Gość: maya
IP: *.wloclawek.sdi.tpnet.pl
10.02.04, 11:01
Wiem że będziecie oceniać z góry...wiem że nie oszczędzicie mnie....może
liczę że choć jedna osoba zrozumie....
Minęły już prawie 4 lata....od tego zdareznia....byłam jeszcze
nastolatką...Zdałam mature i postanowiliśmy to uczcić z innym
maturzystami...przy okazji mój brat organizował z okazji urodzin
ognisko...Spotkaliśmy sie wszyscy jak co roku na wsi...i było świetnie...jak
zawsze...Alkohol lał sie niestety strumieniami...nikt sobie nie
szczędził...ja niestety tez nie....Nie wiem jak to sie stało...nie
kontrolowałam picia i w pewnym momencie urwał mi się film....Przyznam że ne
martwilam sie o siebie ponieważ wiedziałam że na straży stoim mój
kuzyn...którego traktowałam jak brata rodzonego. To on zawsze dbał o
bezpieczeństwo...mówił z kim lepiej się nie zadawać kogo unikać by nie
narobić sobie kłopotów...by ktos mnie nie zranił....Szanowałam go jak nikogo
innego...wiedziałam że nigdy przy nim nic mi się nie stanie że na to nie
pozwoli....Wtedy na ognisku poraz pierwszy się tak upiłam...I do dziś nie
moge sobie tego wybaczyć...
Po tym jak "urwał mi się film" mam już tylko przebłyski świadomości...że ktoś
mną szarpie...ktoś rozbiera...było mi straszni zimno ...tylko to
pamiętam...potem już tylko przebudzenie nad ranem w domu mojej
przyjaciółki....To co mi opowiedziała...boże...ten koszmar wraca znowu....
Dzięki niej dotarłam do domu...bo nie wiem co by się ze mną stało....Na
ognisku mój"brat" powiedział że zaprowadzi mnie do samochodu żebym sie
przespała......nie zaprowadził...boże....nawet nie moge tego
napisać....zawlukł mnie do lasu i rozebrał....chciał to zrobić...nie wiem do
dziś co tam się stało......NIE MAM POJĘCIA...co zrobił a czego
nie....powiedział że do niczego ne doszło bo "nie chciał mu
stanąć" ....boże.....żygać mi sie chce na samą myśl....zostawił mnie naga w
lesie i wrócił się bawic....wróciła po mnie przyjaciółka która ubrała mnie i
zaprowadziła do domu....wymiotowałam przez cały ranek...nie mogłam spojrzeć w
lustro nienawidziłam siebie i jego tak bardzo....tak bardzo pragęłam
umrzec....nie mogłam uwierzyć że doprowadziłam sie do tgo stanu...i że
on...WŁAŚNIE ON to wykozystał.....boże nie potrafie o tym myślec........
ciężko mi było po tym wszystkim się zebrać.....próbowałam z całych sił
odzyskac jakas swoją wartość....najlepsze jest to że "on" uważal że nic się
nie stało....że wszysko jest ok....nie mogłam patrzec na niego...nie moge do
tej pory....
nie wiem ja to się stało...ale udało mi się wymazać to z
pamięci...zupełnie....pomogła mi w tym moja przyjaciólka....zapomniałam tylko
ze wszystko napisałam w pamiętniku...a to rok temu przeczytał mój
mąż.....koszmar odżył....wróciło wszystko...całe poczucie winy nienawiść do
siebie...obrzydzenie....doszła do tego jeszcze pogarda męża.....
nie potrafię się usparwiedliwić bo obwiniam siebie o wszystko...bo wiem że to
moja wina...i nic mnie usprawiedliwić nie może....nie mam siły z tym
walczyć...i coraz mniej mam checi do życia...dla mojego męża jest
najwazniejsze to co było kiedys nie to co jest teraz....nie djae sbie z tym
rady....poprostu....serce mi peka.....
jak długo będe rozgrzeszana...??? Jak długo będę z tym walczyła...czy jedynym
wyjściem byłaby śmierc....???
brakuje mi siły....