardzo lubię "Rzymską opowieść", film ma niesamowity klimat. A Kinsky, mam wrażenie, w pewnym momencie zaczął wysprzedawać zawartość chałupy (w tym pianino) bo potrzebował kasy na wyciągnięcie męża z więzienia.
                  Pozdrawiam :)
                  • barbasia1 Re: rzymska opowieść, spojlerrrrrr 2 05.11.10, 12:30
                    Ja to muszę zobaczyć!
                    Odpozdrawiamy! :)
                  • grek.grek Re: rzymska opowieść, spojlerrrrrr 2 05.11.10, 13:50
                    masz - "chyba" hehe - bardzo trafne wrażenie. rzeczywiście, teraz dopiero mi się rozjaśniło, że ten dywan ze ściany sprzedaje on niedługo po tym, jak ona mu wykrzyczała, że jak mu tak zależy, to niech męża jej wyciągnie z puszki - faktycznie :]

                    pozdrawiam również :]

                • barbasia1 Re: rzymska opowieść oraz Frankie i Johny 05.11.10, 13:19
                  > dlaczego miałbym ?
                  choćby dlatego, że masz poczucie humoru i to fajne poczucie humoru.

                  A tak serio, to dzięki Ci za dobre słowo! :))

                  A ja czytajac Twój wnikliwy spojler o "Marzycielach" miałam wrażenie , że te postaci bardziej symboliczne niż realistyczne ( inaczej niż w "Rzymskiej opowieści" ) były, że symbolizowały idee, postawy, poglady i światopoglądy, które wtedy się ścierały. Młodzi bohaterowie, młodzi Francuzi,zafascynowani ideami lewicowymi skonfrontowani zostają ze starszym pokoleniem, pokoleniem rodziców symbolizująujacych stary porządek, skostniałe zasady, poza tym nie przypadkiem też pojawia się tam student z Ameryki, za pośrednictwem, którego przywołane zostają ważne wydarzenia roku 68, które mają miejsce na drugiej półkuli, jak choćby wojna w Wietnamie itd.

                  A'propos "Rzymskiej opowieści", ostanio prawdziwy wysp melodramatów nastąpił (tak dużo ich jak grzybów najrozmaitszych w tym roku!). Niedalej jak wczoraj na Polsacie leciał śliczny melodramat "Frankie i Johny" (1983) z Alem Pacino i Michelle Pfeiffer, którzy po 8 latach od nakręcenia "Scarface" znów spotkali się na ekranie jako para! (no chyba , ze nie wiem o jakimś wczesniejszym ich wspólnym filmie) . Miałam o nim wspomnieć tu na FT, zamówić u Ciebie, Greku, spojler-dokończenie tego filmu (bo film oczywiscie kończył się o 1.45!!!), ale na śmierć zapomniałam, przypomniełam sobie o nim dopiero, kiedy na niego przypadkowo trafilam, przerzucając kanały przed wyłaczeniem telewizora. Troszkę oglądałam, do pierwszych reklam, ale to zaledwie wstęp do opwieści był. A historia zaczyna się tak: ONA (Michele Pfeiffer) samotna kobieta z przeszłością, dramatyczną przeszłoscią (jej były mąż wykazywał skłonności psychopatyczne, bił ją, o czym własciwie nie zdążyałam się dowiedzieć, tylko wyczytałam w jakimś opisie ) pracuje w knajpie w Nowym Jorku jako kelnerka. Do tej knajpy przychodzi w poszukiwaniu pracy ON (Al Pacino), człwoiek z przeszłoscią, właśnie wyszedł z więzienia, w którym siedział za jakieś oszustwa bankowe.
                  No i oboje zaczynają z sympatią na siebie od czasu do czasu spoglądać ...

                  Starsznie chciałabym się dowiedzieć co było dalej, czy ktoś wie, czy Ty, Greku, oglądałeś albo nagrałeś może sobie ten film????????????????????

                  PS Rzecz dzieje na poczatku lar 90. To czasy bez komórek, bez komputera, internetu ... Niemożliwe!!! ;)))
                  :)
                  • barbasia1 Re: rzymska opowieść oraz Frankie i Johny 05.11.10, 13:23
                    Korekta!

                    > Na Polsacie leciał śliczny melodramat "Frankie i Johny" (1991) z Alem Pacino i Michelle Pfeiffer. Z 1983 roku jest "Scarface"!!! Przepraszam za pomyłkę.
                    • barbasia1 Re: rzymska opowieść oraz Frankie i Johnny 05.11.10, 13:25
                      Korekta2 / Ech!/

                      Na Polsacie leciał śliczny melodramat "Frankie i Johnny" (1991) z Alem Pacino i Michelle Pfeiffer. Z 1983 roku jest "Scarface"!!! Przepraszam za pomyłkę.

                  • grek.grek rzymska opowieść; Frankie i Johny; "0_1_0" - dziś 05.11.10, 14:04
                    a dziękuję, ale w tym przypadku nie miałbym powodu żartować sobie :]

                    no niestety, nie oglądałem tego filmu... włączyłem się na californication na ct 1, ofk powtórka 1 sezonu, idę na jakiś rekord ;] i tyle było mojego oglądactwa, nawet nie sprawdziłem pilotem, co na innych kanałach... nic, może powtórzą na tvp ?

                    dzisiaj Polsat daje "0_1_0", polskie młode kino, świeży towar, aż się zdziwiłem widząc ten tytuł w kanale komercyjnym i już teraz, bo premiera była w 2008 zaledwie. kiedyś Tvp pokazywała takie filmy niemal premierowo, w cyklach rozmaitych, zaczynały się 22:20... gdzie te czasy... ;]; ale cóż, nie ma forsy, nie ma co się burzyć, problem to my mamy z tymi, co decydują, że kasy nie ma, a nie z tymi, co tą marną skarbonką muszą dzielić... Dobrze, że polsat się spina i przejmuje trochę rolę krzewiciela filmowego.
                    ale od razu powiem, że w tvp 2, w przyszłym tygodniu, duża, wg mnie, premiera. więc, kap, kap i może coś nakapie ;]

                    reżyser "0_1_0" łazarkiewicz zmarł na serce nie doczekawszy premiery... złośliwi powiadają, że bezczelnie uciekł w ten sposób przed cięzkimi ciosami krytyki ;]; inni mówią, że nagle zaniemógł, kiedy na stole montażowym zobaczył, co nakręcił...; jeszcze inni, że wcale nie umarł, tylko swoje odejście sfingował i wyjechał z kraju, słusznie mniemając, że po tym, co nadziubał w zasadzie nie móglby i tak się ludziom pokazać bez torby papierowej na głowie... cóż, zobaczymy :]

                    niestety, początek o 23:50 dopiero... więc, jesli nie zajdzie jakaś sensacyjna awaria albo myszy nie wyniosą mi telewizora, spojlerem posłużyć ewentualnie mogę ;]
                    • barbasia1 Re: rzymska opowieść; Frankie i Johny; "0_1_0" - 05.11.10, 14:28
                      To może powinnam się do Ciebie zwracać już Hank.Hanku, Hanku, co!? :)))

                      Szkoda! Choć przyznam, że przeczuwałam, że się na melodramat to Ty się napalać będziesz. ;)

                      Polsat coś nieśmiało i z ostrożnością krzewi tę kulturę filmową, jeśli film zaczyna się o 23.50 to na pewno zamówię u Ciebie spojler-dokończenie. Postaram się rzucić okiem na początek.
                      O "0_1_0" słyszłam, czytałam kiedyś, ale z całego opisu w pamięci najbardziej urtrwalił mi się jedynie ten smutny fakt śmierci reżysera przed premierą.

                      >jesli nie zajdzie jakaś sensacyjna
                      > awaria albo myszy nie wyniosą mi telewizora,

                      Myszy? To co robi ten kot przez cały dzień? ;))))
                      • barbasia1 "0_1_0" 05.11.10, 14:36
                        > Szkoda! Choć przyznam, że przeczuwałam, że się na melodramat to Ty się napalać NIE
                        > będziesz. ;)


                        "0_1_0"
                        "Urywki z życia siedmiu par. Maciek, jadąc samochodem z kochanką, ma wypadek. Przykuty do wózka inwalidzkiego, wyładowuje frustracje na żonie. Ilona wykrada z kostnicy ciało sprawcy kolizji. Kasia chce zacząć nowe życie z Sebastianem, ale okazuje się, że ten był kobietą. Jacek to pogrążony w depresji bezrobotny yuppie. Narkoman Piotr czuje się osamotniony. Filip przeżywa problemy w swoim związku. Maria szuka erotycznych doznań. Bohaterów łączą dwie sprawy - wypadek, którego byli świadkami, i forum internetowe, na którym poszukują spełnienia."

                        www.telemagazyn.pl/program/3527443712.html
                        Brzmi dość intrygująco, zwłaszcza to forum internetowe, hehe. ;)
                      • grek.grek Re: rzymska opowieść; Frankie i Johny; "0_1_0" - 05.11.10, 15:31
                        hehe ;] melodramat z alem Pacino ? o zgrozo ;]]

                        no wiesz, z jednej strony, to prawda - pora nieoszałamiająca, ale z drugiej... stacja komercyjna musi jakoś zarabiać, więc o 20:00 daje to do czego może sprzedać czas reklamowy... ces't la Vie :]; gdyby tvp miała normalne finanse i nie musiała zarabiać na siebie, to może dawałaby takie filmy wcześnie, niestety o ile kiedyś to było możliwe,żeby jakoś pogodzić rozrywkę z chociaż przeciętnymi ambicjami, w rozsądnych godzinach, o tyle teraz jest coraz trudniej. widać władza wszelaka ma w nosie, czy w polsce będą same stacje komercyjne, choćby i pod tabliczką publicznych mediów, czy się ocali chociaż jedne nienastawione na kasę. swoją droga, fajna metoda : krzyczą "tvp trzeba zlikwidować, bo nie realizuje misji" ! - a daliście jej szmal na to, żeby mogła sobie pozwolić na ten luksus ? - nie daliśmy ! - a dlaczego ? - bo misji nie realizuje, więc się jej nie należy. rozmowa z głupim :] to politycy w tym kraju nie dorośli do swoich funkcji, czego symbolem jest obecny premier, 50-letni smark z piaskownicy w za krótkich gatkach i z uroczym gilem pod nosem :] CAŁA Europa chucha i dmucha na swoje media publiczne. tylko w polandzie premier postanowił je doprowadzić do upadku, bo tzreba się podlizać przyjaciołom z mediów komercyjnych i konkurenta wyeliminować, a że zrobić się tego nie da otwarcie i wprost, to najpierw się mu odbierze kasę, zmusi do komercji, żeby w ogóle mogły przeżyć, czym się je obrzydzi środowiskom opniotwórczym, a potem uprawianie tej komercji potraktuje jako alibi dla ich likwidacji, no bo kto zaprzeczy, że telewizja misji nie realizuje ? :] sprytne. i beznadziejnie, bezdennie żałosne. Taką mamy waaadzę :]. trzeci świat.

                        hehe, kot się leni na potęgę ;]

                        ofk, spojler dowyjaśniający dopiszę.

                        • barbasia1 Re: rzymska opowieść; Frankie i Johny; "0_1_0" - 05.11.10, 16:20
                          Czemu "o zgrozo"! Ja bym powiedziała, że Alowi i w melodramacie do twarzy!

                          Bardzo fajny film! Sporo zabawnych scen było, np. scena kiedy Al, przebrany w stój kucharza, bo w tej knajpie zatrudnił się własnie na takie stanowisko (w więzieniu też był kucharzem), kroi bardzo niefachowo jakieś warzywo, seler naciowy czy porę, machając nożem na całej szerokości stołu (widzisz to? ;) , na ten widok cały personel knajpy oczywiście jest uroadowny, wszyscy śmieją śmieje się (życzliwie) od ucha do ucha i życzą mu by sobie paluchów nie odciął.

                          Albo inna scena. Koleżanka-kelnerka skarży się Michelle , że jakiś klient wsadzajej łapy pod spódnicę. Umawiają się wiec, że zrobią mu za karę numer z wodą. Koleżanka wraca do klienta, bierze dzbanek ze schłodzoną wodą mineralną i nalewa mu do szklanki, w tym momencie przechodzi Michelle i potrąca swoją koleżankę nieby przypadkiem tak możno, ze ta wylewa lodowatą wodę wprost na spodnie gościa! /Temperament goscia i to co ma w spodniach ulega nagłemu schłodzeniu ku przerażeniu pana. :)/ Potem lecą do stolika dla personelu przy zapleczu i się chichrają.

                          > no wiesz, z jednej strony, to prawda - pora nieoszałamiająca, ale z drugiej...
                          > stacja komercyjna musi jakoś zarabiać
                          No tak, wiem, rozumiem, nie powinnam się dziwić, racja.

                          cdn.

                          W takim razie kot ma się u Ciebie fantastycznie! :)

                          To z góry dziękuję, za spojler.
                          Opinie na temat tego filmu na forum filmwebu starsznie mało zachęcające!? Nie wróży to dobrze filmowi.

                          :)
                          • grek.grek Re: rzymska opowieść; Frankie i Johny; "0_1_0" - 06.11.10, 13:34
                            hehe, całkiem możliwe, ale dla kogoś, jak ja, komu radykalnie się Pacino kojarzy z Tonym Montaną, Serpico, michaelem Corleone jego rola melodramatyczna musi być podejrzana :]

                            te sceny, które opisujesz, zwiastować mogą całkiem wesołą nutę w tym dramatyzmie melo :], może powtórzą za jakiś czas...

                            kota u mnie niet :], w tym cała rzecz.

                            na razie film nagrałem, obejrzę jak najprędzej się da i napiszę niezwłocznie, co i jak :]
                            hehe, cóż, kwestia gustu, a w tej materii reguły demokratyczne mają zastosowanie, o tyle o ile ;]
                            • barbasia1 Re: rzymska opowieść; Frankie i Johny; "0_1_0" - 06.11.10, 14:04
                              Aleee tak całkowice w tym filmie Al Pacino nie zrywa z wizreunkiem znanym z filmów, kótre wymieniłeś. Johnny, jak już wspomniałam, to człowiek, który nie był kryształowo uczciwy, zbłądził na manowce ;), ma za sobą pobyt w więzieniu...

                              Bo to chyba taki melodramat łamany przez film obyczajowy!?? Czyli nie taki straszny! :) Tak mi coś chodzi po głwoie, że ja chyba kiedyś juz to ogladałam...

                              A mnie sie wydawało, że dawno, dawno temu pisałeś coś (oczywiście nie do mnie) o kocie, czy raczej o kotce!? Ale może coś pokręciłam, żle przeczytałam, źle zapamiętałam!??

                              OK, widziałam pierwsze sceny filmu, pierwszą historię, którą niżej w skrócie opisałam, ale właściwie nie za dobrze, tak teraz widzę (chciałam szybko napisać post! ).
                              Powiem Ci, że wrażania mam raczej pozytywne, ale oczywiście pierwsza scena to stanowczo za mało by ocenić cały film!

                              > hehe, cóż, kwestia gustu, a w tej materii reguły demokratyczne mają zastosowani
                              > e, o tyle o ile ;]
                              :))
                              To prawda! Zresztą nie dowierzam większości komentarzy tam pisanych. ;)
                              • grek.grek Frankie i Johny; "0_1_0", co na dziś ? 06.11.10, 15:13
                                taka "komedia romantyczna" ze szlachetniejszego kruszczu ? :]

                                hehe, może o jakiejś kotce pisałem ;], ale - nie, niestety kota własnego nie posiadam.

                                no to o scenę jesteś do przodu :]; ja się zabieram za oglądanie niebawem; może aż tak tragicznie, jak tam oceniają nie będzie, jak to niektórzy by chcieli malować..?

                                a co na dzisiaj ?
                                dwójka daje całkiem znośny zestaw [prawo ojca marka Kondrata - główna rola i reżyseria, Mój brat Kain de Palmy, zabić sekala], szkoda tylko, że najlepszy film jest ostatni, a najsłabszy pierwszy :], generalnie, nie wiem za bardzo, po co był Kondratowi ten film, może po prostu Marek ' chciał się sprawdzić w reżyserce ' ;] on sam jest dobry, ale całość przypomina tanią amerykańską opowiastkę bliską duchem filmom z stivenem segalem i vandamami róznymi, gdzie dzielny bohater wobec nieskuteczności wymiaru sprawiedliwości sam ową wymierza. to już tak stary schemat, że naprawdę trudno powiedzieć coś nowego i w nowym języku, nowej szacie graficznej i nowym czymkolwiek. samo nazwisko "kondrat" w czołówce w ogóle nie powinno zmylić czujnego widza :].

                                w jedynce widzę komedię romantyczną wg, zdaje się, grocholizmu, więc ja się włączać telewizora nie odważę; i drugą klapę zaraz po niej, film z dżaki czanem, również i tu nie czuję się na zdrowych zmysłach, żeby ryzykować ;]. wstyd trochę, takie rzeczy dawać w najlepszym prime w tygodniu, nawet jesli tvp musi się komercyjne uskuteczniać...

                                polsat : dick i jane - nie widziałem, nie mam pojęcia o tym filmie; Dzień końca świata za to oglądałem i nie polecam, po prostu just another niepotrzebny film.

                                tvn, jakaś komedyjka o łyżwiarzach i sequel marnego horroru, nie ma co, bycza oferta :]

                                • barbasia1 Re: Frankie i Johny; "0_1_0", co na dziś ? 06.11.10, 16:03
                                  Jeśli dobrze się kończy, to chyba tak właśnie można powiedzieć - "komedia romantyczna".
                                  "Ze szlachetniejszego kruszczu" - tak, bez żadnych wąpliwości! Na jej (komedii) szlachetność złożyły się świetny scenariusz, naturalne, niewydumane dialogi, naparwdę fantastyczne kreacje Michelle Pfeiffer i Ala Pacino, natruralne, niewymuszone aktorstwo.

                                  To piękna, momentami zabawna, bardzo bliska prawdziwe opowieść o miłosci, rodzącej się od pierwszych spojrzeń, uśmiechów, wzajemnej sympatii.
                                  Warto obejrzeć! :)

                                  > hehe, może o jakiejś kotce pisałem ;], ale - nie, niestety kota własnego nie po
                                  > siadam
                                  O!? To podejrzane!? ;))

                                  Pamiętam, że też nie nie zachwycił film Kondrata. De Palma niestety za późno się zaczyna...

                                  :)

                                  • barbasia1 Re: Frankie i Johny; "0_1_0", co na dziś ? 07.11.10, 12:45
                                    > "Ze szlachetniejszego kruszczu" - tak, bez żadnych wąpliwości! Na jej (komedi
                                    > i) szlachetność złożyły się świetny scenariusz, naturalne, niewydumane dialogi
                                    > , naparwdę fantastyczne kreacje Michelle Pfeiffer i Ala Pacino, natruralne, nie
                                    > wymuszone aktorstwo.

                                    > To piękna, momentami zabawna, bardzo bliska prawdziwe opowieść o miłosci, rod
                                    > zącej się od pierwszych spojrzeń, uśmiechów, wzajemnej sympatii.

                                    Przyjamniej na początku tak to wyglądało ...

                                    :)
                                    :)





                        • barbasia1 "0_1_0" 06.11.10, 13:38
                          Wiec obejrzałam tylko pierwszą historię - młodego małżeństwa w kryzysie; zona wraca ze szkolenia, niepełnosprawny mąż po wypadku, który spowdował jadąc autem z kochanką, miota się na wózku po mieszakaniu, podejrzewa, ze żona go zdradziła na tym szkoleniu...

                          Czekam /cierpliwie/ na ciąg dalszy ...

                          :)
                          • barbasia1 Re: "0_1_0" 07.11.10, 12:48
                            Muza na dziś:

                            www.youtube.com/watch?v=u-OUiBYYeC4
                            Bardzo mi się podba ta kompozycja Antoniego Łazarkiewicza (syna reżysera tego filmu).
                            :)
                            • grek.grek "0_1_0"/dziś : Mechanik, polsat 07.11.10, 13:05
                              muzyka niezła, ale film, niestety vox populi vox dei ;] - nieprzekonujący... jutro coś więcej skrobnę.

                              a na dzisiaj, imo pewniak - "mechanik", 23:00 polsat.
                              przyznam, że na mojej długiej liście filmów do obejrzenia mam ten tytuł, i ciekaw jestem bardzo, nie tylko ze wg na to, że krystian Bale do tytułowej roli odchudził się do postaci szkieletu, czyli sie aktorsko poświęcił, heh, ale i dlatego że , z tego co mi sie obiło o uszy i oczy, film jest/miałby być : intrygujący. dzisiaj mówię : sprawdzam :].

                              oglądałaś/oglądaliście może ?

                              1:20 złe wychowanie, powtórka w tvp 1. w prime oczywiście oraz tradycyjnie - D.N.O.

                              tvn ma w ofercie... hmm, cóż... tvn pozdrawiam ;]
                              • barbasia1 Re: "0_1_0"/dziś : Mechanik, polsat 07.11.10, 13:22
                                A jednak nieprzekonujący film! Ciekawa jest bardzo Twojego komentarza.

                                To i ja popatrzę na "Mechanika" (do północy ;).
                                Polsat rządzi, sporo ciekawych filmów ostanio pokazują, żeby jeszcze pora była lepsza (tak, tak wiem, pamiętam, telewizja prywatna ...).
                                :)
                                • grek.grek Re: "0_1_0"/dziś : Mechanik, polsat 07.11.10, 14:00
                                  no niestety, tak wyszło :], ale to tylko moja opinia, ofk.
                                  jutro się postaram napisać parę słów więcej.

                                  no problemo, chętnie Ci dopowiem Mechanika :]; hehe, 23, to i tak lepsza pora niż w tvp, gdzie północ wyznacza jakąś cezurę między rozrywką, a śladami "misji"/ew mniej chałowatej rozrywki :]
                                  co za czasy...
                                  • barbasia1 Re: "0_1_0"/dziś : Mechanik, polsat 07.11.10, 14:59
                                    Przejrzałam komentarze krytyków filmowych zamieszczonych w GW, Rzepie, okazuje się, że wiekszość z nich jest w kontrze do vox populi!!?
                                    Tym bardziej zatem czekam na Twoją opinię i zasadnienie!
                                    /A może w międzyczasie poszukam sobie tego filmu!??/


                                    To świetnie, dzięki Ci, Greku, bo film, jak wskazuje opis, własnie zerknęłam, zapowiada się szalenie intrygująco: oniryczne klimaty, mroki ludzkiej podświadomości i zagadka do rozwiazania ...
                                    :)
                                    • grek.grek "0_1_0" 08.11.10, 11:51
                                      hehe :]
                                      więc jest tak, w tym "0_1_0" - kilka postaci, kilka narysowanych relacji międzyludzkich, w 5-10 minutowych scenkach.

                                      łączy te osoby jakiś wypadek, w którym jeden gośc zginął, drugi został kaleką przyktym do wózka, a dwie osoby widziały ten wypadek naocznie i też na nie to wpłynęło. No i strona internetowa, gdzie są zarejestrowani i pisują krótkie wiadomości mające oddać ich stan ducha, albo powiedzieć coś o sytuacji, która zaraz zostanie w scence rozwinięta, zilustrowana. znają się nawzajem, o czym świadczy to, że profile mają ze zdjęciami i wysyłają sobie wiadomości, ale są to tylko krótkie slajdy, takie zaznaczenie, ze istnieje między nimi jakiś stopień znajomości.

                                      więc, to co widziałaś, ta pierwsza scena, to gość, co właśnie w tym wypadku został kaleką. Teraz gniecie go poczucie bezużyteczności, więc prowokuje żonę, dogryza jej, sugeruje zdradę ironizuje z samego siebie, jakby sprawdzając, na ile na go kocha. koniec końców ona mówi, że "tak, zdradziłam cię", ale zaraz potem siada na nim i rozbiera się, więc będzie seks, który ma mu udowodnić, ze ona go kocha.

                                      jest facet, co zaraz po wypadku zobaczył zwłoki ofiary. To go wytrąciło z orbity, zamknął się w domu na 2 miesiące. jego dziewczyna pracuje w kancelarii prawniczej, kiedy przychodzi do domu, on jej prawi gadki antykorporacyjne, antyjkonsumpcjonistyczne, antypieniężne, antywyścigoszczurowe itd. mówi, ze przyjął od jej znajomego ofertę pracy - a na komputerze pokazuje się mail od tego kolegi, ze on tej pracy wcale nie przyjął, ba ! - nawet na spotkania się nie pofatygował. Te jego filozofie są infantylnie zbuntowane, w necie daje filmik ze sobą, w którym żądą, zeby się wszyscy od niego "odpier... itd". ona ma tego dosyć, próbuje z nim jakoś rozmawiać, ale on się popisuje i skrzeczy te swoje tyrady.

                                      jest ćpun. siedzi w mieszkaniu, z którego wyprzedał cały sprzęt i meble, żeby mieć na koks. jego siostra donosi mu prochy, za które płaci jego ojciec, który ma poczucie winy, że jego żona, a chłopaka matka, strzeliła samobója. ćpun się miota, rzuca, drwi, kpi, prowokuje siostrę, jest pełen pogardy dla siebie, ale i niechęci wobec ojca, szydzi z jej postawy pomocowej, i starego też, generalnie - schyłek rozpadu. w końcu siostra startuje do niego z nożem, ale po krótkiej szarpaninie on, osłabiony, osuwa się na podłogę, ona go przytula i tak zostają.

                                      eks-dziewczyna ćpuna jest jakąś malarką. na plaży szkicuje faceta, co łowi ryby i czyta ksiązki do tego, jakaś tam chemia się między nimi nawiązuje, na poziomie wzrokowym.

                                      Jest dziewczyna, co wynajmuje sobie chłopaka na telefon. przyjmuje go w jakimś mini lofcie na terenie starej fabryki. on próbuje robić striptiz, jakąs grę przed-wstępną do seksu, ale ona ma inne wymagania - wiąże go, bluzga, obsobacza jakby na nim chciała wyładować swój negatywny stosunek do mężczyzn jako takich. człowiek jest trochę przerażony, a przynanajmniej - skonfudowany, zwłaszcza kiedy babka macha mu przed nosem "tulipanem". a potem ona dostaje telefon jakiś, musi wyjśc, więc płaci mu i wypad.

                                      dalej jest chłopak, kolega dziewczyny od kancelarii prawnej. wraca do domu, po pracy, ma iść na jakąś imprezę firmową - ale jego dziewczyna nie chce z nim pójść. Właśnier się zamknęła w szafie i siedzi tam z krawatem na szyi trzymanym, jakby się chciała wieszać. Poza ofk. dziewczyna wywala z siebie żółć - jest trochę podchmielona - że ma dość jego firmy, jego kolegów, imprezek, na t musi robić za jego małpkę; słychać też, że ciązy jej bycie jego utrzymanką; drwi sobie z jego self-made-manizmu, który on, rzekomo, wedle jej słów, stale musi potwierdzać wspominając, że wyszedł z domu, gdzie ojciec był cymbałem, a matka fleją.
                                      I ona histeryzuje, on to znosi i próbuje czasami ją mitygować. ona jest sarkastyczna, szydercza i ironiczna - jak wszystkie postaci ofensywne w tej opowieści - a on spolegliwy i nie podgrzewa atmosfery, cały czas szykuje się do wyjścia. i dostaje nagle telefon, z wiadomością, że jego ojciec zmarł. Teraz jemu zbiera na się bek i zamyka się w szafie, a ona tę szafę obejmuje ramionami.

                                      jest sobie świeżo zdradzona i opuszczona żona z córką. zaprasza do siebie kolegę. Gadka szmatka, o d,pie maryni, ona fantazjuje jak by się zemściła na męzu, gdyby to tylko było możliwe, on wyznaje, że kiedyś chciał zaciukać ojca, bo widział jego seks z matką. a potem on jej wyznaje, że jest w trakcie zmiany płci, piersi mu już usunęli, ale jeszcze dół musi przerobić. "będziesz mnie kochała jako kobietę ?", pyta, a ona "a ty mnie, jako kobietę, kochać będziesz ?", ona mu odpowiada. przyhcodzi córeczka, facet-baba się z nią wita, a potem szybko wychodzi. jedzie rowerem nad morze, wyraźnie uszczęśliwiony, a potem wyskakuje z tekstyliów i rzuca się do kąpieli w morzu.

                                      No i jest maria peszek, która gra dziewczynę, co jej chłopak zginał w tym wypadku. ona zapłaciła grabarzom/grabaż?om, żeby jej dali ciało przed pogrzebem, a pochowali trumnę wypełnioną piaskiem. ciało męza trzyma w chłodni. Przychodzi do domu i normalnie z nim rozmawia, jakby nigdy nic, a on jest w materialnej postaci, jakby nigdy nic. on mówi jej o swoich marzeniach, a ona "kochanie, chwila.. ale ty jesteś martwy...". siedzą sobie, pie,przą o niczym. taka scenka.

                                      a potem się burza uspokaja, przychodzi wieczorny, oczyszczający deszcz, wszyscy sparowani są razem - po seksie, przed seksem, albo zamiast seksu, do muzyczki - scena zerżnięta z Magnolii. dziewczyna ćpuna, eks dziewczyna, przychodzi pod jego dom, on na nią patrzy przez szybe; ta od sadomaso zatraca się w tańcu w klubie itd.

                                      a potem jest poranek i słońce, i bezchmurne niebo,molo w sopocie, z lotu ptaka ujęcia urocze, ta od sadomaso na plaży, reszta ze sobą, dziewczyna gościa na wózku pcha go przed sobą na spacer. a rybak z plaży leży nawalony jak trolejbus na plaży, albo pobity - miał na początku jakąś scysję z dwoma dresopodobnymi, co mu sieci chcieli pourywać. przy nim ta eks-ćpunowa. i karetka go zabiera.

                                      a zaczynający film didżej radiowo-netowy, życzący dobrego wieczoru, teraz życzy dobrego dnia. nie wiem, jakaś stylizowana na Boga figura.

                                      i szlus.

                                      zaraz dodziobię parę zdań co ja o tym sądzę, i dlatego niezbyt pozytywnie.
                                      • grek.grek "0_1_0" 08.11.10, 12:07
                                        a więc : po primo, scenki są pełne egzaltacji, histerii, łez, wątrobianych wykwitów - bez przygotowania, od razu starcie, cios, nokaut, runda pierwsza, tak jakby reżyse/scenarzysta nie miał czasu na grę wstępną, od razu grzeje z grubej ruły.

                                        dwa - są to sceny teatralne w większym stopniu niż filmowe. takież jest też aktorstwo - z teatru, a nie z kina, w kinie teatr razi, bo uwypuklanie ponad miarę pewnych akcentów emocjonalnych i jechanie na jednej nucie przez całą scenę jest dość sztuczne.

                                        trzy, dialogi są informująco-manifestacyjne, mam wrażenie, ze tylko temu służą, żeby widz mógł się z nich dowiedzieć albo o kontekście sprawy, albo o powiązaniach rodzinno-jakichśtam uczestników, albo mają być pretekstem do wywalenia paru monologów, czy haseł strzelających w głowę współczesnej cywilizacji, światu korporacji, kasy i dress code w firmach róznych.

                                        ew mają pokazać frustrację, staczanie się, pajacowatość i pseudobuntowniczość pokolenia ca 30 letnich Polaków, przeciwstawiających nielubianemu światu środkowy żałośnie palec środkowy wyciągnięty, a nie jakiś alternatywny styl życia, w gruncie rzeczy - żenujących osobników. ofk, nie wszystkich, ale te akcenty negatywistyczne zabrzmiały najmocniej. tu i tam nuta niepokoju, w większości przypadków - braku szacunku dla samego siebie, ale też grana zbyt egzaltowanie, jak dla mnie.

                                        tu i tam uczucie się zawiązuje, tu i tam końcówka sugeruje, że to była tylko mała burza nad azją, dzięki której związki te będą tylko lepsze, bo to i owo zostałóo wyjaśnione i pogrzebane, bo się ludzie odblokowali i wyrzucili z siebie swoje problemy i skrywane kłopoty...

                                        nie wiem, wyglądało mi to na jakiś zestaw slajdów o wrażliwości pokolenia, pokracznej czasami, czasami uroczej [rybak i eks-dziewczyna ćpuna], czasami idiotycznej, czasami infantylnej, ale - w założeniu - zawsze prawdziwej; rózne odcienie twarzy pokolenia.

                                        niczego ten film nie demaskuje, niczego nie odkrywa, a do tego zrobiony w manierze teatralnej dramy jakoś razi sztucznością, a ta siatka powiązań bohaterów, mająca świadczyć o tym, ze są obiegiem zamkniętym - może i służyła jakiemuś uzgrabnieniu, uporządkowaniu całości, ale kompletnie niczemu innemu, bo te historie niejako dzieją w oderwaniu od siebie, łączone są równie sztucznie jak grane - np przez ten wypadek... co z tego, ze kilkoro bohaterów go widziało, skoro na relacje między nimi w ogole to nie wpływa ? równie dobrze mogliby przeżyć osobiste wpadki i traumy, z których ich postawa i emocje w tych scenkach biorą źródło. Modny jest altman, magnolia, inarritu etc, robiący historie właśnie w takich zamkniętych obiegach ludzkich, ale tutaj to jest wtórne, mało przekonujące.

                                        PS : do którego momentu oglądałaś "mechanika" ? [pytam w kwestii do-spojlerowania :]
                                        • barbasia1 "Mechanik" 08.11.10, 13:50

                                          Tu Ci powiem, Greku – niespodzianka, obejrzałam cały film! Przez Christana Bale’a. To film jednego aktora. Fenomenalna kreacja, także za sprawą jego nadludzkiego poświecenia dla tej roli. Ze ściśniętym sercem patrzymam na drastycznie wychudzone ciało Trevora Reznika, bohatera, w którego wciela się Bale, którym staje się j e s t Bale bez wątpienia. Wyglądał jakby właśnie wyszedł z obozu koncentracyjnego, albo jakby był w ostatniej fazie anoreksji - szkielet powleczony skórą, chude ramiona, wystające żebra, wymizerowana, blada twarz z zapadniętymi oczami ( wstrząs był tym większy, kiedy na myśl przychodził mi piękny Christian z „Prestiżu”). Takiego bohatera Bale'a widzimy już w pierwszych scenach filmu, a póxniej choć to wręcz niemożliwe, niewyobrażalne jego bohater wygląda jeszcze gorzej.

                                          Film, ma doskonały, bardzo przemyślany, precyzyjny jak w szwajcarskim zegarku, więc także doskonale działający i intrygujący scenariusz, aczkolwiek dość szybko staje się on przewidywalny, to znaczy widz domyśla się, że pewne rzeczy nie dzieją się naprawdę w rzeczywiscości, w której żyje bohater, a są jedynie wytworem umysłu Trevora, który ma zwidy spowdowane trwającą od roku bezzsennoscią, jednak do samego końca nie wiadomo, co jest faktyczną przyczyną bezzsenności („Bezsenność” z Alem Pacino mi się tu przypomniała) i tej katastrofalnej kondycji psycho-fizycznej, co dzieje się naprawdę, a co jest projekcją psychiki bohatera .

                                          A kiedy się wszytsko wyjaśniło, odczułam i to naprawdę mocno jak rzadko wielką ulgę, że wreszcie Trevor będzie mógł się wyspać (i ja też, pora! ;), że zakończy się ta jego męczarnia, że zrzuci z siebie ciążącą mu udrękę. Zaraz później pojawiło się drugie uczucie ulgi, że Trevor nie okazał się jeszcze jednym z galerii psychopatów, ale jedynie zwykłym (albo jednak nie-zwykłym) człowiekiem, u którego tak dramatyczny sposób uzewnętrzniły się dręczące go wyrzuty sumienia ...

                                          Podobał mi się ten thrille bardzo! Dzięki Ci, Greku, za polecenie tego filmu, za zwrócenie na niego uwagi. :)
                                          Ten film to także efektownie pokazane piekło wyrzutów sumienia, imo.

                                          Właśnie sobie uzmysłowiłam, spojrzawszy na dorobek filmowy Bale’a, że wieki temu jako młode dziewcze kochałam się w młodym Christianie Bale’u!!! On grał przecież dzielnego Jima w „Impreium Słońca”, na którym swego czasu byłam w kinie chyba z naszą klasą . Po obejrzeniu „Mechanika” moje ciepłe uczucia do niego znów powróciły!

                                          PS Za każdym razem jak Trevor Reznik przymykał oczy ze znużenia, jakby chciał zasnąć, zdrzemnąc się choć na chilę, ogarniała mnie senność (pora!), bałam się, że nie dam rady dotrwać do końca...

                                          Tyle na gorąco!
                                          :)

                                          Dzięki Ci za 0_1_0!!! Za chwil kilka się odniosę się do Twych komentarzy! :)
                                          • grek.grek Re: "Mechanik" 08.11.10, 14:21
                                            Brawo :]

                                            b dobre podsumowanie.

                                            zauważyłaś, co czytał Reznik ? Idiotę dostojewskiego :] i mnie, powiem Ci, cała ta historia właśnie inspiracją dostojewskim pachniała/pachnie - ale raczej zbrodnią i karą niż idiotą. Raskolnikow nigdy nie umiał unieśc cięzaru zbrodni, jaką popełnił, tak samo jak Reznik, tyle że u reznika jest to reakcja fizjologiczna organizmu plus szok wywołany tym, co zrobił,przez który rozsypał mu się obrazek tamtego momentu na mnóstwo szczegółów, których nie potrafił dopasować, albo - inaczej : z trudem dopasywował przez cały film, aż mu się ułozyły :]
                                            tutaj nie ma tego całego nalotu filozoficznego, jaki dostojewski włozył w usta i głowę raskolnikowa, ale za to są inne wymiary psychy bohatera, "little less conversation, little more action" ;]

                                            kim był, wg Ciebie, Ivan ? aniołem ?

                                            Bale rzeczywiście świetny. Nie kupiłem go w batmanie, nie kupiłem go, po dwóch seansach, w American psycho, gdzie przerysował całą rolę, być może nieumiejętnie prowadzony przez reżysera, ale tutaj mnie trafił. No i zobacz sama, ile potrafi zdziałać fizyczna transformacja aktora :] od razu zyskuje nowy wymiar jego postać, dociera do człeka. o to chodzi. polscy aktorzy powinni się na tym wzorować, powinno się pisać scenariusze zakładające właśnie takie pole stwarzające szansę aktorom na wyjście ze swojego dotychczasowego emploi i oklepanego wizerunku, który - w paru przypadkach popularnych bardzo aktorów ;] - zwyczajnie od nich odstręcza. prototypowy może być Szyc z "wojny...", oby więcej i u nas podobnych okazji.

                                            scenariusz - fakt, bardzo dobry, dokładny, z wyższego rzędu ideą unoszącą się cały czas w tle, a zarazem intrygujący jak w rasowym thrillerze.

                                            w sumie, to się chyba nie posprzeczamy nt tego filmu ani niczego, co jego częscią jest ;]

                                            ja bym jeszcze dodał - brawo Polsat :], cóż, skoro tvp nie może...
                                            • barbasia1 Re: "Mechanik" 08.11.10, 16:37
                                              Dzięki Ci! :))) /Ale mogło być lepiej! ;)/
                                              Przydało się ostatnio trochę zwolnić tempa, z koniecznosci!

                                              Tak, zauważyłam, to jedna z pierwszych scen, kiedy Reznik odkłada tę książkę ...
                                              Teraz pomyslałam sobie, że może pojawienie się tej powieści Dostojewskiego w filmie można by odczytywać jako znak, że Trevor, jest dobrym człowiekiem, podobnie jak Myszkin, i podobnie jak Myszkin mierzy się, walczy ze złem, ale nie z tym na zewnątrz, ale tym wewnątrz siebie!??? Przecież ponury nastrój filmu, klimat, ta wywołująca momentami lekką gęsią skórkę muzyka, a przede wszytskim nienaturalny wygląd Trevora zdawały się sugerować coś zupełnie innego. Przynajmniej ja tak czułam, myślałam; przynaję, posądzałam Trevora o najgorsze ...

                                              O tak! Przywołanie postaci Raskolnikowa ze "Zbrodni i kary", jest tu jak najbardziej uzasadnione!

                                              A Ivan? Może to rozszczepienie osobowości , jakś druga, inna, mroczniejsza, grożniejsza osobowość Trevora (może własnie dlatego gra go czarnoskory aktor!), która ujawniła się w tym chorbliwym stanie, osobowość taka jak Dżek z filmu "Fight Club", albo wsystkie wcielenia Tary!??
                                              Potem pod koniec filmu Trevor niszczy ją (w sobie), anioła by tak nie potraktował, no chyba że ten anioł to anioł ciemności! ;)

                                              > w sumie, to się chyba nie posprzeczamy nt tego filmu ani niczego, co jego częsc
                                              > ią jest ;]

                                              hehe
                                              Raczej się nie popsrzeczamy, ale to dobrze, bo parę sprzeczek niedokończonych już mamy ...
                                              Od czasu do czasu wypada być zgodnym!
                                              Powoli dokończę!

                                              > ja bym jeszcze dodał - brawo Polsat :], cóż, skoro tvp nie może...

                                              To ja się dołączam! :)

                                              Tak, dobry, ciekawy scenariusz, ktory stwarza aktorowi możliwości do pokazania czegoś ciekawego to postawa! Tak sie zastanawiam, dlaczego u nas z ciekawymi scenariuszami jest taki problem (bo jest problem, mówią o tym aktorzy tej klasy co Kondrat , Linda), przecież ludzi piszących nie brakuje!?
                                              :)
                                              • barbasia1 Re: "Mechanik" 08.11.10, 16:43
                                                korekta
                                                Teraz pomyslałam sobie, że może pojawienie się tej powieści Dostojewskiego w filmie można by odczytywać jako znak, że Trevor w gruncie rzeczy jest dobrym człowiekiem, choć popełnił błąd w swoim życiu uciekając z miejsca wypadku, wykręcając się od odpowiedzialnosci za swój czyn ...

                                              • grek.grek Re: "Mechanik" 09.11.10, 13:08
                                                ech, najważniejsze, że obejrzałaś :]

                                                fakt - bardzo możliwe, że figura Myszkina jest tutaj jednak bardziej znacząca niż raskolnikowa, nie znam Idioty najlepiej, czytałem raz, i to dawno, jak widać - zbyt dawno ;]

                                                ten Ivan to mi jakoś się najbardziej z Marlonem Brando z "czasu apokalipsy" kojarzył, hehe.
                                                Ta postać wyglądała mi na taką, co ma prowadzić go do rozwiązania zagadki; rozstają się, wszak, w momencie, kiedy reznik, jak to się mówi efektownie : oddaje się w ręce wymiaru sprawiedliwości.

                                                a wiesz, u nas to martyrologia, "problemy zwykłych ludzi", piękne laurki biograficzne, telenowelowe w stylu i treści komedie itd, czasami obyczajówka czy dramat się niezły trafi,a takie gatunki jak thriller w Polsce nie istnieją w zasadzie.
                                                próby niekowencjonalnego obsadzania aktorów też jakoś nie są podejmowane, a już te spektakularne fizyczne metamorfozy filmowe, to jakieś sajensfikszyn w naszych warunkach ;], zawsze łatwiej dać po prostu jakiemuś "szturowi", czy innemu "więckiewiczowi" coś do zagrania, pokazać jego znaną buźkę, uzupełnić paroma innymi buźkami i cacy.

                                                powiem Ci, że, wg mnie, najlepszym thrillerem w ostatnich... uu, no kilku dobrych latach, był serial "glina', taki paradoks ;]; jak już były próby jakichś przedsięwzięć bardziej ambitnych w tej materii, to wypadały jak niezrozumiale i chaotycznie jak np Palimpsest.
                                                • barbasia1 Re: "Mechanik" 10.11.10, 14:50
                                                  Bardzo się cieszę, że obejrzałam, że wytrwałam, choć naprawdę nie lubię oglądać filmów po nocy w stanie półprzytomności jakieś! ;)

                                                  Widzę , że nie jesteś szczególnie przekonany do mojego uzasadnienia (w poście wyżej), ale powiem Ci, że ja też nie bardzo! ;) Miałam już wczoraj wątpliwości do tego, co napisałam ( no tak, nie znam dobrze "Idioty" Dostojewskiego, przyzanję się bez bicia, ale to nadrobię w najbliższym czasie) . Pogrzebałam więc wieczorem tu i uwdzie, a głównie w powieści, znalazłam być moze nieco bardziej przekonujące uzasadnienie na temat tego jaki trop, jaką informację mogłaby nieść ta powieść Dostojewskiego.

                                                  Otóż książe Myszkin popada w ciężki kryzys psychiczny, załamanie nerwowe, szaleństwo? na wieść o tym, że Rogożyn zamordował Nazstaję Filipowną, czy właściwie na widok martwego ciała Nastazji! Stan jego jest na tyle poważny, że zostaje on poźniej odesłany do Szwajcarii, do szpitala czy sanatorium, gdzie wcześniej zanim przybył do Petersburga leczył się przez wiele lat, jak mówił, na epilepsję i na pląsawicę .
                                                  (I tak się kończy powieść „Idiota”.)

                                                  Zatem być może powieść Dostojewskiego, którą czyta Trevor wskazuje na ten właśnie motyw wstrząsu i kryzysu psychicznego wywołanego w tragicznych okolicznościach na widok śmierci drugiego człwoieka, (oczywiście w powieści i w filmie okolicznosci śmieci są już zupełnie inne). Jednak w trakcie oglądania filmu nie spsósb wykoncypować, że może chodzić o tę właśnie analogię! A i teraz, po obejrzeniu, po przemyśleniu filmu można mieć wątpliwości, czy aby na pewno ten kierunek rozumowania jest dobry, czy o to własnie chodziło twórcom..

                                                  A moze jednak, jak powiedziałam już wczesniej, twórcy chcieli zasugerować, że bohater filmu nie jest złym człowiekiem (podobnie jak głowny bohater powieści Dostojewskiego). Może miała to być jedyna prawdziwa wskazówka w morzu fałszywych zwodzących widza, sugerujących przecież coś zupełnie innego już od pierwszej sceny, kiedy Trevor zawija w dywan zwłoki jakiegoś człowieka, a następnie wywozi z domu i usiłuje wyrzucić je do morza!

                                                  Cdn.

                                                  :)
                                                  • barbasia1 "Idiota" OT literacki! 10.11.10, 15:55
                                                    konrad13pl.wrzuta.pl/audio/2TAtSv49O4S/fiodor_dostojewski_idiota_-_cz_1_rozdzial_1_czyta_wojciech_pszoniak
                                                    !

                                                    :)
                                                  • grek.grek Re: "Mechanik" 11.11.10, 13:30
                                                    o nie, nawet nie próbowałem sugerować "braku przekonania" do Twojego uzasadnienia, przeciwnie - są dla niego racjonalne podstawy; problem mój jest taki, że nie pamiętam Idioty i mimo wysiłków nie mogę sobie dostatecznie dobrze przypomnieć, a do przeglądania bryków, czy powtórnej lektury, w tym momencie, trochę mi nieskoro ;]. niemniej, to co napisałaś, miałoby ręce i nogi; mnie się, w pierwszym odruchu, skojarzył przede wszystkim dostojewski, ale tak bardziej jako symbol, nie wiedzieć czemu [ bo przecież gdyby chodziło o samego pisarza, to by leżała jakaś opasła antologia, a nie konkretny tytuł ].

                                                    za link - wielkie dzięki, na pewno skorzystam w sprzyjającej chwili :]
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka