gulfcraft
13.02.11, 01:15
Witam,
By nie powtarzac sie, jakis czas temu pisalem w watku 'dziecko, brak seksu, paranoja' o swoich problemach z byla juz Partnerka. Postanowilem jeszcze raz zasiegnac ludzkiego zdania nie dlatego by sie zalic, nie by sie wylewac i plakac ale po prostu wygadac (kazdy chyba czasem tak ma). Pomijajac aspekt seksu, ktory choc bardzo wazny, to juz walkowany wczesniej, chcialbym sie skupic na pozaseksualnych motywach mojego odejscia od niedoszlej Narzeczonej i z ludzkiej ciekawosci, moze proznosci poznac Wasze zdanie na ten temat. Bylismy ze soba kilka lat a od niemal dwoch lat mamy Corke, ktora bardzo kocham, zawsze poswiecalem, poswiecam i bede poswiecac jej wiele czasu. Niestety pomimo mojego zaangazowania w rodzine, dbania o byt i mila atmosfere, milosc i wzajemny szacunek, tego ostatniego bardzo mi brakowalo. Od zawsze, a od czasu narodzin naszej Corki, moja ex byla niezmiernie silnie zwiazana ze swoja rodzina. Wiez ta stawala sie na tyle silna (na nieszczescie mieszkalismy blisko jej rodzicow) iz to co dzialo sie u nich bylo zawsze priorytetem. Problemy mamy, taty, jej siostry zawsze braly gore nad tym co dzialo sie u nas. Jej siostra stala sie tez stalym rezydentem w naszym mieszkaniu, dostala klucze, przychodzila kiedy chciala, robila co chciala bo przeciez jej wolno. Moj stanowczy acz kulturalny sprzeciw spotkal sie ze sroga reakcja i proba przywrocenia mnie do szeregu (bezskutecznie gdyz nie dam soba pomiatac). Odtad siostra juz rzadziej przychodzila ale tylko wtedy kiedy bylem w pracy gdyz kiedy przyjezdzalem wczesniej niemal zawsze rezydowala w naszym domu. Zaznaczam, iz siostra ma narzeczonego, ktorego tak sobie wytresowala ze na kazde jej skinienie chodzi jak maszyna - posluszny i wierny bez zainteresowan i osobowosci. Podobnie chyba mialo stac sie ze mna gdyz zawsze bylem przyrownywany negatywnie do jego wzorowej poslusznosci i usluznosci. Zaznaczam, iz dbalem o dom nie tylko finansowo ale tez wykonujac codzienne czynnosci jak kazdy normalny czlowiek: zmycie naczyn, odkurzenie itp (acha nie jestem tez typem nudnego ciapy). Zreszta jakos sie tym z moja ex dzielilismy ale i tak bylem zly bo nie chodzilem jak szwajcarski zegarek i nie wykonywalem polecen jak ten drugi. Jak kazdy szanujacy sie czlowiek mam swoja pasje, dajmy na to jazda na nartach lecz z uwagi na male dziecko zdecydowalem sie ja ograniczyc by pomagac przy wychowaniu Malej. Tymniemniej raz na 2 mce chcialem gdzies wyskoczyc na 3 dni (nie tydzien). Oczywiscie to samo mogla zrobic moja ex, mowilem jej o tym, jesli chce pojedziemy razem, jesli nie to niech sama robi co chce (oddech w wychowaniu dziecka tez jest potrzebny) ale niestety jedyne co slyszalem to 'jak masz dziecko to nie masz prawa jezdzic, spotykac sie ze znajomymi i ...' tu lista czego to ja nie mam prawa robic, ktora zreszta ciagle sie powiekszala. Jezyk ten zreszta wzbogacany byl tez o druga strone 'masz obowiazek' lub ' z...ny obowiazek'. Po takich uwagach bedac czlowiekiem stanowczym ale niekonfliktowym wszelkie argumenty odchodzily w cien, no bo jak prowadzic polemike z nakazami? CO do tych nart to przez dwa lata odkac urodzilo sie dziecko bylem raz (i to niedawno 4 dni) co i tak zostalo mi w sposob miazdzacy wypomniane. Kolejna kwestia to mieszkanie. Jako ze gniezdzilismy sie na obrzezach miasta w malej kawalerce a trafila sie okazja. dobrzy znajomi ktorzy wyjechali za granice na stale odstapili - pozyczyli nam (jak los na loterii, bez kredytu, wyremontowane, jak nowe) swoje spore mieszkanie blisko centrum (znajac nasza sytuacje - zarowno moja ex jak i ja spedzalismy po ok 4h na dojazdy do pracy dziennie a nie stac nas na kredyt na wlasne na razie). Znajomi nie licza sie specjalnie z pieniedzmi, a wyremontowanego w wysokim standardzie mieszkania zal im bylo wynajmowac. Oczywiscie sprzeciw mojej ex byl natychmiastowy ze absolutnie nie (choc na poczatku jak oni o tym mowili byla chetna). Jak sie pozniej dowiedzialem jej rodzina zaczela moja ex przekonywac, iz jak sie wyprowadzi to oni juz jej nie pomoga bo bedzie daleko no i ze oderwie sie od gniazda rodzinnego. Uslyszalem iz ona sie nigdy nigdzie nie wyprowadzi bo tu jest jej dobrze. Nie wazne ze stanowilismy rodzine, ze mielismy sie pobrac. Ja mialem sie podporzadkowac jej planom i jej rodziny mieszkania na kupie a jak nie to droga wolna co niniejszym uczynilem. Zalatwilismy to na razie polubownie, na dziecko place i dzieckiem sie opiekuje tyle ile fizycznie sie da (choc ubolewam ze nie moge codziennie). Mam niesmak, bo to ja odszedlem, to ja jestem ten zly ale to ja uslyszalem kilka razy ' jak ci sie nie podoba to tam sa drzwi', no i wreszcie je otworzylem. Ona mowi ze mnie kocha i ma te kocie wielkie oczy 'prosze' z drugiej strony gdy tylko zabieram corke a zadzwoni ktos z jej rodziny to mam juz natychmiast sie pospieszyc bo marnuje jej czas. Nie dalem sie upodlic i sprowadzic do roli psa na posylki ale okupilem to rozlaka z dzieckiem (mimo ze widze czesto to nie to co codziennie). Z drugiej strony ciagle klotnie i chora atmosfera chyba by sie na dziecku gorzej odbily. Slysze ciagle ze juz nigdy sobie nie uloze zycia z nikim bo mam metke tego co 'zrobil dziecko i zostawil' ale to kolejna proba szantazu psychicznego. Mam niesmak i poczucie zenujacej sytuacji ale z perspektywa zycia jak czlowiek wolny umyslem a nie niewolnik woli partnera. ufff... czy zatem rozsadek czy glupota... czy to wszystko nie moze byc czasem prostsze?