Dodaj do ulubionych

Ojej, co tu wybrac 2014 - 4 (vol. 42)

    • grek.grek "Niewinni czarodzieje" [1960] via Stopklatka 25.04.14, 14:42
      Jeśli mielibyście ochotę i czas...
      www.youtube.com/watch?v=9llc-8x4O68
      Zarys fabuły.
      Chłopak [gra go Tadeusz Łomnicki] ma jakąś ksywę albo imię, kiedy przedstawiany jest jego zespół jazzowy - pada to słowo, ale gdzies w tle, nie zajarzyłem jak brzmi ta kstwa/imię.
      Ale to mniej istotne. Wiedzie on życie luźne, day by day : pracuje jako lekarz w jakimś ośrodku sportowym - w jednej z początkowych scen bada bokserów przed dopuszczeniem ich do wieczornego meczu [jednego z pięściarzy gra Jerzy Skolimowski, później reżyser, a przy "Niewinnych..." scenarzysta i także faktycznie bokser - stoczył 16 walk, z których 9 wygrał]. Po pracy bębni na perkusji w zespole jazzowym ze swoimi przyjaciółmi [Polański, KOmeda, Cybluski], a wieczorem idzie do "Manekina", miejscowej klubokawiarni, gdzie Sława Przybylska zawodzi pieśń o takim, co "skradł jej oczy i serce, zaczarował świat". No i lubi dziewczyny, można by nawet rzec, że jest babiarzem :] Problem w tym, że nie moze się jakoś zaangażować, a słowo "miłość" wzbudza w nim lęk. Jego ostatnia przyjaciółka chodzi za nim, cała wysztafirowana, a on jak może ucieka przed nią, prowokuje [np. podrywa dziennikarkę, która przeprowadza z nim krótki wywiad nt. jazzu], chowa się za firanką, kiedy ona z podwórka trzy razy rzuca kamykiem w szybę jego okna - umówiony znak. Słowem, doprowadza ją do rozpaczy.

      Mieszka chłopak skromnie. Singiel bez wygód ;] Goła żarówka pod sufitem, tępy nóz do krojenia chleba, który "gdzieś powinien być", jeden talerz, łóżko, stół, krzesła i magnetofon z nagraniami jazzowymi [i nie tylko...], który nauczył się sprawnie obsługiwać palcami stopy, jednocześnie czytając jakąś gazetę w najwyższym zaaferowaniu. Jest tu i teraz, nie ma planów, nie ma przeszłości.

      W "Manekinie" chłopak poznaje dziewczynę [Krystyna Stypułkowska]. TO znaczy, jego kolega [grany przez Cybulskiego] prosi go o poderwanie dla niego tejże dziewczyny. Robią "numer" : kiedy dziewczyna z kompanem wychodzą z kawiarni - Cybulski podjeżdza, że niby taksówka. Chłop wsiada, a Cybluski na gaz i wywozi go, niczym szalony kierowca porywacz ;] Łomnicki zostaje z dziewczyną. No i musi ją zagadać do czasu powrotu Cybulskiego.

      W dalszej częsci raczej spoilery :]

      Dzieje się jednak inaczej. Łomnicki idzie z nią do siebie. A ona idzie z nim do niego, dowcipkując, ze została porwana, i co na to jej rodzice, i czy jako "uwięziona" ma prawo do tego czy owego.

      W mieszkaniu Łomnickiego ustalają "Plan" : 4 punkty tego, co zrobią tej nocy i jak "odegrają swoje role". Ona przyjmuje imię "Pelagia", a on "Bazyli". I prowadzą inteligentną, momentami błyskotliwą konwersację... grę miłosną... podchody... prowokacje... MÓwią o sobie, ale mówiąc o sobie mowią o całym pokoleniu - ironizują z tego, jak są postrzegani przez starszych, ona powiada "Może jesteśmy pierwszym pokoleniem, które nie ma złudzeń ?", dzielą się swoimi marzeniami, z których za chwilę drwią, bo są tak przyziemne, a zarazem tak niedostępne w tym miejscu i czasie, w jakich żyją. Grają "w pudełko zapałek" - w rozbieranego :] Cała ta rozmowa ujawnia ile w nich tęsknot, a zarazem ile cynizmu i na ile jest on tylko pozą, zgrywą , maskowaniem najprostszych pragnień za pomocą efektownej ironii. BO coś się rodzi między nimi w tej "zabawie". U niego chyba najpierw, bo zdaje się on jest słabszym aktorem od niej. Ale jest to tak pyszna rzecz, aktorsko, dialogowo, ma tyle wdzięku - mam nadzieję, że nikt nie porwie się na remake ;], bo mógłby go zatopić w morzu jakiejś niewydarzonej wulgarności i chamstwie.

      Aż minie noc, "teatr zostanie odegrany", a kurtyna zdjęta. Przyjdzie pora na śniadanie i na krzyzówkę, gdy oboje milkną jak zaklęci, kiedy hasło brzmi "Jedna z trzech cnót ewangelicznych, na "M" - on się boi, a może nie wie [może to kluczowy moment, kiedy pyta później KOmedy o to, zaciekawiony chyba tym, dlaczego ona milczała, chociaż znała takie słowa jak "dytyramb" i "metamorfoza"]. "Bazyli" zdobywa się tylko na "Trzy cnoty ? Oj, dużo. Jak u ciebie z cnotami ?".

      NIe brakuje podtekstów erotycznych, ale jakże dyskretnych i w jakie frazy wysmakowane, lecz nie sztywniackie, ubranych; a scena, kiedy Bazyli zakłada Pelagii na szyję sukienkę i puentuje - znak czasu :]

      Portret pokolenia ? Pewnie części na pewno. Marazm PRL czy egzystencjalne niepokoje mające miejsce wcale nie w fakcie, że cukier był na kartki, a na ulicach było "szaro", bo nie wisiały wszedzie reklamowe jarmarczne płachty, bilboardy i banery. Marzenia o stablizacji sa tutaj odsunięte na bok, nie dlatego że nie była możliwa, ale dlatego że oni jej nie chcieli, chcieli marzeń, porywów, wzlotów. Bazyli i Pelagia wymieniają swoje "marzenia", ale brzmią nieprzekonująco, standardowo. Ukrywają tylko to, że ich pragnieniem jest po prostu być szczęśliwymi i znaleźć kogoś do pary. Ot i wszystko. A zarazem boją się tej bliskości i otwartości, więc zmieniają bez przerwy maski i pozy.

      Po nocy i śniadaniu, przyjdzie pora na... no własnie - jaka jest puenta ? :] Warto się przekonać. A zwłaszcza obejrzeć to, co dzieje się między jego wyjściem z domu do kumpli na podwórku, a tą właśnie puentą finałową - kiedy wszystkie maskardowe wdzianka lecą na ziemię, roztrzaskują się. Jakie jest rowiązanie tego korowodu uników ?

      W jednej ze scen, Łomnicki boksuje ze Skolimowskim. Pokonuje go ciosem w łuk brwiowy [w filmie - już wcześniej kontuzjowany, co powoduje decyzję Łomnickiego w sprawie wieczornej walki Skolimowskiego, a ta implikuje ten pojedynek w końcówce filmu]. Skolimowski mocno krwawi. Ciekawostka jest taka, że Łomnicki naprawdę rozbił mu ten łuk. Reżyser Wajda siedział z boku, widział co się stało, że jest rana, a krew prawdziwa i dopingował Skolimowskiego, zeby nie zawalił sceny "Wytrzymaj, Jurek, wytrzymaj" :] Taka anegdotka, gdzieś zasłyszana.

      Słowem : doskonałe kino, ocierające się w środkowej częsci o teatr, ale za to w jakim znakomitym wykonaniu. Gęsto wysadzane świetnym jazzem w kompozycjach Komedy. To był czas, kiedy Andrzej Wajda jeszcze wiedział, po co kręci filmy i dlatego kręcił wspaniałe filmy.

      Rzecz ma 54 lata. Fajnie jest pierwszy raz obejrzeć tak dorosły film ;] A nawet obejrzeć dwa razy. Stopklatka nie szczędzi riplejów. MOże i dobrze.

      trailer ?
      www.youtube.com/watch?v=zmK0Wx1r5Ko
      • pani_lovett Re: "Niewinni czarodzieje" [1960] PS 04.05.14, 14:38
        Rzecz ma 54 lata, a ja dopiero teraz obejrzałam.
        Podzielam zauroczenie. :)

        I mam jedno małe sprostowanie.
        Krzyżówkę Bazyli rozwiązuje jeszcze po kolacji. Ona leży na tapczanie. On siedzi na fotelu przy oknie. Kiedy pyta ją w końcu o "jedną z trzech cnót ewangelicznych, na "M" w odpowiedzi słyszy ciszę. Odwraca się i widzi, że dziewczyna zasnęła...

        On też w końcu zasypia na fotelu. Wcześnie rano budzi go dźwięk trąbki. To chłopaki wracają z imprezy. Bazyli zbiega do nich na dół, chłopaki chcą by przenocował jednego z nich, on z oczywistych powodów odmawia. Kiedy chłopaki odchodzą , Bazyli zatrzymuje Komedę i pyta czy on wie jakie są trzy cnoty ewangeliczne. Komeda lekko rozbawiony pytaniem, wymienia mu: "Wiara, nadzieja, m i ł o ś ć". Bazyli powtarza je w myśli, potem stwierdza "Cholernie dużo". ;)

        > Aż minie noc, "teatr zostanie odegrany", a kurtyna zdjęta. Przyjdzie pora na śn
        > iadanie i na krzyzówkę, gdy oboje milkną jak zaklęci, kiedy hasło brzmi "Jedna
        > z trzech cnót ewangelicznych, na "M" - on się boi, a może nie wie [może to kluc
        > zowy moment, kiedy pyta później KOmedy o to, zaciekawiony chyba tym, dlaczego o
        > na milczała, chociaż znała takie słowa jak "dytyramb" i "metamorfoza"].

        Dzięki za opowieść.
        • grek.grek Re: "Niewinni czarodzieje" [1960] PS 05.05.14, 15:56
          wszystko tak jest, jak napisałaś :]
          aczkolwiek, miałbym małą niepewnośc co do tego, czy ona zasnęła, czy... nie chciała
          wypowiedzieć słowa "miłość".

          drobiazg, Barbasiu, to była, jak zawsze, przyjemnośc dla mnie :]
      • pani_lovett Re: "Niewinni czarodzieje" [1960] - uwaga finał! 04.05.14, 15:11
        Po nocy i śniadaniu, przyjdzie pora na... no własnie - jaka jest puenta ? :] Warto się przekonać. A zwłaszcza obejrzeć to, co dzieje się między jego wyjściem z domu do kumpli na podwórku, a tą właśnie puentą finałową - kiedy wszystkie maskardowe wdzianka lecą na ziemię, roztrzaskują się. Jakie jest rowiązanie tego korowodu uników ?

        To ja opowiem, mogę? Tak? To opowiem. ;)

        Kiedy Bazyli wraca na górę, okazuje się, że Pelagia zniknęła. Wybiega więc na miasto w poszukiwaniu dziewczyny. Chyba mu zaczyna zależeć na dziewczynie, która zna takie słowa jak dytyramb i metamorfoza. ;) Pyta dozorcę, czy nie widział rudej dziewczyny, pyta chłopa wiozącego drabiniastym wozem kwiaty na targ, ale nikt nie widział. Biegnie więc do Edmunda (Cybulski) wypytać o dziewczynę. Edmund nieprzytomny po nieprzespanej nocy nic nie wie, nie pamięta, w końcu to Bazyli, jak powiada Edmund, "miłą spać z dziewczyną" i tylko głupio podśpiewuje.

        W drodze powrotnej Bazyli wymienia jeszcze ciosy z Bokserem, którego gra Skolimowski, w końcu rozbija mu łuk brwiowy (o czym Grek na końcu wspomniał) , aż Bokser zalewa się krwią.

        Zniechęcony, zmęczony wraca do domu w końcu. A w domu ... czeka Pelagia z przygotowaną przez siebie herbatą. Wyjaśnia mu, że udała się na mały spacer. Bazyli oznajmia, że on również spacerował, po czym kładzie się na tapczan . Dziewczyna dopija herbatę, zakłada na szyję chustkę , wziąwszy medalion, siada przy Bazylim i mówi: "Przez pół godziny wydawało mi się, ze się w tobie zakochałam"... Kiedy dziewczyna zaczyna wypowiadać to ostatnie słowo Bazyli zawiązuje końce jej chustki na ustach, by nie mogła dokończyć. Może boi się tego wyznania? Potem dziewczyna się zakłada chustkę na głowę i płaszczyk i nachylając się nad Bazylim mówi z jakąś czułością w głosie "do widzenia". Bazyli udaje, że śpi. Ale kiedy tylko dziewczyna wychodzi otwiera oczy, nic jednak nie robi, by ją zatrzymać. Dziewczyna jest już na klatce schodowej, ale zamiast kierować się do wyjścia, wraca do mieszkania Bazylego. Koniec


        Andrzej Wajda powiedział o swoim dziele: "Niewinni czarodzieje" są dziś pewnie jednym z najbardziej obojętnych politycznie filmów, jakie zrealizowałem. Całkowicie inaczej oceniały go jednak władze z czasów Gomułki. Niewinny temat młodego lekarza, który lubi elastyczne skarpetki i dobre papierosy, posiada magnetofon i nagrywa na nim swoje rozmowy z dziewczętami, którego jedyną pasją jest gra na perkusji w jazzowym zespole Krzysztofa Komedy - okazał się bardziej drażliwy dla ideologów-wychowawców niż Armia Krajowa i powstanie warszawskie."

        filmpolski.pl/fp/index.php?film=122256
        • grek.grek Re: "Niewinni czarodzieje" [1960] - uwaga finał! 05.05.14, 16:03
          na to własnie liczyłem :]]

          yes ! oni cały czas robią uniki, kiedy schodzi rozmowa na konkrety i niebezpiecznie blisko kręci się słowa "miłość". oboje uznają siebie za cyników, albo pozują na cyników, tyle że ta noc rozwija się w sposób całkowicie niemożliwy do przewidzenia i reagują jakby niezależnie od siebie, od swoich "załozeń taktycznych". boją się tych reakcji, sa nimi zaskoczeni, bo przecież "nie tak miało być". boją się zdjęcia maski.

          świetnie opisałaś to zakończenie :]

          yup, to ciekawe stwierdzenie Wajdy.
          pokazał pewną bezideowość młodego pokolenia, żadnej miłości do systemu, żadnego szczęscia z powodu życia w POlandzie. a do tego jest scena, w której oboje dzielą się swoimi marzeniami i padają tam dobra konsumpcyjne raczej nie do dostania w Polsce ówczesnej, do tego Paryż, Nowy Jork, a styl życia Bazyla wygląda jak nawiązanie do egzystencjalistów, beatników, cyganerii artystycznej, absolutnie nie ma tam ideałów socjalistycznych, a przeciwnie - zajeżdża kulturą zachodnią, ofk zgniłą ;]
          • pani_lovett Re: "Niewinni czarodzieje" [1960] - uwaga finał! 17.05.14, 17:18
            :)

            styl życia Bazyla wygląda jak
            > nawiązanie do egzystencjalistów, beatników, cyganerii artystycznej, absolutnie
            > nie ma tam ideałów socjalistycznych, a przeciwnie - zajeżdża kulturą zachodnią
            > , ofk zgniłą ;]

            I to musiało bulwersować ówczesnych recenzentów.
            Na stronie Andrzeja Wajdy znalazłam śliczne fragmenty recenzji :

            Dla niejednego widza, zwłaszcza młodego, zawarta w filmie próba krytyki będzie zgoła niedostrzegalna. Znacznie bardziej atrakcyjny wyda mu się ów wzorzec łatwego życia i użycia, tak ponętnie przez realizatorów wyeksponowany. A to można już ujmować w kategorie społecznej szkodliwości.

            Janusz Wilhelmi
            "Trybuna Ludu", Warszawa, 23 XII 1960

            Wajda-batalista (bo wciąż wojna, okupacja, powstanie), Wajda, którego pomawiano o skłonności do barokowego patosu i zdobnictwa, w Niewinnych czarodziejach pokazał swój warsztat reżyserski od innej strony. Wyłożył atut, który świadczy o jego talencie wszechstronnym, wrażliwości nieomylnej, i przede wszystkim o tym, że jego wszystkie dotąd jakoby "barokowe" smaczki są po prostu kapitalnym wyczuciem swoistych dla filmu środków wyrazu. (...)
            Film jest społecznie użyteczny. I, według mnie, jest on - mimo iż intencje autorów były obiektywistyczne - filmem oskarżycielskim. Oskarżenie zostało osłabione niepotrzebną końcówką (powrotem Pelagii), ale i tak dostatecznie wyraziste jest bankructwo reprezentowanej tu postawy życiowej. Ten film alarmuje, gdyż Bazyli i jemu pokrewni przerażają swoją pustką i biernością. Alarmuje, jeśli nie samych młodych (którzy bynajmniej nie są niewinnymi czarodziejami), to dorosłych.


            Stefan Morawski
            "Ekran", Warszawa, 8 I 1961

            Na tym tle pozytywnie odbija się ta recenzja:

            Tak jak Maciek w swych ciemnych okularach w Popiele i diamencie, także i doktor ma sposoby budowania pewności siebie w życiu: tlenione włosy, swoboda zachowania, motocykl nora pełniąca funkcję pokoju z różnymi trofeami i fotografią Einsteina. Bohater jest jednak, tak jak Maciek, pełen wątpliwości, tak samo zniechęcony do pojednania się ze sobą. Lecz ranek musi nadejść. Beztroska gra miłosna zmienia się w gorączkowego rozbieranego pokera, którego kulminacją jest niespotykanie złożony moment winy i wstydu, kiedy to obnażona zostaje dusza, a nie ciało. (...)
            Fascynujące jest ujrzeć tego reżysera, ostatnio zatracającego się w romantycznej szarży kawaleryjskiej Lotnej, jak odnajduje swoje prawdziwe "ja" w ciągu czterdziestominutowej sceny w pustym pokoju. Ukazuje on swych antybohaterów jako sympatycznych i niewinnych, jako zbuntowane ofiary światowego klimatu przesyconego strachem i nihilizmem.


            Robert Vas
            "Sight and Sound", Londyn, Zima, 1961/62

            www.wajda.pl/pl/filmy/film05.html




            • grek.grek Re: "Niewinni czarodzieje" [1960] - uwaga finał! 19.05.14, 15:30
              dzięki, Barbasiu, świetny wyciąg z ówczesnych realiów.

              podoba mi się zwłaszcza druga recenzyja, w ktorej pan TRybuniarz stara się
              odwrócić kota ogonem i dowieść, że to film oskarżycielski wobec zachodniego
              stylu życia :]

              ale, po prawdzie, można by go tak zinterpretować.
              jesli rezyser naprawdę miał taki zamiar, to świetnie się zamaskował, film bowiem
              można wielorako odczytać.
    • grek.grek "Matka Joanna od Aniołów" [1960] via Stopklatka 26.04.14, 14:06
      Miały być 3 filmy ;]

      Ciekawe, że Stopklatka oferuje po sobie "Niewinnych czarodziejów" i "Matkę Joannę...", a TVP, która powinna dbać o życie polskiej klasyki kina, jak już coś daje polskiego, to najwyżej klasykę polskiej telenoweli wymiotnej, siedzą w kuchni i gadają o ślubie i dzieciach.

      świetnie się ogląda film 54-letni, myśląc sobie - jakim trafem wcześniej sie nie trafiło nań ;] Cóż, na tym polega cały urok tej zabawy.

      gdybyście nabrali ochoty [na powtórkę ?]... :
      www.youtube.com/watch?v=MYLKK78mA1M
      Fabularnie, żeby nie było tak goło ;].
      XVII wiek. Do klasztoru, położonego na jakichś odludnych wschodnich rubieżach, przyjeżdza ksiądz Suryn. Ma odprawić tam egzorcyzmy na siostrach zakonnych, które - wedle wszelkiej opinii - doznały opętania. Ich opętanie, z tego co zajarzyłem, polegać by miało na tym, że zaczęły odczuwać, iż są przede wszystkim kobietami, a nie siostrzyczkami :] Katalizatorem tego opętania miał być niejaki ksiadz Garniec, który rozbudzał je seksualnie. Ewentualnie, to one go rozbudziły, przyznam że to mi gdzieś się rozmyło ;] Garniec został spalony na stosie przez wysłanników hierarchów, jako buntownik. Do klasztoru zaś przybyło czterech biskupów czy innych kardynałów, żeby zło wypędzać z poczciwych kobiet. A przede wszystkim z ich przywódczyni, Joanny.

      Suryn spotyka się na wstępie z Joanną. Wychodzi z niej "diabeł" i rozmawia z Surynem, zaperzając się, że go załatwi :] POtem siostry są poddane egzorcyzmom przez 4 biskupów cy kardynałów. Wystarczy kropidło, żeby siostrzyczki chowały się za filarami sali kościelnej, jak spłoszone zające. I histerycznie wrzeszczały. A Joanna stoi i nic jej nie rusza. Diabeł widać w niej lepszy jakościowo. Nawet się przedstawia. A ściślej, jest w niej 8 diabłów. Niektóre każą jej porzucać zwyczaj chodzenia na dwóch nogach i zastępować go turlaniem się, ewentualnie wykonywać mostek - taki że publiczności złożonej ze świeckich aż gały na wierzch wyłażą. Biskupi raczej słabo sie starają, ot machają krzyżykami, próbują kategorycznym tonem rozkazywać złemu "wynidź !", a on ma ich w nosie i czasami udaje pokornego, że niby dał się pokonać i sobie poszedł, a potem znów harcuje i Joannę trzeba związać. Po to, żeby z łatwością rozerwała pęta.

      Suryn ze swojej strony stara się jakoś wpłynąć na całą historię - modlitwą, okładaniem się po plecach jakimś bacikiem, zbliża się też do Joanny - namawia ją na wspólne modlitwy, próbuje uświadomić jej że cierpi na grzech pychy, przekonuje o miłości Boga, a ona mu odpowiada, że skromna z urodzenia jest, skromna z życia, jakże to się stało, że akurat w niej 8 diablów się zalęgło ?. Efekty są więc mizerne, diabły nic sobie nie robią z zabiegów Suryna i nadal Joanna jest w ich posiadaniu. I jak się tak Suryn zbliża, to nagle orientuje się, że... on ją kocha. Obserwując ją, słuchając jej, myśląc o niej - zakochał się, biedak. Tylko nie do końca chyba rozumie, że to się właśnie stało.

      Cały w rozterce, idzie do rabina [który wygląda dokładnie tak samo jak on, ma tylko stosownie dłuższą brodę, co zresztą znajdzie swój wymiar także w końcowym fragmencie ich dialogu, jaki rabin wypowiad. Pyta o zło świata, o naturę szatana, a rabin powiada "A co, jeśli u podłoża opętania tkwi miłość do Szatana ? Wszak miłość stoi u podstaw wszystkiego na tym świecie". A potem, zirytowany ciągłymi pytaniami Suryna - wyrzuca go, dowodząc mu ciemnoty, niechęci do doświadczania, istoty wszelkiej wiedzy - "ty nic nie wiesz, ty się niczego nie nauczysz ! Chcesz coś wiedzieć o złu ? o tym złu, które jest w twoim sercu ? Otwórz się na nie, wpuść je, poznaj je sam, zamiast pytać mnie". BOleśnie uświadmia Surynowi jego miałkość.

      No to wtedy ksiądz ma zagwozdkę. Decydująca rozmowa z Joanną uświadmia mu, że ona nie chce zrezygnować z opętania, ona Szatana do siebie zaprasza, nie chce być szara i "jak tysiące innych". Dla niej obietnica życia wiecznego, to świętośc, ale skoro teraz świętym być nie sposób, to cóż innego moze mieć wartość, może tylko opętanie ?

      Ksiądz zamyka więc oczy, oddaje się uczuciom i rozbija na ścianie.
      Najpierw modli się do Szatana i zawiera z nim umowę - dam ci siebie, ale od niej się odczep na zawsze. Potem idzie do gospodarstwa nieopodal i zabija siekierą dwóch parobków, podpisuje więc cyrograf i pięczętuje pakt z diabłem. Odkrywa to zakonnica, która w międzyczasie [to poboczny wątek] rzuciła się w miłosne tango z jakimś odwiedzającym knajpę paniczykiem. Paniczyk rano odjeżdza, siostrzyczka czuje się wykorzystana, a Suryn wysyła ją do klasztoru, żeby powiadomiła Joannę - "to z miłości", szeptem wyjaśnia Suryn, a zakonnica [w balowej sukience pędzi i bez nakrycia głowy, bo tak się ubrała na wieczór z paniczykiem] nie musi ona nic mówić, Joanna wie że już jest wolna - płaczą więc obie.

      Aktorzy są doskonali - M.Voit i Lucyna Winnicka, zwłaszcza ona robi wrażenie, bo gra na róznych nutach, te momenty opętania odgrywa rewelacyjnie, bo bez przesady, chociaż turla się, przemyka złowrogo pod ścianami, moduluje głos i ekspresyjnie gra twarzą. W scenie kluczowej rozmowy wyznaje, że nie chce życia szarego, chce czegoś niezwykłego - choćby to opętanie miało być, a wyżej od niego stać może tylko świętośc, na którą jej nie stać. Piękna i szurnięta ;]

      Klimat wyczarowany świetnie - sam temat jest tutaj podstawą, ale nie jest wspierany tanimi sztuczkami, sama przestrzeń klasztoru i jego położenie na odludziu, świadomośc obecności czegoś niewytłumaczalnego i groźnego w ludziach - są wystarczająco niepokojące. Zło w zakonnicach, z tego co zrozumiałem, zasadza się na admiracji cielesności, zaprzeczeniu zatem kościelnych nakazów i ślubów. Niby na tym ma polegać opętanie, z którym to zagrożeniem ksiądz radzi sobie za pomocą bacika. Co pomyśli o Joannie, to bacikiem przez plecy. Wypiera swoje człowieczeństwo, w imię... no właśnie, w imię czego ? Przyjętego kodeksu zasad ? Bo profanuje jakąs świętość ? Świętością ma być ciało czy naturalne instynkty, a zasadą to, że trzeba się z nich okaleczyć ? Po co Bogu taki kaleka, a w dodatku niewdzięcznik, który odrzuca jego dary ? Ciekawe, że ksiądz Suryn poucza Joannę o pysze, a sam jest największym arogantem :] Jego pycha polega na podnoszeniu własnej ascezy i pokory do rangi cnoty najwyższej.

      OPętanie Joanny, to zapewne kwestia raczej schizofrenii, ale potraktowana dosłownie stwarza ciekawą kanwę opowieści [taki truizm, za co Was przepraszam].

      Bardzo stylowe zdjęcia, świetnie kamera się porusza, czy to kiedy zagląda aktorom w twarz, czy to kiedy obejmuje pełny plan. Świetne jest to, że w scenach dwójkowych z Surynem i Joanną prawie zawsze cały czas widać ich oboje, co pozwala śledzić ich wzajemne reakcje, tworzy związek między nimi.

      Iwaszkiewicz napisał, Kawalerowicz sfilmował, 54 lata minęły, a można się tylko zachwycać :]



      • siostra_bronte Re: "Matka Joanna od Aniołów" [1960] via Stopklat 26.04.14, 15:19
        Dzięki, Greku :)

        Faktycznie, Stopklatka wyręcza publiczną tv.

        Widziałam kilka razy. Co tu się rozpisywać, to film wybitny z rewelacyjną rolą Lucyny Winnickiej. Absolutny klasyk polskiego kina, którym możemy chwalić się na świecie.
        • grek.grek Re: "Matka Joanna od Aniołów" [1960] via Stopklat 26.04.14, 16:11
          cała przyjemnośc po mojej stronie, Siostro :]

          czyli, o "Matkę Joannę..." się nie pospieramy ..? ;]]
          • siostra_bronte Re: "Matka Joanna od Aniołów" [1960] via Stopklat 26.04.14, 17:30
            Zdecydowanie nie. Skąd w ogóle takie podejrzenia? :)
            • grek.grek Re: "Matka Joanna od Aniołów" [1960] via Stopklat 27.04.14, 13:25
              tak tylko... ;]]
          • pani_lovett Re: "Matka Joanna od Aniołów" [1960] via Stopklat 26.04.14, 17:35
            Chętnie bym sobie przypomniała "Matkę Joanna od Aniołów". W ubiegłym wieku oglądałam. ;)
            Dziękuje za opowieść.

            Też się lękam sporu na temat tego zacnego działa, więc wklejam tylko dwa linki do ciekawych artykułów.
            Jeden do artykułu z roku 1986 autorstwa zacnej znawczyni kina Alicji Helman na temat filmu Kawalerowicza

            www.akademiapolskiegofilmu.pl/pl/historia-polskiego-filmu/artykuly/matka-joanna-od-aniolow-przeslanie-ktorego-nie-ma-w-opowiadaniu/32
            Drugi poświęcony jest interpretacjom opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, stanowiącego postawę adaptacji:

            www.academia.edu/3640973/Wariatka_i_zakonnica._Dwie_interpretacje_Matki_Joanny_od_Aniolow_Jaroslawa_Iwaszkiewicza


            • siostra_bronte Re: "Matka Joanna od Aniołów" [1960] via Stopklat 26.04.14, 17:56
              Przy okazji, na historii z Loudun (wg. powieści Huxleya) osnuty jest też film "Diabły" Kena Russela z 1971. Rolę opętanej siostry grała Vanessa Redgrave. Film wywołał skandal i do tej pory jest trudno dostępny.
              • pani_lovett Re: "Matka Joanna od Aniołów" [1960] via Stopklat 26.04.14, 18:20
                Ciekawa informacja, Bronte. Dzięki.

                Na stronie Wyborczej znalazłam artykuł o prawdziwych wydarzeniach w Loudun:

                wyborcza.pl/alehistoria/1,134752,15191375,Diably_z_Loudun.html
                :)
            • grek.grek Re: "Matka Joanna od Aniołów" [1960] via Stopklat 27.04.14, 13:26
              link już jest i czeka na Ciebie :]

              jesteś niezatąpiona, Barbasiu :][
              dzięki za bibliografię.

              • pani_lovett Re: "Matka Joanna od Aniołów" [1960] via Stopklat 27.04.14, 15:28
                :)
                • grek.grek Re: "Matka Joanna od Aniołów" [1960] via Stopklat 29.04.14, 17:41
                  oba teksty bardzo dobre.
                  przy okazji wyjaśniają parę ciekawych wątkow, np. dlaczego jedyną zakonnicą, która
                  nie uległa opętaniu, była ta "luźna" - odwiedzająca często miejscowy zajazd, gdzie
                  kupowała dla klasztoru różne rzeczy, a i nie stroniła od żartów i podśpiewywanek ze
                  świeckimi.
    • grek.grek "Luther" odc. 5 [via CT2] 27.04.14, 15:57
      Tradycyjnie : sprawa kryminalna plus życie osobiste Luthera, epizod z Alice Morgan i dramatyczny finał odcinka.

      Sprawa kryminalna.
      Pewien londyński marszand szykuje się właśnie do opuszczenia mieszkania w wypasionej kamienicy. Razem z żoną. Odpowiedni 'dostawczak" już powiózł ich rzeczy na lotnisko, a oni z podręcznymi walizkami zaraz mają wychodzić z pustej chawiry. Wtedy do środka wpada troje ludzi, dwóch facetów i kobieta, dowodzi nimi gośc w czapce bejsbolowej i z wytatuowaną po maorysku twarzą. Bezceremonialnie powalają ich, krępują, a tatuowany oznajmia, że marszand to cholerny oszust - wyrolował jakiegoś grubasa sprzedając mu fałszywe arcydzieła malarskie, za kasę kupił 18 drogich brylantów i teraz chce zwiać. Oddawaj brylanty, łajzo ! Marszand duka, że nie wie o co chodzi. Na to tatuowany powiada, że zlecniodawca chce odzyskać to, co jego i stawia ultimatum : masz 2 godziny na znalezienie tych brylantów, inaczej ucierpi twoja żona. I żeby pokazać, że nie rzuca słów na wiatr - zabiera się z nożem do jego żony, Jessici...

      Marszand zostaje wypuszczony, żeby te brylanty przynieść. Oczywiście, przychodzi na policję. Nie sam. Ma przy sobie... odcięty język swojej żony. Yes, w taki sposób tatuowany dał mu znać, że mówi poważnie. Łamiącym się głosem marszand opowiada, że brylanty ma jego żona, które... połknęła je. Po cholerę ? Tego nie wyjaśnia :] Boi się za to, że tatuowany wymusi na niej tę informację i po prostu ją rozpruje nożem.

      Policaje muszą działać raz dwa, więc Luther wpada na myśl, żeby tymczasowo pożyczyć jakieś kosztowności z depozytu policyjnego, dać je bandytom, a potem je odzyskać. Szefowa jest kategorycznie przeciw. TO są zabawki na kwotę paru milionów funtów, jesli ich nie zdołają odzyskać, to może i żona marszanda przeżyje, ale oni sami skończą pod mostem, gdzie padną z głodu ;] Ostatecznie jednak zgadza się na propozycję Luthera [babka grająca szefową Luthera - świetna, w ogole postać na poziomie] i pobiera 18 brylantów z materiału dowodowego róznych innych spraw.

      I to jednak nie zadowala marszanda - "kapną się", powiada. Luther mu na to twardo, że muszą grać tym, co mają, bo została godzina i nic lepszego nie wymyślą. Na razie daje im połowę z tych brylantów. Jak uwolnią żonę marszanda - dostaną resztę. Taki ma być deal. Nie wypuszczą jej, ale też nie zabiją, a policja zyska czas na działanie.

      Jeden z policjantów z wydziału, Ian Reid, deklaruje się, że zna jakiegoś londyńskiego gostka, który moze być zleceniodawcą całego napadu albo podrzucić nazwisko kogoś, kto mógł to zorganizować. Dostaje zgodę na rozpytanie i jedzie do tego swojego znajomego. I go podpytuje, z czego nie wynikają żadne konkrety, poza jednym : bratanek tego gościa [Winningham, czy jakoś tak] jest w cały napad zaangazowany.

      Widać jak gośc w czapce i z tatuaowaną twarzą - zmienia image. Ściera "tatuaż", ściąga czapkę, zakłada garnitur i kruca - inny człowiek kompletnie. Spryciarz. Jak się okaże, jest to Amerykanin, nazwiskiem Sugarman [albo ksywa to jest]. GOśc wychodzi "na miasto" i dzwoni do marszanda, żeby za 20 minut podrzucił brylanty we wskazane miejsce. Jest to centrum handlowe.

      Marszand ma wrzucić brylanty [z policyjnego depozytu, o czym Sugarman nie wie] do kosza na śmieci. Ofk, policja jest wszędzie dookoła i obserwuje ten kosz. Marszand podchodzi, wrzuca torbę z brylantami. Po kilku minutach pojawia się dwoje ludzi : dziewczyna i chłopak. Dziewczyna sięga do kosza. Wyjmuje torbę. Policja w gotowości. Dziewczyna zagląda do torby i powiada "Nie ma brylantów !!". Chce dzwonic do Sugarmana, ale policja ją dopada. Chłopak ucieka. Zatem - marszand zakosił brylanty i zniknął.

      Luther ma jego komórkę, więc kiedy dzwoni Sugarman, mogą porozmawiać. Luther szybko i konkretnie przedstawia mu sytuację : marszand pod,pieprzył brylanty, ale daj nam 3 godziny i dostaniesz co chcesz, wypuść tylko Jessicę. Ty mnie nie obchodzisz, obchodzi mnie jej życie. Sugarman wysłuchuje i proponuje kontakt za godzinę.

      Wg kartoteki, złapana w centrum dziewczyna, to żona Sugarmana, także Amerykanka, nazwiskiem Nixon. Luther proponuje mu, że wymieni ją za Jessicę. Ale Sugarman na to, że ma to gdzieś, niech sobie z nią robią, co chcą, straciła wartośc w tej grze.

      POdczas przesłuchania, Luther puszcza jej ten fragment rozmowy - powiada : twój mąz cię olał, daję ci 10 sekund : powiesz gdzie jest Jessica i wyjdziesz, nie powiesz - pójdziesz siedzieć, to jedyna twoja szansa. Mija 10 sekund i dziewczyna się odzywa, ale... po to tylko, żeby poprosić, żeby mogła pójśc siedzieć do amerykańskiego więzienia.

      Mija godzina. Dzwoni Sugarman, przedstawia swoje warunki : chce dostać 100 % towaru, czyli 18 TYCH brylantów o które chodzi, jesli dostanie mniej, to o tyle mniej zostanie z Jessici. Daje godzinę na wypełnienie żądania.

      W tym czasie, chłopak ktory uciekł z centrum, wraca na miejsce porwania i chce uwolnić Jessicę. Nie udaje mu się rozciąć kajdanek, ale udaje się wyłamać słupek, przez który są przełożone. Mogą uciekać. Nie udaje im się jednak uciec zbyt daleko - już na parkingu trafiają na wracającego Sugarmana. Zabija ich oboje, a dodatkowo okalecza. Policja zaalarmowana strzałami, przyjeżdza na miejsce i zastaje dwa trupy. Jessica jest otwarta... A zatem Sugarman dowiedział się, gdzie są brylanty... Policja dedukuje, że Jessica musiała to jakoś wyjawić chłopakowi [na migi, na kartce ?] i zaproponowac podział zysków. Dlatego chciał ją uwolnić i z nią uciec. Ewentualnie, marszand puścił parę... TEraz chodzi więc o to, żeby dopaść Sugarmana i znaleźć znikniętego marszanda z brylantami. Na miejscu jest też Ian Reid. Wyraźnie podenerwowany. Luther to widzi, sądzi ze przyjacialem wstrząsnęła drastycznośc tej zbrodni. Zaraz potem odwiedza tego całego Winnighama, stryja chłopaka i informuje go o śmierci bratanka. Ian wini siebie za jakieś "błędy", które popełnił. Wtedy nie jest to jasne, jasne stanie się dopiero później.

      Ian chce znaleźć Sugarmana, boi się o swoje życie. Wszystko to nie jest jeszcze jasne, ale już można domniemywac, że Ian jest w całą awanturę zamieszany i to niekoniecznie od tej dobrej strony. Uzyskuje od Winninghama informację o tym, że Sugarman kontaktował się z fałszerzem paszportów, aby zdobyć dokument, dzięki któremu po całej akcji będzie mógł uciec zagranicę.

      W tym samym czasie spec policyjny ustala, który z londyńskich fałszerzy podrabiał paszport żony Sugarmana. Luther spotyka się z tym fałszerzem i z zastosowaniem niewielkiego podduszania dowiaduje się, gdzie zamelinował się Sugarman. Fałszerz biadoli, że "ZNOWU chodzi o tego Jankesa ?". Luther jest zaciekawiony, co to za "ZNOWU ?". Kto jeszcze chciał znaleźć Sugarmana ?

      Luther domyśla się szybko. Dzwoni do Iana i prosi go, żeby ochłonął. TŁumaczy, że : owszem, ta zbrodnia była ohydna, ale jak zabijesz Sugarmana, to pójdziesz siedzieć. Musimy go złapać żywcem. LUther sądzi, że Ianem kieruje zemsta urażonej wrażliwości policjanta. Nie ma pojęcia, jakie są prawdziwe intencje przyjaciela.

      Sugarman siedzi w hotelu Jakimśtam. Ofk, fałszerz wszystko wyśpiewał, więc Luther się tam zjawia i machając szmatą wydobywa z recepcjonisty numer pokoju, w którym gośc przesiaduje. A tamten przesiaduje z bronią w ręku. Na nic to jednak, bo Luther zaskakuje go, wchodzi cicho z użyciem służbowej karty i po krótkiej szamotaninie obezwładnia Sugarmana. Brylanty z żołądka Jessicy - są w szufladzie.

      Chwilę później do pokoju wpada Ian. Też z bronią. Luther próbuje go uspokajac, znów tłumaczy że muszą Sugarmana odstawić żywego, zabicie go w akcie zemsty zaprowadzi ich za kratki. Ale Ian nie słucha, pyta raczej co Sugarman powiedział Lutherowi - a potem znienacka strzela i zabija Sugarmana. I mierzy z broni do Luthera. A Luther do niego. O co chodzi ?

      Luther nadal próbuje wybrnąc z sytuacji, powiada : dobra, stało się, upozorujemy samoobronę, chciał mnie zabić, ty mnie uratowałeś, ok ? Ale Ian trzęsącym się głosem wyprowadza go z błędu...













      • grek.grek "Luther" odc. 5 [via CT2] 27.04.14, 16:23
        Powiada : wiedziałem o napadzie, lepiej - miałem dostać DOLĘ z tego napadu. Luther nie pozwala sobie na szok, tylko go od razu pyta : wiedziałeś, że Sugarman chce zabić Jessicę ? Ian zaprzecza. Luther więc na to, że niech to zostanie między nimi, nic się nie stało, nikt nie musi wiedzieć. I oddaje mu własny pistolet, na dowód dobrych intencji.

        W tym momencie drzwi od wewnętrznego pokoju drżą, ktoś chce wejśc do środka - Ian sądzi, że to policja, która przybyła za Lutherem. "Wystawiłeś mnie !", krzyczy i rzuca się do ucieczki strzelając na oślep. A to nie byli policjanci, to była... pokojówka, nieświadoma niczego. Luther biegnie za nim, ale Iana nie ma na korytarzu. Luther dzwoni do niego, zostawia mu informację, że muszą się jakoś dogadać, bo jest trup, a oni są obaj w ciemnej d.pie.

        Równolegle, sierżant Ripley dopada marszanda. Okazuje się, że gośc wziął te brylanty z depozytu policyjnego, które miał złożyć jako okup za żonę, do kosza w centrum wrzucił pustą torbę, a sam poszedł je zbadać u rzeczoznawcy - dowiedzieć się, ile są warte. Ale policaje byli na tyle sprytni, że założyli u londyńskich speców od tych spraw swoje czujki, no i marssand wpadł, a brylanty mogą wrócic do policyjnego depozytu, głowa szefowej Luthera zostanie na swoim miejscu ;]

        Zanim o dramatycznym finale... Zoey, eks-żona Luthera, którą on kocha niemożliwie - dostaje delikatne ultimatum od swojego nowego męża, Marka : słuchaj, nie mozemy tak dłużej... wyjeżdzam na parę dni, a ty zdecyduj : albo ja, albo Luther. Jesli wybierzesz mnie - nie będziesz się z nim spotykać, kontaktować, telefonować. Koniec tematu.

        Zoey wybiera zatem, i idzie z cięzkim sercem poinformować Luthera, że to definitywny koniec między nimi, a ten seks co go mieli niedawno, to... "pożegnanie" i że "oboje o tym wiedzieli". Luther siada z wrażenia, cięzko mu się pozbierać, bo tutaj łapie bandytów, co odcinają ludziom języki, a ukochana kobieta wbija mu nóz z plecy. Zoey ma nadzieję, że w swoim gabiniecie na komisariacie Luther nie zrobi awantury, ale kiedy tylko wychodzi - Luther łapie za cięzki przedmiot i rozbija szkło w okienku. KOnsternacja na sali. Dobre jest to, że jak on się piekli, rzuca cięzkimi przedmiotami i w ogole furia la roja, to Zoey się nie boi - ona wie, że Luther nie uderzyłby jej nawet przysłowiowym kwiatkiem.

        Jest też spotkanie z Alice. Tym razem w kościele. Luther przychodzi powiedzieć jej, ze miała rację : miłośc nie istnieje, jest tylko zimny, okrutny świat. A Alice ma mu coś odwrotnego do powiedzenia : że to on miał racje, a miłośc istnieje [pewnie chodzi jej o niego i Zoey]. I właśnie dlatego, że uwierzyła w jej istnienie - zabiła Madsena, który mógł pogrążyć Luthera swoimi zeznaniami. Zrobiła to dla niego. I po raz pierwszy Luther zdobywa sie, zeby ją pocałować, w policzek, po przyjacielsku. CHociaż, może Alice liczyła[by] na coś więcej ? Wychodząc, Luther wrzuca swoją małżeńską obrączkę do skrzynki na datki.

        I finał.
        Ian błąka się ulicami. Wreszcie przychodzi do... Zoey. Jest późny wieczór, ale znają się oni doskonale. Ian jest partnerem z pracy Luthera od wielu lat, a Zoey przez wiele lat była żoną Luthera. Zoey proponuje mu drinka, Ian nawija że miał cięzki dzień - widać że z gościem coś jest nie tak, jakiś zdenerwowany, jakiś zdeterminowany... Wreszcie prosi ją, żeby zatelefonowała po Luthera, żeby tutaj przyjechał. Ale żeby nie mówiła, że Ian jest. Zoey jest zaniepokojona jego dziwnym zachowaniem.

        Ian prosi coraz natarczywiej, wreszcie terroryzuje ją pistoletem. Zoey przerażona wykręca do Luthera, który siedzi samotnie w jakiejś budce z tanim żarciem. Prosi go, żeby przyjechał. Luther chyba myśli, że ona zmieniła zdanie i chce do niego wrócić. Ale kiedy Zoey krzyczy "Ian tu jest !", Luther rzuca się do biegu w kierunku jej domu. Ciemno i pada deszcz, idealna sceneria. PO drodze słyszy przez słuchawkę jej krzyki i szamotaninę. Nagle - strzał. Luther przystaje, cały przerażony. Pyta gorączkowo : co się tam stało ? Cisza. Więc Luther do słuchawki ostzrega Iana, że jeśli skrzywdził Zoey - zabije go. Ian odzywa się po chwili : to twoja wina ! twoja wina !

        Kiedy Luther przybiega do domu Zoey - zastaje ją na podłodze. Jest martwa. Iana nie ma. Uciekł. Luther ledwie sie trzyma, w rozpaczy widzi swoje ręce w jej krwi.

        Biegnąc Luther zawiadomił policję i prosił o karetkę pod adres Zoey. Kiedy słyszy sygnał tejże karetki - przytomnieje i ucieka. MOżliwe, że Ian strzelał z jego broni, sam już oddał wtedy w hotelu. Jego odciski są na miejscu. Wszyscy widzieli jak się wzburzył po rozmowie z nią na komisariacie. MOże być podejrzany.

        wreszcie coś jest w jutubie :]
        ostatnie 6 i pół minuty tego odcinka :
        www.youtube.com/watch?v=HQPU9jrZg_o



    • grek.grek "Sherlock. Sign of Three"] 28.04.14, 13:47
      TVP dała tytuł "Oznaka trojga". żeby się specjalnie nie mądrować... ale może "Znak Trójki" byłby jakoś mniej zgrzytliwy ?

      jakkolwiek by nie było - dziwnym trafem ten dziwny poprzedni odcinek dał o sobie zapomnieć i jakby wszystko wróciło na miejsce, a Holmes był znów sobą, zaś w relacji z Watsonem wyglądali obaj tak, jakby ta 2-letnia przerwa im się nie wydarzyła.

      wg mnie, świetnie poprowadzona narracja, szkatułkowa - narracji w narracji. rwane, krótkie sceny, rózne sprawy które nagle łączą się w jedną, znajdującą rozwiązanie z finale.

      weselna przemowa Sherlocka - prima sort, zwłaszcza kiedy zaczął stepować po instytucji małżeństwa i wszyscy byli skonsternowani, ale zaraz wszystko odwinął w drugą stronę, aż się popłakali ze wzruszenia, ale i później grzał ostro ["morderstwo... chciałem powiedzieć - małżeństwo, chociaż... w zasadzie, to bez róznicy"].

      scena wieczoru kawalerskiego, podczas którego rozwiązują sprawę i obaj są kompletnie pijani - mistrzostwo świata, zwłaszcza kiedy przysypiają na siedząco,gdy klientka im opowiada randkę z duchem; potem przeszukują jakieś mieszkanie, Holmes na kolanach i z lupą ogląda podłogę, ale łamie go spanie, więc zapada w sen w TAKIEJ pozycji; wcześniej - jak on zdejmował płaszcz :]] jakim ruchem wirowym, hehe. Watson przysypia oparty o filar pośrodku pokoju, a wyrwany ze snu z poważną miną, chwiejąc się, wyjaśnia, ze Sherlock szuka śladów. doskonała scena. komediowa, ofk, ale jest to dobra komedia i pasuje do całej opowieści, wg mnie.

      Molly i jej chłopak upozowany na Sherlocka - niezmiennie zabawna sytuacja :]

      Sherlock wrócił na dobre, w scenie, gdy opiera nad gazem gałkę oczną na patyku [jakiś jego ekspryment] - to był znów tenże on sam we właściwej sobie pozie.

      eksperyment z kobietami, które miały do czynienia z "duchem' - w tej sali wykładowej. doskonała aranżacja, świetna gra w pytania i odpowiedzi, w których oczywiście wszystkie konkurentki pobiła wdziękiem i bezpretensjonalnym seksapilem ta blond gosposia. a potem w wyobraźni Sherlocka zjawia się Mycroft i Holmes pomaga "sobie nim" w przeprowadzeniu dedukcji. znów było jak kiedyś.

      dom weselny - dobrze wybrany.

      scena, kiedy siedzą na ławce i obserwują tego chłopaka trzymającego wartę - świetnie wyglądała. w ogole cały wątek killera, który "zabija przenikając przez zamknięte drzwi" - bardzo holmesowski. a już się obawiałem, że tym razem Sherlock zostanie wpisany w jakieś banalne ściganie banalnych włamywaczy [początkowe sceny]. to by był upadek ;]

      co by tu jeszcze... wstępne dialogi Holmesa z druhną - dobry moment.

      i ostatnia scena... towarzystwo hula i się bawi, a Sherlock wychodzi w płaszczu, nie wiadomo dokąd, a minę ma taką, że można z ulgą podejrzewać, że te jego weselno-speechowe słodkości [na szczęscie kontrapunktowane złośliwością i ironią] były tylko i wyłącznie podyktowane koniecznością sprostania wyzwaniu, a nie jakimiś gwałtownymi zmianami w jego osobowości, a ten samokrytycyzm bynajmniej nie implikuje chęci zmiany własnych przyzwyczajeń i poglądów.

      w sumie, było w 99 % jak wcześniej, chwała zatem scenarzyście i zwłaszcza reżyserowi, że udało się zatrzeć niekorzystne wrażenia z poprzedniego odcinka. właściwie... w jakieś 10 minut :]

      a jak u Was wypadło ?

      [Siostro, co sądzisz, jako ekspertka ? :)]
      • grek.grek Re: "Sherlock. Sign of Three"] 28.04.14, 15:33
        lektura a'propos :
        esensja.stopklatka.pl/film/dvd/tekst.html?id=18363
      • grek.grek Re: "Sherlock. Sign of Three"] 28.04.14, 16:49
        o, tu jest ciekawa rzecz, dla wszystkich wielbicielek, ale chyba nie tylko, bo przecież aktor to
        interesujący w swym... aktorstwie :
        film.org.pl/a/ludzie/benedict-cumberbatch-definicja-antyamanta-43643/
        [swoją drogę, "antyamant" - powiedziałbym, że bardzo trafne określenie, z punktu widzenia stylu i sposobu postrzegania tego aktora; co Wy na to ?]
        • siostra_bronte Re: "Sherlock. Sign of Three"] 28.04.14, 18:45
          Dzięki, Greku za ciekawą recenzję i linki. Co do pierwszego tekstu, to nie zgadzam się absolutnie z oceną Watsona/Freemana!

          Tak, tytuł dziwaczny. Nawet myślałam, że źle usłyszałam :)

          Przyznam, że za drugim razem ten odcinek zrobił na mnie lepsze wrażenie. Ale i tak trochę pomarudzę.

          Jeżeli chodzi o Sherlocka, to nie mogę się z Tobą zgodzić. Moim zdaniem, teraz przesadził (a raczej scenarzyści) w drugą stronę. Zrobił się jakiś taki wylewny. W czasie mowy weselnej (czy jak to się nazywa) przynajmniej kilka razy (o kilka za dużo) wyraża swoje gorące uczucia wobec Johna, tudzież Mary. Trochę to do niego niepodobne, nawet biorąc pod uwagę okoliczności. Raz nawet mówi do Johna, że siedzi między dwojgiem kochających go ludzi. To już naprawdę ciut za dużo.

          Także gadki o niczym z druhną mi do niego nie pasują. Chociaż fakt, dziewczyna była ładna :)

          Pomysł ze szkatułkową formułą mowy weselnej ciekawy, ale w sumie trochę to za długo trwało. Normalnie goście to już by dawno czmychnęli :)

          Wieczór kawalerski faktycznie zabawny, ale znowu moim zdaniem przeciągnięty. Najlepsza była scena dedukcji Sherlocka po pijaku, niestety, zepsuta przez to, że nie pokazano napisów na ekranie. Znalazłam video:

          www.youtube.com/watch?v=6J2M-6CxwvM
          Zabawna była też scena, kiedy Lestrade przychodzi do celi. Skrzywiony John pyta go, czy mógłby mówić trochę ciszej, na to Lestrade krzyczy mu prosto do ucha: "NIE!!" :)

          Wątek kryminalny pojawił się, moim zdaniem, za późno, a rozwiązano go w zbyt szybkim tempie, jak dla mnie. Ledwo nadążałam :)

          Co jeszcze? Znowu trochę za dużo było wątków komediowych, chociaż tym razem w lepszym stylu. Na szczęście było kilka scen, które podratowały ten odcinek. Przede wszystkim sama końcówka, czyli rozmowa całej trójki na sali tanecznej i wyjście Sherlocka z przyjęcia.

          W sumie, lepszy odcinek niż fatalny "Karawan", ale jednak to już nie to samo co kiedyś, niestety.

          Przy okazji, widziałeś, widzieliście tego newsa??

          film.onet.pl/wiadomosci/benedict-cumberbatch-przyjedzie-do-polski-na-krakowski-festiwal-off-plus-camera/364sz








          • grek.grek Re: "Sherlock. Sign of Three"] 29.04.14, 13:37
            dzięki za taką ocenę moich uwag, Siostro :]

            ja też się nie zgadzam, przyznajmniej w dużej części; chociaż... z tym "dreptaniem", to akurat miał rację, wg mnie ;]]

            nie bardzo wiem, jak podejśc do tej wylewności - z jednej strony, miałem wrażenie, że jej nadmiar zaczął zalatywać w pewnym momencie ironią, ale z drugiej strony - kiedy wygłasza poważny strzelisty akt pt. : "Mary i JOhn, zawsze możecie na mnie liczyć", to rzeczywiście trochę się zaniepokoiłem, bo ja też wolę Sherlocka trzymającego odpowiedni dystans. i trochę mi to nie pasowało np. do jego zdumienia, kiedy dowiaduje sie, ze został drużbą; i tego w jaki sposob odwlekał poinformowanie go o tym przez Watsona [oko w kawie ? czemu nie]. jakoś za szybko i za daleko zaszedł na tej drodze.

            pewnie tak by było, goście by czmychnęli :], ale z drugiej strony - on ich zaangażował w tę opowieść, wciągnął ich do współuczestnictwa.

            moim zdaniem, napisów dedukcyjnych nie było, bo on w ogole nie dedukował ;]] pozorował dedukcję.

            ujął mnie też moment, kiedy klientka opowiada im o tej "randce z duchem", Sherlock się kiwa śpiąc, ona go budzi, a wtedy gwałtownie wybudzony Holmes budzi odruchowo Watsona i zwraca mu uwagę "to niegrzeczne ! [spać]" - jak on to świetnie zrobił, ten palec i karcący ton głosu :]]

            haha, dzięki za link, scena przekomiczna.

            yes, scena rozmowy jest b.dobra.
            i jaka samotnośc Sherlocka jest w finale, nie uważasz ?
            niby gratuluje on nowożeńcom ciąży, widzi ich radość, a jednocześnie jakiś smuteczek go dopada, bo teraz naprawdę nie będzie już tak jak kiedyś, kiedy miał Watsona tylko dla siebie.

            z opowieści róznych pamiętam, że Piotr Skrzynecki w PIwnicy pod Baranami podobnie reagował - on sam nie miał nic poza Piwnicą i chciał by ludzie z zespołu też nic nie mieli poza nią, źle znosił kiedy ktoś się żenił, zachodził w ciążę etc., czuł że wtedy człowiek nie jest już tak oddany, coś go odrywa od tego, co - wg PS - powinno być najważniejsze i jedyne, gdzieś energia się rozprasza i nie ma już tej wspólnoty co wcześniej. taka dygresja :]

            ale to mi się rzuciło w oczy - ta świadomość Holmesa, że tak naprawde traci przyjaciela. niby Watson mówi mu, że "będą robić to, co wcześniej, nic się nie zmieni", ale Sherlock wie, że zmieni się wszystko, bo zawsze już fakt, iż Watson ma żonę i dzieci, a Holmes jest sam i nie zamierza mieć - będzie gdzieś z tyłu głowy. to se nevrati :]

            a tak, widziałem tę informację.
      • pepsic "Sherlock" małe pytanko 29.04.14, 19:50
        Bardzo przyjemny odcinek, i jak na ten serial wyjątkowo klarowny, a scena, kiedy pijani dżentelmeni markują śledztwo pewnie przejdzie do klasyki telewizyjnej. Do wymienionych przez Was mocnych momentów dorzucę przepytywanie gości weselnych nt. własnych hipotez zabójstwa. Wtedy, kiedy Sherlock pyta z satysfakcją: kto to powiedział i świdruje wzrokiem delikwenta, tj. zmieszanego chłopaka Molly.

        Ale, ale mam jedną wątpliwość. Jakim cudem niedoszłemu zabójcy udawało sie wbijać szpikulec w plecy ofiar tak, że nie poczuły bóle? Czy mnie coś ominęło?
        • grek.grek Re: "Sherlock" małe pytanko 30.04.14, 14:17
          Siostra jest fachowcem :]]

          mnie się wydaje, że to ostrze było chowane zmyślnie w bocznej części pasa, a podczas zapinania samoczynnie się ześligiwało i wchodziło w ciało. na pewno dużo w tym umowności i więcej delektowania się samym konceptem niż stopniem jego realizowalności w praktyce, ale... moze to po prostu taka właśnie... holmesowska" zbrodnia ? :] wiesz, Sherlock nie może rozwiązywać zagadek banalnych.
          • pepsic Re: "Sherlock" małe pytanko 02.05.14, 18:05
            Brzmi sensownie, rzecz jasna w sherlockowskiej konwencji :)
        • pani_lovett Re: "Sherlock" małe pytanko 30.04.14, 17:07
          pepsic napisała:
          > Ale, ale mam jedną wątpliwość. Jakim cudem niedoszłemu zabójcy udawało sie wbij
          > ać szpikulec w plecy ofiar tak, że nie poczuły bóle? Czy mnie coś ominęło?

          Miałam zadać to samo pytanie. Przy czym wydało mi się, że szpikulec miał wbijać się w brzuch ofiar? :)
    • siostra_bronte "Wielkie zmęczenie" 28.04.14, 19:24
      Zapowiadam rzutem na taśmę. O 20.20 w Kulturze. Tytuł obił mi się o uszy. Spróbuję obejrzeć.
      • siostra_bronte "Śmiertelne zmęczenie"! 28.04.14, 21:46
        Moją pomyłkę mogę wytłumaczyć tylko zmęczeniem :)

        Świetna komedia! Przyznam, że się tego nie spodziewałam. Już dawno tak się nie uśmiałam :))
        • grek.grek Re: "Śmiertelne zmęczenie"! 29.04.14, 13:12
          nie załapałem się na Twoją zapowiedź, ale obejrzałem powtórkę - leciała od 3:30 nad ranem.

          i podzielam Twoją opinię :]

          zwłaszcza ujęła mnie Carole Bouquet i to jak ironizowała ze swojego image'u. przy okazji nie poszła w jakieś przegięcia i robienie z siebie infantylnej idiotki, a raczej po prostu była sobą [czy może - tą "inną sobą"], zabawna i ciągle z klasą & zbawienną dozą dystansu do całej tej komediowej akcji. już sama tylko scena, kiedy przyjeżdza do matki fałszywego Michela, czyli Patricka i daje się namówić sąsiadce do odwiedzenia jej syna-kaleki, co skutkuje jego cudownym ozdrowieniem i uznaniem Carole za cudotwórczynię przez całą społeczność tej wioski, moknąca na deszczu, żeby tylko przez firanki domu Patricka zobaczyć ją, a potem dotknąć jej jakby była kosmitą - przekomiczna. całe jej zachowanie w tej sekwencji - doskonale naturalne aktorstwo. chyba się świetnie bawiła na planie, nie ? ;]

          • siostra_bronte Re: "Śmiertelne zmęczenie"! 29.04.14, 17:55
            Super, że obejrzałeś i że Ci się podobało :)

            Naprawdę dawno nie widziałam tak zabawnej komedii. Podobał mi się typ humoru i świetne teksty.

            Tak, ta scena z uzdrowieniem paralityka była kapitalna :)) I kiedy sąsiedzi stali pod domem i dyskutowali, co matka Patricka i jej goście jedzą na kolację :)

            I jeszcze ta scena z rodzącą w windzie, co ostatkiem sił krzyczy:"Carole Boquet?" i wyciąga spod kołdry kamerę video :)

            Najlepsze teksty:

            - "Granie u Bunuela zrobiło z Ciebie mistyczkę?" (czy jakoś tak) - Michel do Carole, ten żart pewnie Cię rozbawił, Greku :)
            - "Dlaczego nosisz zatyczki? Przecież jest cicho"- Carole do Michela. "Boję się ciszy" odpowiada Michel
            - "Nie zgrywaj Woody'ego Allena dla ubogich" - Carole do Michela
            -" Wszyscy tutaj jesteśmy niewinni. Ja jestem niewinnym zabójcą"- zbir w wiezięniu do Michela
            - "Nie poznałeś matki. Zacząłeś uciekać i musiała Cię gonić" - ojciec do Michela, wątek pieczeni :)
            -"Jak myślisz, jak on (czyli Depardieu) wytrzymuje takie tempo? - Noiret do Michela, sugerując, że też ma sobowtóra; faktycznie, swego czasu Depardieu grał w każdym francuskim filmie :)

            I tak to pewnie nie wszystko. W sumie świetna zabawa :))


            • grek.grek Re: "Śmiertelne zmęczenie"! 30.04.14, 14:13
              francuskie komedia są jedyne w swoim rodzaju :]
              TE ulice, TE zaułki, TE mieszkania, Te twarze aktorskie, no i najpiękniejszy
              język świata przebijający się od spodu, mimo starań lektora ;]

              haha, yes, pamiętam tę scenę :]
              w ogóle, reakcje na Bouquet - przezabawne. podobała mi się też scena w
              wieczorowym sklepie gdzieś przy trasie, kiedy wpadają nagle do środka, a potem ona - grożąc mu bronią, wyciąga spanikowanego Michela alias Patricka kryjącego się gdzieś pod regałami. towarzystwo sprzedawczyń i pracowników sklepowych patrzy na nich ze zdumieniem, a potem jedna mówi "czyli to prawda, że ONI są razem !".

              dzięki za tę listę. nabieram chęci do obejrzenia powtórki :]
              • siostra_bronte Re: "Śmiertelne zmęczenie"! 30.04.14, 16:03
                Zgadza się :) Do tego przez film przewinęło się sporo znanych aktorów, niektórych już dzisiaj się nie pamięta. No, a duet Carole i Michela jest przesympatyczny.

                Tak, zabawna scena. Przypomniała mi się jeszcze scena, kiedy gapie przyglądają się napadowi w wykonaniu Michela. Ktoś mówi: "świetne efekty specjalne" :)

                I jeszcze kiedy Michel szuka pracy w agencji aktorskiej, z tyłu jakiś akrobata ląduje z łomotem poza kadrem. Potem tłum rzuca się na jedyną ofertę pracy, wszyscy wybiegają z budynku, tratując po drodze kuśtykającego nieszczęśnika :)

                Doczytałam, że film dostał w Cannes w 1994 r. nagrody za scenariusz i ...efekty specjalne (podwójny Michel?).

                Też chętnie obejrzałabym powtórkę, a nawet nabyła gdzieś ten film, ale to chyba nierealne.
                • grek.grek Re: "Śmiertelne zmęczenie"! 30.04.14, 17:11
                  zauważyłem Charlotte Gainsbourgh, uwodzoną nieudolnie przez Michela w pokoju hotelowym w Cannes :] no i POlańskiego, w ostatniej scenie, kiedy Michel i Philppe Noiret włażą mu w kadr kręconego filmu.

                  hehe, pamiętam te sceny.

                  przypomniał mi się moment, kiedy Michel marudzi, że potrzebuje ciszy i izolacji, żeby napisać scenariusz, Carole ofiarnie zawozi go do swojej posiadłości za miastem - cisza, dookoła żywej duszy, ogród, teren otoczony murem, wydawałoby się - idealny... Michel wysiada z auta, ogląda posesję od środka i podsumowuje "Czułem, że będzie źle, ale nie sądziłem, że aż tak !" :]

                  nagroda za scenariusz absolutnie słuszna.
                  za efekty - masz zapewne rację, podwójny Michel był bardzo wiarygodny.
                  nie tylko "jak na" 1994 rok :]
      • pani_lovett Re: "Wielkie zmęczenie" 28.04.14, 23:54
        Wielki znudzenie - tak powinna się ta komedia nazywać, nie sądzisz, nie sądzicie? ;)
        • grek.grek Re: "Wielkie zmęczenie" 29.04.14, 13:18
          ja kupiłem ten film. jednak :]

          wątek z sobowtórem może nieco przekombinowany, ale wszystko można wybaczyć scenarzyście, kiedy w ostatniej scenie pojawia się Philippe Noiret i pociesza Michela, że jego sobowtór też go wyrolował i wysiudał z biznesu zmuszając do szukania pracy w castingach do sobowtóra samego siebie. i jak naśladuje amerykańskich gangsterów, w tym krótkim speechu o upadku kina francuskiego ;]

          albo niezawodna Carole Bouquet, która rozbraja zdesperowanego Michela, który wziął zakładników [ona myślała, że to Patrick, bo fałszywy Michel już zdązył całe towarzystwo do siebie przekonać] - "mam dośc swojego wizerunku wyniosłej i zimnej, chce gorących rytmów, chcę żebyś mnie zmiażdzył w męskim uścisku [Michel jest od niej o głowę niższy i pewnie o 20 kg lżejszy], no zmiażdż mnie !", serwuje mu gadkę, dodaje odpowiednią bodytalk, a dalej już policja robi swoje.

          wg mnie, francuska komedia w b.dobrym wydaniu.

          • pani_lovett Re: "Smiertelne zmęczenie" 30.04.14, 17:33
            Podobała mi się jedna scena, w agencji aktorskiej - kolejka sobowtórów, a w niej sobowtór Mireille Mathieu (może nawet MM jak pozostali znani we własnej osobie wystąpiła w tym epizodziku, choć nie ma jej, sprawdziłam, na liście płac), obok trzech Hitlerów, z których dwóch było w miarę podobnych do oryginału, zaś ostatni, trzeci wyróżniał spośród nich się nadmierną tuszą. :)
            I na końcu siedział Michel Blanc, którego nie za bardzo kojarzę, prawdę mówiąc.

            Muszę jeszcze raz obejrzeć ten film.
            • grek.grek Re: "Smiertelne zmęczenie" 01.05.14, 14:31
              dobra scena, Barbasiu :]
              zwłaszcza tych trzech Hitlerów.

              a do tego sugestia : jak ma być dobrze z francuskim kinem, skoro sobowtóry bez talentu wykiwały oryginały i grają wszystkie role.

              a swoją drogą, jedno ci nie pasowało w tym filmie, to pewna niekonsekwencja dotycząca
              profesji Michela - jest on zdolnym scenarzystą, zatem sobowtóra można by zdemaskować za pomocą sprawdzenia jego talentu twórczego.

              tymczasem tutaj sobowtór zostaje Michelem i z założenia : wraz z podobieństwem fizycznym posiada podobny NIEBAGATELNY, JAK SUGERUJE FILM, potencjał twórczy. to mi trochę zazgrzytało.

              byłem pewien, że kiedy po powrocie z wakacji Michel zastaje Patricka rozgoszczonego u Carole i w towarzystwie - zażąda próby : dajcie nam papier i długopis i zobaczymy, kto jest w stanie napisać sensowny scenariusz. nic takiego nie ma miejsca.

              • grek.grek Re: "Smiertelne zmęczenie" 01.05.14, 14:33
                * jedno MI nie pasowało :] przepraszam, pisałem coś innego, zrezygnowałem i backspacem nie zmazałem linijki do końca.
              • pani_lovett Re: "Smiertelne zmęczenie" 01.05.14, 17:34
                He,he! :)

                Ale świetny pomysł!!! :) Nawet jakby walka obu panów na potencjały twórcze miała skończyć się remisem. A wiesz, że też myślałam o weryfikacji, ale mnie przyszedł do głowy banalny i mało filmowy pomysł - badania genetyczne.

                Swoją drogą taki wybity scenarzysta, twórczy człowiek, a w ogóle nie ma pomysłów na zdemaskowanie oszusta.
                • siostra_bronte Re: "Smiertelne zmęczenie" 01.05.14, 18:58
                  Oczywiście, łatwo byłoby zdemaskować Patricka. Ale ta komedia jest trochę absurdalna (choćby scena uzdrowienia), więc to pasuje do konwencji.
                  • pani_lovett Re: "Smiertelne zmęczenie" 01.05.14, 21:14
                    siostra_bronte napisał(a):

                    > Oczywiście, łatwo byłoby zdemaskować Patricka. Ale ta komedia jest trochę absur
                    > dalna (choćby scena uzdrowienia), więc to pasuje do konwencji.

                    No tak, masz rację. :)


                • grek.grek Re: "Smiertelne zmęczenie" 02.05.14, 12:39
                  również dobra myśl :]

                  ale realizacja tych pomysłów... zabiłaby idee fixe tego filmu ;]
        • siostra_bronte Re: "Wielkie zmęczenie" 29.04.14, 19:35
          A mnie się bardzo podobało :)
          • pani_lovett Re: "Śmiertelne zmęczenie" 30.04.14, 17:12
            Nie wiem, może jakąś fazę krytyczną właśnie przechodzę i stąd taka opinia?

            Chyba powinnam obejrzeć jeszcze raz tę komedię.

            :)
            • siostra_bronte Re: "Śmiertelne zmęczenie" 30.04.14, 19:47
              Barbasiu, tak to jest z komediami. Czasem po prostu jakiś typ humoru nie trafia do człowieka :)
              • gryfny Re ..bez Boba już ... 30.04.14, 20:43
                R.I.P.
                www.youtube.com/watch?v=XgfVqBqJl3w
                • pani_lovett Re: Re ..bez Boba już ... 01.05.14, 16:20
                  ["]
              • pani_lovett Re: "Śmiertelne zmęczenie" 01.05.14, 16:21
                Może i racja. :)
                Ale dam temu filmowi, jeszcze jedną szansę.
    • grek.grek co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 29.04.14, 17:47
      znów mecz dzisiaj :]
      a prawdziwe zatrzęsienie meczów od czerwca.

      ale i filmy są.

      w Kulturze "Powrót do Brideshead" o 20:20 - powtórka, ale coś słabo pamiętam, a Wy ? jak mecz nie odpali, to odpalę ten film.

      potem [22:55] polska "Bellissima", dobra godzina fabuła z Pokolenia 2000. kiedyś chyba opisywaliśmy już, ale warto obejrzeć, ofk.

      przy okazji prezesunio TVP zapowiedział, że 3 sezonu Homeland nie pokażą, "bo się nie opłaca", że niby "pokazali w dobrym czasie antenowym, ale mieli tylko 400 tys. widownię" - i on chce pieniędzy na misję, której nie rozumie ni w ząb :] wg niego, misja polega na pokazywaniu tego, co lud chce, czyli na kształtowaniu telewizji podług gustów widza. osioł :]

      • angazetka Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 29.04.14, 21:17
        "Powrót do Brideshead" jest filmem słabym z doskonałymi aktorami. Whishaw jest tam arcyciekawy.
        A meczyk... boli. Bardzo boli.
        • grek.grek Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 30.04.14, 14:07
          o, ciekawe zestawienie :]
          nie powtórzyłem sobie wczoraj, bo mecz mnie złapał.

          kibicowałaś Bayernowi ? :]
          • angazetka Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 30.04.14, 15:56
            Kibicuję Bayernowi, a w dodatku Real jest na czele mojej listy klubów, których nie lubię, więc dość szybko miałam ochotę wejść pod kołdrę i udawać, że tego meczu w ogóle nie było ;)
            • pani_lovett Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 30.04.14, 17:01
              :)
              A jaki był wynik, bo z mieszkania sąsiada mieszkającego piętro nade mną co chwilę dobiegały okrzyki radości, w zasadzie dzikie wrzaski radości to były. Aż chciałam zobaczyć powtórki bramek, niestety meczu nie było na żadnym kanale.
              A bym chyba Realowi kibicowała. ;)
              • angazetka Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 30.04.14, 21:16
                No to byś się ucieszyła, Real wygrał 4:0...
                • pani_lovett Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 01.05.14, 15:48
                  :) No, nieźle.
            • grek.grek Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 30.04.14, 17:07
              a dzisiaj ? Chelsea czy Atletico ?
              • angazetka Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 30.04.14, 21:16
                Atletico.
                • grek.grek Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 01.05.14, 14:21
                  no to masz szansę, że zemszczą się na Realu w finałowym meczu :]
          • pani_lovett Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 30.04.14, 17:19
            grek.grek napisał:

            > o, ciekawe zestawienie :]
            > nie powtórzyłem sobie wczoraj, bo mecz mnie złapał.

            To mnie wyautowałeś, bo ja, sądząc, ze nie załapiesz się na mecz (gdzie? jak się załapałeś? na dostępnych kanałach zdaje się nie można było obejrzeć ), powtórzyłam sobie "Powrót do Brideshead", a w zasadzie porządnie, od początku do końca obejrzałam.

            PS Dyskutowaliśmy mocno o tym filmie w kontekście religii katolickiej, pamiętasz Greku?
            • grek.grek Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 01.05.14, 14:25
              pech :]
              mecz oglądał na Prima Cool, którą mam w podstawowym zestawie kanałów/
              [mówiąc szczerze, mam tylko ten podstawowy zestaw ;)]

              muszę sobie przypomnieć, jaki wątek wtedy omawialiśmy; może jeszcze raz powtórzą
              "Brideshead" niebawem ?.

              dzisiaj powtarzają "Była sobie dziewczyna", który to tytuł jest o tyleż głupi, że
              nawiązuje do "BYł sobie chłopiec", a w obu filmach bynajmniej nie chodzi o to samo.
              "An Education" głosi oryginał, ale polski dystrybutor zawsze ma własne pomysły.

              KUltura, 18:20, jeśli miałabyś [i mielibyście] chęć sobie przypomnieć [rozmawialiśmy już kiedyś o tym filmie, kiedy leciał w Kocham Kino].
              • pani_lovett Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 01.05.14, 16:18
                No tak, nieoceniona czeska telewizja, zapomniałam! :)

                Dzięki za informację. Tak sobie myślę, że film "Była sobie dziewczyna", mamy już dobrze omówiony, wycisnęliśmy z niego wszystko, co się dało, więc chyba lepiej w tym czasie obejrzeć coś innego. Choćby powtórkę ostatniego odcinka "Sherlocka". :)
                • grek.grek Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 01.05.14, 17:10
                  coś tak rzadko o "Sherlocku" piszesz, Barbasiu ? :]

                  ja spróbuję "Była sobie...", ostatniego Sherlocka widziałem już 2 razy, a w sobotę obejrzę 3 raz, bo Czesi własnie pokazują 3 sezon :]
                  w publicznej Dwójce.
                  o 20:00.

                  nie to, co w TVP.
                  tzw.prezes TVp już zapowiedział, że 3 sezonu Homeland nie kupią, bo drugi miał "tylko" 400 tys widownię, a przecież pokazywany był w, wg tzw.prezesa, "prime, czyli o 22:00 w poniedziałki" :]

                  po primo, od kiedy misja TVP polega na sugerowaniu się wskaźnikami oglądalności ?
                  po drugo, jakby tak wykopsali parę telenowel, to od razu byłoby miejsce na wszystko.
                  Czesi jakoś znaleźli i na "Homeland" i na "Zakazane imperium" i na "Sherlocka" i na "Grę o tron" i na "Forbrydelsen" i teraz na "Luthera".
                  ten facet ma ludzi za durniów :]
                  • siostra_bronte Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 01.05.14, 19:08
                    Tak jest. Nie chcę narzekać, ale Barbasia w ogóle coś ostatnio mało pisze. Nieustająco czekam na obiecane parę słów o "Miłości i śmierci...' i "Co nas kręci..." :)

                    Hehe, lubisz powtórki. A Czesi wybrali świetny moment, to się nazywa synchronizacja :)

                    Co do prezesa, to po prostu ręce opadają.
                    • pani_lovett Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 01.05.14, 20:51
                      iostra_bronte napisał(a):

                      > Tak jest. Nie chcę narzekać, ale Barbasia w ogóle coś ostatnio mało pisze. Nieu
                      > stająco czekam na obiecane parę słów o "Miłości i śmierci...'

                      Przepraszam. Po remoncie mam mnóstwo zaległości. O "Miłości i śmierci...' jutro kilka słów napiszę.
                      • siostra_bronte Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 02.05.14, 13:37
                        A, zapomniałam o remoncie.
                        • pani_lovett Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 02.05.14, 23:44
                          Okres poremontowy też nielekki. ;)
                    • grek.grek Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 02.05.14, 12:28
                      Barbasia dochodzi do siebie po remoncie :] i tak dobrze, że telewizora nie zagubiła, bo
                      to wcale nie jest niemożliwe w takim gorącym okresie ;]

                      jak dają, to biorę ;]
                      jakbym miał obejrzeć 3 raz, ale w necie, to bym się nie zdecydował zapewne.
                      a jak widzę w ramówce tiwi... to czekam :]
                      jakiś mamy taki odruch. kiedy jeszcze nagrywałem filmy, zdarzało się że już nagrane leżały
                      po parę tygodni, a oglądałem je dopiero wtedy, kiedy... były powtarzane w telewizji.

                      wszystko opada ;]
                      • pani_lovett Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 02.05.14, 23:45
                        grek.grek napisał:

                        > Barbasia dochodzi do siebie po remoncie :]

                        O, to, to!

                        > i tak dobrze, że telewizora nie zagubiła, bo
                        > to wcale nie jest niemożliwe w takim gorącym okresie ;]

                        Właśnie. ;)
                        • grek.grek Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 03.05.14, 13:41
                          hehe, w innym wątku tez mi się rzekło takim żargonem, ma coś w sobie ;]]

                          powoli wszystko wróci do normy, grunt że już masz za sobą ten najtrudniejszy
                          okres, dalej jakoś pójdzie :]
                          • pani_lovett Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 03.05.14, 16:17
                            A tak, właśnie przeczytałam odpowiedni post . ;))


                            Jeszcze mały remont balkonu został, heh.
                  • pani_lovett Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 01.05.14, 20:22

                    > coś tak rzadko o "Sherlocku" piszesz, Barbasiu ? :]

                    A jakoś tak ... :/ Ale czytam wszystkie Wasze komentarze. I podzielam Wasz entuzjazm dla najnowszego "Sherlocka".

                    Wyjaśnienia prezesa dotyczące rezygnacji z emisji kolejnego serialu "Homeland" są rzeczywiście idiotyczne. Szkoda widzów wystawionych do wiatru, nie po raz pierwszy.
                    Szkoda, bo to był przecież dobry serial , sadząc po komentarzach Waszych i nie tylko.

                    • grek.grek Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 02.05.14, 12:35
                      dzięki :]

                      kultura.gazeta.pl/kultura/1,127222,15885728,Prezes_TVP_vs__Homeland__Krzyzaniak___szefem_TVP.html
                      w komentarzach demolka :]
                      aż trudno uwierzyć, że nikt z TVP tego nie czyta, oni żyją w jakimś innym świecie, gettcie.

                      najtrudniej się z tym pogodzić, mając świadomość, jak ogromne pieniądze idą na wynagrodzenia dla setek dyrektorów, zastępców, podzastępców i całej reszty. ja nie chcę wiedzieć, jakie oni sobie podyktują odprawy, jak nadejdzie czas wykopków z posad, czyli jak przyjdzie nowa władza i swoimi "braunami" obsadzi stołki. z naszych podatków, ofk. jak patrzę na ramówkę na ten długi weekend, to ręce opadają do kostek.

                      • siostra_bronte Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 02.05.14, 13:32
                        Zgadza się. Fatalny repertuar w długi weekend. Hity typu "Kogel mogel".
                        • grek.grek Re: co na dziś mamy ? [dobre powt. w Kulturze] 02.05.14, 16:46
                          a tyle jest dobrych starych filmów do pokazania/przypomnienia. gdzie oni głowy mają ? :]
    • grek.grek THe Following odc 10 01.05.14, 14:15
      1 maj. ech, gdzie te czasy pięknych pochodów... :] ze wspomnień starszych ludzi te pochody były naprawdę integrujące, a z moich własnych, czyli paroletniego gila, który w swej mikroświadomości załapał się na te ostatnie - efektowne. ale i tak urywaliśmy się nad rzekę, porzucając w jakichś koszach na śmieci flagi i proporczyki, które mieliśmy nieść. jak to dzieci. to był mój epizod kombatancki, Czcigodni, walczyłem z komuną ;]

      Orajt, parę zdań nt. 10 odcinka serialu, bo wiem, że czekacie z wypiekami na twarzach ;]

      Przywódca i guru niecodziennej sekty swoich wyznawców, Joe Carroll nadal ukrywa się w zamkopodobnym budynku, gdzieś na prowincji, wraz z tymi wszystkimi ludźmi, gotowymi "wypełniać NASZ plan". Joe'emu i jego porwanemu [nieświadomemu tego] kilkuletniemu synowi, Joey'owi, brakuje zony i matki, czyli Claire. Ona z kolei jest pilnowana przez FBI, żeby ludzie Carrolla jej nie dopadli. W 9 odc. za pomocą killerki Amandy, zabijającej kobiety noszące to samo imię i nazwisko, co Claire - Joe próbuje sprowokować FBI do paniki. I skutecznie, jego prawej ręce, Roderickowi, miejscowemu szeryfowi policji, udaje się przechwywić alarmujący kontakt między agentami FBI szukającymi Carrolla, a agentami chroniącymi Claire. Joe Carroll wie juz, gdzie jest jego żona.

      W końcówce odcinka do zamku dociera także Jacob, ktory dla Carrolla poświęcił 3 lata życia, a potem został porzucony "na polu bitwy" przez kochankę Carrolla, Emmę Hill. Po śmierci swojego przyjaciela vel kochanka Paula, Jacob ma w głowie zemstę na Emmie. Kiedy więc dociera do zamku i staje oko w oko z dziewczyną - minę ma jakby naprawdę zamierzał ją powiesić na suchaje gałęzi. Emma jest zaskoczona i tłumaczy się, że zostawiła jego i Paula, bo jej zadaniem było chronić syna Carrolla, Joeya, i przywieźć go bezpiecznie do zamku. Takie były polecenia Joe'ego i ona je wypełniała. Czyli, tłumaczenie niemieckie "ja tylko wykonywałam rozkazy" :]

      Jednocześnie, Jacob ma halucynacje, albo to symbolika jego myślenia - pojawia się w nich zmarły Paul i oczekuje od niego przyjacielskiej lojalności. W snach widzi też wannę pełną krwi, a w niej zadźganą Emmę. To by się składało w jedną logiczną całość... Presja pomszczenia przyjaciela, a jednocześnie lęk przed dokonaniem zabójstwa z zimną krwią.

      Joe Carroll spotyka się ofk z Jacobem i w swoim ciepłym, ale sugerującym że nie lubi sprzeciwu, stylu sugeruje mu, że powinien wybaczyć Emmie, bo rzeczywiście działała ona według ustalonego planu i realizowała priorytety, nie jest "zdrajczynią" zatem. Głos Carrolla ma oczywiście dla Jacoba ogromne znaczenie. Podobnie jak widok Joeya i jego radosne powitanie, Jacob zżył się z chłopcem - czy moze mieć Emmie za złe, że zostawiła go, aby przywieźć małego do zamku ? W kontrze do tych racjonalnych przewag pojawia się znów wizja Paula, który sączy mu do ucha jad - "Emma to samolubna dziwka ! ZABIJ JĄ !".

      Dopadają go te wizje, kiedy Emma przychodzi do niego do łózka i zaczyna przełamywać jego opory. Jacob w wyobraźni zabija więc nożem wizję Paula, ale kiedy wraca do Emmy - odmawia dalszego ciągu i ostrzega ją, żeby się pilnowała, bo on jej nigdy nie wybaczy, że przez nią musiał zabić swojego przyjaciela [w 9 odcinku Paul jest umierający i prosi Jacoba, żeby uciekał dalej bez niego, więc Jacob chlipiąc przydusza go poduszką szlachetnie skracając jego cierpienie].

      Claire Matthews mieszka w czymś w rodzaju hotelu. Ofk, pilnuja jej agenci FBI, w pokojach i na korytarzu są kamery, w środku pełny monitoring. Prawdziwa twierdza. Roderick podsuwa Carrollowi dwóch eks-żołnierzy, doskonale wyszkolonych w akcji. I Rodderick oraz ci dwaj jadą by porwać Claire i przywieźć ją do zamku. Carroll powiada do Rodericka "Zawiodłeś mnie już raz, nie zrób tego ponownie", sugerując że nawet najlepszy współpracownik ma ograniczony margines popełniania błędów.

      Jednocześnie FBI orientuje się, ze ktoś dorwał się do ich korespondencji. Domyślają się, ze to ludzie Carrolla. Agent Hardy jedzie więc na miejsce, by osobiście strzec Claire. Zaraz po nim zjawiają się nasłani porywacze. Agenci próbują ich zlikwidować, dochodzi do strzelaniny, a Hardy'emu nie pozostaje nic innego jak uciec z Claire przez okno. To mała dziurka scenariuszowa - dobrze wyszkoleni fachowcy nie zostawiliby im tak oczywistej furtki do ucieczki. Na parkingu próbuje ich gonić jeden z porywaczy, dopada nawet Claire i próbuje jej grozić pistoletem, co jest głupie, bo przecież nie wolno mu jej zabić - Hardy rani go strzałem z pistoletu, ale niegroźnie, na tyle żeby ją puścił i padł. Udaje się im uciec samochodem. Przy okazji Hardy wyrzuca podłożony przez porywaczy pod karoserią przy kole telefon komórkowy, taki sobie "gps".

      Hardy nie zawozi Claire do swojego mieszkania. Zatrzymuje się u swojego przyjaciela z dawnych czasów agenturalnych, Tysona [gra go David Zayas, czyli sierżant Batista z Dextera]. Chata jest przyjemna, na uboczu. Tyson w chwilach sam na sam, opowiada Claire o Molly, dawnej dziewczynie Hardy'ego, z którą wiele go łączyło, a z którą później rozpadł mu się związek. Po Molly - Claire jest tą drugą, "na poważnie". Skoro "na poważnie", to dlaczego Hardy - po złapaniu Carrolla i romansie z Claire - przez 8 lat milczał ? Kiedy Claire zadaje mu to pytanie, Hardy odpowiada, że nad jego życiem ciązy "klątwa", a oprócz tego : był przekonany, że kojarzył się Claire z całą tą przeszłością i mężem-mordercą, więc wolał zniknąć. Na to ona wyznaje mu miłość, na co on wyznaje ją jej.

      Niestety, po drodze Claire znajduje w swojej kurtce jakąs malutką płytkę. Jest to jeszcze jeden "gps" założony przez ludzi Carrolla [nie pytajcie w jaki sposób mieli dostęp do jej ubrań :)]. A zatem wiedzą, gdzie ona jest.

      Tym razem Hardy nie ucieka. Z Tysonem szykują się do strzelaniny. Kiedy pojawiają się porywacze - tak się właśnie dzieje. Tyson trafia pierwwszy i kładzie jednego trupem, ale potem sam zostaje postrzelony. Hardy zostawia go z bronią przy Claire, a sam chce zastrzelić pozostałych, którzy niebezpiecznie się zbliżają, o czym świadczą podejrzane dźwięki z zewnątrz. Ma pecha, bo Claire bierze od Tysona pistolet i sama miesza się w zabawę.

      W ciemnności majaczy auto i Claire napotyka tam Rodericka - celuje do niego z broni, ale tamten jest spokojny i mówi " CHcesz mnie zabić ? I jak wtedy znajdziesz swojego syna ?". Syn, karta dżokerowa w partii przeciwko Claire. Zawsze bije inne karty. Claire opuszcza broń i prosi Rodericka, żeby ją zawiózł do syna.

      Hardy widzi jak Claire wsiada do auta. Chce gonić, ale jego samochód ma przebite opony.

      Po wszystkim, do Hardy'ego dzwoni Carroll. Jak zwykle swoim spokojnym ironicznm tonem oznajmia mu, że Claire jest w jego rękach - sama chciała !. Hardy ma moment kryzysowy - jest podłamany i chce zrezygnować. Ale Carroll powiada - nie możesz tego zrobić, daję ci szansę odrodzenia, każda smierć przywraca cię do życia bardziej niż ci się wydaje; nie możesz zrezygnować, bo to by było wbrew tobie samemu, czymś niezgodnym z tobą. Hardy odpowiada mu, żeby szedł do diabła i odkłada słuchawkę. Pozostaje przy rannym Tysonie, w szpitalu. MOżna by założyc, że to Tyson przekona go, że jednak nie może odpuścić :]

      W ostatniej scenie, w zamku pojawia się kobieta z retrospekcji... Molly, dawna dziewczyna Hardy'ego, który zostawił ją z powodu "ciążącej nad nim klątwy". Co to za klątwa ? Pewnie wyjdzie w trakcie kolejnych odcinków. W każdym razie, Joe Carroll i Molly witaja się wylewnie.

      www.youtube.com/watch?v=_iCtO3UTW-s
      • grek.grek Re: THe Following odc 10 01.05.14, 14:20
        PS : w róznych artykułach dotyczących "Gry o tron" pada opinia, że dużym atutem, może kluczowym, tego serialu jest to, iż żadna postać nie ma immunitetu - każda może zginąć w każdym momencie. Każda jest zagrożona przez cały czas.

        "The Following" ma podobny atut, tutaj dotyczy on powiązania postaci z sektą Carrolla. To może być każdy. Prócz Hardy'ego i Claire - każdy z otoczenia może być człowiekiem sekty, każdy agent FBI. Kiedy Hardy spotyka się z Tysonem - nie ma pewności do ostatniej chwili, czy i Tyson przypadkiem nie jest powiązany z sektą. Agent żyje więc w ciągłej paranoi, podobnie jak widownia, no powiedzmy -... ja ;]
    • grek.grek Sherlock, a TVP 01.05.14, 18:05
      ktoś wziął i podsumował :}
      seryjni.blog/polityka.pl/2014/04/28/ile-sherlocka-w-sherlocku-co-z-hitem-bbc-zrobila-tvp-2/
      • siostra_bronte Re: Sherlock, a TVP 01.05.14, 19:02
        Nie otwiera się :(
        • siostra_bronte Re: Sherlock, a TVP 01.05.14, 19:16
          Wrzuciłam hasło: "ile Sherlocka w Sherlocku" i udało się :)

          Ano właśnie, też pisałam o braku napisów, choćby w scenie dedukcji. Ciekawe, że były w wersji pokazanej w Ale kino. Przyłączam się do krytycznej opinii na temat tłumaczenia.
          • siostra_bronte Re: Sherlock, a TVP 01.05.14, 19:34
            Chodziło mi o scenę dedukcji po pijaku, do której dałam linka :) Parę scen z napisami było też w poprzednim odcinku.
          • grek.grek Re: Sherlock, a TVP 02.05.14, 12:24
            pardons, madame :]
            źle podałem adres.

            TVp ma trudny moment, zewsząd obrywa.
            wg mnie, autor tego blogowego wpisu ciut jednak przesadził, sugerując że
            bez napisów "Sherlock" jest nie-do-oglądania.

            ale na pewno - szkoda, że TVP nie zadała sobie trudu tłumaczenia.
            jak wspominałem, może pamiętasz, Czesi wszystko mieli na ekranie po czesku,
            zatem - TVP zawaliła sprawę.

            dialogi - na pewno, jak pamiętasz - krytykowaliśmy to już wcześniej - też nie zawsze
            oddają błyskotliwość scenarzystów, ALE... wiesz, wydaje mi się [powtórzę], że da się
            jakoś z tym żyć.
            • pepsic Re: Sherlock, a TVP 02.05.14, 13:16
              TVp ma trudny moment, zewsząd obrywa.
              Jakoś mi jej nie żal:
              Ponoć wycofują się z tej nieznanej nigdzie indziej formy TT okrakiem, ale dość mętnie. Choć tak naprawę, to TT już dawno nie ma, tylko sporadyczne ochłapy w ramach miłosierdzia dla zwierząt;)

              Ps. Mi też brak napisów aż tak bardzo nie przeszkadzał, bo Sherlocka oglądam dla samej przyjemności oglądania. Poza tym niedomówienia też mają swoją wartość. Zatem i ja będę nadal z tym żyć, biorąc również pod uwagę fakt, że nie uważam się za wybitną specjalistkę filmową;)
              • grek.grek Re: Sherlock, a TVP 02.05.14, 16:38
                jakby powiedział pewien kultowu bohater... degrengologia ;]

                ja miałem to szczęście, że częściowo złapałem właściwy klimat dzięki
                czeskiemu tłumaczeniu [dubbing !], które było dośc żwawe, dziwiłem się nawet
                później, że niektórych tekstów TVP nie podłapała.

                a swoją drogą, przyszła mi chętka na obejrzenie Sherlocka gdzieś w sieci, z
                jakimś INNYM polskim tłumaczeniem :]
            • siostra_bronte Re: Sherlock, a TVP 02.05.14, 13:27
              Oczywiście, brak napisów nie zmienia faktu, że to słaby sezon.
              • siostra_bronte Re: Sherlock, a TVP 02.05.14, 13:28
                To znaczy, słaba seria :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka