areksopot
10.11.01, 09:01
http://www.trybuna.com.pl/200111/d10.htm?id=1021
http://www.zycie.com.pl/kraj.php?id_tekst=17885
(1):
Irek Grzegorczyk nie jest wariatem - mówią mieszkańcy wsi Koło
Jak chłop z chłopem
Wieś Koło. Oddalona od Zielonej Góry kilkadziesiąt kilometrów. 374 mieszkańców.
64 chałupy. Sklep spożywczy, obok przystanek autobusowy. Nie ma szkoły -
zlikwidowali z powodu małego przyrostu naturalnego. Pierwszy budynek we wsi to
dom sołtysa Zbigniewa Bednarskiego. Na bramie tabliczka: "Uwaga! Zły pies, a
jeszcze gorszy właściciel".
Pewnie znowu jakaś telewizja - bąka pod nosem starszy mężczyzna. - Chcielibyśmy
rozmawiać z sołtysem. Przyjechaliśmy z Warszawy - mówimy. - Co ja wam tam mogę
powiedzieć. Wszystko już napisali. A to, co napisali, to prawda. Zostałem
sołtysem, jak Irek zrezygnował. Myśleliśmy, że wyjedzie gdzieś na kontrakt: do
Niemiec, Francji. Nie oszukujmy się, stąd jest 15 kilometrów do granicy. Wejdą
panowie, napijemy się kawy i pogadamy - zaprasza Zbigniew Bednarski.
Dom Irka jest najładniejszy we wsi
Sołtys, jego żona i trzech synów nie palą się do rozmowy o wydarzeniach w
Sękocinie, ale przyznają, że
znają Irka,
i że oglądali program.
- Ojciec Irka chodzi z gazetą i straszy, że poda do sądu za to, co się o nim
mówi. Dlatego teraz we wsi ludzie nie chcą gadać - tłumaczy Lucyna, żona
sołtysa. - Ja tam po wsi nie chodzę, nie gadam, nie słucham. Niewiele wiem.
Pamiętam, jak Irek był sołtysem i jak przychodził do naszej chałupy.
- Co tu gadać. Wiecie, jak jest na wsi. Pieniędzy nie ma, z gminy dużo też nie
dadzą. Jak chce się coś zrobić, to trzeba kombinować. Irek miał łeb do
interesów. Kiedyś wziął swoją ciężarówkę, parę dzieciaków i zaczął jeździć po
wsi i okolicy, i zbierać złom, butelki. Później to sprzedał i zorganizował
dzieciakom imprezę. Były słodycze, balony. On tak raczej z młodzieżą trzymał -
kwituje stary Bednarski.
Sołtys Zbigniew Bednarski
Kilkaset metrów od sołtysowej chałupy duży plac. Na środku drewniane
konstrukcje: kozły, huśtawki, piaskownica. - Wszystko zrobił sam. Nikt mu
złotówki nie dołożył - mówi sołtys.
Z placu zabaw widać dom Irka. Najładniejszy we wsi. Dwa budynki gospodarcze,
traktor, ciężarówka. Dom okalają ogromne głazy, które Irek sam zwoził z
okolicy. Plastikowe, energooszczędne okna ze spuszczonymi żaluzjami.
- Nie masz pan co pukać, bo i tak nie otworzy - krzyczy przechodzący
mężczyzna. - Odkąd Irek jest w domu "Wielkiego Brata", babcia, która tu
mieszka, ma zakaz otwierania komukolwiek, nawet telefonu nie podnosi. A jak
Irek wyleciał, to chyba dzwonili z telewizji, żeby w ogóle z nikim nie
rozmawiała. A żona i dzieci Irka na czas programu mieszkają u teściów. Teraz są
w tym szpitalu, gdzie Irka zawieźli.
- Możemy spróbować, ale szanse są niewielkie. Nawet mnie nie wpuszcza, jak
przychodzę po opłaty za wodę, elektryczność - potwierdza sołtys naciskając
klamkę. - Słyszał pan, tylko zamek w drzwiach ktoś przekręcił. Pewnie widziała,
jak podjeżdżacie.
W spożywczym wielkie poruszenie. Gazety z informacjami o wyjściu Irka z
domu "BB" rozeszły się szybciej niż bułeczki. - O 7.00 rano już nie było
żadnej - informuje ekspedientka. - Ale mam tu pod ladą wczorajszy numer. W nim
dużo napisali. Nawet, że Irek jest wariatem.
- Jakim tam wariatem. Zawsze mówiłem, że telewizja kłamie. Koło nigdy nie
zyskało tyle, ile za sołtysowania Irka. A teraz to co? Codziennie mamy
dziennikarzy, cały czas o nas mówią. Dzięki komu? Dzięki Irkowi! Jak robił dla
waszych dzieci zabawy, budował plac, organizował pieniądze, to nie był
wariatem. Widzi pan, jak mu się tylko powiodło, to już wariata z niego robią -
wypalił nagle stojący przed sklepem mieszkaniec Koła pociągając wino.
- Ty pij lepiej to wino i idź spać - zdenerwowała się sprzedawczyni. - Jak chce
pan wiedzieć więcej, to niech pan pójdzie pod 52. Tam mieszka Honorata. Oni z
Irkiem się kolegowali. Honorcia zna go najlepiej - szepcze mi do ucha.
W starym, popegeerowskim domu z kuchnią na węgiel znajdujemy Honoratę. Trochę
zaniepokojona naszą wizytą zaprasza jednak do środka.
- Pan usiądzie. Zrobię panu herbatkę. Taką jaką zawsze robiłam sołtysowi
(Irkowi - przyp. PK). Strasznie mi przykro, że teraz tak źle o nim mówią i
piszą. To dobry chłopak. Cała wieś jemu kibicowała. No, może nie wszyscy, bo
nie wszycy mają satelitę. Tylko przez satelitę mogliśmy oglądać program. Ale
jak ktoś nie miał, to chodził do sąsiada, który ma, no i w sumie wszyscy
podziwiali Irusia. Straszna szkoda, że już go tam nie ma. Wygrałby, na pewno by
wygrał.
W domu Honoraty
zdjęcie Irka. Nie miał wtedy jeszcze na głowie gwiazdy. To właśnie ona mu ją
robiła w noc poprzedzającą jego wejście do domu "BB". Była jedyną osobą we wsi,
która wiedziała, że Irek dostał się do programu.
- Zawsze na mnie mówi "moja nadworna fryzjerka". A ile na mnie nakrzyczał, jak
mu te gwiazdę wycinałam... Najpierw musiałam kredką świecową naszkicować mu ją
na głowie. Jak mi się ręka omsknęła i trochę krzywo poszło, to dopiero było!
Nawrzeszczał na mnie. Potem uścisnął i wsiadł do samochodu - wspomina Honorata.
Doskonale dogaduje się z Irkiem. Często się odwiedzają, mają własne grono
przyjaciół. Jak Irek wpadnie na jakiś pomysł, to najczęściej konsultuje go
właśnie z nią. - Ja z nim gadam jak chłop z chłopem. Irek to przebojowy
chłopak, który lubi się dobrze zabawić, zresztą jego żona też - podsumowuje
Honorata. - Wrogów tu nie miał, ale przecież nie wszyscy wszystkich lubią. Irek
jest takim typem człowieka, który nigdy nikogo o nic nie prosi. Zawsze był
sumienny, uczciwy. To bardzo wrażliwy mężczyzna. Wcale się nie dziwię, że tak
się zachował. Jakby mnie pan zamknął z takimi sztucznymi ludźmi, jacy tam są,
to bym w ogóle zwariowała. Taki Jurek (jeden z uczestników "BB" - przyp. PK).
Przecież to bubel w pięknym opakowania. Zresztą wszyscy ci mężczyźni z domu są
jacyś mało męscy, oprócz Irka.
Irek Grzegorczyk ma 31 lat. We wsi Koło mieszka od 8. W domu po dziadkach.
Wyremontował go sam. Imał się różnych prac. Kiedyś miał zboże. Potem przeszedł
na truskawki. Jesienią zwoził z Mazur kartofle i sprzedawał na targu w Gubinie.
- A tu w tym roku truskawka spadła na 50 groszy i wszystko diabli wzięli. Teraz
posadził trochę świerków. Przecież trzeba coś z tą ziemią robić - tłumaczy
sołtys Bednarski.
- W sezonie zatrudniał ludzi ze wsi do zbierania truskawek. Kilka razy u niego
pracowałem. Zawsze bardzo dobrze nas wynagradzał, płacił na czas. No, ale teraz
przestało się już opłacać hodować truskawki. Jak tak spadła cena, to nie miał z
czego nam zapłacić, bo ich nie sprzedał. Wszystkie zbiory wyrzucił do rowu.
Zapłacił nam ze swoich oszczędności - mówi jeden z sąsiadów Irka.
Irek był sołtysem
Koła od 1999 roku. Ludzie go szanowali. Wokół jego domu kręciła się gromada
dzieci. Często organizował dla nich zabawy, grał z nimi w piłkę nożną.
Zorganizował drużynę, która do tej pory jeździ na zawody do innych wsi. Sam też
nie stronił od imprez.
- Lubił wypić. A kto nie lubi? Czasami jak mu woda ognista zaszumiała, to się
powygłupiał. Zawsze odróżniał się od innych. Albo chodził w kolorowych
koszulach, albo na nosie miał duże okulary - mówi Wacek. - Kiedyś wskoczył w
remizie na stół i zaczął tańczyć. Tak harcował, że stół się połamał. Zdarzyło
się, że o 2 w nocy latał goły wkoło swojej chałupy.
- Był taki okres, że pił dużo. Nawet Ewa zastanawiała się, czy go nie zostawić -
słyszymy w chałupie sołtysa. - Ale poprawił się. Tyle dla Koła zrobił.
Plac zabaw dla dzieci, który Irek zrobił sam
- Był wymagającym sołtysem. Nie lubił jak ktoś pieprzy robotę. Często
zaniedbywał własne zajęcia i rodzinę, żeby robić dla wsi. Zawsze mówił, że mimo
biedy w każdym gospodarstwie musi być czysto. Sam brał grabie i zaiwaniał pod
remizę, bo to niczyj teren, a brudno było. Nie oglądał się na nic i na nikogo.
Trzeb